czwartek, 6 lutego 2014

Trójkąty Bermudzkie... (51)

Następna plama – tym razem świecąca i na Oceanie Indyjskim w 1995 roku:


NOCNE ŚWIECENIE OCEANU INDYJSKIEGO

Jak podał portal internetowy www.earthfiles.com cytując informacje ze strony internetowej OriGene Technologies Inc. – www.origene.com, amerykańscy uczeni zaobserwowali z satelity ogromną plamę świecącego morza na akwenie Oceanu Indyjskiego. Informację o nim podali mediom: Steven D. Miller, Steven H. D. Haddock, Christopher D. Elvidge oraz  Thomas F. Lee. 

Niejednokrotnie w ciągu wieków, marynarze meldowali o obserwacjach dziwnych plam światła na powierzchni morza, które jakby było przez nią wytwarzane i rozprzestrzeniało się we wszystkich kierunkach po horyzont. Chociaż pochodzenie emisji tego światła nie zostało w pełni wyjaśnione działaniem świecących organizmów morskich, te tzw. „mleczne morza” być może są rezultatem działania kolonii bioluminescencyjnych bakterii i mikroskopijnych alg, które wydzielają silne światło na powierzchni wody. Jak dotąd mało jest materiału badawczego i wszelkie domysły są tylko czczym gdybaniem. Tym razem jednak mamy do czynienia z meldunkiem z satelity. Na akwenie północno-zachodniego Oceanu Indyjskiego o powierzchni wynoszącej około 15.400 km2 – co można porównać z powierzchnią stanu Connecticut, przez trzy kolejne noce obserwowano to światło, które w pierwszą noc sygnalizowały także przepływające tam statki. Satelitarna penetracja tego akwenu być może pomoże odpowiedzieć na pytanie o prawdziwą naturę tego fenomenu.

Obrazy satelitarne tej świecącej plamy zostały wykonane w 1995 roku, a opublikowano je w dniu 26 września 2005 roku. Plama ta ma długość 155 mil czyli ok. 250 km. (Earthfiles.com, 06.10.2005)


* * *


Fenomen ten jest znany i opisany dokładnie w literaturze ufologicznej i poświęconej TB i MD. W opisywanym powyżej przypadku chodzi o Morze Arabskie i Zatokę Adeńską, gdzie podobne fenomeny były obserwowane wiele razy... Ciekawe, dlaczego opublikowano te zdjęcia dopiero po 10 latach? Czyżby kisły one w jakimś sejfie któregoś z admirałów US Navy? A może pracowała nad nimi CIA, NSA, ONR czy NSC i uznała, że zjawisko to nie przedstawia zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych? 

Właściwie nie ma tu czego komentować - przerażające jest to, w jaki sposób zaświniono całą Arktykę i do odpadów chemicznych i radioaktywnych dołączyły również biologiczne. Jest to o tyle niebezpieczne, że nie wiadomo, skąd to się wzięło i jakich mechanizm fizyczno-chemiczny jest odpowiedzialny za jej powstanie. Być może ma to coś wspólnego z opisanym przez Ala Rosalesa i Cathy Zollo z Florydy czarnym zakwitem wód w Zatoce Meksykańskiej, o czym było onegdaj na łamach „Nieznanego Świata”. Tamtejszy „czarny blob" powstał wskutek wymieszania się zanieczyszczeń chemicznych po powodzi w dorzeczu Mississippi-Misouri. Obawiamy się, że to właśnie takie wymieszanie się zanieczyszczeń jest odpowiedzialne za masową śmierć ryb w Zalewie Zegrzyńskim i rzekach, które doń wpadają. I oczywiście nie będzie odpowiedzialnych za tą hekatombę zwierząt. W tej chwili z tych zatrutych wód wyłowiono 80 ton ryb. A ile jeszcze zostanie wyłowionych, tego nie wie nikt…

A skoro już o tajemniczych zatruciach mowa, to uważamy, że została rozwiązana kolejna zagadka TB, o czym pisał Robert Leśniakiewicz na łamach „Eko Świata”, i to dzięki naszym Braciom Mniejszym (no nie takim znów małym) ze środowiska wodnego, a chodzi o rozwiązaną zagadkę samobójstw delfinów i wielorybów.

Rzeczywiście - jest to przedziwna zagadka dla zoologów i ekologów. Masowe samobójstwa waleniowatych - delfinów, orek czy wielorybów dokonywane poprzez samowyrzucenie się na brzeg, zdarzają się od czasu do czasu i bulwersują opinię publiczną. Mimo intensywnych badań, przyczyna tego zjawiska nadal pozostaje nieznana.

Wysunięto kilka hipotez. Jedna z nich głosi, że delfiny i wieloryby uciekają w stronę brzegu przed nieznanym i groźnym dla nich niebezpieczeństwem - dzięki czemu powstała cała seria filmów „Szczęki”, „Szczęki II”, „Szczęki III” i „Szczęki IV” - bardzo efektownych, ale nieprawdziwych. Druga hipoteza zakłada, że delfiny i wieloryby uciekają na brzeg przed zanieczyszczoną wodą, bądź wskutek zatrucia pokarmowego substancjami toksycznymi, które trafiły w wody Wszechoceanu ze ściekami miejskimi i przemysłowymi. Ta hipoteza jest już bardziej elegancka, bo rzeczywiście - ujścia niektórych rzek przypominają kloaki z płynącym w nich homogenizowanym łajnem - do nich należą - niestety - także nasza Wisła i Odra. Sytuacja wprawdzie w ciągu ostatnich kilku latach się znacznie poprawiła - wskutek zamykania nierentownych zakładów pracy w ich górnych biegach - ale do ideału im jeszcze daleko! Pamiętam taką próbę samobójstwa ze strony butlonosa mieliśmy w lecie 1985 roku, w Świnoujściu. Na szczęście delfina ściągnięto w porę z plaży zanim się udusił i zmuszono do odpłynięcia. Być może delfin przytruł się wodą ze Świny i zmylił kierunek, w rezultacie czego wylądował na plaży miejskiej na Uznamie. Oczywiście, po takich katastrofach ekologicznych, jak zatonięcia supertankowców, jak m.in. MT Amoco Cadiz, MT Torrey Canyon czy TT Exxon Valdez, które skaziły ogromne połacie oceanów i ich brzegów ropą naftową i zamieniły ekologicznie czyste raje dla zwierząt i roślin w śmierdzące naftą pustynie - że wspomnę tylko ostatnie wydarzenia na Galapagos, o czym nasze media raczyły tylko wspomnieć, a jedynie obszerniej mówił o tym red. Andrzej Zalewski z Eko Radio PR-1. Nam grozi to samo, tyle, że jeszcze nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Podejrzewam jednak, że był to przypadek wyjątkowy. Trudno bowiem sądzić, że delfiny i wieloryby pływające w otwartym oceanie ulegają zatruciom wodą morską z zanieczyszczeniami. Oczywiście rzecz jest możliwa, ale trudno przypuścić, że te inteligentne morskie i sympatyczne ssaki mogły przytruwać się identycznymi substancjami u wybrzeży Kanady, USA, Australii czy Japonii - i to w miejscach, gdzie raczej nie występuje przemysł czy inne źródło skażenia wody.

Istnieje tedy pewna możliwość, że winę ponosi wojsko, które topi we Wszechoceanie przedatowane zapasy broni chemicznej, w tym bardzo niebezpieczne neurotoksyny: sarin, soman. V-gazy, psycho-gazy - z grupy VX czy CS. Nawet niewielka ilość tych Bojowych Środków Trujących [BŚT] byłaby w stanie pozbawić życia mieszkańców wielkich aglomeracji miejskich w rodzaju Nowego Jorku czy Tokio - jak udowodniła to sekta Najwyższa Prawda Aum rozpylając sarin w tokijskim metro, wskutek czego kilkaset osób uległo poważnemu zatruciu. BŚT są trudne do wykrycia i jeszcze trudniejsze do zneutralizowania, przez co straszliwie niebezpieczne. Dlatego należy je wziąć pod uwagę. W samym Bałtyku zatopiono po II wojnie światowej kilka tysięcy ton iperytu i tabunu, co stanowi niesamowitą „ekobombę”, która cyka na dnie i nie wiedzieć, kiedy wybuchnie... Jak dotąd, to nie ma mądrego, który wymyśliłby skuteczny sposób zneutralizowania BŚT w wodach Wszechoceanu. Człowiek w swej głupocie spuścił się na Przyrodę - niech to sama załatwi, i pozostawił rzecz jej własnemu biegowi. Wybitnie kretyńskie podejście do sprawy...

Jest jeszcze jedna możliwość, bo jeżeli nie były to BŚT, to co? Podejrzewam, że mógł to być metan i lekkie węglowodory, których złoża tworzą się na dnie Wszechoceanu. Fizykalnie sprawa jest stosunkowo prosta - lekkie węglowodory nasycone i nienasycone w rodzaju metanu - CH4, propanu - C2H6, butanu - C3H8, acetylenu - C2H2, czy etenu (etylenu) - CH=CH2 lub C2H4 - tworzą się na dnie oceanu z rozkładających się szczątków fito- i zooplanktonu oraz ze źródeł hydrotermalnych. Detrytus ten zostaje przerobiony na lekkie węglowodory w trakcie subdukcji płyt oceanicznych pod kontynentalne, w rowach oceanicznych i tam przedostają się do wody morskiej, gdzie w niskich temperaturach - do +40C i pod ciśnieniami powyżej 30-40 MPa stają się hydratami - tj. związkami węglowodorów z wodą. Hydraty te zalegają potem na dnie oceanu - co stwierdzono w głębinach mórz polarnych i sławetnym... Trójkącie Bermudzkim! Stan ten trwa tak długo, jak długo zachowane są parametry ciśnienia i temperatury, ale wystarczy zmiana jakiegokolwiek z nich i hydraty rozpadają się, uwalniając węglowodory do wody w postaci miliardów banieczek gazu, bezbarwnego, bezwonnego i niebezpiecznego, bo zmieszany z powietrzem tworzy silnie wybuchową mieszaninę piorunującą. To może wyjaśnić wszelkie dziwne zjawiska związane z wydarzeniami w Trójkącie...

Węglowodory, które wydostaną się na powierzchnię morza, tworzą z powietrzem nie tylko mieszaniny piorunujące, ale zarazem działają toksycznie na wszystkie istoty oddychające tlenem atmosferycznym - także delfiny, wieloryby i ludzi. Lekkie węglowodory na ludzi działają oszałamiająco, a na delfiny? Tego jeszcze chyba nikt nie badał, a jeżeli nawet, to jedynie marynarka wojenna USA i ZSRR - a w takim przypadku rezultaty tych badań są z całą pewnością TAJNE/POUFNE/PRZED ODCZYTANIEM SPALIĆ i zamknięto je na cztery spusty! Głównie przede wszystkim przed ekologami i opozycją parlamentarną, które miałyby dodatkowe argumenty w garści w walce o swoje racje... Ze względu na podobieństwo pomiędzy układem nerwowym ludzi i delfinów należy założyć, że lekkie zatrucie lekkimi węglowodorami może spowodować utratę orientacji i w rezultacie zakłócenie w mechanizmach nawigacji i hydrolokacji tych zwierząt, z wiadomymi efektami. Być może lekkie węglowodory działają na mózgi tych zwierząt jak silne środki depresyjne i porażone nimi zwierzę po prostu świadomie i celowo popełnia samobójstwo!?... Dlaczego nie? - skoro traktujemy je jako istoty tylko trochę mniej inteligentne od człowieka, to musimy założyć, że odczuwają one emocje co najmniej podobnie, a może nawet silniej, niż ludzie - ergo, także i depresję...

Węglowodory mogą wydobywać się także z ropy naftowej, która wydostała się do morza z rozprutych w katastrofach zbiornikowców czy zbiorników balastowych i paliwowych czyszczonych na otwartym morzu. NB, najlepiej poradzili sobie z tym problemem Szwedzi w latach 80, używając do patrolowania swych wód terytorialnych helikopterów z urządzeniami laserowymi do kontroli czystości wody z powietrza, dzięki czemu błyskawicznie są w stanie ustalić truciciela i nałożyć nań drakońską karę. U nas to jeszcze utopia, bo nie dorośli do tego nasi ministrowie i ich polityczni dysponenci...

Jest to oczywiście tylko hipoteza, ale doskonale pasująca do rzeczywistości. Ten butlonos w Bałtyku mógł też ulec zatruciu nie tyle węglowodorami ile siarkowodorem - H2S, którym są skażone wody denne naszego Morza Bałtyckiego, Morza Czarnego czy niektóre fiordy Norwegii. Dla ludzi siarkowodór też jest silnie trujący. Wszystko to jest spowodowane deficytem tlenu w przydennych warstwach wody zamkniętych akwenów, które nie mają możliwości wymiany wody z innymi morzami poprzez ciasne cieśniny: Bełty, Sund, Kattegat i Skagerrak w przypadku Bałtyku oraz Bosfor w przypadku Morza Czarnego. W Norwegii sprawa wygląda nieco inaczej - tam winę ponoszą wysokie progi skalne u wejść do fiordów, które uniemożliwiają wymieszanie się wód, wskutek czego warstwy przydenne skażone są siarkowodorem, co uniemożliwia w nich życie istot oddychających tlenem.

Jak długo może trwać taki stan rzeczy? Czy poza nami jest jeszcze na tej planecie ktoś, komu on także zagraża? Na ten temat powiemy jeszcze w Rozdziale 10.



a