wtorek, 11 marca 2014

Trójkąty Bermudzkie... (69)

Ze swej strony polecamy Czytelnikowi lekturę książki drLeszka Szumana (1903-1987) pt. „Astrologia i polityka”, w której zamieścił on m.in. przegląd wizji różnych mistyków, wizjonerów i jasnowidzów na temat przyszłości Ziemi. Dając znamienną sentencję Graviora manet (najgorsze przed nami) jako motto tej książki dał nam do zrozumienia, że czasami lepiej nie znać swej przyszłości... NB, powołany już tutajMichel de Nostre-Dame vel Nostradamus (1503-1566) przepowiedział koniec świata lub podobny kataklizm na lipiec 1999 roku, a jednak świat istnieje, a zatem nawet najwięksi wizjonerzy i jasnowidze się też mylą... Pamiętam jak w latach 80. krążyła w Polsce przepowiednia – odbita i powielona na spirytusowym powielaczu – która głosiła, że świat dotkną wszystkie plagi egipskie i dopusty Boże, ale Polska i inne kraje Europy Środkowej wyjdą z nich niemal bez szwanku! Nie udało się jej dociec źródła tej przepowiedni, może były to wizje jakiegoś domorosłego jasnowidza, a może kolejna interpretacja Nostradamusa? – tego też nie udało się jej ustalić. Dość powiedzieć, że ten ktoś trafnie przewidział zabójstwo Olofa Palmego (w 1986) i zamach na Indirę (w 1984) oraz Rajiwa Gandhich (w 1991) i inne ważkie wydarzenia z końca XX wieku. 

Oczywiście włączyliśmy się do tej dyskusji, aliści w przeciwieństwie do prof. Pająka czujemy się bezpiecznie, bo do najbliższego morza mamy 700 km i mieszkamy na wysokości 500 m n.p.m., a zatem atak tsunami mi nie grozi – już prędzej trzęsienie ziemi, najbliższe epicentrum jest odległe o jakieś 40 km na południe w linii prostej od Jordanowa czy Krásna n./Kysucou... Ale czy potrzeba nam tak bardzo kataklizmów tektonicznych w chwili, gdy na czoło doniesień wszystkich agencji informacyjnych wysuwają się klęski pogodowe? Co je powoduje – oczywiście bezrozumna działalność człowieka rozumnego (podobno). Z drugiej strony, jak doszlismy do wniosku w dyskusji z red. Andrzejem Zalewskim z EKO RADIA – na Ziemi wskutek nieznanych mechanizmów Natury dochodzi do co najmniej miesięcznego opóźnienia pór roku w stosunku do tradycyjnego podziału – i tak np. zima przychodzi dopiero w styczniu zamiast w grudniu, wiosna w kwietniu zamiast w marcu, lato w lipcu zamiast w czerwcu i trwa ono do października, zamiast do września... Czy za to też odpowiadają Kosmici i Ich technika tak, jak pokazano to w filmach pt. „Spotkanie” i „Spotkanie 2”, w którym to Kosmici wzbogacali atmosferę ziemską w gazy cieplarniane, by się na niej osiedlić? Osobiście od tej amerykańskiej chały (będącej jakby usprawiedliwieniem tego, że USA nie podpisały umowy o redukcję emisji gazów cieplarnianych) bardziej wolimy o wiele mądrzejszą polską książkę Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepki pt. „Kosmiczni bracia” (Warszawa 1956, 1988), w której Ziemia zostaje zdewastowana przez cywilizację rozumnych krzemowców – Silihomidów właśnie poprzez podwyższenie naturalnego wulkanizmu ziemskiego. Tym niemniej, wysunięto przypuszczenia, iż to Kosmici właśnie  celowo zmieniają orbitę Ziemi tak, by doszło do radykalnych zmian pór roku i zagłady ekologicznej – co zapewne jest reperkusją długiej i ostrej zimy 2004/2005 – sic! No, ale to już jest folklor ekologiczno-ufologiczny, a wracając do tematu, to istnieje jednak pewne zagrożenie tsunami na Atlantyku i oto głos Roberta Leśniakiewicza w tej dyskusji:

Rzecz jasna możliwość wielkiego tsunami na Atlantyku jest nikła, ale realna – jak każde wydarzenie o prawdopodobieństwie wyższym od zera – napisałem w e-mailu do wszystkich dyskutantów. Zakładam, że w Poniedziałek Wielkanocny, tj. dn. 28 kwietnia 2005 roku, dojdzie do oberwania się w wody Atlantyku połowy wyspy La Palma z archipelagu Wysp Kanaryjskich. Wytworzona tym sposobem fala tsunami będzie miała wysokość 100 m i prędkość 700 km/h. (To jest szacunek znacznie zawyżony, bowiem po wybuchu Krakatau powstała fala o wysokości 40 m, zaś fale powstałe po wybuchu wulkanu na Therze [Santoryn, Santorini] około roku 1425 (±25 lat) p.n.e. były pięć razy wyższe według najbardziej ostrożnych szacunków!) Na załączonej mapce podałem czasy dobiegu fali do poszczególnych miejsc na zachodnich brzegach Atlantyku - bowiem fala będzie się rozchodziła w kierunku zachodnim, zaś jej mniejsza wysokość będzie na kierunkach północnym i południowym. Najgorzej dostanie się Azorom i Wyspom Zielonego Przylądka - patrz mapka, gdzie czerwone liczby oznaczają czas dobiegu fali, - a najmniej Islandii i Ameryce Południowej. Ameryka Północna też specjalnie nie oberwie, bo fala po przebyciu 6.000 km już się nieco spłaszczy i straci nieco energii, a poza tym Amerykanie i Kanadyjczycy będą mieli 6-7 godzin czasu na ewakuację - zakładając, że dowiedzą się o kataklizmie natychmiast. A zatem nie jest tak źle - i nie taki diabeł straszny, jak go malują. Ja w każdym razie nie wybieram się na Florydę, i święta spędzam w domu. [...] (Nawiasem mówiąc, coś takiego w mniejszej skali już miało miejsce na Alasce w 1958 roku, kiedy to w wody Lituya Bay z wysokości ok. 1.000 m do wody obsunęła się masa30.000.000 m³ ziemi i skał, a wytworzona przez nią fala tsunami wdarła się na pół kilometra w głąb lądu. W roku 1972 podobna fala spowodowała śmierć 15.000 ludzi na japońskiej wyspie Kiusiu. Pochodzenie tych tsunami było asejsmiczne.) Oczywiście, w przeciwieństwie do tego, co wypisuje prof. Pająk, rzecz jest możliwa, bo wyspa La Palma jest faktycznie jednym wielkim wulkanem - uśpionym wprawdzie (jak ten z filmu "Góra Dantego" z Pierce Brosnanem w roli głównej), ale mogącym w każdej chwili się obudzić. Ten kataklizm jest możliwy, bowiem wyspa jest przecięta aktywnym uskokiem. Wybuch wulkanu czy wstrząs tektoniczny może spowodować, że jej połowa obsunie się do morza z wiadomym opisanym przeze mnie efektem. Ale spokojnie - to nie będzie takie proste i takie hop - jak to malują. Myślę, że w przypadku spokojnej erupcji ta połowa wyspy powoli zsunie się do wody i fale będą, ale mniejsze. To raz, a po drugie - żeby osiągnąć efekt niszczący Amerykę musiałoby tam dojść do eksplozji à la Krakatau z 1886, czy Katmai z 1906 roku, a na to się nie zanosi. Tak zatem prawdopodobieństwo zajścia takiego wydarzenia jest nikłe, co nie oznacza, że to się nigdy nie wydarzy... (Tym niemniej strach pomyśleć, co byłoby, gdyby jacyś terroryści od Usamy ben-Ladena czy Abu Musafy al-Zarkawiego zechcieli wykorzystać tą możliwość i zaatakować Amerykę wielkimi falami??? Prawdę powiedziawszy, to jednak wydaje mi się, że większe niebezpieczeństwo stanowią „cielące się” w coraz szybszym tempie lodowce Antarktydy, które mogą spowodować zagrożenie opisane w bestsellerowej powieści katastroficznej Jamesa Folletta pt. „Lód” [Londyn 1978], w której wizjonersko opisał on efekty oderwania się ogromnej góry lodowej od kontynentu antarktycznego. Scenariusz ten niemal dosłownie sprawdził się 13 maja 2000 roku, kiedy to od Bariery Lodowej Rossa oderwała się ogromna góra lodowa oznaczona w katalogu NOAA jako B-15 o rozmiarach 295 x 40 km, czyli niewiele mniej od powierzchni stanu Connecticut, czyli niemal tak wielka jak Biała Atlantyda z powieści Folletta. NB, obrywaniu się takich gór lodowych też towarzyszą tsunami...) Bardziej niebezpiecznym byłby impakt asteroidy w wody Atlantyku - o! To byłoby naprawdę paskudne, bo już pierwotne efekty impaktu mogłyby zniszczyć pół Europy i spustoszyć wybrzeża Afryki i obu Ameryk. Najgorsze byłyby jednak wtórne skutki impaktu: zamglenie atmosfery, wulkanizm, trzęsienia ziemi, itd. itp. Mam nadzieję, że ta Wielkanoc będzie spokojna, czego wszystkim życzę.

To jest jasne, i zaraz to udowodnię. Fale tsunami są zaliczane do fal płytkowodnych, bowiem dla nich oceany stanowią płytkie kałuże – a to dlatego, że średnia głębokość oceanów stanowi mniej, niż 1/20 jej długości, D < L/20, zaś długość fali oblicza się ze wzoru:
                                                                                 
L = 3,13√DT

- gdzie D to głębokość wody, T to okres fali, a L to długość fali. Dla tsunami wartość L zawiera się w przedziale od 100 do200 km, a T wynosi 10-20 min. Prędkość fal tsunami C jest zatem determinowana tylko głębokością wody i można ją bardzo łatwo wyliczyć ze wzoru:
                                                       
C = √gD albo prościej: C = 3,13√D

- gdzie g to wartość przyspieszenia ziemskiego (9,81 m/s²) i tak np. fala poruszająca się na oceanie o głębokości 4.000 mbędzie przemieszczała się z C = 720 km/h, czy jak kto woli 388,76 węzła (kts). W wodzie o głębokości L/2 – L/20 prędkość fali ulega spowolnieniu, ale za to ogromna ilość energii jest przenoszona przez coraz mniejszą ilość wody. Energia fali wzrasta wraz z kwadratem jej wysokości... Fala się wypiętrza i jednocześnie zwalnia do ok. 80 km/h (43,2 kts). Potem następuje niebywała koncentracja energii, co można tylko porównać do reakcji zapłonu w bombie atomowej, bo energia fali jest proporcjonalna do kwadratu wysokości, i wyładowanie jej przy załamaniu fali, które następuje po przekroczeniu granicznej wartości stosunku jej wysokości do długości jak 1/7, z wiadomymi efektami niszczącymi, które widzieliśmy w Indonezji, Malezji, Śri Lance, itd.[1] ... – ale tylko w pasie przybrzeżnym w odległości od brzegu o wiele, wiele  mniejszej od L. (NB, dzięki dużej L fala tsunami bardzo powoli traci swą energię – w ciągu doby zmniejsza się ona tylko o 37%...) Jednak nie ma się co obawiać, żadne tsunami na Atlantyku nie zaszkodziłoby zbytnio Polsce. Dlaczego? Ano dlatego, że od Atlantyku oddziela nas pas lądu Europy Zachodniej, a Bałtyk jest po prostu za płytki i nawet gdyby doszło w nim do trzęsienia ziemi i tsunami, to jego parametry byłyby raczej nędzne (prędkość jego fal wyniosłaby mniej więcej tyle samo, co zwykłych fal wiatrowych, z tym że fale wiatrowe poruszają się w grupach i ich prędkość określa tzw. prędkość grupowa obliczana z prostego wzoru Vg = ½C) zważywszy fakt, iż Bałtyk jest morzem szelfowym i jego średnia głębokość jest niewielka i wynosi 56 m – w tym „płytkim talerzu z kluskami” fala po prostu nie ma gdzie się rozpędzić. A nawet, gdyby był on tak głęboki jak Głębia Landsort – czyli na 459 m – to i tak nie można tego porównać z żadnym oceanem. No, chyba żeby w Bałtyk trafiła asteroida, to wtedy groźne byłyby skutki ekologiczne takiego impaktu, a tsunami byłoby nieco mniejsze, jak po wybuchu wulkanu na Therze, Ałaidu czy Mt. St. Helens, bo jego przyczyna byłaby zupełnie innego rodzaju, ale Bałtyk to nie Morze Egejskie i to jest temat na zupełnie inne rozważania... Pamiętam, jak w 1996 roku TVN-owska „Strefa 11” straszyła ludzi wizją spadku asteroidy w regionie Paryża (wizja Nostradamusa o roku 1999, która jak wiadomo się nie sprawdziła) lub spadku asteroidy w rejonie Morza Czarnego – dokładniej Odessy, które ponoć miało mieć miejsce w roku 2000 i oczywiście nie doszło do skutku, co wcale nie oznacza, że jakaś „kosmiczna przybłęda” nie trafi w Ziemię... Tymczasem dno oceaniczne trzęsie się nadal w pobliżu Sumatry. A nam pozostało zatem czekać na rozwój sytuacji do Wielkanocy. A rozwijała się ona tak:


----------------------------
[1] A ostatnio w Japonii, gdzie tsunami z dnia 11.III.2011 roku doprowadziło do atomowej katastrofy wielokrotnie przekraczającej rozmiary katastrofy w Czarnobylu.