piątek, 21 marca 2014

Trójkąty Bermudzkie... (75)

* * *

Dosyć już o tsunami. Teraz będzie o mega-huraganach. A dokładniej o jednym znanym pod nazwą Katrina, który spustoszył Nowy Orlean w sierpniu 2005 roku. Była to, według słów Witolda Baranowicza – straszliwa lekcja pokory, o której tak pisał on na łamach „Nieznanego Świata”:

Wszystko zaczęło się od filmu. Lubię amerykańskie filmy katastroficzne. Mają w sobie wiele efektownych scen, F/X i kończą się optymistycznym wnioskiem – cokolwiek się stanie – Ameryka sobie poradzi! God bless America! „OK. i Amen” – jak dodałby Mistrz Konstanty Ildefons Gałczyński. A wszystko zaczęło się od filmu pt. „Pojutrze” z 2004 roku, w reżyserii Rolanda Emmericha.

Film pokazuje przerażającą wizję nadejścia kolejnej epoki lodowej poprzedzonej globalnym ociepleniem. Raptowna zmiana klimatu niesie ze sobą zagrożenie dla całej planety i wszystkich ludzi. To nie Obcy z Kosmosu, to nie wielkie asteroidy, ale sama znieważana od stuleci przez człowieka Natura staje się zagrożeniem dla cywilizacji. Oczywiście klimatolog grany przez Dennisa Quaida przewiduje zagrożenie, ale jak zawsze nikt go nie słucha, a lobby energetyczo-przemysłowe skutecznie wytłumia jego głos. Dopiero gwałtowne zmiany pogody i związane z tym kataklizmy zmuszają polityków do podjęcia odpowiednich działań. Ten obraz w klimacie przypomina nieco „Peacemakera” w reżyserii Mimi Leder z 1997 roku, a to ze względu na osadzenie go w realiach naukowych i politycznych.

Oczywiście krytyka powiesiła na realizatorach „Pojutrza” wszystkie możliwe psy. „To jeden z najgłupszych filmów w historii kina. Globalne ocieplenie doprowadza do zamrożenia Nowego Jorku” – jak pisali recenzenci. Oczywiście recenzenci ci nie mieli bladego pojęcia o tym, o czym  naprawdę mówił ten obraz. Tymczasem tak właśnie być mogło – jak stwierdzili w swym artykule Jan Marcin Więsławski i Jan Piechura, w którym udowadniają, że zmiana taka nie tylko jest możliwa, ale nawet może mieć miejsce i była w przeszłości! (J. M. Więsławski & J. Piechura – „Pojutrze już było” w „Wiedza i Życie” nr 7/2004, ss. 30-34). Ciekawy jestem, co teraz ci PT. Krytycy mają do powiedzenia...

...bo świat się zmienił w sierpniu 2005 roku.

Ten sierpień był faktycznie „czarnym sierpniem”. I to nie dlatego, że w tym czasie spadło na ziemię kilka samolotów i wydarzyło się kilka innych nieszczęść – ale dlatego, że to największe nieszczęście zdarzyło się tam, gdzie mało kto się go spodziewał.  Chodzi o huragan Katrina i miasto Nowy Orlean. Jego efekty odczuli nawet mieszkańcy Islandii, gdzie w tydzień po zagładzie Nowego Orleanu, w Akureyri spadł śnieg i nastały mrozy, co we wrześniu raczej bardzo rzadko się zdarza nawet tam – jak zapewnili mnie tameczni Polonusi – państwo Dorota i Wacław Alfredssonowie. Akureyri leży tuż przy Kręgu Polarnym (na 65º30’N), ale ogrzewane jest przez Prąd Zatokowy, co powoduje iż zima zjawia się tam dopiero w styczniu...

Patrząc na to wszystko z perspektywy Europy mogę powiedzieć jedno – Polska jest krajem naprawdę błogosławionym i gdyby nie chciwi, krótkowzroczni i bezmyślni politycy, to naprawdę mielibyśmy tu raj na Ziemi... Jak dotąd, to omijają nas jakieś straszliwe huragany, wybuchy wulkanów czy trzęsienia ziemi o sile powyżej 5ºR albo zarazy. Jak długo jeszcze? Kiedyś musi się skończyć pasmo powodzenia, a czy jesteśmy na to przygotowani??? Odpowiedź dostaliśmy w listopadzie ub. r., kiedy to w Polskę, Słowację i kraje ościenne uderzył huragan, którego prędkość wiatru wyniosła „jedynie” 173 km/h. Nowy Orlean spustoszyło uderzenie wiatru, którego prędkość była niemal dwukrotnie wyższa – 321 km/h! Ale przecież to nie był jeszcze rekord prędkości wichury!... Pędzone nim fale wdarły się w głąb lądu siejąc śmierć i zniszczenie. Synergiczne uderzenia wiatru i fal uszkodziło bądź zniszczyło platformy wiertnicze w Zatoce Meksykańskiej. Na światowych giełdach podskoczyła drastycznie cena baryłki ropy i przebiła nawet ceny z Wielkiego Kryzysu Energetycznego z połowy lat 70. XX wieku! – co natychmiast odczuliśmy na stacjach benzynowych... Sam Nowy Orlean przestał właściwie istnieć. Miasta nie da się odbudować w znanym nam kształcie.

„Nie odtworzy się drewnianych detali, odcienia farby ani patyny miasta założonego w XVIII wieku przez Francuzów” – pisze Piotr Zawodny – „ale jak tu się roztkliwiać nad utraconymi urokami architektury, kiedy tysiące ludzi utraciło życie, a setki tysięcy walczyło, by go nie stracić, bo poza nim stracili wszystko.” (P. Zawodny – „Krajobraz po Katrinie” w „FiM” nr 37/2005) Według niego sprawa jest jasna – ci ludzie, którzy mogliby pośpieszyć ofiarom ataku Katriny na pomoc znajdowali się o tysiące mil na wschód, w Iraku. Wydawałoby się, że sama Natura wymierzyła Amerykanom sprawiedliwość za ich butę i aspiracje do bycia Supermocarstwem. Czyżby był to kolejny przejaw syndromu Titanica: próżność, która została ukarana? Starzy górale powiadają: Bóg strąca z nieba pysznych aniołów...

Katrina szła od południa już od tygodnia. Od początku było wiadomo, że jest to huragan V (najwyższej) kategorii, który najpierw „pomacał” południową Florydę, a jeszcze wcześniej Kubę i inne wyspy Antyli. Wszyscy wiedzieli, że wiatr jeszcze bardziej się rozhula, a mimo to  nikt nie ostrzegł mieszkańców N.O.! Czyżby ktoś był tak dufny w swe siły, że ten alarm zlekceważył? Jak w Pearl Harbor 7 grudnia 1941 roku, czy w Nowym Jorku 11 września roku pamiętnego 2001!? Ta tragiczna lekkomyślność kosztowała USA stratę 800 obywateli i ponad 200 mld USD! (=> Dane wg portalu internetowego WP.pl z dnia 16 września 2005 roku)

Mówią świadkowie


Centrum Badań Zjawisk Anomalnych od początku śledziło rozwój sytuacji w mediach, m.in. współpracując z red. Andrzejem Zalewskim z Eko Radio, jednakże jedna z naszych koleżanek – Pani Anna Milewska z Gdańska znalazła się niemal w ogniu wydarzeń i dzięki Internetowi mieliśmy od niej informacje z pierwszej ręki. A oto jej relacja spisana na gorąco i na kolanie jeszcze na pokładzie statku wycieczkowego, w składzie załogi którego się znajdowała, a który popłynął na pomoc Nowoorleańczykom:

  MS Carnival Sensation. Koniec rejsu. (Wycieczkowiec ten kursował wahadłowo na trasie Nowy Orlean – Cozumel [Meksyk] – Nowy Orlean) – pisze ona. – Ze sceny w statkowym Atrium obserwujemy z zespołem kolejkę pasażerów ustawiających się do okienka recepcji. Praktycznie widok ten jest identyczny każdego dnia. Ludzie rozbawieni, często podpici, nie zwracający najmniejszej uwagi na grających muzyków traktują ich bardziej jako element dekoracji. Może tym razem jakoś spokojniejsi, bez śladu rozbawienia, może mówią bardziej przyciszonymi głosami. Nawet nie wiem. Nauczyliśmy się po miesiącach pracy, że nie należy zwracać uwagi na pasażerów. Gramy swoje dwie godziny i schodzimy ze sceny, jakby nas tam w ogóle nie było. Chyba, że ktoś klaszcze gdy trafi na ulubiony utwór. Wtedy uśmiechamy się w wyuczonym amerykańskim stylu i też schodzimy ze sceny. Opuszczamy pokłady dla gości i na crew area zajmujemy się swoimi sprawami.

Następnego ranka, jak co 5 dni goście schodzą ze statku. Tylko, że jak podają nam przez głośniki, zmienił się nam port docelowy. Jesteśmy w Galveston w Teksasie. Dowiadujemy się, że Nowego Orleanu już nie będzie. W kabinach nerwowo oglądamy CNN. Z godziny na godzinę świat zewnętrzny zaczyna docierać. Jedna z tancerek wraca z płaczem na crew area. Miała za zadanie asystować pasażerom przy opuszczaniu statku. Otoczyło ją kilkaset osób pytając, dokąd mają iść. Wszyscy byli z Nowego Orleanu. Powiedziano im, że nie mogą wrócić. Pod statek podstawili autobusy mające zawieźć ich do Houston, na stadion. Chyba.

Na zebraniu departamentu muzycznego dowiadujemy się, że nasz kolega gitarzysta również mieszkał w Orleanie. Po twarzy wysokiego, trzydziestokilkuletniego faceta płyną łzy. Nikt nie śmiał o nic pytać. Na szczęście jednak jego żona i dwójka dzieci zdążyły wyjechać.

W Teksasie na statek wchodzą nowi pasażerowie. Rejs rozpoczyna się jakby nigdy nic. Tylko CNN oglądamy prawie bez przerwy. Na meksykańskiej wyspie Cozumel na Sensation przychodzi wiadomość, że została ona jednym z trzech statków wyczarterowanych przez FEMA (Federal Emergency Management Agency) i będzie służyć ewakuowanym z Nowego Orleanu za tymczasowy dom na co najmniej 6 miesięcy.

Wśród załogi chaos. Przez następne kilka dni nie wiadomo co przyniesie kolejna godzina. Wydzielono grupy, które mają zaopiekować się nowymi gośćmi. Bez psychologicznego przygotowania i doświadczenia personel różnie okazuje zdenerwowanie. Niektórzy zamykają się w kabinach uznając, że ich to nie dotyczy. Inni oferują współpracę członkom FEMY. Jednej nocy rozbrzmiewa alarm medyczny - jedna z tancerek usiłuje podciąć sobie żyły. Może pijana, może tak słaba, że nie wytrzymała napięcia. Wysyłają ją pod eskortą do domu następnego dnia. Po dwóch dniach oczekiwania okazuje się, że ewakuowani odmawiają przeniesienia na statek. Sama myśl o tak bliskim sąsiedztwie wody jest dla nich przerażająca. Poza tym wciąż oczekują na połączenie z rodzinami. Wreszcie FEMA decyduje się popłynąć na Sensation wprost do Nowego Orleanu, aby stamtąd ściągać ocalałych z powodzi. Pojawiają się czarne opowieści wśród załogi. Nawet według dziennikarzy liczba ofiar rośnie do 10 tysięcy, a wody otaczające Orlean w oczach wyobraźni wypełniają się rozpadającymi się szczątkami ludzkimi i zarazkami cholery. Kolejny dzień przynosi ulgę. Ofiar jest kilkaset a nie tysiące. Dowiadujemy się, że wysyłają nas do domów.

Ludzkie umysły działają w zagadkowy sposób. Jedni, broniąc się przed dramatem większym niż są w stanie ogarnąć, izolują się od niego, nie patrząc, nie widząc, nie przyjmując do wiadomości. Inni czerpią niemal masochistyczną przyjemność w roztrząsaniu i ubarwianiu wszystkich szczegółów. Własne problemy stają się nagle małe w obliczu tragedii, której ofiarami są inni. Jest nad kim się poużalać, współczuć, samemu czując się lepszym. Jeszcze inni czują się winni. I zdają sobie nagle sprawę, jak kruche jest życie, jak szybko można stracić wszystko, co gromadziło się latami. I powstaje pytanie „czemu oni a nie ja?" Niektórzy zaczynają się modlić. Inni zastanawiać. Czy jest Ktoś, Coś - do Czego można zawołać o litość. Jeszcze inni dochodzą do wniosku, że to kara. Boża? Losu? Planety?

Kara Boża za historię ludzkości, która rozprzestrzenia się dumnie uznając się za jedyny inteligentny gatunek życia na Ziemi i w kosmosie. Losu za poczucie złudnej siły, że człowiek może wszystko kontrolować. Planety za wszystkie wojny i zatruwanie środowiska.

Jak więc opisać to, co stało się w Nowy Orleanie? Huragan zabrał życie setkom. Odebrał domy tysiącom.  Miliony zmusił do myślenia. I zastanowienia: kiedy następny? I kiedy w telewizji dumnie mówią, że następnym razem ludzie będą lepiej przygotowani - uśmiecham się z ironią. Ludzie dużo mówią. Jeszcze więcej krzyczą. Im więcej, tym bardziej są bezbronni. W Indonezji, w World Trade Center w Nowym Jorku, w Orleanie. Tak jak zawsze byli, od początku świata.

Można wyśmiewać Apokalipsy, Nostradamusy, wszystkie przepowiednie grożące rychłym końcem świata. Można uśmiechać się z ironią na powtarzające się "przekazy" od różnych nawiedzonych opowiadających o jakichś tam aniołach czy kosmitach. Że wszyscy w kółko gadają to samo. Jakieś tam wezwania do pokoju na świecie. Do ratowania systemu ekologicznego, który wisi na krawędzi przetrwania. Do zmiany w sposobie myślenia. Do pokory - że człowiek nie jest aż taki wszechmocny. Ani doskonały. A Homo Sapiens nie brzmi dumnie. Ale gdy śmiech ten jeszcze brzmi, gdzieś tam znów trzęsie się ziemia. Giną kolejne setki ludzi. Na Atlantyku tworzą się kolejne huragany.


A jakby uruchomić wyobraźnię... Musi to być niezły widok dla istot spoza Ziemi (zakładając, że istnieją naturalnie). Patrzeć na te miotające się miliony, które uważają, że zawsze wygrają. I może to właśnie Oni, w swoich Latających Spodkach, uśmiechają się z ironią. Bo planeta sobie poradzi. Ziemia odrodzi się czysta i piękna, pozbywszy się zarazy jaka toczyła ją od wieków. Odetchnie świeżym powietrzem i życie rozpocznie się od nowa...