czwartek, 27 marca 2014

Trójkąty Bermudzkie... (78)



No właśnie – było o potwornych falach, potwornych huraganach, które nam zagrażają i będzie ich coraz więcej, więc teraz czas na potwory morskie. Zaczniemy od tajemniczego potwora z Morza Czarnego. Potwory morskie pasjonowały człowieka od zawsze – no, może od czasu, kiedy po raz pierwszy rzucił na wodę ociosaną kłodę drzewną i stwierdził, że może nią pokonywać przeszkody wodne. To było równie ważne, jak wynalezienie sposobu rozniecania ognia czy łuku. Michaił Burlieszin zatytułował zwój artykuł wprost – „Potwór z Morza Czarnego”, który zamieszczono na łamach „NLO” nr 32 z 7 sierpnia 2006 r. Sugerował tym samym, że mamy tutaj do czynienia z drapieżnym zwierzęciem morskim. Z kolejnym morskim UMA (z ang. - nieznane tajemnicze zwierzę) A oto, co napisał...


Morderca delfinów

Dyrektor znanego Karadażskiego Parku Narodowego – Pietr Siemieńkow opowiedział korespondentowi jednej z krymskich gazet o strasznym znalezisku, na które natknęli się rybacy w swych sieciach, w dniu 7 grudnia 1990 roku.

Była to sieć postawiona do odłowu czarnomorskich płaszczek, która – jak się okazało – została przerwana. Kiedy podniesiono oberwaną część sieci, to wyciągnęli także delfina. Był to czarnomorski delfin afalina – Tursiops truncatus, o długości 230 cm, którego ogon był zaplątany w sieci. Ale nie to było przyczyną jego śmierci – brzuch walenia był wygryziony jednym chapnięciem. Szerokość ukąszenia po cięciwie mierzyła ok. 1 metr. Na krawędziach ukąszenia na skórze delfina widoczne były wyraźne ślady zębów. Średnica śladu pojedynczego zęba wynosiła 40 mm, zaś ząb od zęba był oddalony o 15-20 mm. Znaleziono łącznie 16 śladów zębów na łuku ugryzienia. Brzuch delfina był wygryziony wraz z żebrami, tak że widoczny był dokładnie jego kręgosłup.

Wiosną 1991 roku rybacy odkryli w sieci postawionej praktycznie w tym samym miejscu kolejnego delfina. Tym razem był to czarnomorski delfin azowka – Phocoena phocoena o długości 1,5 metra. Według specjalistów żaden z drapieżników Morza Czarnego nie mógł spowodować tak straszliwych ran u obu delfinów...
W latach 1994 i 1995 znaleziono jeszcze dwa delfiny z analogicznymi ranami.


Już starożytni Grecy...

Już mity i legendy starożytnych Greków opowiadają o tym, że w ich czasach, w Morzu Czarnym zamieszkiwał straszliwy morski potwór. Ale nie wiedzieć czemu, Rosjanie nie przejawili zainteresowania tym problemem. Wszystko zmieniło się, odkąd w Koktebielu pojawili się poeci – Wsiewołod Iwanow i Maksimilian Wołoszin. Po ich opowiadaniach o tym micie, dziennikarze lokalnych gazet literalnie rzucili się na rybaków i znaleźli ponad 20 świadków, którzy spotkali się z nieznanym morskim zwierzęciem na akwenach przyległych do Koktiebiela i w zatoczkach Karadagu na wschodnim wybrzeżu Krymu.

Wsiewołod Iwanow napotkał tego smoka w maju 1952 roku:

Wypłynąłem z Koktiebielu na Karadag do Sierdolikowoj Buchty (Krwawnikowej Zatoki) by poszukać nowych kamieni do kolekcji. Naraz, pośrodku zatoki, jakieś 50 m od brzegu zobaczyłem duży kamień o obwodzie 10-12 m, obrośnięty pąklami (wąsonogami) i wodorostami. W pewnej chwili zauważyłem, że ten „kamień” obraca się w prawo. Znaczyłoby to, że jest to ogromny kłąb wodorostów. Paląc fajkę zacząłem obserwować ten kłąb. Zaczął on tracić swój okrągły kształt i wydłużać się. A potem... – naraz kłąb się rozwinął i wydłużył, a następnie płynąc wężowymi ruchami zaczął zbliżać się do lewego brzegu zatoki. To zwierzę było bardzo duże – mierzyło jakieś 25-30 m długości. Naraz to zwierzę podniosło głowę nad lustro wody. Była ogromna – jakieś dwa metry szerokości i podobna była do głowy węża.


Spotkanie na falochronie

Przez 15 lat mieszkanka Krymu T. N. Zilberman nie zdecydowała się mówić o tym, jak spotkała na morzu dziwne stworzenie w sierpniu 1988 roku. Tego dnia Tamara Nikołajewna wybrała się  nad morze by pooddychać świeżym powietrzem. Dzień był pochmurny, słońce skryło się za woalem obłoków. Kobieta przysiadła na betonowym falochronie. Brzeg był pusty.

Z wody, w odległości około 400 m od brzegu, można było zobaczyć wystającą prosto w górę szyję z wężową głową. Jej rozmiary przypominały wielkość owcy. Szyja była płaska, jak u konia czy żyrafy, lekko zwężona do przodu i miała jakiś metr długości. Kolor stworzenia był szaro-czarny z lekkim odcieniem ciemnej zieleni. Ze strachu włosy stanęły mi dęba!

Dziwne stworzenia w Morzy Czarnym, które straszyły rybaków i rwały im sieci, były znane od dawna. Car Mikołaj I Romanow (1796-1855) wydał nawet ukaz, by mu donoszono o wszystkich dziwnych zdarzeniach i rzeczach, które wydarzyły się w granicach Imperium. Usłyszawszy o czarnomorskim wężu morskim, władca oświadczył: „Panowie uczeni, czyż nie nastała już pora, by zbadać pogłoski o tym stworzeniu? Czy ono naprawdę istnieje?”
Na Krym wysłano ekspedycję, a że ten UMA był widziany w rejonie Karadagu, prace jej skoncentrowały się na tym akwenie. W rezultacie tego znalezione zostało jajo, którego waga wynosiła – bagatela! – aż 12 kilogramów! Rozbito je i w szczelinie pojawiła się głowa z doskonale widocznym grzebieniem, przypominająca zarodek „smoka”! niedaleko od niego znaleziono szkielet gigantycznego ogona z częściowo pancerną obudową kostną. Czy taki morski potwór mógł odrzucać swój ogon w chwilach niebezpieczeństwa, jak czynią to jaszczurki?
Nawiasem mówiąc sama okolica Karadagu jest cudowna i tajemnicza. Czyż nie przypomina ona znanego z powieści Joan Lindsay i filmu Petera Weira – „Piknik pod Wiszącą Skałą” tajemniczej i groźnej powulkanicznej formacji Hanging Rock w Nowej Południowej Walii??? A te zatoczki, podobne do norweskich fiordów, mogłyby dać schronienie niejednemu potworowi morskiemu. Miejsca te są urokliwe i nie dziwię się, że dziś jest to obszar chroniony, który warto zwiedzić idąc ścieżką dydaktyczną za kilkadziesiąt hrywien.

Istnienie smoka zatem nie budziło już żadnych wątpliwości. Niestety, zaczęła się wojna z Turcją, Anglią i Francją (tzw. wojna krymska – 1853-56) i zaczęła się heroiczna obrona Sewastopola. Nie było czasu na zajmowanie się smokami. Jednakże znaleziska nie przepadły w trakcie działań wojennych i w końcu znalazły się w Chersoniu (Ukraina), gdzie są ponoć do dziś dnia w miejscowym muzeum.


A co mówią uczeni?

A co sądzą uczeni o możliwości istnienia w Morzu Czarnym legendarnego potwora? Na to pytanie odpowiedział biolog morski W. Sierdiukow:

Literalnie każdy rok przynosi nam nowe odkrycia. Te odkrycia w środowisku oceanicznym są o wiele częstsze, niż na kontynentach. Problem polega na tym, że nasze statki poruszają się po ściśle wytyczonych szlakach wodnych, i wystarczy tylko lekko zboczyć z kursu, a już pojawiają się niespodzianki. Wiele dzienników okrętowych opisuje spotkania z jakimiś nieznanymi stworzeniami morskimi...
Nie mamy żadnej gwarancji, że w Morzu Czarnym nie mieszkają jakieś zwierzęta o nieznanej nam biologii. Problem polega na tym, że na głębokości 100 m zaczyna się strefa skażenia siarkowodorem – H2S. Według niektórych danych, w tej strefie mogą zachodzić jakieś zmiany mutagenne w organizmach, które mogą doprowadzić do pojawienia się takich stworzeń, które potrafią zadziwić naszą wyobraźnię.

Podsumujmy. Miejscowi twierdzą, że w Morzu Czarnym istnieje jakiś nieznany nauce potwór. Uczeni i kryptozoolodzy wyrażają się bardzo ostrożnie na temat tego fenomenu Natury. A tymczasem gdzieś tam, w magazynach chersońskiego muzeum znajdują się materialne dowody na istnienie czarnomorskiego węża morskiego: jajo o wadze 12 kg i szkielet gigantycznego ogona...


Dinozaur, rekin czy mutant?

Na temat nieznanych potworów zamieszkujących morza okalające dawny ZSRR pisał swego czasu prof. Iwan Jefriemow w opowiadaniu Atol Fokaofo, i to w latach 40. XX wieku. Była to czysta fantastyka naukowa, ale nie w wydaniu akurat tego autora, który mógł mieć realne przesłanki do opisania wydarzenia z czasów II Wojny Światowej, w którym obok U-boota pojawia się także dziwny głębokowodny UMA, którego wyrzuca na powierzchnię wybuch bomby głębinowej. Prof. Jefriemow nawet sugeruje niedwuznacznie, że był to dinozaur, z opisu całkiem podobny do Nessie ze szkockiego jeziora Loch Ness, szwedzkiego Silian czy syberyjskiego Worota. Mogłyby to być np. mezozoiczne mozazaury – Mososaurus hoffmani czy M. conodon, które najbardziej pasują do opisów świadków. To były potężne zwierzęta – długość ich ciała wynosiła 15 m i masa do 10 ton... Innym kandydatem na taką bestię z Morza Czarnego mógłby być liopleurodon – Liopleurodon ferox – potężny mezozoiczny gad morski znany ze środkowej Jury (160-155 mln lat temu), którego długość ciała dochodziła do 18-25 m, zaś masa maksymalnie do 150 ton. Zwierzęta te oddychają płucami, a zatem nie muszą obawiać się zatrucia siarkowodorem i metanem z głębi, zresztą polują w strefie fotycznej i nie muszą zapuszczać się na głębokie wody. Problem tkwi gdzie indziej – a mianowicie: ile delfinów czy ton ryb musiałby pożreć taki potwór. Idzie tu – bagatela! – o zwierzę ważące prawie setkę ton! Czy akwen Morza Czarnego byłby w stanie wyżywić stadko liopleurodonów czy choćby mozazaurów? Bardzo w to wątpię...   

Z opisu zadanych delfinom ran wynikałoby, że mamy do czynienia z jakimś rekinem – kto wie, czy nawet nie znanym z cyklu czterech powieści Steve’a Altena – „Meg – potwór z głębin” (Warszawa 2000) i filmu Pata Corbitta – „Megalodon – bestia z głębin” (2004) mezozoicznym rekinem megalodonem – Carharocles (Carcharodon) megalodon, którego gatunek powstał w Kredzie i doskonale prosperował w Miocenie (23 – 7 mln lat temu), zaś następnie wygasł był (podobno) w Pliocenie, natomiast do dzisiaj jego kontynuacją jest gatunek żarłacza białego – Carcharodon carcharias. Megalodon miał znaczne rozmiary – maksymalnie do 20-30 m i masę ciała liczoną na 20 ton. Czy mógłby dotrwać do współczesności? Możliwe, że gdzieś w zapadłych kątach Ziemi – jak sugeruje Steve Alten – np. na dnie Rowu Mariańskiego. Trudno zatem przypuścić, by pojawił się w zatrutym od izobaty 100 czy 200 m w dół siarkowodorem Morzu Czarnym. Megalodony polowały na wszystko, co się poruszało, ale głównie na wieloryby, a tych nie ma w Morzu Czarnym. Mogłyby oczywiście polować w strefie eufotycznej, ale tam woda jest skażona siarkowodorem i rychło skończyłoby się to śmiercią drapieżnika. Ale znów pojawia się wątpliwość nie tyle co do jego menu, ile jego ilości – chodzi o setki ton biomasy... Czy taki akwen byłby w stanie wyżywić takiego potwora? Raczej nie, no chyba, że pływałby on od czasu do czasu na Morze Śródziemne na „gościnne występy”. Wprawdzie – jak twierdzi Tadeusz Oszubski – dochodziło tam ostatnimi czasy do ataków rekinów na ludzi, co stało się powodem nakręcenia przez niemieckiego Jorgo Papavassilou filmu pt. „Morderca z głębin”, którego akcja toczy się u wybrzeży Majorki, gdzie grasuje ogromny rekin, wypisz wymaluj jak ten z wód otaczających wysepkę Amity...  

Ciekawa jest trzecia możliwość – mutant. Istnieje możliwość, że Flota Czarnomorska ZSRR, która wsławiła się tresurą delfinów mającą na celu atakowanie ludzi i statków, (zresztą podobnie jak US Navy na Florydzie i w San Diego) wyprodukowała drogą manipulacji genetycznych jakieś monstrum, które wymknęło się spod kontroli. Jakaś krzyżówka rekina z czymś, co spowodowało powstanie „super-rekina” atakującego delfiny, jak rekiny z filmu „Piekielna głębia” w reż. Renny’ego Harlina, „Bestie z morza I - II” oraz wszystkich czterech horrorów z serii „Szczęki I - IV”. Czy także ludzi? Można domniemywać, że tak, boż przecie właśnie ludzie byli i nadal są głównym celem tych zbrodniczych i obłąkańczych eksperymentów...
Jest jeszcze jedna możliwość – najbardziej fantastyczna, ale wcale nie jest powiedziane, że nierealna. Podobnie jak inne UMA – czarnomorska Nessie być może została zawleczona do naszej Rzeczywistości z innego wymiaru lub z innego czasu – a dokładnie z Przeszłości, co było skutkiem chronoklazmu. Skoro – jak twierdzą autorytety z dziedziny fizyki – podróże w czasie są możliwe, to możliwe jest także przypadkowe zabranie ze sobą takich stworzeń i nie tylko. Światowa kryptozoologia zna nie takie problemy, że – poza znanymi z literatury UMA – wspomnę tylko niezupełnie wyjaśnioną sprawę meduz w górnym biegu Dunaju, tajemnicze choroby wywołane przez zupełnie nieznane infekcje wirusowe czy wreszcie niewyjaśnione w oparciu o fizykę klasyczną zjawiska związane z Czasem, a zaobserwowane w czasie Bliskich Spotkań z UFO, co atoli stanowi już temat z innej ballady...

Do tego tematu nawiązuje następne zagadnienie związane z istnieniem we Wszechoceanie reliktowych zwierząt morskich, które dawniej były rozpowszechnione na Ziemi, a dzisiaj są tylko kryptydami. Taka kryptydą jest wielki rekin – megalodon – największa ryba drapieżna wszech czasów! A zatem oddajemy głos rosyjskiej autorce, która pisze o nim tak:
Znany amerykański paleontolog Richard Ravelli opublikował niedawno książkę, w której przedstawia swe niekonwencjonalne poglądy naukowe. Według punktu widzenia autora, wiele zwierząt – uważanych za dawno wymarłe – zamieszkują do dziś dnia naszą planetę. Prawdą jest, ze dzięki ekspansji człowieka, niektórym gatunkom zwierząt przyszło zaszyć się w zapadłe kąty naszej planety – w gęstwinę nieprzebytych lasów, na niezamieszkałe wyspy oraz w głębiny Wszechoceanu. A oto, co pisze na ten temat w Rosji Maria Buuk w artykule „Czy istnieje gigantyczny rekin?” – na łamach „Kalejdoskopu NLO” nr 9(327)/2004 z dnia 23 lutego 2004 roku.


Groza Wszechoceanu

Jeden z rozdziałów książki jest poświęcony gigantycznemu rekinowi – Carcharodon megalodon. Paleontolodzy często znajdują w morskich osadach skamieniałe zęby megalodonów o długości około 10 cm. Setki takich zębów znajduje się w muzeach zoologicznych i paleozoologicznych świata. Ta ryba jest podobna do swego młodszego kuzyna – wielkiego białego rekina – Carharodon carcharias.[1] Rozmiarami jest on równy kaszalotowi – Physeter catodon,[2] megalodon był największym morskim drapieżnikiem, jaki żył na Ziemi, włączając w to dinozaury.

Rozmiary największych z istniejących 250 gatunków rekinów nie przekraczają 12 metrów. Gigantyczny megalodon mógł dorastać do 30 m długości i mógłby śmiało połknąć niewielki samochód osobowy. Czy zatem być może, że to cudo Przyrody znajduje się gdzieś we Wszechoceanie?

Szacuje się, że ten potwór morski żył 50 mln lat temu, w środku Paleogenu.[3] Oceanolog Richard Ellis specjalista od rekinów sądzi, że megalodony wymarły, ale to zdarzyło się „całkiem niedawno”, około 10.000 lat temu.[4] Ravelli idzie dalej twierdząc, że jeszcze na początku XX wieku megalodony można było spotkać we Wszechoceanie i – co jest wiarygodne – pływa on w głębinach do dnia dzisiejszego.[5]


Relacje naocznych świadków

Richard Ravelli przytacza w swej książce relację marynarza wachtowego z niedużego statku, który w roku 1999 odbywał rejs z Kanady do Wielkiej Brytanii. Marynarz ów zauważył na kursie ogromną płetwę, która kształtem przypominał płetwę grzbietową rekina. Potwór zbliżył się do statku i popłynął równoległym doń kursem. Płetwa ta wznosiła się nad wodę co najmniej na metr, a woda wokół niej pieniła się. Do tego słyszalny był dziwny dźwięk, jakby świst. Całe wydarzenie trwało jakieś 10 minut. potem płetwa znikła, jakby rekin zapadł się w głębinę. Wszystko to zaszło wczesnym rankiem, kiedy to Atlantyk był spowity w nieprzeniknione kłęby mgły, dlatego też nikt, poza wachtowym, nie zauważył ogromnej płetwy rekina...

W roku 1963, w Australii wydano książkę Davida Steada pt. „Rekiny i raje australijskich mórz”, w której odnotowano opowieść o pojawieniu się niezwykłego potwora morskiego u brzegów tego kontynentu w 1918 roku. W tym czasie, rybacy z nadbrzeżnego miasteczka Port-Stevens w ciągu kilku dni odmawiali wyjścia w morze w okolicach wyspy Broughton, gdzie odławiano dużą ilość wspaniałych i smakowitych langust. Napotkawszy tam kolosalnej wielkości rekina, Australijczycy byli potężnie wystraszeni i zrezygnowali z dobrego zarobku.

Stead rozmawiał z tymi rybakami. Dwóch naocznych świadków stwierdziło, że rekin miał długość co najmniej 19 metrów, zaś pozostali twierdzili, że 13. Kiedy drapieżnik się pojawił, to woda wokół kipiała i słychać było dziwny świst. Należy tutaj dodać, że ci Australijczycy mieli ogromne doświadczenie, nie bali się wychodzić w morze w każdą pogodę, nieraz spotykali się z rekinami i wielorybami, i mieli reputację twardych facetów. Byli oni całkowicie przekonani, co do tego, że widzieli właśnie rekina, a nie np. wieloryba czy innego mieszkańca morskich wód. Wszyscy świadkowie potwierdzili to, że rekin był biały i miał łeb wielkości barkasu...

Stead uwierzył rybakom bez zastrzeżeń. O prawdziwości ich relacji świadczy chociażby fakt, że przez kilka dni nie wychodzili w morze, co spowodowało znaczne straty finansowe w ich, niewielkich przecież, budżetach domowych. Starsi mieszkańcy tego miasteczka twierdzili, że ogromny biały rekin pływała tam jeszcze pod koniec XIX wieku. W roku 1899 pojawiła się nawet o nim wzmianka w miejscowej gazecie!


Gigantyczne zęby na dnie oceanu...

W roku 1989, producent Mikel Bright wypuścił dokumentalny film pt. „Morskie giganty”. Włączono doń kadry, które zostały nakręcone przez amerykańską ekspedycję oceanograficzną w 1988 roku. I tak w Pacyfiku, na dużej głębokości znaleziono dwa zęby: jeden o długości 10 cm był całkiem „świeży” i jego wiek wynosił 2-4 tys. lat, zaś drugi o długości 11 cm miał około 11.000 lat. Wiek określono metodą pomiarów radionuklidu 14C. Znaleziska bardzo przypominają zęby megalodonów.

W tym filmie jest jeszcze jeden ciekawy epizod. Niejaki Rhett Chandler, właściciel niewielkiego jachtu, opowiedział przed kamerą o swym spotkaniu w roku 1982 z gigantycznym rekinem. To wydarzenie miało miejsce u brzegów Kalifornii. Potwór zerwał linę kotwiczną i pływał krążąc wokół jachtu, podnosząc falę. Ogromna ryba miała jednoznacznie wrogie zamiary. Tylko duża pływalność jachtu uratowała go przed zatonięciem. Rekin krążył wokół niego przez godzinę, a potem odpłynął. Chandler oświadczył, że potwór otwierał paszczę demonstrując ogromne zęby. Kiedy świadkowi pokazano skamieniałe zęby megalodona, on powiedział to, co wtedy zauważył – straszydło atakujące jacht miało dokładnie takie same zęby zarówno w rozmiarach jak i w formie!


...i w filmie.

I tak – jak widać – słynny thriller Stephena Kinga „Szczęki”[6] i nakręcony potem według niego film pod tym samym tytułem[7] miał swoją realną podstawę. Tylko że megalodon, który jest prototypem wymyślonego przez pisarzy ogromnego żarłacza, nie szuka towarzystwa ludzi, a wręcz odwrotnie – skrywa się w głębinach Wszechoceanu. Według Ravelliego, jest to żyjące zwierzę reliktowe i w przeciwieństwie do swych pobratymców, może żyć na wielkich głębokościach. To właśnie uratowało ogromną rybę od wymarcia. Megalodon żywi się bowiem – jak wszystkie rekiny – przede wszystkim mniejszymi zwierzętami zamieszkującymi ocean...






[1] Żarłacz ludojad, żarłacz biały, rekin ludojad – osiąga 11-12 m długości i 7 ton masy ciała. Żyje w wodach stref tropikalnej, subtropikalnej i umiarkowanej. Jest to gatunek zagrożony wymarciem i wpisany na rejestr Czerwonej Księgi IUCN.
[2] Długość ciała do 20 m, masa do 50 ton.
[3] W środkowym Eocenie.
[4] Na granicy Pleistocenu i Holocenu.
[5] O megalodonach we współczesnym Wszechoceanie traktuje powieść amerykańskiego pisarza i oceanologa Steve’a Altena pt. Meg – potwór z głębin (Warszawa 2000) oraz artykuł Tadeusza Oszubskiego na łamach Nieznanego Świata nr 4/2002.
[6] Thriller Szczęki (Jaws) napisał Peter Benchley w 1974 roku.
[7] W reżyserii Stevena Spielberga w 1975 roku.