czwartek, 27 lutego 2014

Trójkąty Bermudzkie... (62)


Rehabilitacja kapitana Stanley’a Lorda.


Jak się można tego było spodziewać, komisja śledcza badająca okoliczności zagłady Titanica i śmierci ponad półtora tysiąca osób, za jednego z winnych tej potwornej katastrofy uznała także kapitana Stanley’a Lorda, który fatalnej nocy dowodził stojącym w dryfie statkiem SS Californian. Oczywiście orzeczenie komisji spowodowało zmieszanie jego osoby z błotem za nie udzielenie pomocy na morzu, bowiem chciano zrobić z niego kozła ofiarnego, jako że ktoś winny być   m u s i !  W roku 1968, kapitan Lord zwrócił się do Merchant Master’s Society of America z prośbą o ponowne rozpatrzenie jego sprawy i rehabilitację jego dobrego imienia. MMSA dokonała ponownej analizy wydarzeń i doszła do wniosku, że   j e s t   o n   n i e w i n n y m   stawianym mu zarzutom! Wykazano bowiem   n i e z b i c i e ,  że SS Californian znajdował się zbyt daleko na północ od tonącego Titanica i   n i e   m ó g ł   go zobaczyć! Ponadto stwierdzono niezbicie, że znajdował się tam jeszcze   t r z e c i   s t a t e k ,  który został zauważony przez wachtowych obu jednostek o godzinie 22:25 i znikł z widoku marynarzy Californiana – w   d w a d z i e ś c i a    minut po zatonięciu Titanica w wodach Atlantyku! A tak naprawdę, to znikły światła statku-widma, który znajdował się w odległości około 6 mil od tonącego transatlantyku...


Wielka szkoda, że uważający się za miesięcznik popularno-naukowyFocus” w nr 2(26)/1998 opublikował bezkrytycznie wersję, w której wiesza się psy na kimś, kto chociażby z tej racji, że nie żyje – bronić się już nie może!... – pisze Robert Leśniakiewicz w swym blogu. – Nieładnie! Jeżeli taka jest wiedza różnych „specjalistów” i „szefów szkół dziennikarstwa” – jak przedstawiła niejakiego Wolfa Schneidera redakcja „Focusa”, to wcale się nie dziwię, że wciąż przytrafiają się jej różne głupie wpadki, że wspomnę zaciemniające sprawę artykuły na temat książki „Communion” W. Striebera czy artykuły niektórych polskich pseudo-ufologów, które ośmieszają tylko ufologię i są zapewne pisane pod dyktando służb specjalnych USA czy NATO, którym też na owym zaciemnianiu bardzo zależy. Już bardziej obiektywny był materiał Anny Węgiełek i Ewy Jabłońskiej z „Super Expressu” nr 36/1998 z dnia 12 lutego 1998 roku, w którym także nie podano orzeczenia MMSA – a szkoda! Byłoby to oddanie sprawiedliwości człowiekowi, którego sprawa skutecznie uciszyła oburzenie na tchórzostwo prezesa Ismay’a – który nie dość, że uciekł z tonącego statku – co jeszcze można zrozumieć, bo każdy chce żyć - ale to właśnie on podjudził kapitana Smitha i konstruktora Andrewsa do rozpędzenia statku o dodatkowe węzły – bowiem zamarzyła mu się Błękitna Wstęga Atlantyku! 


Dziwne aspekty tej katastrofy. Badacze tego incydentu zwracali zawsze uwagę na to, że po zderzeniu – a właściwie otarciu się o górę lodową – na pokłady Titanica posypał się lód. Otóż Titanic wcale nie musiał zderzyć się z górą lodową – mógł on zostać uderzony przez USO, które spowodowało wyrzut na jego pokłady kawałków lodu pływającego wokół góry lodowej. W tym kontekście ciekawie brzmi stwierdzenie pewnego pasażera Titanica, co pokazał Jean Negulesco, który w chwilę po kolizji powiedział: Nie, to nie my w nią uderzyliśmy, ale to ona nas... - jeszcze do tej odzywki wrócimy. Tymczasem proszę przypomnieć sobie opis zderzenia fregaty USS Abraham Lincoln z Nautiliusem kapitana Nemo z powieści Verne’a – tuż po uderzeniu ostrogą w burtę, na pokład USS Abrahama Lincolna zwaliły się dwie trąby wodne, które zmyły do wody prof. Aronnaxa, jego służącego Conseila i Neda Landa... Takie trąby wodne mogły wyrzucić kawałki kry na pokłady Titanica, a także mógł to być efekt eksplozji kotła w kotłowni nr 1. Zderzenie się masy kilkudziesięciu tysięcy ton, rozpędzonych do prędkości niemal 40 km/h   m u s i a ł o b y   zaowocować potężnymi efektami akustycznymi, nie wspominając już o silnym wstrząsie. Pamiętam, jak w 1985 roku, nasz prom MF Pomerania wyrżnął w molo Bazy Promów Morskich PŻB w Świnoujściu, w pewien mglisty dzień. Z betonowego postumentu sygnału świetlnego sypnęła ulewa szczątków, snop iskier wystrzelił na trzy metry w górę, rozległ się wrzask obcieranego metalu poszycia, a prom zatrząsł się febrycznie od uderzenia i zmiany kierunku pracy śrub, kiedy maszyny dały „całą wstecz”, a stery strumieniowe usiłowały odepchnąć dziób Pomeranii od kei... Łoskot był od tego, jak wszyscy diabli, a przecież Pomerania miała zaledwie 13.000 BRT i poruszała się z prędkością 1 – 1,5 kts! Wstrząs i huk zderzenia słyszeli wszyscy w promieniu wieluset metrów, i wszyscy słyszeli gwałtowny zryw maszyn pracujących na rewersie. Wszystko skończyło się na rozwaleniu postumentu czerwonego światła sygnałowego, otarciu blach promu, strachu podróżnych i klątwach kapitana... A na Titanicu?


Rzecz leży w ogromnej masie statków. Titanic poruszał się z prędkością 21,5 kts – czyli 39,82 km/h – i tylko kilka osób czuje wstrząs i słyszy słaby wybuch. A zatem krawędź lodowa była tak ostra, że cięła (a raczej wgniatała) burtę statku, jak nóż do konserw, NB tego właśnie porównania użył Józef Conrad-Korzeniowski – albo I oficer Murdoch nie dał „całej wstecz” i „ster lewo na burt”! W ciągu tych fatalnych 37 sekund od momentu dostrzeżenia przeszkody do momentu uderzenia w nią, statek musiałby zareagować na oba te manewry, które zamanifestowałyby się wstrząsami o wiele silniejszymi, niż zarejestrowane. Te 37 sekund oznacza, że w momencie dostrzeżenia góry lodowej Titanic znajdował się w odległości 407 m od niej... To mniej, niż pół kilometra. Co to oznacza? – mianowicie to, że   n i e   b y ł o   czasu  na jakikolwiek manewr! 66-tysięcznik, to nie kajak, który można zatrzymać i skręcić na dystansie dwóch metrów – jego droga hamowania liczy się w kilometrach. Titanicem nie dało się po prostu wykręcić jak kajakiem. Jego tytaniczna bezwładność obróciła się przeciwko niemu... Podejrzewam, że nawet gdyby Titanic miał stery strumieniowe, to nie byłyby one w stanie zboczyć nim wystarczająco z kursu w którąkolwiek stronę, by uniknąć otarcia o górę lodową i jej wystające ostrogi. Rzeczywiście, najlepszym wyjściem byłoby dać „całą wstecz” i uderzyć dziobnicą w lód. W najlepszym przypadku zalałoby dwa dziobowe przedziały. W najgorszym być może udałoby się osadzić Titanica na lodzie i w ten sposób utrzymać go na czas wystarczający do ewakuacji ludzi z wraku – czyli przez cztery godziny, do przybycia Carpathii. Oczywiście teraz możemy sobie gdybać. Murdoch musiał podjąć decyzję w ułamku sekundy i ją podjął. Inna rzecz, że była ona najgorsza z możliwych...


Wolf Schneider podaje jeszcze jeden ciekawy fakt, który jakoś umknął uwagi badaczom tej katastrofy. Pisze on mianowicie, że: Titanic zderzył się z górą lodową z prędkością 15 m/s – koniec cytatu. Przeliczyłem i wyszło mi, że w chwili zderzenia Titanic poruszał się z prędkością nie 21,5 kts, jak podaje się oficjalnie we wszystkich źródłach, ale aż 29,15 kts – czyli pełne 54 km/h!... Wygląda na to, że komuś jednak zamarzyła się Błękitna Wstęga Atlantyku i gnał statek z prędkością ówczesnego niszczyciela idącego do ataku torpedowego. Bardzo chciałbym wiedzieć, skąd Schneider wytrzasnął te 15 m/s!?...


Kurs „statku-widma”. Wróćmy do „statku-widma”, widzianego z pokładów Titanica i Californiana. „Statek-widmo” idzie kursem z NE-E na SW do godziny 23:40. Potem staje w dryfie i... obraca się o 180°, jakby chciał zawrócić. Następnie uruchamia maszynę i o godzinie 02:05 idzie kursem na SW poprzez ławicę dryfującego paku lodowego i o godzinie 02:40 jego światła   z n i k a j ą !


Najciekawsze jest to, że kierował się on na błędną pozycję podaną po sygnale CQD MGY. Wyglądałoby zatem na to, że ów statek szedł na pomoc tonącemu Titanicowi po odebraniu   p i e r w s z e g o   sygnału, a następnie wyłączył radiostację i nie usłyszał   d r u g i e g o   sygnału SOS MGY z prawidłową pozycją. A to stawia wszystko na głowie i artykuł Schneidera nie wyjaśnia niczego, a gmatwa tą sprawę jeszcze bardziej.



Rodzi się tutaj następne pytanie: czy statek X był tym USO, który spowodował katastrofę? Statek ten zwrócony był do Californiana lewą burtą – bowiem widziano jego czerwone światło pozycyjne, a nie prawą jak Titanic, w przeciwnym wypadku byłoby widoczne światło zielone. To oznaczało z kolei, że statek X stał w godzinach 23:40 – 01:10 dziobem w kierunku Prądu Labradorskiego, który spychał wszystkie dryfujące na oceanie statki z prędkością 2 kts na południe. Takie właśnie nienormalne zachowanie się „statku-widma” sprawia, że nie sądzę, by był to statek z tego świata... – jeżeli odrzucimy Spiskową Teorię Dziejów.