poniedziałek, 31 marca 2014

Trójkąty Bermudzkie... (82)



A my tymczasem zmienimy szerokość geograficzną i zejdziemy bliżej równika. Jednym z problemów immanentnie związanych z istnieniem Trójkąta Bermudzkiego i innych Obszarów Osobliwych na naszej planecie jest problem istnienia czy nieistnienia legendarnego platońskiego kontynentu Atlantydy. Badacze powiązali ze sobą trzy komponenty Legendy: Trójkąt Bermudzki, Atlantyda i jej mieszkańcy oraz dziwne pojazdy atmo- i hydrosferyczne – UFO i USO.

Wspomniana już tutaj nasza Koleżanka z CBZA, Pani Anna Milewska miała niezwykłą okazję pływać po wodach Trójkąta Bermudzkiego i przepływać nad zatopioną tam ponoć wyspę Imperium Atlantydzkiego. Tak opisuje ona swe wrażenia z tych podróży:

UFO i świat nadprzyrodzony na Karaibach i Ameryce Środkowej

Z racji mieszkania ostatnie miesiące na statku pasażerskim, płynącym po południowej granicy Trójkąta Bermudzkiego, otrzymałam od kolegi ufologa, Roberta Leśniakiewicza, w półżartobliwym tonie, "polecenie służbowe" wypatrywania ciekawych obiektów nad wodami Atlantyku. Niestety nie dane mi było jak dotąd potwierdzić legendy "Trójkąta". Niemniej, dzisiejszej nocy udało mi się zaobserwować coś, co, czymkolwiek nie było, warte jest odnotowania.

Poniedziałek, 12 grudnia 2005

MS Legend, trasa między Fort Laurderdale (Floryda) a St. Maarten (Karaiby). Statek płynący z prędkością ok. 17 węzłów płynął wzdłuż wysp Bahama (dokładnie między pasmem wysp Bahama a Kubą) w kierunku południowo wschodnim. Pogoda była piękna, ciepły, lekki wiatr, na tyle słaby, że nawet przy ruchu statku nie dawał się we znaki, jak się stało na otwartym pokładzie. Nad głową pięknie świecił księżyc, w ostatniej fazie przed pełnią, wokół niego gwiazdy, których widok psuł tylko dym z komina statku i rzadkie chmury.

Stanęłam z lewej burty, na dziesiątym pokłądzie i przyglądałam się dalekim światłom mijanych wysp. Gdy mój wzrok wędrował po niebie, zwróciłam uwagę na jasną gwiazdę dość nisko na horyzoncie (prawie dokładnie na linii wzroku). Nie tyle jasność przyciągała wzrok, co intensywne mruganie - wyraźnie zapalający się i gasnący czerwonawy (lub pomarańczowy - wzrok mógł płatać figle) punkcik. Po kilkunastu sekundach moje zainteresowanie wzrosło, ponieważ owo mruganie naprawdę różniło się od mrugania gwiazd, jakie normalnie obserwuje się na niebie. Było zbyt intensywne, jak od światła znajdującego się bliżej ziemi, czy raczej - od razu przyszła mi do głowy myśl, że jest to światło sztuczne. Nie było to mruganie samolotu, bo nie było w tym żadnej regularności, a przypadkowe szybkie błyski. Ponadto punkt ewidentnie się oddalał, gdyż światło stopniowo słabło. Oprócz tego wykonywał coś jak "skoki" na niebie - przypadkowe, w niewielkiej odległości, dla oczu pozornych paru centymetrów. Można było to stwierdzić, gdy wbijało się w niego uważnie wzrok i śledziło. W ułamku sekundy nie znajdował się on już w miejscu, gdzie utkwione były oczy, ale o pozorny centymetr-dwa lub dalej. Tak, że oko musiało podążać za tymi "skokami" i nie było w nich żadnej regularności, poza tendencją do przesuwania się w prawo. "Skoki" te były bardzo szybkie i raz mniejsze, tak, że można byłoby je przypisać złudzeniu optycznemu, a raz ewidentne, o pozornych kilka centymetrów na prawo. Kiedy mój wzrok podążał za punktem, już ewidentnie w innym miejscu, tam gdzie był przed kilkoma minutami błysnął identyczny. Normalnie bym wzięła go za niezbyt jasną gwiazdę, lub w ogóle przeoczyła, ale jako, że byłam wyczulona przez ten poprzedni, zobaczyłam, że drugi punkt mignął równie daleko, jak już oddalony pierwszy, bo światło miało tę samą intensywność, i też kilka razy "zamigał" w skokach. Starając się nie tracić ich obu z oczu, ujrzałam trzeci - pojawił się po prawej stronie, bliżej tego pierwszego i miałam przez sekundę wrażenie, że przeleciały równolegle obok siebie. Jeszcze kilka sekund patrzyłam jak wszystkie trzy migały i "skakały" tak szybko, że już nie wiedziałam, który jest który, poczym pomyślałam, by spojrzeć na zegarek, by potem zanotować dokładną godzinę (to zboczenie zawodowe ufologa;). Gdy podniosłam wzrok, zobaczyłam już tylko jedno mignięcie; musiały się  oddalić, albo zasłoniły je chmury, które 15 minut później pojawiły się nad statkiem.

Całość obserwacji trwała około pięciu minut, zaczęła się prawie dokładnie o 22-giej.

To niezwykłe uczucie doświadczyć zaobserwowania niezidentyfikowanego zjawiska właśnie na tym obszarze - owianym legendą akwenie morskim, którego granice ustalono umownie pomiędzy Fortem Lauderdale na Florydzie, San Juan na Puerto Rico i Bermudami. Rok wcześniej, przez sześć miesięcy - od sierpnia 2004 do lutego 2005 mieszkałam na pasażerskim statku MS Fantasy, którego trasa pokrywała się z miejscami wzbudzającymi we mnie wiele emocji. Fantasy krążyła pomiędzy Przylądkiem Canaveral a Nassau, zatrzymując się po drodze jedynie we Freeporcie, zniszczonym we wrześniu 2004 przez huragan Jeanne. Statek przepływał przy tym dość blisko maleńkich wysp Bimini, o których krąży wiele niesamowitych opowieści.

To tamte okolice zasłynęły z opowieści o "zaginionym locie nr 19" z 5 grudnia 1945. W przepiękny sposób wykorzystała tę historię Gabriela Górska, autorka „Piekielnego Trójkąta”  - jednej z moich ulubionych polskich książek s-f. To opowieść o wyprawie badawczej w rejon "Trójkąta", której bohaterowie znajdują w końcu wyjaśnienie całej zagadki i jest ono na swój sposób zaskakujące. Książkę tę każdemu polecam, głównie ze względu na niezwykły klimat, który całkiem nieźle odpowiada rzeczywistości. Mogłam się o tym przekonać, kiedy sama znalazłam się dokładnie w tych terenach. Pod wpływem Gabrieli Górskiej wystawałam godzinami na górnych pokładach oczekując pojawienia się gęstej mgły, która ogarnie i zahipnotyzuje, powodując, że przyrządy nawigacyjne przestaną działać. Nic takiego jednak się nie wydarzyło, a do nadejścia huraganów, przed którymi Fantasy uciekła aż za Kubę, pogoda była idealna.

Nic dziwnego, że błękit Bahamów jest inspiracją niejednego artysty czy poszukiwacza przygód. Iskrząca w słońcu woda w setkach odcieni błękitu nigdy nie wygląda tak samo i ma w sobie coś hipnotyzującego. Robi wrażenie, kiedy człowiek oddali się zaledwie kilkadziesiąt metrów od plaży i przez szklane dno turystycznej łodzi patrzy w kilkadziesiąt lub kilkaset metrów głębi, w której majaczą kształty potężnych rekinów młotów. Automatycznie chciałoby się zapytać przewodnika, jak blisko tej zatłoczonej plaży mogą podpłynąć. We Freeporcie i Nassau organizowane są dla turystów "spotkania z delfinami". Na jednym z nich przewodniczka opowiedziała o "strajku" delfinów, jaki miał miejsce kilka tygodni wcześniej. Na kilku wyspach wszystkie ośrodki turystyczne musiały odwołać pokazy, gdyż... delfiny odmówiły współpracy. W tym samym czasie na kilku wyspach, co prędko potwierdzono drogą telefoniczną. To a propos niezwykłych zdolności komunikacji delfinów. Przyczyny ich dziwnego zachowania są nieznane, a po kilku dniach wszystko wróciło do normy. (Najprawdopodobniej mogło coś je zaniepokoić, jakieś zjawisko geofizyczne – do tego tematu jeszcze powrócimy w dalszej części tego rozdziału)

Wracając do wysp Bimini. Wielu do dzisiaj usiłuje doszukać się w nich zaginionej Atlantydy. Prezydent Stowarzyszenia Egiptologicznego z Miami, Aaron Du Val, wzbudził sensację, ogłaszając odkrycie przez grupę płetwonurków 12 tysięcznych ruin świątyni Atlantów na dnie oceanu wokół Bimini. Stwierdził ponadto, iż odkryte struktury pasują do tych z Egiptu i innych rejonów świata. 6 lipca 1997 na konferencji prasowej nie był jednakże już taki pewien, czy ruiny istotnie należały do zatopionego miasta Atlantów. Następnie samo istnienie ruin zostało poddane w wątpliwość przez szereg autorytetów w dziedzinie podwodnych odkryć. Doktor Paul Pettennude, archeolog z "Maya Underwater Research Center", dobrze znający wody Bimini, podkreślił, iż szczątki statków obrastające przez wieki na dnie oceanu, mogą podłużnym kształtem kojarzyć się z kolumnami i przywołać tym entuzjastów Atlantydy. Czy była to próba zdyskredytowania Du Val'a i utajnienia odkrycia, nie wiadomo. W każdym razie Du Val odwołał kolejne prasowe konferencje i sprawa przycichła. Więcej na ten temat można przeczytać na stronie: http://www.ufoarea.com/aas_atlantisdisc.html  

Równie często w opowieściach o Trójkącie pojawia się Nassau. Ten raj dla turystów jest nim tylko pozornie. Kiedy opuści się ogrodzenie terminalu, białego człowieka otaczają niezbyt przyjazne twarze mieszkańców, którzy okazują uprzejmość tylko wtedy, kiedy liczą na zarobek. Poza turystycznym centrum, oczom ukazują się rozpadające się "papierowe" domy i odrapane ulice. Niezbyt przyjemny był samotny spacer na publiczną plażę, kiedy głównym zajęciem było nerwowe rozglądanie się naokoło, jak ominąć grupki Murzynów, którzy nie wiadomo, czy zaproponują przewóz taksówką, czy marihuanę, czy - lepiej nie wiedzieć co. Dopiero na przylegającej do Nassau Paradise Island ilość ochrony stwarza bezpieczniejsze warunki dla spędzających tam urlopy Amerykanów. Za niewielką opłatą można dostać się promem na pobliskie maleńkie wyspy - Blue Lagoon i Pearl Island. O wiele bardziej odpowiadają one wizerunkowi Bahamów z turystycznych reklamówek. Są - trudno o inne słowo - prześliczne. Woda wokół nich wydaje się płytka, kryształowo czysta i zawsze spokojna. Zaiste trudno wyobrazić sobie te miejsca podczas huraganu, a przecież przeżyły ich wiele.

Jeśli rozczarował mnie brak tajemniczości tego rejonu Trójkąta Bermudzkiego, to z pewnością urzekło jego piękno. Piękno samej natury, której - o dziwo - te wszystkie coroczne huragany jakoś nie są w stanie zniszczyć. Błękit Atlantyku jest ten sam, Paradise Island po huraganie Jeanne miała trochę połamanych palm, nic poza tym się jej nie stało. Nie mogę pozbyć się myśli, że to ludziom huragany dają się najbardziej we znaki. Że dla tych wysepek są tak naturalnym porządkiem rzeczy, jak w Polsce cztery pory roku. Przychodzą i odchodzą a życie zamiera i odradza się od nowa.

Mój wciąż jeszcze (do piątego lutego 2006) obecny kontrakt na jeszcze większym statku – MS Legend, rzucił mnie w stronę Ameryki Środkowej i Południowej. Jeśli Trójkąt Bermudzki kojarzy się wielu z UFO i niewyjaśnionymi zniknięciami, tak Meksyk, Peru, Belize i okolice przypominają o zaginionych cywilizacjach Majów i Azteków. Szczególnie piramidy Majów stały się ulubionym celem turystycznych wycieczek.

Przypomnijmy. Majowie są ludem przybyłym wraz z wędrówką ludów z Ameryki Północnej przed 1500 r. p. n. e. Zamieszkali w terenach półwyspu Jukatan, Gwatemali, Belize i Hondurasu. Pomiędzy 1500 r. p. n. e. a 150 r. n.e. intensywnie rozwinęli rolnictwo (zwłaszcza uprawy kukurydzy), oraz rozpoczęli budowę miast takich jak Chiapa de Corzo, Copán, Kaminaljuyú, Izapa, Piedras Negras, Tikal, Uaxactún. Około 900 roku naszej ery powstały ich najsłynniejsze schodkowe piramidy, m. in. w Chichén Itzá Pod koniec X wieku Majowie z niewyjaśnionych powodów porzucili swe miasta. Naukowcy sugerują przyczyny takie jak głód czy wojny, lecz żadna z tych teorii nie jest przekonywująca. Przez tysiąc lat nie mieli problemu głodu, nie powinni byli więc mieć go później, mieszkając w terenach obrośniętych dżunglą. W miastach nie widać zniszczeń wojennych, niektóre zostały porzucone jeszcze w trakcie budowy. W rozszyfrowanych hieroglifach nie ma wzmianek o epidemii czy innej klęsce. W okresie tuż przed przybyciem pierwszych Hiszpanów, potomkowie Majów próbowali przywrócić dawną świetność miast, lecz nie mieli już kapłanów, którzy znali tajniki ich budowy. Ostatecznie wykończyły ich najazdy białych ludzi i polityka "nawracania" na chrześcijaństwo, które zaowocowało tym, że ogromna część kulturowego dziedzictwa Majów, w tym religijne księgi, zostały zniszczone.

Z ocalałych najbardziej znana jest chyba Popol Vuh, Księga Rady Narodu Quiché. Jest ona czymś w rodzaju "Biblii Majów", a jej treść jest momentami do Biblii zaskakująco podobna. Tak wygląda opis stworzenia świata (“[...] Nie było jeszcze człowieka ni zwierzęcia, ptaków, ryb, krabów, drzew, kamieni, pieczar, wąwozów, ziół ani lasów: jedno tylko niebo istniało. [...] Istniał tylko bezruch i cisza w ciemnościach w nocy. Tylko Stwórca,, Twórca, Tepeu, Gucumatz, Rodzice znajdowali się w wodzie otoczeni jasnością. [...] Wielcy to mędrcy, wielcy myśliciele.[...]”). Dalej grupa bogów poddanych Stwórcy i Twórcy zsyłają powódź na pierwszych, nieudanych ludzi (!).

Popol Vuh opowiada różne historie o bogach i ludziach, przypominające nasze mity. Czterema pierwszymi ludźmi byli Balam-Quitzé, Balam-Acab, Mahucutah i Iqui-Balam.”[...] Jedynie mocą nadprzyrodzoną, za sprawą czarów, zostali stworzeni i utworzeni przez Stwórcę, Twórcę, Rodziców, Tepeu i Gucumatza [...] Zostali obdarzeni rozumem; spojrzeli i natychmiast wzrok ich sięgnął daleko, zdołali ujrzeć, zdołali poznać wszystko, co istnieje na świecie. [...]”. Podczas snu dostali także swoje żony o imionach (w kolejności): Cahá-Paluna, Chomihá , Tzununihá i Caquixahá. Interesujące jest "odejście" czterech pierwszych ludzi. Pożegnali oni swoich synów (pięciu) oraz swoje żony, mówiąc im: “[...] Nasz Pan Jeleni widoczny jest na niebie. Rozpoczynamy powrót, spełniliśmy misję, nasze dni dobiegły końca. Myślcie więc o nas, nie wymazujcie nas [z pamięci] ani o nas nie zapomnijcie. [...]”. Następnie udali się na górę Hacavitz, zostawili po sobie zawiniątko Pizom-Gagal mówiąc: “[...] To będzie pamiątka, którą wam zostawiam. To będzie wasza potęga. [...]”.Zawiniątko to było jedną z największych relikwii Majów i nie wiadomo, co się w nim znajdowało. To wniebowzięcie (ich synowie nie znaleźli ciał swoich ojców) jest bardzo podobne do wniebowzięcia sumeryjskiego Gilgamesza oraz Żydów Eliasza i Henocha.

Nie jestem ekspertem w dziedzinie historii i religii Majów, odsyłam więc do takich źródeł jak „Popol Vuh – Księga Rady Narodu Quiché” (Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1982; tłumaczenie: Halina Czarnocka i Carlos Marrodán Casas); czy „Dzień, w którym przybyli bogowie” Ericha von Dänikena. Zainteresowanych odsyłam też do tekstu Jakuba Syroki http://kubapg2.w.interia.pl/materialy/majowie.htm

Oprócz wszystkich zagadek związanych z ogromną wiedzą astronomiczną Majów oraz ich kalendarzem, którego koniec w roku 2012 wzbudza w ezoterycznych kręgach wiele emocji, bez wątpienia intrygujące jest samo ich podejście do świata nadprzyrodzonego. Dla nich był on równie namacalny i prawdziwy jak codzienne życie. Świat ten składał się z rozmaitych, mniej lub bardziej potężnych istot, jednych wiązanych z elitą, kapłanami; innych towarzyszących im w zwykłych, codziennych zajęciach, jak chociażby rolnictwo. Mieli "bogów" charakterystycznych dla konkretnego ludu czy miasta. Istotni wydają się tzw. "duchowi towarzysze" członków kasty rządzącej - wayoob.

Zanim huragan Katrina zniszczył Nowy Orlean, przebywałam przez dwa miesiące na pokładzie MS Sensation, której, oprócz Nowego Orleanu właśnie, portami były: meksykańska wyspa Cozumel (port został zniszczony przez Huragan Wilma w październiku zeszłego roku), Costa Maya i Calica. To tereny znane z dwóch zabytków Majów. Odrestaurowana piramida w Chichén Itzá, oraz ruiny Tulum.

Główna atrakcja Chichén Itzá, 25-metrowa piramida El Castillo, spełniająca rolę kalendarza, została praktycznie odbudowana na nowo stając się przynoszącą spory dochód inwestycją.

Jednym z ostatnich zbudowanych przez Majów miast jest Tulum, oryginalnie Zama, co oznacza "świt". Dzisiaj ruiny, znajdują się na najbardziej wysuniętym na wschód krańcu Półwyspu Jukatan. Niegdyś ogromny mur, broniący z trzech stron ponad pięćdziesiąt budowli (w większości świątyni) miał tylko pięć wąskich przejść; niestety nie został tak dobrze zachowany jak Chichén Itzá

Znacznie większe wrażenie robi jednak 40- to metrowa piramida Xunantunich w Belize. Od portu w Belize City, gdzie Carnival Legend staje do szesnaście dni, jedzie się jeszcze ponad dwie godziny wgłąb lądu, pod granicę Gwatemalską. Samo Belize City nie wygląda zbyt przyjaźnie. Zniszczone przez huragan w 1961 roku i najwyraźniej nie odbudowane miasto odstrasza rozsypującymi się niemal ulicami i niezbyt przyjaznym nastawieniem mieszkańców. Wycieczka do piramidy jest właściwie jedyną atrakcją turystyczną, ale kiedy już dotrze się na miejsce, okazuje się, że warto było. Na zupełnie dzikim, porośniętym niewysoką roślinnością terenie, piramida imponująco wznosi się do góry sprawiając wrażenie, że jest jedynym śladem cywilizacji na przestrzeni setek kilometrów. 

Jakaś część tej atmosfery przenikania się światów widzialnego i niewidzialnego wciąż jest wyczuwalna u dzisiejszych mieszkańców terenów Ameryki Środkowej i Południowej.

O ile wśród Europejczyków słowo ufolog wzbudza raczej obojętność lub uśmiech rozbawienia, Amerykanom kojarzy się natychmiast z Roswell, Area 51 i opowieściami z cyklu Archiwum X, o tyle Peruwiańczycy na przykład reagują inaczej. Pół Amerykanin, pół Peruwiańczyk Carlos Silva, gitarzysta rockowy, na słowo UFO opowiada natychmiast o Nasca oraz legendach o "Starszych Braciach", jak tradycyjni Peruwiańczycy nazywają "tych, dzięki którym rozwinęły się indiańskie cywilizacje". Według niego wiara, iż owi "starsi bracia" opuścili niegdyś Ziemię, jest częścią ducha i kultury Peru, i bez cienia skrępowania powtarza, jak czekają z nadzieją, aż kiedyś powrócą. Co mnie urzekło, to sposób, w jaki o tym mówił. To nie była dyskusja o istnieniu istot pozaziemskich, ale stwierdzenie tego, w co ludzie z jego kraju głęboko wierzą i co uznają za oczywiste i naturalne, nie wymagające otoczki sensacji. Z kolei Kolumbijczyk, Juan, perkusista jazzowy, opowiedział kiedyś o nocnym świetle, które zbliżyło się do jego domu, wzbudzając uczucie przerażenia. Juan stracił pamięć na kilka godzin, a potem przez jakiś czas miał sny o otaczających go niewielkich istotach. W Puerto Vallarta w Meksyku, u wybrzeży Pacyfiku, sprzedawczyni w sklepie z pamiątkami wskazała na rzeźbę istoty wspinającej się na drabinę, z ramionami wyciągniętymi ku górze. Zapytałam, czy postać ta ma jakieś znaczenie. Łamanym nieco angielskim odparła, że według tamtejszych wierzeń, tak wyglądają istoty pozaziemskie.
Meksyk, Peru, Kolumbia. Trzy kraje położone w rejonie geograficznym obfitującym w prastare legendy o indiańskich bogach, co przylecieli z nieba; piramidy, których znaczenie wciąż jest przedmiotem domysłów, i tak dalej. Ponadto są to rejony, w których aż roi się od historii typowych dla literatury ufologicznej. Trudno oddać słowami to wrażenie, które wzbudza więcej zastanowienia niż najdokładniejsze badania ufologów. Wrażenie, że dla tych ludzi, UFO jako manifestacja pozaziemskiej inteligencji jest rzeczą oczywistą. Czymś, co ich nie dziwi i nie jest przedmiotem sensacji, ale częścią ich kultury i tradycji. To bardzo daje do myślenia.

* * *


niedziela, 30 marca 2014

Trójkąty Bermudzkie... (81)

  
To jeszcze nie koniec, bowiem inni autorzy piszą o jeszcze ciekawszych wydarzeniach i zjawiskach w tym zakazanym rejonie Ziemi. W swym artykule pt. „Tajemnice Dalekiej Północy” na temat osobliwości Arktyki, dr Walentin Psałomszczikow pisze tak:

Od dawna interesowała mnie Daleka Północ, a szczególnie jej polarne noce. Tematem mojej dysertacji były atmosferyczno-elektryczne procesy i rozpatrywane w kontekście niebezpiecznych zjawisk przyrodniczych. I o tym będzie traktował ten artykuł z „Kalejdoskopu NLO” nr 3/2009.  

Lodowe błyskawice

W czasie jednego ze swych przyjazdów na polarną stacje meteorologiczną, zastałem tam moskiewskich „Wikingów”- wraz ze mną miejsce to dzieliła grupa badawcza z IZMIRAN-u – Instytutu Ziemskiego Magnetyzmu i Propagacji Fal Radiowych Akademii Nauk Związku Radzieckiego. Pomieszczenia stacji meteorologicznej zamienili oni w bazę wypadową, zaś główne badania zamierzali przeprowadzać na wysepce położonej w odległości 8 – 10 km od brzegu. Badania te miały zezwolenie z Ministerstwa Obrony, bowiem badania te miały związek z ustanowieniem częstotliwości fal radiowych do utrzymywania łączności z zanurzonymi okrętami podwodnymi. W gruncie rzeczy to było jedyne, co wiedziałem  na temat ich pracy, zaś detale mnie nie interesowały. Miałem do wykonania swój własny program. Ale okoliczności tak się złożyły, że dwóch członków moskiewskiej ekipy z przyczyn technicznych wypadło z robót, a początek prac uzgodnionych z podwodnikami nie można było przenieść. Jedynym człowiekiem na stacji, który mógł ich zmienić byłem ja sam. Formalnie mogłem się z tego wykręcić sianem. Ale z drugiej strony nie pomóc kolegom było nie fair. Mój dyżur zbiegł się z nasileniem wichury i kry lodowe masowo runęły na naszą wysepkę. No i tak w egipskich ciemnościach, bowiem niski pułap chmur nie pozwolił nam ujrzeć ni gwiazd ni księżyca, zauważyłem naraz jaskrawe błyski wyładowań elektrycznych. One przelatywały po powierzchni lodu i ich huk był raczej nie trzaskiem wyładowań elektrycznych, ale odgłosem pękającego pola lodowego. Właściwie każda nowa szczelina w lodzie była poprzedzana błyskiem wyładowania. Była to prawdziwa burza, choć lodowa. Kieszonkowy tranzystorowy radioodbiornik na długie fale radiowe za każdym trzeszczał, kiedy pojawiały się te błyskawice. No i właśnie za ten odkryty przeze mnie efekt miałem potem problemy z pracownikami IZMIRAN-u, bo okazało się, że w czasie jego modelowania w warunkach laboratoryjnych, mechaniczne łamanie lodu pojawiają się błyski światła i pulsy fal radiowych.

W 15 lat później, kiedy zajmowałem się właściwościami radiowymi pól śnieżnych na Kaukazie w wiosce Tierskoł, ponownie udało mi się zobaczyć te lodowe – a ściślej śnieżne błyskawice. One pojawiały się na zaśnieżonym stoku, przy obrywaniu się płatów śniegu, tzw. desek śnieżnych. Natomiast przyrządy pozostawione w bazie wskazywały na błyski szerokopasmowego promieniowania radiowego. Szczególnie zjawisko to występuje w Pamirze. Przy zejściach dużych lawin o objętościach setek tysięcy metrów sześciennych, cała ich masa zaczyna jasno świecić dając charakterystyczne błyski i fale radiowe.

I jeszcze jeden ciekawy moment. Kiedyś tam, jeszcze w latach 70. XX wieku w „Roman-gazietie” przeczytałem powieść poświęconą Dalekiej Północy i jej mieszkańcom. Zapomniałem już tytuł i autora, ale w pamięci pozostał jeden epizod, a mianowicie – Z hukiem armatniej kanonady, w przybrzeżnym lodzie tworzyła się szczelina, a z niej wydobyła się jaskrawo świecąca liliowym, fioletowym światłem kula. Wychodziłoby więc na to, że lodowe szczeliny generują nie tylko błyskawice liniowe, ale także kuliste!

Głosy zorzy polarnej

Powiem wprost: ta tematyka jest równie sporna i kontrowersyjna jak tematyka UFO. Tak czy owak, o tym zjawisku wspomina się w całym szeregu prac naukowych i popularno-naukowych. Ale jedni autorzy kategorycznie twierdzą, że zorza polarna (ZP) nie wydaje głosu, bo nie może – a jeżeli nawet ktoś jakieś dźwięki słyszy, to są to subiektywne odczucie osłabionego chorobami, kiepskim odżywianiem i nocą polarną organizmu. Jednym słowem o głosie ZP mogą mówić jedynie psychopaci i schizofrenicy. Inni autorzy wręcz przeciwnie – klasyfikują głosy ZP w zależności od jej formy i dynamiki.

Jeszcze w czasie swego pierwszego pobytu na stacji polarnej ostrożnie podpytywałem polarników: czy jest taki efekt i czy ktoś słyszał głos ZP? Takich nie znalazłem, choć z prozaicznej przyczyny – w noc polarną nie wychodzi się z bazy i nie obserwuje się zjawisk atmosferycznych dla przyjemności. Wychodzą tylko w przypadkach pilnej potrzeby i wymiany zapisów w stacjach meteorologicznych. Zresztą przybory te były stuletnie co najmniej, a poza tym w czasie nocnej purgi[1] ZP w ogóle nie widać.

W czasie mojego drugiego zimowania na innej stacji odpowiedź była taka: młodzi pracownicy niczego nie słyszeli, ale wedle plotek słyszał to „dziadek” – kierownik polarnej stacji, który spędził w niej 10 lat. Ale tuż przed moim przyjazdem wraz z żoną odleciał na Wielką Ziemię[2] na pogrzeb ojca. Zatem postanowiłem  w każdej stacji meteorologicznej przeprowadzać rozmowy z polarnikami i nagrywać je na pierwszy radziecki magnetofon kasetowy Wiesna. Trudno go było nazwać kieszonkowym – miał rozmiary połowy cegły przeciętej wzdłuż i o takiej wadze.

Nie będę wtajemniczał Czytelnika w moje prace naukowe ale wyjaśnię tylko to, że do wykonania niektórych czynności musiałem odchodzić dość daleko od stacji, przynajmniej 1 km, by nie przeszkadzały mi zakłócenia radiowe urządzeń, a w szczególności dalekopisu. Tym razem miałem pomocnika: mój były uczeń i dzisiejszy inżynier-meteorolog, który akurat tego dnia był wolny od dyżuru. Obaj zjedliśmy porządny obiad i na pewno nasze organizmy nie były osłabione przez głód i noc polarną. Tak więc nam obu udało się usłyszeć głos ZP tej nocy, z tym, że ja słyszałem ciche skrzypienie, zaś mój towarzysz tego nie słyszał, ale za to usłyszał drugą serię dźwięków, zupełnie różną od tego, co ja słyszałem. Mnie się wydawało, że słyszę głos podobny do dźwięku rozrywanego brezentu, a on słyszał wyraźnie wizg diamentu tnącego szkło, ale początek i koniec dźwięczenia ZP słyszeliśmy jednocześnie.

Dźwięki te, które słyszałem wydawały się dobiegać z draperii ZP zaś te, które słyszał mój towarzysz dosłownie wystrzelały skądś zza horyzontu, z czerwonych promieni. Głos ZP pojawił się wraz z pojawieniem się ogni zorzy na niebie. Tylko że to nie był żaden dźwięk w normalnym tego słowa znaczeniu. Istnieje niższa granica ZP, sięgająca 80 – 100 km nad ziemią, to dźwięk ten dystans pokonałby w 3-4 minuty i słyszelibyśmy go wtedy, gdyby zorza dawno zgasła. Tymczasem słyszeliśmy go jednocześnie z zapaleniem się ZP i przestaliśmy słyszeć wraz z jej zgaśnięciem! Należy jednak pamiętać, że na Ziemi odnotowuje się powstanie słabej infradźwiękowej[3] fali uderzeniowej pochodzących od niektórych dynamicznych form ZP.

Drugim dowodem na to, że ów dźwięk nie miał charakteru akustycznego był magnetofon. Nie zarejestrował on głosu ZP, choć na kasecie nagrały się nasze rozmowy…

Nie będę tu się wdawał w rozważania o fizycznej stronie zjawiska głosu ZP, a tylko przypomnę, że jest ono analogiczne do zjawiska wydzielania dźwięku przez tzw. meteoroidy[4] elektrofoniczne.  One także latają na dużych wysokościach rzędu 30 – 40 km, ale dźwięk jest obserwowany wraz z ich pojawieniem się, a nie z opóźnieniem kilku minut już po zniknięciu meteoroidu. Jak widać z tego, to mózg ludzki nie odnotowuje fal akustycznych, a fale elektromagnetyczne powstałe w czasie przelotu.[5] 

Czerwona mgła magnetyczna

O tym zjawisku, które najczęściej jest obserwowane na Północy już niejednokrotnie pisałem wNLO”, a w latach 80. także na łamach „Techniki mołodioży”. Dla niedoświadczonych i nieobytych z Daleką Północą zjawisko to jest niesamowite: naraz całe otoczenie zostaje dosłownie okutane językami płomieni, ale są one zimne, niczego nie ogrzewające. Bardzo często przybliżanie się ławicy czerwonej mgły jest tak spektakularne, jak przybliżanie się ściany płomieni i wywołuje paniczny strach.

Zjawisko to obserwuje się nie tylko na lądzie, bywa bowiem tak, że czerwona mgła otula płynący po morzu statek. Przy czym zauważono, że mgła ta przenika także do wnętrza zamkniętych pomieszczeń na statku i niejednokrotnie odnosiło się wrażenie, że pali się ładunek.[6]

Oficjalna nauka nie zna tego fenomenu. Pewien geolog, który stał się świadkiem tego zjawiska, opisał go dokładnie i swoje doniesienie wysłał do Instytutu Fizyki Atmosfery AN ZSRR. Odpowiedzi nie otrzymał do dziś dnia.

Niestety, mimo tego, że byłem wielokrotnie na Dalekiej Północy zbierając dossier dziwnych zjawisk tam obserwowanych, to nie udało mi się zetknąć z tym zjawiskiem. Jednakże kiedyś, w czasie lotu na Kamczatkę przyszło mi obserwować coś podobnego. Nasz IŁ-18 wykonywał lot specjalny z pięcioma czy sześcioma międzylądowaniami, w czasie których coś tam w niego władowywali i wyładowywali…

Ostatnie międzylądowanie było w Magadanie. Kiedy wyjechaliśmy na pas, to zauważyliśmy na wprost dziobu samolotu dziwne zjawisko: od strony morza na miasto dosłownie zwaliła się ściana ognia. Było zachmurzenie i południe, tak że to nie mogła być jakaś czerwona zorza. Lotniczy też nie wiedzieli, co to takiego – ale nie przejawiali jakiegoś niepokoju: ognista ściana była daleko i samolot miał być już nad chmurami. Ale nie dało się obserwować tego dziwnego zjawiska zbyt długo – po 20 minutach wystartowaliśmy i ono pozostało pod nami, oddzielone od nas warstwą obłoków.

Opowiedziałem tutaj tylko o trzech zagadkach Dalekiej Północy, a jest ich o wiele więcej…

* * * 



[1] Rodzaj arktycznego huraganu.
[2] Tak polarnicy określają kontynentalną część Rosji.
[3] Czyli o częstotliwościach poniżej 20 Hz.
[4] W oryginale: bolidy.
[5] Opisane tu wydarzenia i ich mechanizmy potwierdzają moją hipotezę o tym, że „kontaktowcy” faktycznie odbierają jakieś komunikaty, z tym że są one zniekształcone i żadną miarą nie można ich uważać za wiarygodne…
[6] Zjawisko to opisali Aleksander Abramow i Siergiej Abramow w powieści fantastyczno-naukowej pt. „Jeźdźcy znikąd”, Warszawa 1969. 

sobota, 29 marca 2014

Trójkąty Bermudzkie... (80)

ROZDZIAŁ 11 - Miscellanea


Ten rozdział stanowi worek czy beczkę, do której wrzucimy jeszcze kilka ciekawostek związanych z zasadniczym tematem, czyli Obszarami Osobliwymi – jak można nazwać akweny Trójkąta Bermudzkiego i innych Trójkątów.

Na początek cos a propos tego, co się działo w Arktyce, która tez podpada pod Obszar Osobliwy wedle założeń badaczy problemu. Robert Leśniakiewicz w swym artykule na temat osobliwości Arktyki pisze tak:

Tytuł tego artykułu: „Fantomy Bieguna Północnego” nawiązuje do książki fantastyczno-naukowej „Phantom of the Poles” autorstwa Williama Reeda, w której podobno opisuje się niezwykłe wydarzenia, które miały miejsce w czasie eksploracji Arktyki i Antarktyki. Nie czytałem jej – polskie wydanie oczywiście nie powstało, bowiem jak to zawsze u nas tłucze się chłam byle jaki, byle zagraniczny, zaś naprawdę interesująca literatura jest w podziemiu. Jak zwykle...

Trójkąt Bermudów w Arktyce?...

Oczywiście wszyscy znają z literatury, mediów, Internetu niezwykłe wydarzenia, które rozgrywały się i rozgrywają nadal w Trójkącie Bermudzkim czy Trójkącie Smoka na Morzu Diabelskim. O znikających statkach i samolotach, o znikających załogach... Podawano różne wersje wydarzeń i różne wytłumaczenia – jedne warte drugich, a wszystkie do niczego. Tak zatem pasjonująca tajemnica niepokoi, i trudno jest się oprzeć jej złowrogiemu urokowi, a że Bieguny naszej planety wpisują się w siatkę ogromnego kryształu, jakim jest Ziemia, więc i tam także powinny dziać się dziwne rzeczy – i dzieją się.
Rzecz w tym, że wydarzenia, o których będzie tu mowa, rozgrywały się w Arktyce. To ziemie i morza pokryte grubym na wiele metrów lodem, gdzie w dzień i w nocy trwają wielostopniowe mrozy, szaleją wichry i zamiecie śnieżne, gdzie gnane wiatrem lody są w stanie zmiażdżyć statek jak łupinę. Śmierć człowieka w tych warunkach jest czymś normalnym, wpisanym w codzienną rutynę polarnika. Cała nasza wiedza zebrana przez pokolenia, a za którą przyszło drogo Ludzkości zapłacić, zmierza do tego, by przeżywalność polarnika była jak najdłuższa w tych ekstremalnych warunkach. Dziś jest to oczywiste, ale kilkadziesiąt lat temu liczyły się tylko odkrycia geograficzne i interesy wielkich korporacji, a ludzie byli spisywani na straty.
Tak też było za czasów kapitana Henry’ego Hudsona (1550-1611), który usiłował znaleźć tzw. Przejście Północno-Zachodnie, co wymagało opłynięcia kontynentu północnoamerykańskiego od północy. Upragniony szlak morski do Azji, który byłby niezależny od podziału świata dokonanego na mocy traktatu w Tordesillas i bulli papieża Aleksandra VI – na mocy której świat podzielono wzdłuż linea di mercatione (1493-94)  – która przebiegała ok. 2.000 km na zachód od archipelagu Wysp Zielonego Przylądka - oraz traktatu w Saragossie (1529) dzielących świat na strefy wpływów Portugalii na wschodzie i Hiszpanii na zachodzie. Hudson popłynął na ten szlak, ale niewłaściwie dobrał sobie towarzyszy i w rezultacie buntu załogi swego statku Discovery został wraz z synem i siedmioma oddanymi mu członkami załogi spuszczony na wodę Zatoki Hudsona bez środków do przeżycia. Jego ciała ani łodzi nie odnaleziono nigdy. Nikt nie zna jego dalszych losów. Ponoć jego duch nawiedza statki, które czeka zagłada... A wszystko to stało się w 1610 a. D.
Dziwne wydarzenie spotkało załogę rosyjskiego statku Swiatoj Pawieł, który pod dowództwem kapitana Aleksieja Czirikowa znalazł się w pobliżu jakiejś wyspy o zalesionych stokach tamecznych gór. Licząc na przychylność tubylców, kapitan wysłał na jej brzeg łódź załadowaną towarami z dziesięcioosobową załogą. Kiedy po dwóch dobach łódź nie wróciła – wysłano za nią czteroosobowy rekonesans. Także i ci zwiadowcy nie powrócili i nigdy ich nie znaleziono. Dziś przypuszcza się, że było to u brzegów wyspy Attu, w archipelagu Aleutów, w roku Pańskim 1740...
W czerwcu 1899 roku, na Biegun wyprawiła się włoska ekspedycja księcia Luigi Amadeo di Savoia na statku Stella Polare. Biegun miał być zdobyty przez główną grupę polarników asekurowaną przez dwie grupy wsparcia, z których każda składała się z 3 osób i 102 psy, które ciągnęły potężnie wyładowane sanie. Bieguna nie zdobyto, zaś trzyosobowa grupa wsparcia dowodzona przez por. Queriniego nigdy nie wróciła do bazy, co miało miejsce w czerwcu 1900 roku.

Wyspy widma i...

Arktyka ma swe legendy, a jedną z nich jest opowieść o tajemniczej, znikającej wyspie zwanej od nazwiska odkrywcy Ziemią Sannikowa. Europejska geografia zna takie „znikające” czy „wędrujące” wyspy na Atlantyku: Antilia, Hy-Brysail czy O’Brazil albo Brazile, Wyspa Siedmiu Miast i inne, które naprawdę istniały tylko w imaginacji średniowiecznych geografów i kosmografów, a które znikały z map w miarę poznawania Atlantyku, i dzisiaj przypominają je tylko nazwy konkretnych obiektów geograficznych: Antyle czy Brazylia. Także Ocean Arktyczny czy jak go nazywają Rosjanie – Północny Ocean Lodowaty – ma swoje „znikające” czy „wędrujące” wyspy – Ziemia Sannikowa, Ziemia Andriejewa. Dwie z nich istniały naprawdę i faktycznie składały się z lodu naniesionego prądami morskimi i spiętrzonego przez sztormy oraz lodu kopalnego – były to Wyspa Wasilewskaja (znikła w 1912 roku) i Wyspa Siemionowska (znikła w 1936 roku). I właśnie do Ziemi Sannikowa wyprawił się słynny rosyjski polarnik baron Eduard W. Toll (1858-1902), który z drugim uczonym i dwoma Nieńcami dotarli do Wyspy Benetta w 1902 roku. Tam znaleziono ich ostatnie ślady i dziennik, co miało miejsce w 1909 roku. Czterech mężczyzn rozpłynęło się w białej pustce Arktyki bez śladu. Jak w Trójkącie Bermudzkim czy na szczytach Czerwonych Wierchów w Tatrach...

...sterowce nad Arktyką.

No i właśnie na poszukiwania legendarnych wysp Arktyki wyprawili się Niemcy i Rosjanie w 1931 roku sterowcem LZ-127. Była to naprawdę doskonale zorganizowana wyprawa statkiem powietrznym o długości 237 metrów, szerokości 30 i wysokości 34 metrów. Ogólna pojemność wszystkich balonetów sterowca wynosiła 105.000 m3, zaś pięć silników o mocy 2.650 KM nadawały masie własnej LZ-127 wynoszącej 62 tony plus 23 tony payloadu prędkość 128 km/h. Praktyczny zasięg tego statku powietrznego wynosił 11.250 km. Najpierw pokonano trasę Berlin – Szczecin – Kołobrzeg – Visby – Helsinki – Leningrad (dzisiaj Sankt Petersburg) - gdzie na pokład dokooptowano ekipę radzieckich uczonych, którzy potem polecieli dalej do Wysp Nowosyberyjskich. Chodziło o konkretne rozstrzygnięcie kwestii istnienia Ziemi Sannikowa i Ziemi Andriejewa, następnie statek powietrzny skierowano na Tajmyr i z powrotem do Berlina. W ciągu 110 godzin LZ-127 pokonał odległość 13.200 km. Ziemi Sannikowa i Ziemi Andriejewa nie znaleziono. Pozostały one jedynie na kartach powieści Leonida Płatowa Archipelag Znikających Wysp i Kraina Siedmiu Traw... Ta wyprawa, to pełny tryumf ludzkiej nowoczesności myślenia i techniki! W ciągu czterech i pół dnia z pokładu sterowca zbadano tak wielką przestrzeń, którą z lodołamaczy badano by co najmniej przez trzy lata! To chyba po tej wyprawie w polskich szkołach przedwojennych na lekcjach geografii mówiono taki wierszyk:

Od Bieguna do Bieguna

Pędzi balon Zeppelina
Aż urwała mu się lina
I pękł balon Zeppelina...

Ale jeszcze wcześniej, bo w dniu 15 kwietnia 1928 roku, w Arktykę startuje wyprawa sterowca Italia, dowodzona przez gen. Umberto Nobilego (1885-1978). Italia, to również statek powietrzny o kubaturze 19.000 m3, długości 115 m, szerokości 18,5 m i wysokości 38 m. Trzy silniki o mocy 720 KM nadawały jej 40-tonowej masie prędkość 120 km/h. Statek powietrzny wzleciał w niebo w Mediolanie, o godzinie 02:00 i skierował się na Triest, gdzie skręcił na północ kierując się do Oslo, skąd miał polecieć dalej do Vadsø nad fiordem Varanger, a dalej do King’s Bay, skąd miał się zacząć atak na Biegun. Niestety – na trasie sterowiec wpadł w silną burzę, która zagnała go nad Węgrami i Słowacją nad Karpaty, potem Polskę i finalnie wylądował w miejscowości Jezierzyce k./Słupska, gdzie przez dwa tygodnie dokonywano niezbędnych napraw. Ponoć hangar dla Italii stał tam jeszcze po II Wojnie Światowej – jak podaje Stefania Sempołowska w książce Na ratunek.
Italia osiągnęła Biegun Północny, ale w drodze powrotnej uległa katastrofie i być może ten wierszyk szkolny dotyczył wcale nie lotu LZ-127, a właśnie Italii? Generał Nobile przeżył katastrofę, ale spędził na lodach prawdziwą polarną Odyseję. Na pomoc z Norwegii wyruszył słynny badacz polarny, pogromca Bieguna Południowego - Roald Amundsen (1872-1928). Poleciał on potężnym hydroplanem Latham 20 (według innych źródeł był to Latham 02) z Tromsø do King’s Bay, w czerwcu 1928 roku. Leciał tam koordynować operację poszukiwawczo-ratowniczą, która zgromadziła 16 statków, kilkadziesiąt samolotów i 1.500 ludzi różnych narodowości. By zapanować nad tym żywiołem trzeba było silnej i doświadczonej ręki i chłodnego, kalkulującego umysłu. Tylko Amundsen mógł podołać temu zadaniu. I nie dokonał tego, bowiem ostatni raz widziano go z pięcioma towarzyszami – francuskimi lotnikami – jak odleciał z Tromsø. W godzinę po starcie Amundsen pytał przez radio o stan lodów na północ od Wyspy Niedźwiedziej. Potem jakiś statek odebrał bardzo słabe sygnały SOS, ale nie mógł ustalić, skąd pochodziły. A potem w eterze zapanowała cisza i nikt nigdy więcej nie zobaczył Amundsena i jego towarzyszy – jak podają to Alina i Czesław Centkiewiczowie oraz František Běhounek – notabene, jeden z uczestników wyprawy Nobilego. Rozbitków z Italii uratował w końcu radziecki lodołamacz, weteran polarnych akcji ratunkowych, SS Krasin.
Jesienią 1929 roku, w okolicach Wyspy Niedźwiedziej wyłowiono dodatkowy zbiornik paliwa z napisem Latham 20, zaś nieco później jeden z pływaków hydroplanu z takimż napisem. Uznano to za dowód, że Amundsen i jego ludzie zginęli w katastrofie lotniczej pomiędzy Wyspą Niedźwiedzią a Spitzbergenem, ale czy na pewno?...

Rejs Moskwa – Fairbanks.

Ale to jeszcze nie koniec. Jest tutaj bowiem jeszcze jedno polonicum.
Kompletną zagadką jest los innego bohatera lotniczych akcji ratunkowych na obszarze Antarktyki – mowa o słynnym radzieckim lotniku polskiego pochodzenia - Zygmuncie Lewaniewskim (w literaturze podaje się również Lewoniewski lub Lewóniewski) (1902-1937). Jego wyczyny były słynne w okresie między dwoma wielkimi wojnami. Jemu też powierzono misję przetarcia szlaku powietrznego pomiędzy ZSRR i USA. Nie wchodziły w rachubę lekkie, jednomiejscowe, i jednosilnikowe samoloty, ale potężne czterosilnikowe, komercyjne olbrzymy ANT-25. Trasa lotu miała wieść z Moskwy via Biegun Północny do Fairbanks na Alasce – początkowo wzdłuż południka Moskwy -  38°E, a nad Biegunem należało wejść na południk Fairbanks – 148°W.
I tak w dniu 12 sierpnia 1937 roku, potężny ANT-25 o oznaczeniach SSSR N-209 wyruszył w swój pierwszy i ostatni rejs do Stanów Zjednoczonych. Początkowo wszystko było OK., samolot leciał na wysokości 6.000 m. Pierwsza radiodepesza została nadana z pozycji 87°55’N – 058°E i donosiła o niesprzyjającej pogodzie, która zmusza ich do utrzymania wysokości 6.000 m.
Drugi radiogram donosił o przelocie nad Biegunem o godzinie 13:40 i zawierał prośbę o podanie prognozy pogody po amerykańskiej stronie Bieguna. Zakończono ją stwierdzeniem, że wszystko jest w porządku.
Trzeci radiogram był niepokojący, Lewaniewski donosił:
Lecimy na trzech silnikach; duże trudności. Przebijamy się przez gęste chmury...
Należy nadmienić, że wiał cały czas silny czołowy wiatr, który utrudniał lot samolotu, a poza tym cały czas było całkowite zachmurzenie. Prawdopodobnie maszyna zeszła z pułapu 6.500 m, gdzie było słonecznie, na pułap 4.500 m – w gęste chmury. Zaczęło się oblodzenie samolotu i co za tym idzie – dalsza utrata wysokości...
W dniu 13 sierpnia, o godzinie 15:58 jedna z jakuckich radiostacji odebrała rzucone z samolotu pytanie – Czy nas słyszycie?..., a potem nastąpiła cisza w eterze. SSSR N-209 nie odezwał się już nigdy. Czyż nie przypomina to ostatniego lotu Amundsena? Czyż nie przypomina to zniknięcia Amelii Earhard i jej samolotu Lockheed Electra? Czyż nie przypomina to pięciu TBM Grumman-Avanger, które należały do Flight-19, który zaginął w Trójkącie Bermudów?... Najpierw wszystko w porządku, potem jakieś niewielkie trudności, a potem tylko błędne ogniki radiosygnałów i koniec łączności. Na zawsze!...
Rozpoczęła się operacja poszukiwawczo-ratunkowa, w której wzięli udział najwięksi znawcy i weterani Arktyki. W różnych warunkach pogodowych przeczesano tereny, wody i lody Arktyki, nad którymi mógł się pojawić samolot Lewaniewskiego – wszystko na próżno. Nie znaleziono nawet śladu po nim i jego czterech towarzyszach. Ich los stał się kolejną ponurą tajemnicą Arktyki... Dzisiaj lecąc nad Biegunem potężnymi Airbusami czy Boeingami z Kopenhagi do Tokio czy Seulu nie zdajemy sobie sprawy, że lecimy szlakiem naszego wielkiego i już zapomnianego rodaka...

Zagłada radzieckiego flagowca.

W rok później, cały świat pasjonował się akcją ratunkową załogantów radzieckiej stacji naukowej „Siewiernyj Polius”, która z Bieguna Północnego zdryfowała aż do wschodnich wybrzeży Grenlandii w czasie 274 dni i została podjęta z kry lodowej przez lodołamacze s/s Tajmyr i s/s Murmań. Dryf skończył się na pozycji 70°54’N – 019°48’W, na wysokości grenlandzkiego Przylądka Brewstera. Czterej uczeni: Iwan Papanin, Ernest Krenkiel, Pietier Szyrszow i Jewgienij Fiedorow doskonale znieśli tą podróż przez Morze Grenlandzkie, dokonując przy okazji wielu spektakularnych badań, obserwacji i odkryć – m.in. Basenu Arktycznego i przedzielającego go Grzbietu Nansena.
Niewielu ludzi jednak pamięta, że uratowanie czwórki Papaninowców zostało okupione krwawo stratą 30 członków załogi radzieckiego sterowca SSSR W-6 Ossoawiachim, który w dniu 5 lutego 1938 roku, o godzinie 19:00 wystartował z bazy w Dołgoprudnym na im ratunek. Ten największy w ZSRR statek powietrzny mierzył 104,5 m długości, miał 18.500 m3 objętości, co pozwalało mu osiągać pułap operacyjny 4.500 m z payloadem 8,5 tony. Trzy silniki o mocy 815 KM rozpędzały sterowiec do prędkości 113 km/h. Jego dowódca Nikołaj S. Gudowancew otrzymał zadanie podjęcia Papaninowców z kry i dostarczenie ich do kraju. Podyktowane ono było pośpiechem, bowiem kra ta kruszyła się w coraz szybszym tempie, zaś Tajmyr i Murmań były jeszcze daleko. Zaczął się wyścig ze śmiercią. W-6 leciał na wysokości 600 m nad ziemią, i to stało się przyczyną katastrofy, bowiem na jego trasie stanęła Niebło-gora – wzniesienie o wysokości 622 m n.p.m. I tak, jak na Titanicu w pamiętną noc 14/15 kwietnia 1912 roku, tak na W-6 górę tą dostrzeżono o ułamek sekundy za późno. Próba manewru antykolizyjnego nie powiodła się, i W-6 wyrżnął swą masą w stok Niebło-gory. Buchnął płomień i pożar strawił statek powietrzny z 30 załogantami. Było to w dniu 6 lutego 1938 roku, około godziny 20:00, w odległości około 170 km na południe od Murmańska...
Śledztwo wykazało, że winnymi byli autorzy mapy z 1904 roku, na której nie uwidoczniono Niebło-gory. Takim był wniosek komisji dochodzeniowej. Winni znaleźli się w kazamatach Łubianki pod „czułą opieką” funkcjonariuszy NKWD. Wyroki wykonano...
Ale - ale... - jest pewien drobny szczegół, który mąci ten klarowny z pozoru obraz. Otóż – jak podaje Walerij Usolcew z Chabarowska autor artykułu w Kalejdoskopie NLO z dnia 3 listopada 2003 roku, o katastrofie Osoawiachimu - kolejarze z pobliskiego miasta Kandałaksza oświetlili szczyt góry reflektorami, by sterowiec się na nią nie nadział. Załoga sterowca widziała te światła, a mimo to nie wykonała manewru przeciwkolizyjnego – dlaczego? Co zawiodło – ludzie czy sprzęt? Myślę, że pozostanie to kolejną ponurą tajemnicą Arktyki...
O tych wydarzeniach opowiadali nam nasi dziadkowie, którzy byli ich świadkami, tak jak my jesteśmy świadkami wypraw statków Apollo, lotów do ISS czy misji sond Mars Express i Stardust... Kiedyś to, co pasjonuje nas, dla naszych wnuków też będzie już tylko historią...

Na Arktycznym Teatrze Działań Wojennych i...

II Wojna Światowa, to szczególnie ponury okres w historii Arktyki. Hitlerowcy usiłując przerwać dostawy konwojowe z Ameryki i Kanady do Związku Radzieckiego usiłują za wszelką cenę przerwać szlaki komunikacyjne północnego Atlantyku i Oceanu Lodowatego. W latach 1939-44 wrze Bitwa o Atlantyk, której apogeum przypada na rok 1943. Tzw. „wilcze stada” U-bootów dziesiątkują konwoje, topiąc wszystko, co tylko porusza się na powierzchni wody. Ale Alianci szybko przejmują inicjatywę – nowe rodzaje broni i środków detekcji ZOP – sonary aktywne, pasywne i radar pozwalają na wykrywanie, zaś bomby i granaty głębinowe nowej generacji pozwalają na skuteczne topienie niemieckich piratów, zanim jeszcze dopadali swych ofiar.
Hitlerowcy zorientowali się, że znajomość arktycznej „kuźni pogody” daje możliwość na trafne przepowiadanie pogody na Europejskim Teatrze Działań Wojennych, a przecież powodzenie operacji wojennych w dużej mierze zależy właśnie od kaprysów pani Aury, co dokładnie wyszło np. w czasie Bitwy o Ardeny (Bitwa o Wyłom) na przełomie lat 1944/45. Dlatego właśnie jednym z celów OPERATION WUNDERLAND było opanowanie szpicbergeńskich i innych arktycznych stacji meteorologicznych. Ale i nie tylko, bowiem w grę wchodziło sparaliżowanie radzieckiej żeglugi Wielką Północną Drogą Morską (Przejściem Północno-Wschodnim) i otwarcie możliwości uderzenia na ZSRR od północy – innymi słowy mówiąc – otwarcie Frontu Północnego i wzięcie Moskwy w dwa ognie – od zachodu i z północy, a zarazem odcięcie jej od syberyjskiego zaplecza i portów. To jest już moja hipoteza, ale innego wytłumaczenia dla tej operacji po prostu nie ma... Jeszcze innym celem mogło być – i na pewno było – zbudowanie potężnej i tajnej zarazem bazy morskiej na Ziemi Peary’ego (Grenlandia Północna) na brzegach płoni North-East Clear Water – jednego z nielicznych akwenów arktycznych cały rok wolnego od lodów. Być może do tej właśnie bazy wywieziono z płonącego Berlina samego Führera III Rzeszy Adolfa Hitlera. Nieprawdopodobne? No nie bardzo – zwłok Hitlera nie znaleziono do dnia dzisiejszego, a na tej sprawie połamały sobie zęby amerykańska CIA, radzieckie KGB, izraelski MOSSAD czy biuro Simona Wiesenthala... Pisałem już o tym wraz z dr Milošem Jesenským w książce WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie Trzeciej Rzeszy, w której dochodzimy do wniosku, że trop ten jest nader „ciepły”... Podobną hipotezę stawia w swej powieści hipotetyczno-sensacyjnej pt. Tajemniczy okręt podwodny wspomniany już tutaj Leonid Płatow. 

...Hitler w Arktyce?

A dlaczego nie? Pierwszą wskazówką jest wypowiedź Grossadmirala Karla Dönitza dla jednej z gazet niemieckich, który sugeruje istnienie potężnej bazy morskiej, w której Hitler mógłby się ukryć w razie czego. A drugą poszlaką jest wydarzenie, które opisują Alina i Czesław Centkiewiczowie w książce Na podbój Arktyki. Jest ono znane pod nazwą „Sprawa Kurs North” i przebiegło następująco – jesienią 1943 roku, w czasie największego nasilenia walk Bitwy o Atlantyk, z bazy USAF w Godthåb (Nuuk) startują trzy bombowce i dwa samoloty dalekiego zwiadu. W pewnym momencie samoloty gubią drogę i ich załogi proszą o podanie kursu. Ziemia odpowiada – Utrzymać kurs North! I tak przez cały czas samoloty leciały na północ, aż wreszcie spadły z braku paliwa. Amerykanom udało się je znaleźć i przeprowadzili śledztwo, w wyniku którego wyszła na jaw zdumiewająca rzecz – a mianowicie:   ż a d n a   amerykańska czy aliancka radiostacja   n i e   utrzymywała łączności z tymi samolotami! A zatem mogli to zrobić tylko Niemcy. Przyjęto, że była to robota załogi jakiegoś U-boota, który zmylił załogi samolotów i wyprawił je do białego piekła... A może to nie U-boot, a tajna baza III Rzeszy na Grenlandii? Baza, do której miał się ewakuować sam Führer III Rzeszy?
Wbrew temu, co się pisze, wystarczyło, żeby Hitler wyrwała się z berlińskiego kotła i przedostał do Hamburga, a stamtąd do Norwegii samolotem, gdzie przesiadł się na U-boota, który zawiózłby go na Ziemię Peary’ego. I chyba tak rzeczywiście było, tylko że nikt nie chce – ze zrozumiałych względów – tego przyznać...

Kryptonimy „Muskox”   , „Iceberg”, „High Jump”...

Jest jeszcze i trzecia poszlaka, o której piszą Centkiewiczowie, a mianowicie – już po wojnie, Amerykanie, Brytyjczycy i Kanadyjczycy ruszają w Arktykę. W 1945 roku, Anglicy zorganizowali wyprawę na Biegun Północny i już 15 maja tegoż roku ich samolot przeleciał na trasie Reykjavik – Biegun Północny – Reykjavik. Celem wyprawy były pomiary pola magnetycznego, promieniowania słonecznego i stanu pogody, zaś naprawdę jest to wojskowy rekonesans przed mającymi tam nastąpić operacjami militarnymi.
Od roku 1946 wyprawy arktyczne mają charakter mniej lub bardziej wojskowy – piszą Centkiewiczowie. Powstają amerykańskie bazy militarne na wybrzeżach Grenlandii. I co najciekawsze – W ciągu dwóch powojennych lat USA skierowały na obszary arktyczne przeszło 20 wypraw, w których udział wzięło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Większość z tych wypraw miało czysto wojskowy charakter. W lutym 1946 roku przeprowadzono wielką operację wojskową pod nazwą MUSKOX mającą na celu zbadanie możliwości użycia baz północnej Kanady, jako wyrzutni pocisków rakietowych. [...]
 Inne wyprawy miały za zadanie wypróbowanie różnych rodzajów broni w warunkach arktycznych oraz przeprowadzanie manewrów lądowych, morskich i powietrznych.[...]
W manewrach, które w 1946 roku odbyły się na Alasce, wzięły udział specjalne oddziały w sile 4.500 ludzi. M.in. dokonywano prób różnych rodzajów broni i ekwipunku oraz wysadzania desantów.
Wiosna tegoż roku jednostki morskie z udziałem lotniskowca przeprowadzały manewry na morzu wzdłuż wybrzeży Labradoru oraz w Cieśninie Dawisa. Jednocześnie inne oddziały amerykańskiej floty wojennej odbywały ćwiczenia na Morzu Grenlandzkim. Latem 1946 roku na morzach Beringa i Czukockim przeprowadzono ćwiczenia okrętów podwodnych pod kryptonimem ICEBERG.
 Amerykańskie statki żeglugi przybrzeżnej eskortowane przez lotniskowiec przepłynęły wodami Cieśniny Baffina do miejscowości Thule/Qaanaag w północno-zachodniej Grenlandii. Tam założono wielką bazę, z której samoloty dokonywały lotów do Bieguna, a okręty podwodne usiłowały pod lodem dopłynąć do północnej Grenlandii. Napotkawszy jednak na ciężkie lody zmuszone były cofnąć się do bazy.
Zwróć uwagę Czytelniku na daty – to wszystko dzieje się w latach 1945-46 – jeszcze przedtem, zanim po 5 marca 1946 roku, mówiąc słowami sir Winstona Churchilla W Europie, od Szczecina po Triest, zapadła żelazna kurtyna. Czym jednak były te manewry? Otóż były niczym innym, jak „wykurzaniem” niedobitków hitlerowców z bazy Kriegsmarine na Ziemi Peary’ego i w ogóle z Arktyki! W roku 1947 Amerykanie podejmują operację o kryptonimie HIGH JUMP na Antarktydzie, którą dowodzi adm. Richard Byrd. Celem HIGH JUMP jest przejęcie kontroli nad Nową Szwabią (Neuschwabenland) i Ziemią Królowej Maud, którą hitlerowskie Niemcy zagarnęły w kwietniu 1940 roku po ataku na Danię i Norwegię. I tak naprawdę, to wygląda na to, że wtedy właśnie   n a p r a w d ę   skończyła się Druga Wojna Światowa... Przyznaję, że kiedy czytałem te materiały, to czułem się jak kot, który złapał wyjątkowo tłustą mysz, albo jak detektyw kanapowy, któremu udało się znaleźć kolejny fragment układanki...[1]
Wiem, że wszystko to brzmi sensacyjnie, ale teraz doszły dodatkowe elementy łamigłówki, którą stanowiły amerykańskie działania w Arktyce w latach 1945-46. Do tego także wpisuje się to, co w lecie 1946 roku działo się na szwedzkim niebie – co atoli jest już osobną historią, którą opisałem w książce Powojenne losy niemieckiej Wunderwaffe. Kończąc pragnę jeszcze dodać, że wiele relacji wskazuje na to, iż poza siłami militarnymi dwóch Supermocarstw na Arktycznym Teatrze Działań Wojennych od czasu do czasu daje o sobie znać jakaś    t r z e c i a   siła, o której wspominają amerykańscy, rosyjscy i kanadyjscy weterani arktycznych patroli tej miary, co np. gen. Walentin Akkuratow i jego koledzy lotnicy, amerykańscy i rosyjscy podwodniacy, którzy spotykali się z niewyjaśnionymi zjawiskami w otchłaniach Północnego Oceanu Lodowatego. Tego dowodzą również wypadki, jakim ulegały radzieckie i rosyjskie okręty podwodne w wodach mórz Barentsa, Karskiego i Norweskiego. W moim referacie na IX Międzynarodowy Kongres Ufologiczny w Koszycach wymieniam niemal 30 jednostek, które tam uległy awariom lub po prostu znikły! Nie zatopiono je, nie uległy minom, ale znikły, jakby się rozpuściły w wodach arktycznych oceanów.
Jeżeli nic się nie zmieni w światowej polityce, to niejeden raz jeszcze usłyszymy o podobnych wydarzeniach i usłyszymy niejedną hipotezę, na temat tego, co dzieje się w wodach i przestrzeniach powietrznych Arktyki. I jeszcze niejedno ludzkie życie skończy się w niewyjaśnionych okolicznościach...

* * *




[1] Admirał Byrd jest postacią dość kontrowersyjną i jego wiarygodność – przynajmniej w sprawach dotyczących tematyki zjawisk niezwykłych zachodzących na Biegunach – jest raczej, delikatnie mówiąc – niska, a to ze względu na rozsiewane przezeń fantastyczne opowiadania na temat wejść do wnętrza Pustej Ziemi. 

piątek, 28 marca 2014

Trójkąty Bermudzkie... (79)


I na zakończenie coś bardziej krzepiącego. Jest to materiał na temat nie tyle morskich potworów, ile zwierząt (???) które być może pomogą nam w oczyszczeniu tej stajni Augiasza, jaką stały się ziemskie morza i oceany? A oto i ten materiał:

Zaczęło się nieledwie sensacyjnie – dnia 16 stycznia 1978 roku, w przewidzianym czasie nie zgłosiła się na seans łączności stacja podwodnego nasłuchu – NA-324. Po trzech dniach zamilkła sąsiednia stacja NA-325. W tydzień po opisanych wydarzeniach przestała reagować na komendy z lądu stacja NA-326. Tak zaczyna swój materiał rosyjski autor Sałomon Naffiert na łamach „Kalejdoskopu NLO” nr 4/2004.


Stront-90 na dnie oceanu.

Te stacje były umieszczone przez US Navy na dnie Oceanu Atlantyckiego w celu śledzenia radzieckich atomowych okrętów podwodnych – jest to tzw. system śledzenia i monitoringu ruchów floty podwodnej ZSRR i innych krajów, znany jako SOSUS. Amerykańscy specjaliści doszli do wniosku, że stacje zostały zniszczone przez jakiś rodzaj radzieckiej broni podwodnej – np. kierowanymi bombami głębinowymi.

Stacje te podniesiono na powierzchnię Atlantyku przy pomocy unikalnej podwodnej aparatury wydobywczej. Wyjaśniło się, że były one praktycznie nieuszkodzone, za wyjątkiem ich energetyki.

Energię do pracy stacji dawały radioaktywne baterie (ogniwa radioizotopowe), w danym przypadku pracujące w oparciu o izotop 90Sr. Odgrywa on rolę paliwa w jądrowym piecu, ogrzewając go do temperatury ponad 1.0000C, a z kolei ciepło przekształcane jest w elektryczność. Całość umieszczona jest w biologicznej osłonie wykonanej z kilku warstw stali i osmu. Kapsuła ta jest w stanie wytrzymać ciśnienie nawet do 1.000 atmosfer, wytrzymuje wybuch 70-milimetrtowego pocisku i autogen jest wobec niej bezsilny...


Puste baterie jądrowe.

Jak się rychło okazało, we wszystkich trzech stacjach osłony biologiczne zostały otwarte i elementy paliwowe wyjęto! Przy czym mechanizm otwarcia tych osłon pozostał niejasnym.

- To wyglądało tak, jakby szczur przegryzł karton, by dostać się do sera – tak scharakteryzował to, co tam zaszło dr Robert Heane – jeden ze specjalistów uczestniczących w ekspertyzie. I rzeczywiście, na pojemniku widoczne były ślady, które przypominały odciski małych, ale zadziwiająco ostrych zębów.

Zakładając, że na dnie oceanu istnieją szczury czy inne zwierzęta, które potrafiłyby otworzyć osłonę biologiczną reaktora pozostaje rzeczą nie do pomyślenia. W poszukiwaniu rozwiązania zagadki w pobliżu sąsiednich stacji nasłuchowych rozmieszczono podwodne kamery, które fotografowały automatycznie całe otoczenie.

A następnego dnia padła kolejna stacja – NA-323!!! Kamera zarejestrowała tylko, jak do stacji podpłynął obiekt o długości około 1 metra i 30 cm grubości. Przypominał on meduzę z promieniami, ale jej kontury były rozmyte, bo zdjęcia robiono w podczerwieni. Obiekt podpłynął do reaktora i nakrył go rozdętą półkulą. Po kilku minutach stacja przestała pracować. „Meduza” odpłynęła od reaktora i znikła w głębi...

Podczas przeglądu taśmy wideo wielu ekspertów skłoniło się ku myśli, że stację uszkodził jakiś żywy organizm, a nie maszyna.

Podniesiono stację i znaleziono na niej ślady zębów. Wyglądało na to, że przegryzienie super-odpornej osłony biologicznej reaktora było dla tego zwierzęcia kwestią kilku minut, a poza tym mogło ono wchłonąć w swój organizm promieniotwórczy i gorący materiał, który po uwolnieniu natychmiast otoczyłby się obłokiem pary!


Nowy rodzaj życia we Wszechoceanie?

Nauka nie zna organizmów żywych o takich możliwościach. Ale biolodzy długo nie mogli uwierzyć w to, że w systemach chłodzenia reaktorów jądrowych, gdzie temperatura wody jest bliska punktu wrzenia[1], a promieniowanie jonizujące mierzy się setkami R/h żyją i rozmnażają się różne gatunki mikroorganizmów. Mechanizmy adaptacyjne żywych istot pozwalają im na życie w takich ekstremalnych, niesprzyjających życiu warunkach. Rzecz w tym, że to nie była sinica czy bakteria, ale duży stwór morski, dysponujący twardymi zębami i potężnymi szczękami zdolnymi do przegryzania stali!...

Jest wiadomym, że w wodzie morskiej jest rozpuszczona cała Tablica Mendelejewa, w tym także jej część zawierająca uran, tor, rad, polon i inne radioaktywne pierwiastki ziem rzadkich – czyli REE. Niektóre głębokowodne organizmy nie mają dostępu do energii słonecznej i korzystają z alternatywnych źródeł: chemicznej, hydrotermalnej i promienistej. Istnieje możliwość – zakłada dr Heane – że wskutek jakichś wydarzeń podwyższyła się zdolność jakichś organizmów do wychwytywania cząstek radioaktywnych. Takim wydarzeniem mogło być zgubienie bomb wodorowych przez bombowiec USAF w pobliżu Grenlandii. Na korzyść tej hipotezy przemawia to, że zniszczone stacje znajdowały się w pobliżu miejsca zgubienia ładunków termojądrowych. Nie jest wykluczone, że swoje zrobiły także próby z wybuchami jądrowymi i termojądrowymi oraz odpady radioaktywne topione w morzach, a także katastrofy okrętów podwodnych z napędem nuklearnym i bronią rakietowo-jądrową na pokładach.

- Teraz właśnie – twierdzi dr Robert Heane (aktualnie wykładający biologię na college’u w Derry, ME, – we Wszechoceanie pojawiło się nowe życie, dla którego radioaktywne urządzenia stanowią podstawę ich egzystencji. Aktualnie niczego o nich nie wiemy, jedynie tylko to, że w poszukiwaniu pożywienia nie ma dla nich przeszkód. Jeżeli są one w stanie przegryźć pancerne obudowy osłon biologicznych baterii atomowych, to co będzie z kadłubami[2] okrętu podwodnego???


Pentagon oczywiście nie potwierdza...

Patrząc na otaczające nas środowisko widzimy, że to my sami płodzimy potwory: niekontrolowane użycie różnych trucizn spowodowało powstanie nowych gatunków gryzoni i szczurów. REE występujące w koncentracjach daleko wyższych od naturalnych, stymulują pojawianie się nowych, niezwykłych organizmów.

Według oświadczenia dr Heane’a w latach 90. ubiegłego wieku, ponad 10 stacji nasłuchowych SOSUS u wybrzeży Grenlandii i Kanady zostało zniszczonych przez nieznane zwierzęta, i jak w opisanych przypadkach, celem ataku z ich strony były baterie jądrowe. Początkowo podejrzewano terrorystów – takie elementy paliwowe po sproszkowaniu mogą stanowić bardzo groźną broń – wrzucone do stacji uzdatniania wody czy rozpylone z helikoptera nad określonym rejonem mogą spowodować nieobliczalne w skutkach straty liczone w miliardach dolarów czy euro. Ale eksperci doszli do wniosku: atomowe baterie zostały pochłonięte przez jakieś stworzenia morskie.

Oczywiście zdjęcia tajemniczego zwierzęcia zostały utajnione, ale do prasy przeciekły informacje o amebokształtnych potworach, które wypływają nocami z morskich głębin. Stworzenia te interesują się tylko paliwami jądrowymi. Pochłaniają swój łup i uciekają w głębiny morskie. „Pożeracze strontu” – tak nazywa ich prasa.

Oficjalnie Pentagon ani nie potwierdza, ale też nie neguje ich istnienia, ale wiadomo, że: zdecydowana większość stacji obserwacyjnych i nawigacyjnych została przerobiona na alternatywne źródła zasilania w energię elektryczną – baterie słoneczne, baterie chemiczne czy generatory wiatrowe...


Trochę chemii.

Zastanawiające jest to, że atakowano aparaty wyposażone w strontowe generatory energii. Stront jest metalem bardzo aktywnym chemicznie. Reaguje łatwo z gazami z powietrza, w rezultacie dając tlenek strontu – SrO i dwuazotek trójstrontu – Sr3N2. Wytwarzają one warstwę pasywacyjną, która odcina dalsze warstwy metalu od działania powietrza. Reakcja strontu z wodą, w wyniku której powstaje dość mocny wodorotlenek strontu - Sr(OH)2 i wodór, jest niebezpieczna dla otoczenia ze względu na wydzielane ciepło.

Ale najciekawszy jest stront z punktu widzenia radiochemii i ekologii. Jego dwa długookresowe izotopy: 89Sr i 90Sr są wyjątkowo niebezpieczne dla środowiska. Ich okresy połowicznego zaniku – T1/2 wynoszą odpowiednio: 50,52 doby i 29 lat. Obydwa izotopy wydzielają bardzo silne promieniowanie β- (szybkie elektrony) i pod tym względem najbardziej niebezpieczny jest stront-90, który szybko gromadzi się w tkance kostnej, poraża szpik kostny i w rezultacie tego doprowadza organizm do śmierci w wyniku białaczki - leukemii. Izotop 90Sr powstaje w wyniku eksplozji nuklearnych i w reaktorach jądrowych. I to jest ta najważniejsza informacja, która jak mi zdaje się, stanowi clou całego zagadnienia i zarazem rozwiązanie zagadki.


Podmorskie śmieciarki.

Generatory strontowe, zatopione bomby wodorowe, rakiety i okręty podwodne z napędem jądrowym, tysiące ton i hektolitrów stałych i ciekłych „gorących” produktów reakcji jądrowych z reaktorów trakcyjnych, powielających i rafinerii uranu, toru i plutonu wysypywane i wylewane w wody Wszechoceanu mogły spowodować mutacje jakichś zwierząt, które przestawiły się na promienisty pokarm, ale sądzę, że okres 60 lat jest zbyt krótkim, by powstały w świecie zwierząt mutacje radiofilne. Rzeczywistość może być zupełnie inna.

Na łamach „Nieznanego Świata” pisałem już onegdaj o Wodnych Ludziach i Ich bytowaniu we Wszechoceanie naszej planety, i to m.in. w kontekście katastrof okrętów podwodnych. Możemy sobie wyobrazić, jak bardzo niepokoją Ich nasze próby z broniami rakietowo-jądrowymi i podwodnymi – mam na myśli torpedy rakietowe i kawitacyjne. Nie dziwię się Im – wygląda na to, że Oni poczuli się zagrożeni i właśnie przedsięwzięli kroki zapobiegające zatruwaniu Ich świata. Wodnego świata[3]. Świata, który pokrywa niemal ¾ naszej planety... To właśnie najprawdopodobniej Ich statki śledziły poczynania rosyjskiego SSGN o oznaczeniu K-141 Kursk w czasie pamiętnych manewrów floty rosyjskiej w lecie 2000 roku. Być może to Ich interwencja zatopiła ten okręt. Kolejnym okrętem, który poszedł na dno z Ich inicjatywy był K-159. I wreszcie ostatnie wydarzenia, które miały miejsce na akwenie Morza Barentsa w lutym 2004 roku też dają do myślenia: trzy próby odpalenia SLBM typu SS-27-N i wszystkie trzy nieudane. Jedna z nich nawet wystartowała, ale po wzniesieniu się na kilkaset metrów nad wodę wypadła ze swego toru lotu i eksplodował jej mechanizm samoniszczący... Dwie inne nie opuściły wyrzutni wskutek awarii mechanizmów odpalania na pokładach SSBN K-407 Nowomoskowsk i K-18 Karelia.

Dlatego też uważam, że te wszystkie wydarzenia, o których tu napisano, mają jeden wspólny mianownik, a mianowicie – zagrożenie dla środowiska morskiego Arktyki ze strony urządzeń jądrowych spoczywających na dnie Wszechoceanu. W tym kontekście te tajemnicze „meduzy radiofilne” są nie tyle zwierzętami, a raczej cybernetyczno-biologicznymi maszynami do oczyszczania wód oceanicznych z radioaktywnego paskudztwa... Chociaż żadne żywe zwierzę nie wytrzymałoby promieniowania jonizującego i termicznego strontu-90, a poza tym reakcja tego metalu z wodą jest egzotermiczna i wydziela przy tym wodór, który też jest niezbyt bezpieczny.

Kończąc mogę tylko stwierdzić, że cywilizacja, która potrafi zsyntetyzować takie żywe czy cybernetyczne mechanizmy do unieszkodliwiania radioaktywnych paskudztw przez nas wyprodukowanych i zatruwających nasz Wszechocean, zasługuje na słowa najwyższego szacunku i uznania ze strony nas – zwykłych szarych zjadaczy chleba zamieszkujących lądy i żyjących na brzegu wielkiego (jeszcze) niewiadomego – Wszechoceanu planety Ziemia.


* * *


Reasumując – był to i nadal jest żelazny temat sezonu ogórkowego – tajemnicze potwory Wszechoceanu naszej planety. Potwory z Loch Ness w Szkocji, Siliansjön w Szwecji, Worota w Rosji, itd. itp. nie wspomniawszy już o gigantycznym kalmarze zwanym Krakenem czy Sprute albo Morag... Tematyka ta wraca od czasu do czasu na łamy mediów zwykłych i elektronicznych. Poniższe informacje zaczerpnąłem ze strony internetowej renomowanego czasopisma „New Scientist”. Taka jest natura człowieka, że raz zaznawszy smaku Przygody rad by kosztować jej wiecznie...

A jednak w głębinach Wszechoceanu coś niepokojącego się dzieje, czego dowodem są częste przypadki wyrzucania się na plaże całych stad wielorybów czy delfinów. Najczęściej zwierzęta te giną, zanim ludzie pośpieszą im na pomoc. Kiedyś pisałem na łamach kilku czasopism, że może dziać się to wskutek zatrucia metanem, który wydobywa się z podmorskich źródeł hydrotermalnych lub wskutek rozkładu materii organicznej na dnie morza. Metan ma właściwości oszałamiające i może powodować zatrucia. Ale to nie było całkowite wyjaśnienie tego problemu. Owszem – coś takiego jest teoretycznie możliwe, ale na zamkniętych akwenach takich, jak np. Morze Czarne czy nasz Bałtyk. Ale nie na otwartych akwenach oceanicznych, jakie otaczają Australię... Australijscy uczeni założyli, że masowe samobójstwa waleni mogą mieć związek z aktywnością sejsmiczną – np. wybuchy podmorskich wulkanów, które mogą zakłócać pracę ich naturalnego sonaru i w rezultacie walenie popełniają błędy nawigacyjne. Możliwe.

Ale najbardziej prawdopodobną jest teoria ogromnego morskiego drapieżnika – agresywnego, rozżartego stada orek lub rekinów, jednakże opatrzone jest to jednym zastrzeżeniem – orki są zbyt inteligentne, by wyganiać potencjalną zdobycz na piach plaży, z którego nie mogłyby one jej potem ściągnąć. Pozostały zatem rekiny. Ale znowu – w takiej rywalizacji to rekiny są na przegranej pozycji. Jeżeli jest we Wszechoceanie istota, której boi się rekin, to jest nią delfin. Chyba że nie chodzi o zwykłego rekina, tylko o ponoć wymarłego rekina megalodona – Carcharodon megalodon. Wymarły one stosunkowo niedawno, bo na początku Czwartorzędu – 10.000 lat temu, a zatem może jakiś relikt uchował się w wielkich głębiach Pacyfiku i od czasu do czasu podpływa pod otaczające go kontynenty? Taki scenariusz jest wcale możliwy...

Tak, ale czym wytłumaczyć taki fenomen, jak inwazję na środkową część wysp japońskich ogromnych meduz z gatunku Stomolophus nomurai, co miało miejsce w latach 1958 i 2002? Być może nienormalny, wybuchowy rozwój tych krążkopławów ma związek z globalnym ociepleniem wód oceanicznych Pacyfiku i zjawiskami El Niño i La Niña – jak sądzą japońscy biologowie i oceanolodzy. Zmniejszona ilość opadów w lecie 2002 roku spowodowała spłukanie mniejszej ilości toksyn i zanieczyszczeń do wód Pacyfiku i w rezultacie wybuchowy rozwój populacji S. nomurai. NB, meduzy te są niebezpieczne dla ludzi i ich jadowite parzydełka uśmierciły 8 osób od 1920 roku, kiedy to zostały odkryte w Morzu Żółtym. Są one ogromne – mają metr średnicy i masę ciała do 150 kg, zaś ich toksyny uśmiercają wszystkie istoty żywe, które wejdą w zasięg ich parzydełkowych wici. Człowiek porażony ich toksyną umiera w ciągu 24 godzin... Co spowodowało ich masowy rozwój? Człowiek czy siły przyrody? Zagadka ta nie jest rozwiązana od półtora roku.

I kolejna – najświeższa zagadka, o której napisano 23 czerwca 2004 roku. W ubiegłym roku (2003), na plaży w Chile znaleziono – no właśnie – nie bardzo wiadomo nawet – co. Nazwano to „beach blob” – co od biedy można przetłumaczyć jako „plażowa klucha”, o czym początkowo sądzono, że są to szczątki wieloryba, które ocean wyrzucił na brzeg. Potem mówiło się o szczątkach gigantycznej kałamarnicy czy ośmiornicy. Nie dziwota, bowiem uczeni mieli przed sobą 13-tonową bryłę mięsa bez ani jednej kości. Uczeni z Florydy po zbadaniu struktury tego „bloba” pod mikroskopem elektronowym doszli do wniosku, że jest to jednak bryła mięsa pochodząca od kaszalota. Wskazywały na to ponoć znalezione fragmenty DNA podobne do wielorybich, chociaż nie znaleziono w tej bryle ani jednej całej komórki! Czyż to nie jest dziwne???

Idąc za ciosem Amerykanie doszli do wniosku, że inne tego rodzaju znaleziska, które znane są w światowej literaturze kryptozoologicznej jako „ogromna ośmiornica z St. Augustine” z 1896 roku, „potwór z Tasmanii” z 1960 roku, dwa „bloby” z Bermudów z lat 90. oraz „blob” z Nantucket z 1996 roku, są niczym innym, jak wypranymi przez morską wodę resztkami mięsa ze zdechłych wielorybów.

Ale czy na pewno? Tej pewności jeszcze nie mamy... Wszechocean jest mniej znany, niż powierzchnia Księżyca i niejedno w nim można jeszcze znaleźć i odkryć. A jak wiadomo – Ocean bez potworów jest równie bezsensowny, jak sen bez marzeń sennych – napisał kiedyś John Steinbeck. I zgadzamy się z nim całkowicie.

a



[1] Podobne mikroorganizmy termofilne żyją w gejzerach i podmorskich źródłach hydrotermalnych (tzw. „palaczach”) i mają się tam doskonale. Istnieje hipoteza, że w podobnych warunkach istnieje życie na dnie Wszechoceanu Europy – jednego z galileuszowych księżyców Jowisza.
[2] Okręty podwodne mają dwa kadłuby: kadłub lekki - stanowiący osłonę hydrodynamiczną i kadłub sztywny – stanowiący właściwy korpus okrętu. Przestrzeń pomiędzy nimi jest wypełniona urządzeniami, przyrządami, zbiornikami wody, paliwa, itd.
[3] Zob. Lilian Darcy – „Strażniczka pieczęci”, Warszawa 2003, - jest to powieść romansowa z serii „Harlequin”, ale w inteligentny sposób wykorzystano pomysł pokazania naszego świata ze strony legendarnych... Syren – uwaga tłum.