poniedziałek, 3 lutego 2014

Trójkąty Bermudzkie... (50)







To było w roku 2002. Afera z „czarnym blobem” ma swój ciąg dalszy, bowiem w roku 2008 pojawiła się w Internecie kolejna informacja o dziwnych zjawiskach w Zatoce Meksykańskiej i brzmiała ona dosłownie tak:


„Martwa strefa” u wybrzeży USA


Rybak Terry Pizani stoi za sterem swego kutra z grobowym wyrazem twarzy. Wiele metrów poniżej, łowiska u wybrzeży Luizjany, które żywiły rodzinę 63-letniego mężczyzny przez pięć dziesięcioleci, teraz zamieniły się w morski grobowiec, określany jako "martwa strefa".
- Nie zobaczysz tam niczego - mówi rybak. - Zwykle przy powierzchni wody pływają małe rybki, które służą nam jako przynęta. Teraz ich nie zobaczysz. Nie ma tam niczego - podkreśla.

- Nie mam żadnych specjalistycznych przyrządów do testowania wody, ale bez tego wiem, że coś jest nie tak - dodaje starszy mężczyzna.
 
Oceanografowie, którzy w każdym miesiącu badają wody Zatoki Meksykańskiej, potwierdzają, że doświadczony rybak nie myli się.

- Nie znajdujemy wystarczających ilości tlenu w wodzie, by mogło tam istnieć życie, wodne życie - przyznaje naukowiec Lora Pride, która znajduje się na pokładzie Pelikana, statku badawczego Konsorcjum Morskiego Uniwersytetów Luizjany (Louisiana Universities Marine Consortium), który bada warunki w Zatoce Meksykańskiej.

Telewizja CNN pływała na pokładzie łodzi w dniach 14 – 15 sierpnia 2008 roku, kiedy naukowcy konsorcjum umieszczali na dnie specjalne czujniki i pobierali próbki osadów oraz wody do dalszej analizy, która prowadzona jest w dziewięciu ośrodkach testujących w rejonie Zatoki.

Kiedy miernik tlenu opadał poniżej Pelikana, Pride wskazała na ekran komputera znajdującego się na pokładzie, który w czasie rzeczywistym pokazuje wyniki zgromadzone przez czujnik.

- Linia zielona oznacza, że poziom tlenu jest w tym miejscu właściwy, ale na dnie odczyty są niższe niż 2 miligramy na litr - mówi naukowiec.

Sześć z dziewięciu stacji badawczych odkryło właśnie taką wodę pozbawioną tlenu, choć normalne odczyty powinny wynosić około 6 miligramów na litr.

W czasie, kiedy Pride oraz jej załoga na pokładzie Pelikana monitorują wody Zatoki Meksykańskiej, magazyn "Science" opublikował w zeszłym tygodniu wyniki badań, które ujawniają, że na całym świecie znajduje się ponad czterysta martwych stref, co stanowi dwa razy większą liczbę w porównaniu do danych ustalonych przez Organizację Narodów Zjednoczonych dwa lata temu.

Jedna z głównym martwych stref znajduje się właśnie w Zatoce Meksykańskiej. Ma ona powierzchnię 8 tysięcy mil kwadratowych (prawie 21 tysięcy kilometrów kwadratowych), co oznacza, że jest tak duża, jak prawie całe New Jersey – wynika z pomiarów wykonanych w lipcu, a przygotowywanych co roku przez konsorcjum morskie.

„Nie ma w wodzie wystarczających ilości tlenu, aby mogły tam żyć krewetki, kraby, czy ryby” - mówi Nancy Rabalais, dyrektor wykonawczy konsorcjum.

Ryby i krewetki "potrafią wyczuć to i zaczynają przemieszczać się w inne rejony. Jeśliby tego nie zrobiły, wyginęłyby. Zwierzęta, które pozostają na dnie, muszą oddychać, ale ponieważ nie ma tam wystarczających ilości tlenu, w końcu i one wyginą" - wyjaśnia Rabalais.

Naukowcy badają martwą strefę Zatoki Meksykańskiej od około dwudziestu lat, chociaż o jej istnieniu wiadomo było już od dziesięcioleci. Dlaczego zatem tlen znika z wód Zatoki, które kiedyś były bogate w ryby? Odpowiedź – jak mówią naukowcy – można znaleźć setki kilometrów dalej, na polach kukurydzianych położonych w kierunku północnym w rejonie rzeki Missisipi.

Farmerzy w stanie Iowa i w rejonach centralnych Stanów Zjednoczonych wykorzystują tony azotu i związków fosforowych, aby uprawiane przez nich pola kukurydzy były bardziej wydajne. Pozwala to farmerom czerpać spore zyski z wysokich cen kukurydzy, które wynikają z coraz większego zapotrzebowania na ten produkt w fabrykach etanolu i w krajach rozwijających się. Niestety deszcz zawsze sprawia, że część nawozów wypłukuje się z ziemi, a w tym roku rekordowe opady spowodowały, że jeszcze większe ilości związków chemicznych trafiły do rzek, które w końcu wpadają do Missisipi.

- To główne źródło środków odżywczych, które w końcu znajdujemy w Zatoce Meksykańskiej - wyjaśnia Rabalais. - Dlatego wielkość stref o niskiej zawartości tlenu zwiększyła się stosownie do ilości substancji chemicznych wpadających do Zatoki - dodał.

Nawozy trafiające do wód Zatoki Meksykańskiej powodują nadmierny wzrost mikroskopowych glonów, które w końcu giną i opadają na dno. - Kiedy wymierają, rozkładają się, a do tego procesu potrzebny jest tlen - wyjaśnia Pride. - Oznacza to, że kiedy glony opadają na dno i dochodzi do ich rozkładu, zużywają spore ilości tlenu.

Z wody pobierane jest tak dużo tlenu, że wolno poruszające się stworzenia morskie, takie jak małże, małe kraby, rozgwiazdy oraz ślimaki duszą się i wymierają.

- Nurkujemy tutaj często - mówi Melissa Baustain, która robi doktorat na stanowym uniwersytecie w Luizjanie. - Im głębiej schodzimy, tym bardziej robi się to przerażające, ponieważ nic tam nie ma. Żadnej ryby, żadnego żywego organizmu. Jesteśmy tylko my - mówi Baustain. - Jest tam zupełnie ciemno i mętnie, ponieważ wszystkie glony, które wymierają, opadają gęsto w dół.

Aby trafić na wielkie ilości krewetek, rybacy tacy jak Pizani muszą płynąć w miejsce, gdzie kończy się martwa strefa. Jak wyliczył mężczyzna, każdy połów oznacza, że dziennie musi wydać 450 dolarów na paliwo. - Trzeba płynąć i płynąć przez wiele mil, mając nadzieję, że trafi się w końcu na coś - mówi rybak. - Paliwo kosztuje tak dużo, że nie opłaca się wracać dopóki nie ma się wyładowanej całej łodzi. Tylko wtedy można coś jeszcze na tym zarobić - dodał.

Z tego powodu wiele kutrów wcale nie wyrusza na połów. Inne trzymają się z dala od swego rodzimego portu w  Grand Isle w Luizjanie, co jest z kolei katastrofą dla wytwórców żywności takich jak Dean Blanchard, który kupuje krewetki od rybaków.

- Wszystkie moje kutry muszą płynąć w inne miejsca, aby zarobić na życie. To wstyd - oburza się Blanchard. - To było główne miejsce połowu krewetek w kraju, a teraz nas zamykają. Po prostu nas zamykają. To niewyobrażalne - dodaje.

Przy utrzymującym się wysokim zapotrzebowaniu na kukurydzę, naukowcy alarmują, że w nadchodzących latach martwa strefa jeszcze się poszerzy. (Onet.pl 18.08.2008)


* * *


Pozostawiamy to bez komentarza. Oto „zbawienny” wpływ cywilizacji na środowisko!

I tak jeszcze à propos Zatoki Meksykańskiej, to kolejny cios jej środowisku zadała katastrofa na platformie wiertniczej Deep Horrizon, wskutek której do jej wód dostało się kilka milionów ton ropy naftowej. Katastrofa ta była porównywana przez prasę do katastrofy w Czarnobylu…[1] I znowu – nie Kosmici, nie Obcy, ale bezrozumna działalność człowieka bezprzykładnie zaszkodziła środowisku i w rezultacie samemu sobie.

A kolejny przykład na bezmyślność miał miejsce na innych wodach i w 2009 roku:

Czarny "blob" dusi stworzenia morskie

Tajemnicza plama dryfuje po Morzu Czukockim

Gigantyczna czarna i tłusta plama składająca się z materiałów biologicznych dryfuje w zimnych wodach arktycznych po Morzu Czukockim na północ od Cieśniny Beringa, pomiędzy miejscowościami Wainwright i Barrow (USA) - podaje „Anchorage Daily News”.
- To z całą pewnością nie jest produkt pochodzenia naftowego. Nie ma właściwości ropy naftowej lub innej substancji niebezpiecznej – mówi Terry Hasenauer, strażnik nabrzeża.

- Nie będzie dla mnie niespodzianką, jeśli ta substancja okaże się naturalnie występującym w przyrodzie zjawiskiem, ale trzeba czekać na wyniki analizy próbek tajemniczej cieczy – dodaje dla „Anchorage Daily News” Hasenauer.

Żaden mieszkaniec North Slope nie przypomina sobie, by kiedykolwiek miało miejsce podobne zdarzenie.

Plama jest niezwykle groźna dla zwierząt. Meduzy i różne gatunki ptaków morskich wpadają w lepką i brzydko pachnącą substancję i nie mogąc się z niej wydostać, giną. (Onet.pl, 16.07.2009)

Tyle Onet.pl, ale sprawa czarnego „blobu” ma swój ciąg dalszy:

Piątek, 17 lipca 2009 r., g. 14:38

U wybrzeży Alaski pływa długie na 15 km pasmo śluzu nieznanego pochodzenia. Coś dziwnego pływa w Morzu Czukockim pomiędzy wsią Wainwright a miasteczkiem Barrow. Myśliwi z Wainwright zarejestrowali obecność czegoś niezwykłego już w minionym tygodniu, ale nie potrafili określić rozmiarów tej dziwnej masy śluzu. Jest ona cienka, ciemna i stanowi jakąś formę śluzu pływającego w lodowatych wodach Arktyki. I nikt nie wie, czym to naprawdę jest.


Dziwną śluzowatą masę już zaczęła badać amerykańska Coast Guard, która jest równie bezradna w tym przypadku, jak mieszkańcy tych terenów, sąsiadujących z akwenem, na którym to zjawisko się pokazało. Próbki tej substancji zostały przekazane naukowcom, by mogli zbadać skład chemiczny tej ciemnej masy.

Początkowo mysliwi sądzili, że jest to plama jakiejś substancji ropopochodnej, rychło sie jednak okazało, że nie jest to ropa naftowa. Pochodzenie tego śluzu jest całkowicie niejasne.

- Wygląda na to, że jest to rzecz naturalnego pochodzenia. Z struktury i zapachu wychodzi na to, że jest to jakaś forma morskiego organizmu. Nie idzie tutaj o produkt ropopodobny, nie ma w tym nawet śladu ropy - stwierdził Terry Hasenauer z US CG. Tymczasem miejscowi mieszkańcy twierdzą, że czegoś takiego w miejscu swego zamieszkania nigdy nie widzieli. Zagadka pozostaje zagadką.

Czyżby był to przewidziany przez Howarda Phillipsa Lovecrafta powrót Wielkiego Cthulhu z jego opowiadań grozy? (Novinky.cz, 17.07.2009)

Najciekawsze jest to, że na dalsze informacje na temat tego „blobu” ktoś nałożył bardzo skuteczną „czapę”. Nie ma żadnych informacji na ten temat w Internecie…




[1] Jej efekty i konsekwencje Robert Leśniakiewicz opisał w swej książce „UFO i Czas”, Tolkmicko 2011.