czwartek, 27 lutego 2014

Trójkąty Bermudzkie... (62)


Rehabilitacja kapitana Stanley’a Lorda.


Jak się można tego było spodziewać, komisja śledcza badająca okoliczności zagłady Titanica i śmierci ponad półtora tysiąca osób, za jednego z winnych tej potwornej katastrofy uznała także kapitana Stanley’a Lorda, który fatalnej nocy dowodził stojącym w dryfie statkiem SS Californian. Oczywiście orzeczenie komisji spowodowało zmieszanie jego osoby z błotem za nie udzielenie pomocy na morzu, bowiem chciano zrobić z niego kozła ofiarnego, jako że ktoś winny być   m u s i !  W roku 1968, kapitan Lord zwrócił się do Merchant Master’s Society of America z prośbą o ponowne rozpatrzenie jego sprawy i rehabilitację jego dobrego imienia. MMSA dokonała ponownej analizy wydarzeń i doszła do wniosku, że   j e s t   o n   n i e w i n n y m   stawianym mu zarzutom! Wykazano bowiem   n i e z b i c i e ,  że SS Californian znajdował się zbyt daleko na północ od tonącego Titanica i   n i e   m ó g ł   go zobaczyć! Ponadto stwierdzono niezbicie, że znajdował się tam jeszcze   t r z e c i   s t a t e k ,  który został zauważony przez wachtowych obu jednostek o godzinie 22:25 i znikł z widoku marynarzy Californiana – w   d w a d z i e ś c i a    minut po zatonięciu Titanica w wodach Atlantyku! A tak naprawdę, to znikły światła statku-widma, który znajdował się w odległości około 6 mil od tonącego transatlantyku...


Wielka szkoda, że uważający się za miesięcznik popularno-naukowyFocus” w nr 2(26)/1998 opublikował bezkrytycznie wersję, w której wiesza się psy na kimś, kto chociażby z tej racji, że nie żyje – bronić się już nie może!... – pisze Robert Leśniakiewicz w swym blogu. – Nieładnie! Jeżeli taka jest wiedza różnych „specjalistów” i „szefów szkół dziennikarstwa” – jak przedstawiła niejakiego Wolfa Schneidera redakcja „Focusa”, to wcale się nie dziwię, że wciąż przytrafiają się jej różne głupie wpadki, że wspomnę zaciemniające sprawę artykuły na temat książki „Communion” W. Striebera czy artykuły niektórych polskich pseudo-ufologów, które ośmieszają tylko ufologię i są zapewne pisane pod dyktando służb specjalnych USA czy NATO, którym też na owym zaciemnianiu bardzo zależy. Już bardziej obiektywny był materiał Anny Węgiełek i Ewy Jabłońskiej z „Super Expressu” nr 36/1998 z dnia 12 lutego 1998 roku, w którym także nie podano orzeczenia MMSA – a szkoda! Byłoby to oddanie sprawiedliwości człowiekowi, którego sprawa skutecznie uciszyła oburzenie na tchórzostwo prezesa Ismay’a – który nie dość, że uciekł z tonącego statku – co jeszcze można zrozumieć, bo każdy chce żyć - ale to właśnie on podjudził kapitana Smitha i konstruktora Andrewsa do rozpędzenia statku o dodatkowe węzły – bowiem zamarzyła mu się Błękitna Wstęga Atlantyku! 


Dziwne aspekty tej katastrofy. Badacze tego incydentu zwracali zawsze uwagę na to, że po zderzeniu – a właściwie otarciu się o górę lodową – na pokłady Titanica posypał się lód. Otóż Titanic wcale nie musiał zderzyć się z górą lodową – mógł on zostać uderzony przez USO, które spowodowało wyrzut na jego pokłady kawałków lodu pływającego wokół góry lodowej. W tym kontekście ciekawie brzmi stwierdzenie pewnego pasażera Titanica, co pokazał Jean Negulesco, który w chwilę po kolizji powiedział: Nie, to nie my w nią uderzyliśmy, ale to ona nas... - jeszcze do tej odzywki wrócimy. Tymczasem proszę przypomnieć sobie opis zderzenia fregaty USS Abraham Lincoln z Nautiliusem kapitana Nemo z powieści Verne’a – tuż po uderzeniu ostrogą w burtę, na pokład USS Abrahama Lincolna zwaliły się dwie trąby wodne, które zmyły do wody prof. Aronnaxa, jego służącego Conseila i Neda Landa... Takie trąby wodne mogły wyrzucić kawałki kry na pokłady Titanica, a także mógł to być efekt eksplozji kotła w kotłowni nr 1. Zderzenie się masy kilkudziesięciu tysięcy ton, rozpędzonych do prędkości niemal 40 km/h   m u s i a ł o b y   zaowocować potężnymi efektami akustycznymi, nie wspominając już o silnym wstrząsie. Pamiętam, jak w 1985 roku, nasz prom MF Pomerania wyrżnął w molo Bazy Promów Morskich PŻB w Świnoujściu, w pewien mglisty dzień. Z betonowego postumentu sygnału świetlnego sypnęła ulewa szczątków, snop iskier wystrzelił na trzy metry w górę, rozległ się wrzask obcieranego metalu poszycia, a prom zatrząsł się febrycznie od uderzenia i zmiany kierunku pracy śrub, kiedy maszyny dały „całą wstecz”, a stery strumieniowe usiłowały odepchnąć dziób Pomeranii od kei... Łoskot był od tego, jak wszyscy diabli, a przecież Pomerania miała zaledwie 13.000 BRT i poruszała się z prędkością 1 – 1,5 kts! Wstrząs i huk zderzenia słyszeli wszyscy w promieniu wieluset metrów, i wszyscy słyszeli gwałtowny zryw maszyn pracujących na rewersie. Wszystko skończyło się na rozwaleniu postumentu czerwonego światła sygnałowego, otarciu blach promu, strachu podróżnych i klątwach kapitana... A na Titanicu?


Rzecz leży w ogromnej masie statków. Titanic poruszał się z prędkością 21,5 kts – czyli 39,82 km/h – i tylko kilka osób czuje wstrząs i słyszy słaby wybuch. A zatem krawędź lodowa była tak ostra, że cięła (a raczej wgniatała) burtę statku, jak nóż do konserw, NB tego właśnie porównania użył Józef Conrad-Korzeniowski – albo I oficer Murdoch nie dał „całej wstecz” i „ster lewo na burt”! W ciągu tych fatalnych 37 sekund od momentu dostrzeżenia przeszkody do momentu uderzenia w nią, statek musiałby zareagować na oba te manewry, które zamanifestowałyby się wstrząsami o wiele silniejszymi, niż zarejestrowane. Te 37 sekund oznacza, że w momencie dostrzeżenia góry lodowej Titanic znajdował się w odległości 407 m od niej... To mniej, niż pół kilometra. Co to oznacza? – mianowicie to, że   n i e   b y ł o   czasu  na jakikolwiek manewr! 66-tysięcznik, to nie kajak, który można zatrzymać i skręcić na dystansie dwóch metrów – jego droga hamowania liczy się w kilometrach. Titanicem nie dało się po prostu wykręcić jak kajakiem. Jego tytaniczna bezwładność obróciła się przeciwko niemu... Podejrzewam, że nawet gdyby Titanic miał stery strumieniowe, to nie byłyby one w stanie zboczyć nim wystarczająco z kursu w którąkolwiek stronę, by uniknąć otarcia o górę lodową i jej wystające ostrogi. Rzeczywiście, najlepszym wyjściem byłoby dać „całą wstecz” i uderzyć dziobnicą w lód. W najlepszym przypadku zalałoby dwa dziobowe przedziały. W najgorszym być może udałoby się osadzić Titanica na lodzie i w ten sposób utrzymać go na czas wystarczający do ewakuacji ludzi z wraku – czyli przez cztery godziny, do przybycia Carpathii. Oczywiście teraz możemy sobie gdybać. Murdoch musiał podjąć decyzję w ułamku sekundy i ją podjął. Inna rzecz, że była ona najgorsza z możliwych...


Wolf Schneider podaje jeszcze jeden ciekawy fakt, który jakoś umknął uwagi badaczom tej katastrofy. Pisze on mianowicie, że: Titanic zderzył się z górą lodową z prędkością 15 m/s – koniec cytatu. Przeliczyłem i wyszło mi, że w chwili zderzenia Titanic poruszał się z prędkością nie 21,5 kts, jak podaje się oficjalnie we wszystkich źródłach, ale aż 29,15 kts – czyli pełne 54 km/h!... Wygląda na to, że komuś jednak zamarzyła się Błękitna Wstęga Atlantyku i gnał statek z prędkością ówczesnego niszczyciela idącego do ataku torpedowego. Bardzo chciałbym wiedzieć, skąd Schneider wytrzasnął te 15 m/s!?...


Kurs „statku-widma”. Wróćmy do „statku-widma”, widzianego z pokładów Titanica i Californiana. „Statek-widmo” idzie kursem z NE-E na SW do godziny 23:40. Potem staje w dryfie i... obraca się o 180°, jakby chciał zawrócić. Następnie uruchamia maszynę i o godzinie 02:05 idzie kursem na SW poprzez ławicę dryfującego paku lodowego i o godzinie 02:40 jego światła   z n i k a j ą !


Najciekawsze jest to, że kierował się on na błędną pozycję podaną po sygnale CQD MGY. Wyglądałoby zatem na to, że ów statek szedł na pomoc tonącemu Titanicowi po odebraniu   p i e r w s z e g o   sygnału, a następnie wyłączył radiostację i nie usłyszał   d r u g i e g o   sygnału SOS MGY z prawidłową pozycją. A to stawia wszystko na głowie i artykuł Schneidera nie wyjaśnia niczego, a gmatwa tą sprawę jeszcze bardziej.



Rodzi się tutaj następne pytanie: czy statek X był tym USO, który spowodował katastrofę? Statek ten zwrócony był do Californiana lewą burtą – bowiem widziano jego czerwone światło pozycyjne, a nie prawą jak Titanic, w przeciwnym wypadku byłoby widoczne światło zielone. To oznaczało z kolei, że statek X stał w godzinach 23:40 – 01:10 dziobem w kierunku Prądu Labradorskiego, który spychał wszystkie dryfujące na oceanie statki z prędkością 2 kts na południe. Takie właśnie nienormalne zachowanie się „statku-widma” sprawia, że nie sądzę, by był to statek z tego świata... – jeżeli odrzucimy Spiskową Teorię Dziejów.

wtorek, 25 lutego 2014

Trójkąty Bermudzkie... (61)

  


Duchy istnieją. Wiem, bo sam widziałem jednego z nich w porannej mgle. Z niedowierzaniem patrzyłem, jak przesuwa się przed moimi oczami, niby monstrualne, wygnane w piekła widmo. Spowite w niewidzialny całun dawnej tragedii, z unoszącymi się wokół duszami tych, co na nim zginęli...
Jego widok sprawiał, że czuło się jednocześnie dumę i żal...

Clive Cussler – „Podnieść Titanica

To miał być najwspanialszy statek świata. Nie największy, nie najszybszy – najwspanialszy. Jego pierwszy i zarazem ostatni rejs, mimo morza wypisanego atramentu i kilku lasów zamienionych na papier, jest owiany mgłą Tajemnicy – takiej pisanej z dużego T. I o tej Tajemnicy chcemy tutaj opowiedzieć...

Jak dotąd, to nie spełniła się – i bardzo dobrze – literacka wizja podniesienia RMS  Titanic, którą tak plastycznie opisał amerykański pisarz-marynista Clive Cussler. Spełniło się za to inne marzenie całych pokoleń eksploratorów – do wraka pogrążonego na głębokości ponad czterech kilometrów zanurzył się batyskaf Alvin i dokonał rekonesansu. Wiemy, że po wśliźnięciu się pod powierzchnię wody, Titanic rozpadł się na dwie części i opadł na dno stając się grobem dla 1.513 osób.

RMS Titanic był statkiem stanowiącym według słów ówczesnych komentatorów – pływający hotel klasy „Ritz”, a to ze względu na luksusy – rzecz jasna dla pasażerów I klasy. Miał on 66.000 ton wyporności, pojemność brutto – 46.328 ton, długość – 270 m, szerokość – 28 m, wysokość od stępki do mostka kapitańskiego – 32 m. dwie maszyny parowe i turbiny o łącznej mocy 51.000 KM, trzy śruby napędowe, 29 kotłów, 11 pokładów i 2.500 miejsc dla pasażerów. Ta całość pchana potęgą pary, na której ogrzanie potrzeba było każdej doby 800 ton bunkru węglowego, poruszała się z prędkością podróżną 22 węzłów (kts) – czyli 40,7 km/h.

Statek wyruszył w swój dziewiczy rejs w dniu 10 kwietnia 1912 roku po trasie: Southampton (Anglia) – Cherbourg (Francja) – Queenstown (Irlandia) – Nowy Jork (USA). Po doembarkowaniu pasażerów w Cherbourgu, w czwartek, dnia 11 kwietnia, statek oddał cumy i ruszył ku brzegom Irlandii, skąd południową trasą ruszył przez Atlantyk. Prowadzony pewną ręką kapitana Smitha oraz dwóch oficerów: Murdocha i Lightollera potężny transatlantyk ruszył w swój pierwszy – i jak się potem okazało – także ostatni rejs do Ameryki...

Nie będę opisywał tego, co się działo na pokładach Titanica w czasie rejsu – inni zrobili to lepiej ode mnie. Skupię się jedynie na ostatnich minutach przed katastrofą. 2.207 załogantów i 1.400 pasażerów ufnie mknie ku temu, co było nieuchronne. Marynarze na bocianim gnieździe zauważyli dwuwierzchołkową górę lodową na kursie i...

... dnia 14 kwietnia 1912 roku, o godzinie 23:40, na pozycji 41°46’N - 050°14’W, pędzący z prędkością 22 kts, RMS Titanic uderza prawą burtą w górę lodową. W dwie godziny potem idzie na dno.

Tak głoszą wszystkie wersje tego wypadku. Nurkowanie ekipy prof. Boba Ballarda w 1985 roku nie wyjaśniło niczego, a wręcz odwrotnie – postawiło jeszcze więcej znaków zapytania. Przypuszczano, że Titanic poszedł na dno wskutek rozdarcia kadłuba o ostrą krawędź góry lodowej na długości 60 m, co w rzeczywistości wystarczyłoby na wysłanie togo kolosa w objęcia Davy Jonesa... Ale nie, stwierdzono w kadłubie tylko 6 niewielkich otworów o wywiniętych na zewnątrz krawędziach, co sugerowało raczej wybuch we wnętrzu kadłuba. A zatem, co? Sabotaż?...

Zatopienie: celowe i z rozmysłem RMS Titanic byłoby i było de facto węzłowym punktem historii – wszak na jego pokładzie znajdowało się pokaźne stadko VIP-ów – w tym aż 57 milionerów z J. J. Astorem, B. Guggenheimem, I. Straussem i G. Wiedenerem na czele. Był tam doradca prezydenta USA TaftaA. Butt, prezes White Star Line i konstruktor TitanicaTh. Andrews, główny udziałowiec tegoż przedsiębiorstwa – J. B. Ismay i „unsinkable” Molly Brown – milionerka z Montany, o której pisał nasz niezapomniany kapitan żeglugi wielkiej Karol Olgierd Borchart w swej książce „Znaczy kapitan”. Był tam także słynny dziennikarz i pisarz brytyjski William I. Stead, przy której to postaci zatrzymamy się nieco dłużej przy omawianiu przyczyn katastrofy.

Wszyscy ci ludzie wieźli ze sobą pieniądze, złoto, kosztowności i papiery wartościowe zdeponowane w kapitańskich sejfach, o wartości szacowanej na około 300 mln USD. I to wszystko poszło na dno w dniu 15 kwietnia 1912 roku, o godzinie 02:20... Towarzystwa ubezpieczeniowe wypłaciły rodzinom ofiar 14 mln GBP - sumę niebotyczną na owe czasy.

Katastrofę próbowano wyjaśnić na różne sposoby. Oczywiście arogancja i chore ambicje szefów White Star Line oraz brawura kapitana Smitha przyczyniły się do zagłady transatlantyku, ale nie tylko. Gdybyśmy byli zwolennikami spiskowej teorii dziejów, to skupilibyśmy się na tych 57 milionerach i innych VIP-ach, którzy podróżowali na jego pokładzie. Śmierć wielu z nich zatrzęsła ich imperiami finansowymi i z całą pewnością znacząco zmieniła bieg historii. Być może wpłynęła ona na wybuch i przebieg obu Wielkich Wojen XX wieku, a także późniejsze dzieje świata. Ciekawe, jak potoczyłyby się losy świata, gdyby Titanic   nie zderzył  się z górą lodową owej fatalnej nocy?...

Z przyczyn nienaturalnych – czyli leżących poza naszym światem – można wymienić dwie. Pierwszą z nich wymienił William I. Stead – zemsta mumii żony jednego z faraonów, która rzuciła klątwę na wszystkich, którzy zakłócają jej spokój.

Inny pisarz twierdził, że na Titanicu znajdował się posążek samego Szatana i na dobitkę wszystkie przyrządy do odprawienia czarnej mszy... Na dodatek bluźniercze napisy w rodzaju: Tego statku nawet sam Pan Bóg nie zatopi!, czy Nie ma Boga, który byłby w stanie ten statek w odmętach morskich pogrążyć!, co stanowiło jawne wyzwanie rzucone wszystkim siłom ciemności i musiało się zakończyć tylko w jeden, jedyny i fatalny dlań sposób... Poza tym – żeby było już całkiem makabrycznie – w jednej z przegród wodoszczelnych, NB tej samej, którą rozpruł lód – miały znajdować się zwłoki jednego z niterów, którego zamknięto tam żywcem... Przypadek czy celowa ofiara dla Księcia Ciemności???... Tak czy inaczej – statek nie dotarł do celu. Zatopił go sam Szatan in persona, który postawił na jego kursie górę lodową i spowodował zupełny sztil, zero wiatru i morze gładkie jak oliwa – nie było nawet długiej atlantyckiej fali, co samo w sobie jest fenomenem! Żeby było jeszcze ciekawiej – marynarze na bocianim gnieździe byli zdani tylko na własne oczy – nie mieli nawet lornetki!!! Kapitan Smith nie wystawił posterunku na oku, który uzupełniałby obserwatorów z mostka i bocianiego gniazda. Nie widział potrzeby, wbrew ostrzeżeniom o dryfujących lodach... Wyglądało na to, że sama Natura sprzysięgła się przeciwko transatlantykowi i ludziom, którzy nim podróżowali.

A przecież gdyby I oficer Titanica William Murdoch dał przed zderzeniem „całą wstecz” i trzymał kurs na lód, to skończyłoby się to zderzeniem i zmiażdżeniem dwóch dziobowych komór wodoszczelnych, co skończyłoby się przegłębieniem statku na dziób, które można by było zrównoważyć zalewając dwie komory rufowe, by statek stanął na równej stępce. Pozostałe 12 komór zapewniłoby mu pływalność na tyle, by uratować wszystkich pasażerów i załogę. Niestety, Murdoch dał „całą wstecz” i przełożył ster „lewo na burtę”, przez co wystawił całą prawą burtę na uderzenie lodu. Efekty znamy – statek poszedł w dwie godziny na dno z piętnastoma hekatombami ofiar.

Ekipa prof. Ballarda ustaliła ponad wszelką wątpliwość, że statek nie miał rozprutej burty czy części dennej kadłuba – jak domniemywano jeszcze do lat 80. XX wieku, ale zaledwie 6 rozdarć płyt poszycia burty, nieco poniżej linii wodnej, których krawędzie były wywinięte, ale do zewnątrz! Być może spowodował to wybuch kotłów i spowodowana nimi fala uderzeniowa, która wypchnęła blachy i wygięła je na zewnątrz. Wiadomo, para uwięziona pod ciśnieniem 150 atmosfer w kotłach transatlantyku wybuchła, kiedy ściany kotłów zostały schłodzone przez lodowatą wodę Atlantyku. Woda ta miała temperaturę –2°C, temperatura powietrza spadła z +6°C do 0°C, co spowodowało, że rozbitkowie w wodzie nie mieli właściwie żadnych szans na przeżycie. Umierali z zimna... Naprężenia termiczne w ścianach kotłów rozrywały je, zaś ciśnienie pary dopełniało dzieła zniszczenia.

Co otworzyło drogę wodzie? Oczywiście uderzenie statku o lód i rozprucie poszycia burtowego. To oczywiste. Najdziwniejsze jest to, ze ani załoga, ani pasażerowie właściwie prawie nic nie poczuli, a przecież walnięcie w lód o twardości skały masą 66.000 ton musiałoby być zauważalne! Tymczasem ludzie poczuli lekkie drgania i usłyszeli jakby odgłos dalekiego wybuchu.

A mogło to być tak: RMS Titanic nie uderzył o górę lodową, a   został uderzony  przez Nieznany Obiekt Podmorski – USO. Żeby to zrozumieć, musimy się cofnąć do pierwszych stron powieści Juliusza Verne’a pt. „20.000 mil podmorskiej żeglugi”, w której pan Verne podaje kilka niezmiernie interesujących przypadków zderzenia się statków pasażerskich z nieznanym obiektem podwodnym, który nazwał on „uciekającą skałą”. Najsłynniejszym z nich był wypadek Scotii, która została uderzona w godzinach przedpołudniowych, dnia 13 kwietnia 1867 roku, na pozycji 45°37’N - 015°37’W, nieznanym narzędziem, które pozostawiło po sobie idealnie trójkątny otwór w czysto rozciętej blasze poszycia burtowego, nieco poniżej linii wodnej. To właśnie wydarzenie jest punktem startowym powieści Juliusza Verne’a. Cała seria niezrozumiałych katastrof morskich układa się w logiczny ciąg wydarzeń, kiedy założymy, że we Wszechoceanie buszują Nieznane Obiekty Podmorskie. Oczywiście na Titanicu i Scotii się sprawa bynajmniej nie skończyła...

Śledztwo w sprawie katastrofy Titanica wykazało, ze w okolicy owego fatalnego dlań punktu określonego koordynatami: 41°46’N - 050°14’W znajdował się statek SS Californian, który w tym czasie stał na pozycji 42°40’N - 050°07’W – i przez wiele, wiele lat uważano, że była to geograficznie najbliższa jednostka morska, która mogła udzielić mu pomocy. Jednakże okazało się, że...

... w tym czasie panował tam ruch, jak w Rzymie!

W pobliżu tonącego transatlantyku znajdowały się także następujące statki: SS Almerian, SS Mount Temple, SS Paula, SS President Lincoln, a nieco dalej także: SS Carpathia, SS Frankfurt, RMS Olympic – siostrzany statek RMS Titanic, zaś ponadto jeszcze cała plejada mniejszych jednostek rybackich. Innymi słowy mówiąc, w pobliżu tonącego olbrzyma panował ruch, jak w Rzymie, albo na Trafalgar Square w Sylwestrowy wieczór, a pomimo tego Titanic tonął sam, w nierealnym otoczeniu kry i spokojnego, gładkiego morza. Aż się wierzyć nie chce!

Stało się jedno pewnym – pomiędzy tonącym Titanicem, a stojącym w dryfie Californianem znajdował się jeszcze jeden statek, który widzieli załoganci z obu tych jednostek biorąc go już to za Titanica, już to za Californiana! Śledztwo wykazało bowiem, że i jeden i drugi statek nie mogły się widzieć nawzajem – ich odległość od siebie była zbyt duża, by widzieć nawet swe światła topowe! Czyżby więc statkiem-widmem widzianym przez załogi obydwu statków był sprawca całego nieszczęścia – ów tajemniczy USO? Niemożliwe – a jednak historia zna przykłady obserwacji takich tajemniczych statków-widm na wszystkich akwenach Wszechoceanu, nie wykluczając nawet naszego maleńkiego, ale bardzo groźnego i strasznego w swym gniewie Bałtyku, co wiem z osobistego doświadczenia...

Jak już o powieściach mowa, to warto wspomnieć, że kilku pisarzy przewidziało tragedię Titanica na wiele lat przed tym wydarzeniem. Należy tutaj wspomnieć powieść Morgana Robertsona, który opisał identyczną tragedię ogromnego liniowca pasażerskiego, który poszedł na dno wskutek kolizji z górą lodową. Książka nosiła tytuł „Próżność”.

 Jakże pasował on do tego, co rozegrało się na Atlantyku w kilkanaście lat później!
Wspomnienie tej tragedii uratowało życie niejednemu marynarzowi, który pomny losu Titanica wytężał wzrok, gdy jego statek zbliżał się do feralnego akwenu w kwietniowe noce.

A jak już o sztuce mowa, to warto przytoczyć wykaz filmów , które nakręcono z inspiracji tą katastrofą:

1.       Atlantis – reż. August Blom (1913, Dania) – fabularny;
2.      Atlantic – reż. E. A. Dupont (1929, Wk. Brytania) – fabularny;
3.      Titanic – reż. H. Selpin i W. Klinger (1943, Niemcy) – fabularny;
4.      Titanic – reż. Jean Negulesco (1953, USA) – fabularny;
5.      A Night to Remember – reż. Roy Baker (1958, USA) - fabularny;
6.      SOS Titanic – reż. William Hale (1979, USA) – fabularny, dla TV;
7.      Rise the Titanic – reż. Jerry Jameson (1980, USA) na podstawie powieści Clive Cusslera, fabularny;
8.      Titanic: A Question of Murder – reż. Alan Ravenscroft (1983, USA) – paradokumentalny;
9.      Secrets of Titanic – reż. G. Hurley, R. Ballard, L. N. Noxon (1987, USA) – dokumentalny;
10.    Titanic – reż. Stephen Low (1991, USA) – fabularny;
11.     Titanic – reż. Melissa Beltier (1995, Francja-USA) – paradokumentalny;
12.     Titanic – reż. Robert Liebermann (1996, USA) – fabularny;
13.     Titanic – reż. James Cameron (1997, USA) – fabularny.


Jak zatem widać z załączonej listy, żaden z tematów wykorzystywanych na kanwę scenariuszy filmowych nie doczekał się takiej ilości filmów, jak właśnie tragedia z 14 kwietnia 1912 roku! Czyżbyśmy wszyscy ulegli magii tego wydarzenia i stworzyli swoisty syndrom nieuchronnej zagłady – syndrom Titanica, który szczególnie nasilił się po 11 września 2001 roku?

poniedziałek, 24 lutego 2014

Trójkąty Bermudzkie... (60)


Hmmm… wszystko to pięknie, tylko że wyszło gorzej. Okazało się, że zdjęcia rzekomych zanurzeń batyskafów powstały jeszcze w czasie kręcenia „Titanica” i są zwyczajnym humbugiem. A zatem cała reszta materiału naukowego z tej wyprawy też może być diabła warta… Artykuł ten opublikowano w sierpniu 2007 roku. Niemal jednocześnie z nim w internetowym wydaniu „Russia Today” ukazał się artykuł o niezmiernie interesującym odkryciu. 

Z „Russia Today”, 30 sierpnia 2007, 17:57

Rosyjscy uczeni odkrywają minerał pochłaniający radioaktywność

Rosyjscy uczeni w Chibińskich Górach za Północnym Kręgiem Polarnym dokonali ważnego odkrycia naukowego. Znaleźli oni nowy minerał, który pochłania promieniowanie.
Nie ma on nawet swej oficjalnej nazwy i jest znany tylko pod numerem 27-4. Jest on w stanie pochłaniać promieniowanie z "popiołów" nuklearnych.
- Jest on w stanie wchłaniać substancje promieniotwórcze z każdego wodnego roztworu i to ma ogromne znaczenie praktyczne - powiedział Jakow Pachomowskij, dyrektor Kolskiego Instytutu Badawczego.
Po kontakcie z próbką tego minerału, radioaktywna woda staje się zupełnie bezpieczną. Gdyby ten minerał mieli do dyspozycji lekarzy po katastrofach w Czarnobylu i Three Mile Island, to ich konsekwencje byłyby zupełnie różne od znanych, bowiem w obu przypadkach kontaninowano by radioaktywną wodę.
Jednakże nie jest to takie proste, jak to wygląda na papierze. Uczeni twierdzą, że potrzebują tony tego minerału, a jak dotąd, to znaleźli oni zaledwie kilka gramów. Jednakże mają nadzieję, że uda się odtworzyć skład chemiczny tej substancji i wytwarzać ją w skali przemysłowej.
- Musimy zbadać jego właściwości, by chemicy mogli produkować go w na skalę przemysłową - powiedział Grigorij Iwaniuk z KIB.
Każdego roku za Kołem Polarnym odkrywa się dziesięć nowych minerałów, a 1/3 wszystkich światowych odkryć w tej dziedzinie jest dokonywana właśnie na Półwyspie Kola.
Ostatnie odkrycie może być czymś najważniejszym dla przemysłu atomowego.

A zatem jest się o co bić. Kiedy Robert Leśniakiewicz zamieścił tą informację jako post na swym blogu, to internauci skomentowali to jednoznacznie jako wyjaśnienie przyczyny wyścigu do arktycznej skarbnicy:

„Ostatnie odkrycie może być czymś najważniejszym dla przemysłu atomowego. " 
Nie ma obecnie teorii na pochłanianie promieniowania jądrowego przez substancje inne niż o ciężkich jądrach jak np. ołów. Jeśli to jest prawda to po pierwsze zmienia całą fizykę.
Po drugie co to oznacza że materiał włożony do brudnej wody pochłania 
jej radioaktywność?? Zabiera aktywne atomy i je dezintegruje? Może je tylko od biedy skutecznie ekranować. A jeśli oczyszcza radioaktywne substancje to już drugi przełom. Zobaczymy co będzie dalej, to jest równie ciekawe jak etymolog, który odkrywa antygrawitację. Ale zawsze w takich historiach brakuje małego najważniejszego elementu układanki którą się nazywa "Dlaczego nam to nie działa" :)) 

 ~hapeki, 2007-10-12 15:37

Ciekawe, ale na ile wiarygodne???

 ~Hidalgo, 2007-10-12 19:58

To interesujące, ale także wzbudza podejrzenia, że jest wiadomością o charakterze marketingowym, wygenerowaną przez lobby atomowe.

~ma-ja, 2007-10-14 11:49

Hmmm... - ta informacja w ogóle jest jakaś dziwna, bo co musiałby zawierać taki minerał, który absorbowałby promieniowanie. Jakie promieniowanie: alfa, beta, gamma, rentgenowskie??? Na jakiej zasadzie? To są kluczowe pytania i nie ma na nie odpowiedzi - czyżby kolejny humbug rosyjskich fantastów? Nie podoba mi się to...

robert, 2007-10-14 11:56

Myślę, że te opinie mówią same za siebie.

Najciekawszą z nich zaprezentował Mariusz Fryckowski na swym blogu internetowym - http://www.betagon.blog.onet.pl/2,ID259766234,index.html, gdzie przedstawia on sprawę wyścigu do bogactw Arktyki w kontekście wydobywania z dna morskiego konkrecji polimetalicznych, buł manganowych i innych, z których można pozyskiwać m.in. mangan, żelazo, nikiel, kobalt, miedź…. Polska także ma na Pacyfiku swe poletko konkrecji manganowych, ale oczywiście nie jest w stanie eksploatować ich z trzykilometrowej głębi, bo nie ma – przynajmniej na razie – jak i czym.  

Kolejna sprawa to wyprawa w Arktykę, która miała się odbyć na pokładzie NS Jamał. W roku ubiegłym (2006) świat obiegła informacja o wyprawie na pokładzie atomowego lodołamacza NS Jamał grupy setki uczonych w poszukiwaniu rozwiązania ostatnich dwóch problemów Arktyki: istnienia Ziemi Sannikowa i innych „archipelagów znikających wysp”, jak poetycko nazwał to znany radziecki pisarz Leonid Płatow w swych powieściach „Archipelag Znikających Wysp” (1953) i „Kraina siedmiu traw” (1953). Sprawdziliśmy co się stało z tym pomysłem i ku naszemu serdecznemu żalowi, na stronie internetowej Voyage to Our Hollow Earth - http://www.voyagehollowearth.com/index.html wyczytalismy, że wyprawa została odwołana ze względu na śmierć jej animatora – Steve’a Curreya. Szkoda, bo wyprawa ta zapowiadała się bardzo obiecująco, i choć sceptycznie odnoszę się co do problemu istnienia Wejścia Północnego do Pustej Ziemi, to uważamy, że wyprawa taka odpowiedziałaby na wiele pytań związanych z przyrodą Arktyki…

Godzi się tu wspomnieć o tym, że w tym roku zaginął bez wieści inny Amerykanin – posiadacz duszy dziewiętnastowiecznego eksploratora i wielu rekordów – Steve Fossett. Można tylko mieć nadzieję, że wraz z nimi nie odszedł na zawsze duch eksploracji, a zamiast niego wtargną na te ziemie i wody międzynarodowe koncerny naftowe i wydobywcze, które zniszczą ostatni bastion jeszcze w miarę dziewiczej Przyrody.


Jasne, i tylko pozwalamy sobie postawić pytanie: czy ktoś pytał o zgodę na eksploatację surowców z dna morskiego prawdziwych mieszkańców Wszechoceanu? A co będzie, jak im się to nie spodoba i poczują się zagrożeni? Czy przedsięwezmą jakieś drastyczne środki przeciwko istotom zakłócającym im spokój w oceanicznej głębi? Kto wie, czy do takich działań już kiedyś nie doszło? Czyż nie pasuje to do takich katastrof, jak katastrofa RMS Titanic?

niedziela, 23 lutego 2014

Trójkąty Bermudzkie... (59)


Bezprecedensowa akcja

Jak dotąd, to niewielu ludzi rozumie, dlaczego tak nieoczekiwanie 26 lipca 2007 roku, Rosja przedsięwzięła wielką ekspedycję do Bieguna Północnego, z zaplanowanym międzynarodowym zanurzeniem batyskafów USN Mir-1 i USN Mir-2 na dno Północnego Oceanu Lodowatego. A cóż to za potrzeba wyrażenia roszczeń Rosji do Bieguna Północnego i przedsięwzięcia „największej morskiej wyprawy w historii badań Arktyki”?

Okazuje się, że potrzeba taka istnieje i jest to potrzeba ogromna! Nieprzypadkowo w wyprawie uczestniczy statek flagowy Rosgidromietcentra (rosyjski odpowiednik polskiego IMGW) RV Akademik Fiedorow prowadzony przez lody przez potężny  lodołamacz NS Rossija. Na pokładzie motorowca znajduje się ekipa uczonych o różnych specjalnościach zdolnych do wypełnienia zadania zbadania rosyjskiego szelfu kontynentalnego na wysokich szerokościach geograficznych. Szczytowym punktem ekspedycji jest podjęte w dniu 29 lipca zanurzenie batyskafu Mir-1 na głębokość 4.700 m, podjęte przez trzyosobową rosyjską załogę, którą dowodził deputowany do Dumy Państwowej – Artur Czilingarow. Poza nim na pokładzie znajduje się dr n. techn. Anatolij Sagalewicz oraz Władimir Gruzdiew.

Kim jest Władimir Gruzdiew? Trzeci członek załogi – człowiek dla podwodnej ekspedycji – na pierwszy rzut oka – zupełnie niepotrzebny. Jest on członkiem  Komitetu Dumy ds. Prawa Obywatelskiego, Arbitrażowego, Administracyjnego i Procesowego. A po co? A jest po co! Ale o wszystkim po kolei.

Mówiąc o historii problemu należałoby zacząć od roku 2002, kiedy to Rosja przekazała notę do speckomisji ONZ w sprawie prawa do władania strefą szelfu kontynentalnego w rejonie Grzbietu Łomonosowa i Grzbietu Mendelejewa. Tak zatem wysunęliśmy swoje pretensje do podwodnego terytorium ograniczonego linią przebiegającą od Półwyspu Kola do okolic Czukotki. Społeczność międzynarodowa odrzuciła je twierdząc, że argumentacja nasza (rosyjska) jest niedostateczna. ONZ wyznaczyły termin uzupełnienia dokumentacji do roku 2009. Oczywiście ożywiło to konkurencję – a szczególnie USA. Stanom Zjednoczonym nie podobała się rosyjska aktywność w Arktyce. Dziennik „Time” wprost oświadczył, że Rosja zamierza wprost zaanektować cały Biegun Północny. Natomiast członek Komitetu ds. Zagranicznych Kongresu USA  Richard Lugar stwierdził, że Ameryka powinna natychmiast dołączyć się do Konwencji Prawa Morskiego, aby Moskwa nie położyła swej ręki na arktycznych złożach ropy i gazu.

Problem polega na tym, że na wszystkich XX-wiecznych mapach, ów łakomy kąsek jest oznaczony jako terytorium ZSRR. I to jest ten problem: w roku 1997 w przyjętej jednogłośnie Konwencji Prawa Morskiego ONZ ta ogromna strefa morskiego dna należącego do ZSRR skurczyła się naraz do 200-milowej strefy ekonomicznej… No i do tego dna morskiego zgłosiły swe pretensje inne kraje.

A wartość tego jest ogromna! Na tym spornym szelfie oceanicznym o powierzchni równej terytorium Niemiec, Włoch i Francji razem wziętych czeka na swój czas 100 mld ton węglowodorów. A inne bogactwa? A Wielka Północna Droga Morska przejściem północno-wschodnim z Europy do Ameryki i Azji? Jak widać problem ten ma ściśle geopolityczny charakter. I dlatego w roku 2009 Rosja musi przedstawić twarde dowody na to, by mogła powiedzieć całemu światu: To wszystko jest nasze, i nie zamierzamy się tym z nikim dzielić!

No, ale lipcowa wyprawa na Biegun Północny, to tylko pierwsza jaskółka w tej sprawie. W maju 2007 roku, lodołamacz NS Rossija przyjął na pokład ekspedycję Instytutu Oceanologii z Sankt Petersburga udającą się do Arktyki Wschodniej. Tak więc 50 uczonych pod wodzą dyrektora instytutu Walerego Kaminskiego przez półtora miesiąca badało morskie dno i zebrali oni dowody na potwierdzenie terytorialnych roszczeń Rosji do tej strefy. Ekspedycja „Arktyka 2007” miała za zadanie zakończyć sprawę i wykazać, że podwodne bogactwa znajdują się na terytorium, które jest podwodnym przedłużeniem Syberyjskiej Platformy Kontynentalnej. To nasza „podwodna ziemia”, o którą rozpoczęła się bezpardonowa  geopolityczna wojna!

Także w samej Rosji mamy doświadczenia „małej wojny”. Dokładniej chodzi o spór z Norwegią w sprawie rozgraniczenia szelfu pod Morzem Barentsa. I w tym sporze, który ciągnie się przez 40 lat pora postawić kropkę nad „i” i wreszcie powiedzieć wprost, komu przynależy 155.000 km² dna morskiego, na którym znajduje się około 3 tryliony m³ gazu ziemnego w hydratach metanowych! A na ciernistej drodze walki o podwodne bogactwa zdarzały się też i wpadki. I tak w roku 1990, ówczesny minister spraw zagranicznych ZSRR Eduard Szewartnadze podpisał dokument pt. „Umowa z USA o akwenie Morza Beringa” i nieopatrznie podarował Ameryce 2/3 cieśniny i Morza Beringa. Zaiste carski prezent! Na szczęście rząd w porę się opamiętał i nie ratyfikował tej umowy…

Szczególna rola w ekspedycji „Arktyka 2007” przypadła rosyjskim głębokowodnym batyskafom, które doskonale potwierdziły swe wysokie walory. Znany reżyser James Cameron zaczynając swe zdjęcia do swego znakomitego filmu „Titanic” (1997), zwrócił się do Rosjan z prośbą o wynajęcie statku badawczego RV Mstisław Kiełdysz i USN Mir-1 oraz USN Mir-2, w celu nakręcenia tam swego uhonorowanego 11 Oscarami filmu. Batyskafy te wykonały 12 zanurzeń na głębokość 3600 m i odpracowały za każdym zanurzeniem 15 minut. Ich kadłuby wytrzymywały w tym czasie potworne ciśnienie rzędu 1,5 mln kg na powierzchnię ich zewnętrznego poszycia. Te rosyjskie konstrukcje powstały w roku 1987 i przypominają one swym kształtem cygara i dzięki tytanowym kadłubom są w stanie wytrzymać ciśnienie milionów kilogramów na metr kwadratowy powierzchni. Możemy być z nich dumni, bowiem są one w stanie zanurzyć się z trzema uczonymi na głębokość aż 6 km. Takich aparatów na świecie z takimi możliwościami jest wszystkiego 5 egzemplarzy…

* * *

Pozwolimy sobie tutaj na pewną kąśliwą uwagę – a mianowicie: jakoś tych cudownych aparatów zabrakło w pamiętnym sierpniu 2000 roku, kiedy to w zimnych głębinach Morza Barentsa zatonął okręt podwodny K-141 Kursk. Gdzie one były wtedy, kiedy były najbardziej potrzebne!? Można by dzięki nim uratować co najmniej 35 członków załogi, którzy pozostali przy życiu na jego pokładzie. To, co napisano powyżej o Mir-ach brzmi w tym kontekście, jak zwyczajne tromtadractwo…

* * *

I dalej. Naszym oceanologom przyjdzie zanurzać się na głębokości od 4200 do 4700 m, więc specjalnych problemów z tym nie powinno być. Pierwsze zanurzenie zaplanowano na 29 lipca – a na rekordowym zanurzeniu zadanie do wykonania: opuszczenie na dno tytanowej kapsuły z flagą Federacji Rosyjskiej. Zanurzenie międzynarodowej załogi z przedstawicielami Szwecji i Australii uprości rozmowy w ONZ.


Początek wyprawy okazał się niezbyt szczęśliwym: w dniu 26 lipca RV Akademik Fiedorow stracił napęd i stanął w dryfie – uszkodzony wał napędowy śrub… Awarię usunięto. Ale wszystko się opóźniło w stosunku do harmonogramu…

czwartek, 20 lutego 2014

Trójkąty Bermudzkie... (58)


Jedynie cztery załogowe statki głębinowe (nie licząc japońskich) są w stanie zanurzyć się na głębokości poniżej 3.000 m. W Rosji istnieją dwa zbudowane przez stocznie fińskie aparaty głębinowe: USN Mir I i USN Mir II, które mogą zanurzyć się do 6.000 m. Obydwa te batyskafy zostały wypróbowane przez ich konstruktora dr Anatolija Sagalewicza w czasie pięciu naukowych ekspedycji celem sfotografowania słynnego wraka RMS Titanic. Dr Sagalewicz wykonał ponad 30 zanurzeń do wraka legendarnego parowca. Francuzi posiadają batyskaf USN Nautile, który także niedawno wziął udział w misji do wraka Titanica.[1] Francuscy uczeni także są zainteresowani w głębokowodnych badaniach. Posiadają doskonale wyszkoloną ekipę nurków. Co się zaś tyczy USA, to uczeni amerykańscy niejednokrotnie współpracowali z rosyjskimi przy badaniach podwodnych wulkanów i głębinowych źródeł hydrotermalnych w wielu punktach Oceanu Światowego.

Znakomity twórca filmu „Titanic” James Cameron w ubiegłym roku odbył 140-dniowy rejs po Atlantyku. Pracował on razem z Rosjanami na statku RV Akademik Mstisław Kiełdysz. Statek ten „zagrał” także w jego filmie „Titanic”. Dr Sagalewicz oświadczył, że marzy o tym, by odbyć swym statkiem podróż dookoła świata w celu zbadania kraterów podmorskich wulkanów i źródeł hydrotermalnych oraz zwiedzenia innych interesujących punktów na dnie Wszechoceanu. Czy marzy o tym również Cameron, by zrobić film o tajemniczym Rowie Mariańskim i jego niezwykłych mieszkańcach???...

W roku 1997, uczeni odkryli ponad 300 nowych, nikomu nieznanych gatunków mieszkańców głębin Wszechoceanu. Te formy życia nie zamieszkują w słonecznym świetle. W 1977 roku, prof. dr Robert Ballard i J. F. Grassle odkryli z pokładu batyskafu AGS USS Alvin znajdującego się nieopodal archipelagu Galapagos fenomen, który nazwali „czarnymi dymiącymi kominami” – kamienne kominy o wysokości do 66 stóp, które emitowały czarną, gorącą i bogatą w sole mineralne wodę w chłodne przestwory Pacyfiku. Masy wody oceanicznej przenikają w szczeliny w skalnym dnie, póki nie wejdą w kontakt z roztopionymi i aktywnymi skałami astenosfery. Potem przegrzana woda, która nie może zamienić się w parę pod wpływem ogromnego ciśnienia, rozpuszcza te minerały i wydostaje się do oceanu poprzez kratery w kształcie kominów. Kominy te istnieją nie tylko w sąsiedztwie rowów oceanicznych – jak to ma miejsce np. w Rowie Mariańskim, ale także w okolicach wyniesień śródoceanicznych – jak to ma np. miejsce w Atlantyku. Temperatura wód w okolicach kraterów wynosi średnio +8...+16°C. To jest znacząco cieplej od otaczających je wód oceanicznych, których temperatura wynosi średnio +37...+39°F.[2] Poza źródłami hydrotermalnymi, załoganci Alvina odkryli cały szereg ogromnych robaków, ukwiałów i małży. Pochodzenie ich pozostaje zagadką. Jak widać to naocznie, są one uniezależnione od pokarmu, który zsyła im Wszechocean ze sfery fotycznej.

Od roku 1977 do 1979, Alvin został użyty do głębokowodnych nurkowań w okolicy głębinowych źródeł hydrotermalnych, w celu dalszego badania ich natury. Rozmieszczone one są na stokach podwodnych grzbietów górskich, gdzie tworzące skorupę ziemską płyty rozsuwają się lub subdukują jedna pod drugą. Dynamiczny ruch tych płyt tworzy szczeliny i rozpadliny, którymi woda przedostaje się w głębiny planety, gdzie ona się nagrzewa, mineralizuje i wypływa z powrotem z powierzchniowych źródeł na dnie oceanu. W poprzednich latach oceanolodzy badający okolice tych źródeł odkryli całe kolonie organizmów, związanych z grupami kraterów hydrotermalnych. W kilku przypadkach znaleziono gigantyczne robaki o długości ciała sięgającej nawet do 3 metrów!

Oznaczenie grupy źródeł służy do dokonania całej masy naukowych eksperymentów.  Niektórzy uczeni przypuszczają, że życie na Ziemi rozpoczęło się właśnie w ekstremalnych warunkach otoczenia takich kraterów-kominów. Jeżeli takie same występują w jakichś innych światach, to życie mogło powstać i uchować się tam. Jednym z takich miejsc w Układzie Słonecznym jest Europa – zlodowaciały księżyc Jowisza. Drugą możliwością jest wciąż zagadkowy Mars, gdzie znaleziono minerały, które zazwyczaj znajdują się na Ziemi w takich hydrotermalnych kraterach...

Jednym z gatunków zwierząt, zamieszkujących w pobliżu grup hydrotermalnych źródeł głębinowych są ogromne, rurkowe robaki – pogonofory – Riftia pachyptila. Żyją one w rurach, które osiągają długość nawet do 13 stóp, zaś średnicę do grubości bicepsa dorosłego mężczyzny. Do tej rury robaki te chowają się w przypadku najmniejszego zagrożenia.

Pogonofory żyją dzięki bakteriom, z którymi są w ścisłej symbiozie. To one wychwytują z wody niezbędne składniki mineralne i inne, które następnie przekazują swym gospodarzom. Bakterie wychwytują z wody siarkowodór – H2S, który przekształcają wraz z dwutlenkiem węgla – CO2 w organiczne molekuły: cukry proste i tlen. Ten proces chemosyntezy w strefie eufotycznej Wszechoceanu jest odpowiednikiem fotosyntezy na powierzchni Ziemi i strefie fotycznej oceanu. Biologiczna cywilizacja?

W dalszym ciągu mamy więcej pytań, niż odpowiedzi i konkretnych informacji. No, ale my teraz wiemy, dlaczego Amerykanie i Japończycy tak intensywnie pracują nad badaniami podwodnych kraterów hydrotermalnych. Należy także podkreślić, że w przydennych warstwach hydrosfery mogą zostać odkryte nowe formy życia. Z biologicznego punktu widzenia, są one wszystkie unikalne!

Tym niemniej, do dziś dnia nie wiadomo, kto tak unieszkodliwił platformę TV. Ogromne robaki? Istnieje fantastyczne przypuszczenie: a kto wie, czy te gigantyczne robaki nie są niczym innym, jak biologicznymi robotami służącymi innej inteligentnej rasie zamieszkującej Wszechocean i wnętrza kraterów hydrotermalnych?[3] A jeśli w głębinach Oceanu Światowego istnieje rozumne życie, to czy nie próbowało się ono z nami skontaktować???

Pozostało nam tylko mieć nadzieję, że te tajemnice i zagadki zostaną wkrótce rozwiązane i zacznie się prawdziwy wyścig do dna morskiego, bowiem zawiera ono skarby o które jest się warto bić!

Niedawno cały świat zbulwersowała sprawa ofensywy badawczej Rosyjskiej Akademii Nauk na lodowe obszary północnej czapy lodowej i Bieguna Północnego, a następnie roszczenia rosyjskich polityków do tego obszaru kuli ziemskiej. Na temat ten pisze Aleksander Ramenskij na łamach rosyjskiego tygodnika „Kalejdoskop NLO” nr 35 z dnia 27 sierpnia 2007 roku, w artykule „Co stoi za kulisami projektu «Arktyka 2007»”, którego przekład przytaczam tu w całości.




[1] Ostatnio Nautile został wykorzystany do badania i łatania wraka tureckiego statku TT Prestige, który wiózł 80.000 ton ropy naftowej, z którym to ładunkiem poszedł na dno w zatoce Biskajskiej pod koniec 2002 roku, a który wciąż grozi katastrofą i klęską ekologiczną na wybrzeżach Francji, Hiszpanii i Portugalii. 
[2] Czyli +3°...+4°C. Przy tej temperaturze woda ma swą największą gęstość, dzięki czemu Wszechocean nie zamarza do dna i staje się schronieniem dla życia nawet w epokach lodowcowych. Dzieki tej właściwości wody życie przetrwało nawet totalne zlodowacenie naszej planety w okresie Kriogenu - 850-635 MA temu.
[3] Ten pomysł został wykorzystany przez amerykańskiego pisarza Robina Cooka w powieści pt. „Uprowadzenie” (Warszawa 2002).

środa, 19 lutego 2014

Trójkąty Bermudzkie... (57)


Rów Mariański, znany także jako Głębia Mariańska czy Mariańska Bezdeń jest głębiną w rowie oceanicznym, który znajduje się w odległości 182,5 mili morskiej (338 km) na SE od wyspy Guam. Ta rozpadlina skorupy ziemskiej – 10.294 m[1] – jest największą głębią na kuli ziemskiej. Otaczające ją akweny nazywają tam „kręgami ognia”, bowiem znajduje się tam wiele podwodnych wulkanów. Długość Rowu Mariańskiego wynosi 70 km, zaś jego szerokość – 40 km. Jego najgłębsza część przewyższa Mt. Everest.

Odkrycie tego punktu przypadło w udziale brytyjskiemu statkowi RRV Challenger II przy Marianach w roku 1951. Batyskaf należący do US Navy dosięgnął jego dna w 1960 roku, zaś japońska sonda dokonała dokładnych pomiarów głębiny. Podwodny, zdalnie sterowany robot USN Keiko zmierzył Głębię Challenger w maju 1955 roku. Kiedy Keiko opuścił się na dno Rowu Mariańskiego, jego miernik głębokości wskazał na 10.911 m.

Rosyjska gazeta „24 godziny” opublikowała w swym numerze 20/2001 artykuł o niewyjaśnionych podwodnych incydentach w rejonie Rowu Mariańskiego. Informację o nich otrzymano w 1997 roku, ale uczeni do dziś dnia nie odważają się jej komentować. Rok tych wydarzeń jest nieznany – tj. nieujawniony, zatajony – ale można sądzić, że 1996. Amerykańscy badacze spuścili w głębinę na sześciu kablach[2] podwodną platformę, wyposażoną w silne reflektory oraz w ultraczuły sprzęt audio- i video. W czasie 12 godzin od opuszczenia platformy w głębiny, kamery i mikrofony zarejestrowały coś niezwykłego, a mianowicie: sylwetki obcych, dziwnych obiektów o długości od 12 do 16 metrów. W tym samym czasie mikrofony wyłapywały podwodne szumy przypominające tarcie metalu o metal oraz równomierne, głuche uderzenia...

Platforma nie dosięgła dna rowu. Coś jej uniemożliwiało zejście na największą głębokość. Kiedy wyciągnięto ją na powierzchnię, to wyglądała ona zupełnie inaczej – stalowa konstrukcja była pogięta, zaś kabel – przepiłowany! To cud, że Amerykanie ją w ogóle odzyskali!...

Kiedy wydarzyło się to zanurzenie? Kim byli uczeni, którzy brali w nim udział? Dlaczego o tym eksperymencie i jego rezultatach nie powiadomiono opinii publicznej w Rosji i USA? Na te i inne pytanie jak dotąd nie ma odpowiedzi...

Zastosowano batyskaf AGS[3] USS Trieste. Szwajcar z pochodzenia, prof. Auguste Piccard z Uniwersytetu w Brukseli skonstruował statek swoich marzeń – batyskaf, któremu nadał imię Trieste. Prof. Piccard zaprojektował batyskaf jeszcze w 1905 roku. Pieniądze na budowę zdobył od kilku europejskich fundacji i z Ameryki. Batyskaf zbudowano we Włoszech, z najlepszej stali Kruppa i był obliczony na wytrzymanie ciśnienia 7 ton na cal[4] kwadratowy.

Długość Trieste’a sięgała 50 stóp[5], a jego wygląd przypominał fantastyczny okręt podwodny. Statek składał się z pływaków napełnionych benzyną, która jest lżejsza od wody. Na obu końcach Trieste’a umieszczono także zbiorniki z powietrzem, które zapewniały batyskafowi pływalność przed zanurzeniem.

US Navy przejęła Trieste’a do służby w 1958 roku. Po przyjęciu go, w dniu 23 stycznia 1960 roku, batyskaf wysłano do Rowu Mariańskiego w celu dokonania rekordowego zanurzenia z załogą w składzie: syna prof. Piccarda – Jacquesa Piccarda i porucznika US Navy inż. Donalda Walsha. Pokonując długą drogę, batyskaf osiągnął dno Głębiny Challengera w Rowie Mariańskim. Była to podróż w ciemnościach, bo im głębiej się opuszczał batyskaf, to tym bardziej czarno robiło się wokół niego. Załoga osiągnęła rekordową głębokość – 35.800 stóp, a zjazd w dół trwał 4h48m. Wyprawa przebiegała spokojnie i bez niespodzianek. Przez iluminatory obserwowali życie w głębinie - przy czym udało im się zobaczyć krewetkę i jakąś płastugę, zanim miękko „wylądowali” na dnie. Potem okazało się, że jeden z iluminatorów (o grubości 8 cali!!!) pękł od ciśnienia w czasie zanurzania, co spowodowało „wybuchowe” wstrząśnienie całego aparatu. Załoga przeżyła strach i przerażające ciśnienie hydrostatyczne, ale okazało się, że ta konstrukcja jest w stanie wytrzymać ciśnienie milionów atmosfer. Podróż powrotna trwała 3h17m.

Piccard i Walsh w swym wspaniałym batyskafie zwyciężyli największą głębinę Wszechoceanu – hydrosfery naszej planety – ustanowili rekord, któremu nikt nie dorównał i po nich już nikt nie pogrążał się w takie głębiny.
 
Pozwól Czytelniku, że przerwiemy na chwilę Autorowi. Czyż nie przypomina to wszystko wypraw księżycowych? To samo: osiągnięto powierzchnię Księżyca i... – i to wszystko. Nie ma żadnej bazy księżycowej czy chociażby stacji naukowej. Tak samo w Rowie Mariańskim – ludzie przejechali się w jego głębię i też nic. Ustanowiono tylko rekord i nic nadto... Ale oddajmy głos Waleremu Klitnyjemu...
 
W roku 1963, Trieste brał udział w poszukiwaniach zatopionego w odległości setek mil od Cape Cod amerykańskiego SSN USS Thresher, i jeszcze w tym samym roku US Navy dostała na wyposażenie nowocześniejszy batyskaf USN Trieste II. Jednostka ta okazała się być niezbędną w misji poszukiwawczo-ratowniczej zatopionego SSN USS Scorpion, który leżał na dnie Atlantyku, na głębokości 11.500 stóp. W tej katastrofie zginęło 12 oficerów i 87 marynarzy. Według oświadczenia amerykańskiej admiralicji, USS Scorpion zatonął wskutek całego szeregu usterek i błędów, które popełniono w drodze powrotnej do bazy w Norfolk (VA). Uważa się, że podmorski system hydronasłuchu – SOSUS – wychwycił jakieś dziwne szumy podwodne w momencie katastrofy USS Scorpion. Komisja śledcza rozpatrzyła 23 wersje tej katastrofy, w liczbie których znalazły się hipotezy o trafieniu okrętu przez torpedę wystrzeloną z innego okrętu czy eksplozję własnej torpedy na pokładzie.[6]

USS Scorpion i USS Thresher – to jedyne SSN, które Amerykanie stracili w trakcie 40 lat podwodnych operacji US Navy. Czy wiemy wszystko o misji Trieste’a na dnie Rowu Mariańskiego? Dobrze byłoby, gdyby US Navy wreszcie odtajniła wszystkie odkrycia dwóch odważnych badaczy na jego dnie...

Okazując się jednym z absolutnych liderów w dziedzinie badań Oceanu Światowego, Japonia skoncentrowała swe zainteresowania na Rowie Mariańskim. Dla tego narodu badania te stanowią żywotny interes. Japońskie Centrum Badań i Technologii Morskich (JAMSTEC) pracuje nie tylko w szerokim wachlarzu głębokowodnych badań, ale także nad komercjalnym wykorzystaniem Wszechoceanu. Do JAMSTEC należą dwa znane na całym świecie statki: załogowy statek podwodny DSV Shinhai – z możliwościami zanurzania się do 6500 m – oraz bezzałogowa sonda Keiko. Dane zebrane dzięki tej ostatniej jednostce w czasie badań w roku 1995 są bezcenne. Teraz uczeni nie tylko wiedzą, jaka jest maksymalna głębokość rozpadliny, ale także i strefa ciśnienia, ponad 1.000 razy większa od ciśnienia panującego na powierzchni morza. Temperatura wód przydennych wynosi ciut więcej od 0°C zabezpiecza życie i rozwój około 180 gatunków mikroorganizmów. Spadający na dno pokarm (podobny do padającego śniegu – sic!) przyciąga uwagę wielu mieszkańców królestwa abysalu. Ludzie, którzy obserwowali to przez TV z pokładu statku, ucieszyli się widząc, że ryby pojawiają się także w takiej głębinie! Potem, kiedy eksperci obejrzeli nagrania z dna oceanu okazało się, że to nie były żadne ryby, tylko przedstawiciele rodziny krewetkowatych. Ale czy ludzie widzieli tajemnicze, gigantyczne robaki czy inne podwodne gigantyczne stworzenia, które unieszkodliwiły platformę TV? Jeżeli nawet tak, to oni o tym milczą...

Japończycy szczególnie są zainteresowani eksploatacją bogactw mineralnych Wszechoceanu, bowiem na ich wyspach są one na wyczerpaniu. Oto dlaczego milczą oni na temat gigantycznych mieszkańców Rowu Mariańskiego. Być może, że rządy USA i Japonii założyły knebel na informacje do dziś dnia, póki nie dowiedzą się czegoś więcej o stworzeniach, które swego czasu zaatakowały platformę.[7] Można zrozumieć rozmach tych oceanicznych ekspedycji badawczych, które Japończycy przedsięwzięli ostatnimi czasy. Głębokowodne naftowe i mineralne zasoby dna Wszechoceanu są przyczyną tajnych bitew o zawładnięcie nimi w przyszłości. Projekty opanowania dna oceanicznego i stworzenia tam warunków dla egzystencji człowieka, jakie panują na matce-Ziemi stanowią wyzwanie równe wyjściu człowieka w otwarty Kosmos. Nie jest wykluczone, że zasłoną tajemnicy można uzasadnić istnienie milionów nowych żywych stworzeń, które do dziś dnia nie zostały odkryte w Oceanie Światowym. Kto jeszcze uczestniczy w wyścigu?




[1] Przyjmuje się, że Rów Mariański ma de facto głębokość 11.022 m (Głębina Challenger), aczkolwiek najnowsze badania wykazują, iż jest ona mniejsza i sięga tylko 10.911 m.
[2] Tu: na stalowych linach.
[3] Auxiliary Submarine – podwodna jednostka pomocnicza.
[4] 1 cal = 25,4 mm.
[5] 1 stopa = ok. 30 cm.
[6] Nawiasem mówiąc, podobne hipotezy wysunięto w czasie prac spec-komisji dochodzeniowej rosyjskiej marynarki wojennej po zatonięciu w Morzu Barentsa rosyjskiego SSGN K-141 Kursk w sierpniu 2001 roku.
[7] Ciekawe wyjaśnienie tego problemu podał swego czasu amerykański pisarz  Steve Alten w swej powieści hipotetycznej pt. „MEG – Potwór z głębin” (Warszawa 2000), w której twierdzi on, że tajemniczymi istotami widzianymi w głębinach Rowu Mariańskiego były reliktowe rekiny mezozoiczne Carcharodon megalodon o długości 15-20 m i masie 20 ton, które wyginęły około 100.000 lat temu.

piątek, 14 lutego 2014

Trójkąty Bermudzkie... (56)


* * *

Te słowa napisałem w 2000 roku i ukazały się na łamach „Nieznanego Świata” nr 8/2000 ss. 16-17, kiedy to naiwnie wydawało mi się, że nauka pójdzie naprzód i ta zagadka zostanie rozwiązana w najbliższym czasie. Niestety, nic bardziej mylnego! Nauka obeszła problem bokiem, a znaki zapytania pozostały – ba! – jest ich jeszcze więcej!


Problem Wodnych Ludzi jest marginalizowany ale do czasu, bowiem w miarę coraz szerszej penetracji człowieka we Wszechoceanie czy prędzej czy później, ale nieuchronnie dojdzie do spotkania z tymi istotami i – czego obawiam się najbardziej – konfrontacji, której przedmiotem będą bogactwa dna Wszechoceanu: rudy metali, ropa naftowa i gaz ziemny, hydraty metanowe, zasoby biologiczne i inne. I nie chciałbym, by spełniło się ponure proroctwo i ostrzeżenie Franka Schätzinga, które zawarł on w swej kobylastej powieści „Odwet oceanu”, (Wrocław 2006), a którą polecam zainteresowanym tą problematyką. W każdym razie będąc w czasie wakacyjnych wędrówek nad morzem rozglądajmy się pilnie – a nuż może ujrzymy jakąś Pannę Wodną wygrzewającą się na słońcu? A nawet kiedy się nam to nie uda, to warto rozejrzeć się za bałtyckimi fokami i morświnami, których populacja jest odbudowywana z takim trudem!


Czyżby Utopce, Syreny, Nereidy oznaczały różne miana tego samego zjawiska? Cóż, głębiny wód, a szczególnie oceanów są w równym stopniu mało zbadane, mniej niż powierzchnia Księżyca! Nieprzypadkowo temat Wodnych Ludzi tak często powraca w rozmaitych kulturach i cywilizacjach. Co się za nimi kryje? Oto jest pytanie…


Żeby odpowiedzieć na to pytanie, należy jeszcze raz powrócić do kwestii istnienia Wodnych Ludzi. Oczywiście opowiadania o spotkaniach na morzu z istotami ludzkimi mającymi rybie ogony prawdziwi uczeni kwitują uśmieszkiem pogardy i niedowierzania, albo za Syrenę uważają morską krowę Stellera (+Hydrodamalis gigas) gatunek wybity całkowicie 200 lat temu lub dużą fokę. Ale na szczęście wśród uczonych są także zwolennicy istnienia morskich stworzeń humanoidalnych we współczesnym Wszechoceanie. I tak np. amerykański zoolog Karl Banse (University of Washington, Seattle) opublikował w poważnym międzynarodowym czasopiśmie naukowym „Limnology and Oceanography Bulletin” (nr 35/1990, ss. 148-153) krótki referat na temat zasad biologii Syren „Mermaids – their biology, culture and demise” dostępny w Internecie w formacie PDF. A oto, co on pisze:


Detale wyglądu takich stworzeń mają wiele punktów zbieżnych z opisami [Syren] podanych jeszcze przez Arystotelesa. Typowa Syrena ma stereoskopowe widzenie – jej oba oczy patrzą w tym samym kierunku. Ma charakterystyczny dla człowieka przeciwstawny kciuk, który pozwala na używanie narzędzi. Na wszystkich wyobrażeniach przedstawiona jest duża głowa, w której znajduje się zapewne duży, dobrze rozwinięty mózg. Spodnia część ciała ma wygląd tylnej części ciała waleniowatych, zaś rybi ogon to tylko fałda skórna. Niestety – jak konstatuje zoolog – gatunek ten wymiera ze względu na zanieczyszczenie środowiska wodnego oraz intensywnego rybołówstwa.


Z powyższym zgadzają się także niektórzy rosyjscy uczeni. „Syreny istnieją” – twierdzi, wiodący pracownik naukowy Akademii Bezpieczeństwa Ekologicznego w Sankt Petersburgu – doktor nauk biologicznych Walentin Sapunow – „po pierwsze: Wodni Ludzie mają swe określone regiony występowania, w których zamieszkują. Po drugie: jeżeli odrzuca się takie detale, jak rybi czy delfini ogon zamiast nóg, to Syrena wygląda jak normalny człowiek. Można je zatem nazwać reliktowymi humanoidami.” A zatem: jak Oni powstali?


Niektórzy ufolodzy, tak rosyjscy jak i zachodni, sądzą iż Wodni Ludzie, to sztucznie wyhodowana rasa humanoidów. Tysiące lat temu (a opowieści o Syrenach wywodzą się już z antycznej Grecji – pisał o nich m.in. Homer w „Odysei”) pewni mieszkańcy nadmorskich krain – w tym także Atlantydy – zostali zmuszeni do powrotu do morza. Najwidoczniej ówcześni uczeni byli w stanie dokonywać transformacji – być może na drodze inżynierii genetycznej – swoich ciał i przystosowywać je do życia w środowisku wodnym. Założono, że Istoty te zamieszkiwały początkowo ciepłe wody basenu Morza Śródziemnego. Potem, ratując się przed pochodem technologicznej cywilizacji niektórzy przenieśli się w inne – spokojniejsze regiony Wszechoceanu naszej planety. Przy tym najbardziej przyjaznym dla nich stało się ciepłe i czyste Morze Karaibskie, i to właśnie dlatego tak często spotyka się tam wiele tajemniczych wodnych stworzeń.


Ludziom do poruszania się w wodnej toni jest potrzebny rybi ogon zamiast nóg. Poza tym musiała zmienić się konstrukcja płuc, która stała się podobna do budowy płuc delfinów i wielorybów, która to budowa umożliwia długie przebywanie pod wodą. Podobne zmiany musiały dotyczyć skóry, która normalnie nie znosi długiego kontaktu z wodą. Dlatego też Wodni Ludzie przy pomocy inżynierii genetycznej zostali wyposażeni w nową skórę chroniąca ich przed czynnikami zewnętrznymi, o połysku której tak często wspominają marynarze, którzy spotkali te Istoty, który także mógłby powstać w wyniku pokrycia skóry specjalną wydzieliną chroniącą ją przed długotrwałym kontaktem z wodą morską.


Przejście z lądowego do wodnego środowiska mogło mieć miejsce jeszcze w czasach, kiedy nasi przodkowie wychodzili z wody na ląd. Człowiek nie posiada anatomicznej konstrukcji pozwalającej ssakowi lądowemu na życie w wodzie – twierdzi francuski nurek Jacques Magnolle, który strawił dziesięciolecia na to, by nauczyć się długo przebywać pod wodą. Tym niemniej człowiek posiada ukryte możliwości, które mogą być rozwijane. Wszak w głębi naszych organizmów ukryte są refleksy, które związane są z naszą historią jako gatunku, z nasza morską przeszłością. Są one częścią naszego genetycznego bagażu. I tak np. u człowieka, którego ciało poddaje się zwiększonemu ciśnieniu pojawia się «refleks głębinowy» – krew zaczyna intensywnie odżywiać tylko serce, mózg i płuca, ignorując peryferyjne części ciała. To oznacza, że ludzki organizm zaczyna pracować w reżimie takim, jak u morskich ssaków, które wypracowały optymalną ekonomikę dystrybucji tlenu w organizmie.


Tyle doświadczony nurek. A wizje przyszłości? Nie jest tajemnicą, że wszystkie armie świata pracują nad tym, by człowiek mógł się przystosować do życia i działania w wodzie. Opracowywane są fantastyczne plany przebudowy ludzkiego organizmu – np. zastąpienia krwi teflonem, co umożliwiałoby człowiekowi oddychanie pod wodą płucami… Wielkie nadzieje pokłada się w inżynierii genetycznej, która umożliwiłaby to, co opisał już w latach 30. ubiegłego wieku Aleksander Bielajew w swej powieści „Ichtiander”, którą sfilmowano w 1962 roku i film wszedł na nasze ekrany pt. „Diabeł morski” (reż. Władimir Czebotariow). Oczywiście w powieści Bielajewa chodziło o wszczepienie człowiekowi skrzeli rekina, a współczesnym Ichtianderom będą – być może – takie skrzela wyhodowane, kto wie? Wiele wskazuje na to, że tacy Wodni Ludzie istnieją, o czym już pisałem na łamach „Nieznanego Świata” i być może – dzięki efektowi cieplarnianemu i podnoszeniem się poziomu wód Wszechoceanu – spotkamy je także w Bałtyku? Wszak kiedyś Syreny tu mieszkały, o ile wierzyć nadmorskim baśniom i legendom Słowian, Germanów i Skandynawów, a może powrócą? Obawiam się jednak, że środowisko wodne Bałtyku jest zbyt skażone przez bezrozumną działalność człowieka i będziemy musieli na to długo czekać… A teraz spójrzmy na najniższy punkt naszej planety.  



Zajmując 70% powierzchni Ziemi, Wszechocean wciąż jeszcze pozostaje najmniej znanym obszarem naszej planety. Wszechocean poraża naszą wyobraźnię, jego piękno i siła wymusza szacunek, jednocześnie oczarowują niezliczone pokolenia ludzi. Niektórym problemom z nim związanym autor poświęca ten artykuł Walerija Klitnego, który ukazał się na łamach „Kalejdoskopu NLO” nr 21/2003 z dnia 19 maja 2003 roku.