piątek, 28 marca 2014

Trójkąty Bermudzkie... (79)


I na zakończenie coś bardziej krzepiącego. Jest to materiał na temat nie tyle morskich potworów, ile zwierząt (???) które być może pomogą nam w oczyszczeniu tej stajni Augiasza, jaką stały się ziemskie morza i oceany? A oto i ten materiał:

Zaczęło się nieledwie sensacyjnie – dnia 16 stycznia 1978 roku, w przewidzianym czasie nie zgłosiła się na seans łączności stacja podwodnego nasłuchu – NA-324. Po trzech dniach zamilkła sąsiednia stacja NA-325. W tydzień po opisanych wydarzeniach przestała reagować na komendy z lądu stacja NA-326. Tak zaczyna swój materiał rosyjski autor Sałomon Naffiert na łamach „Kalejdoskopu NLO” nr 4/2004.


Stront-90 na dnie oceanu.

Te stacje były umieszczone przez US Navy na dnie Oceanu Atlantyckiego w celu śledzenia radzieckich atomowych okrętów podwodnych – jest to tzw. system śledzenia i monitoringu ruchów floty podwodnej ZSRR i innych krajów, znany jako SOSUS. Amerykańscy specjaliści doszli do wniosku, że stacje zostały zniszczone przez jakiś rodzaj radzieckiej broni podwodnej – np. kierowanymi bombami głębinowymi.

Stacje te podniesiono na powierzchnię Atlantyku przy pomocy unikalnej podwodnej aparatury wydobywczej. Wyjaśniło się, że były one praktycznie nieuszkodzone, za wyjątkiem ich energetyki.

Energię do pracy stacji dawały radioaktywne baterie (ogniwa radioizotopowe), w danym przypadku pracujące w oparciu o izotop 90Sr. Odgrywa on rolę paliwa w jądrowym piecu, ogrzewając go do temperatury ponad 1.0000C, a z kolei ciepło przekształcane jest w elektryczność. Całość umieszczona jest w biologicznej osłonie wykonanej z kilku warstw stali i osmu. Kapsuła ta jest w stanie wytrzymać ciśnienie nawet do 1.000 atmosfer, wytrzymuje wybuch 70-milimetrtowego pocisku i autogen jest wobec niej bezsilny...


Puste baterie jądrowe.

Jak się rychło okazało, we wszystkich trzech stacjach osłony biologiczne zostały otwarte i elementy paliwowe wyjęto! Przy czym mechanizm otwarcia tych osłon pozostał niejasnym.

- To wyglądało tak, jakby szczur przegryzł karton, by dostać się do sera – tak scharakteryzował to, co tam zaszło dr Robert Heane – jeden ze specjalistów uczestniczących w ekspertyzie. I rzeczywiście, na pojemniku widoczne były ślady, które przypominały odciski małych, ale zadziwiająco ostrych zębów.

Zakładając, że na dnie oceanu istnieją szczury czy inne zwierzęta, które potrafiłyby otworzyć osłonę biologiczną reaktora pozostaje rzeczą nie do pomyślenia. W poszukiwaniu rozwiązania zagadki w pobliżu sąsiednich stacji nasłuchowych rozmieszczono podwodne kamery, które fotografowały automatycznie całe otoczenie.

A następnego dnia padła kolejna stacja – NA-323!!! Kamera zarejestrowała tylko, jak do stacji podpłynął obiekt o długości około 1 metra i 30 cm grubości. Przypominał on meduzę z promieniami, ale jej kontury były rozmyte, bo zdjęcia robiono w podczerwieni. Obiekt podpłynął do reaktora i nakrył go rozdętą półkulą. Po kilku minutach stacja przestała pracować. „Meduza” odpłynęła od reaktora i znikła w głębi...

Podczas przeglądu taśmy wideo wielu ekspertów skłoniło się ku myśli, że stację uszkodził jakiś żywy organizm, a nie maszyna.

Podniesiono stację i znaleziono na niej ślady zębów. Wyglądało na to, że przegryzienie super-odpornej osłony biologicznej reaktora było dla tego zwierzęcia kwestią kilku minut, a poza tym mogło ono wchłonąć w swój organizm promieniotwórczy i gorący materiał, który po uwolnieniu natychmiast otoczyłby się obłokiem pary!


Nowy rodzaj życia we Wszechoceanie?

Nauka nie zna organizmów żywych o takich możliwościach. Ale biolodzy długo nie mogli uwierzyć w to, że w systemach chłodzenia reaktorów jądrowych, gdzie temperatura wody jest bliska punktu wrzenia[1], a promieniowanie jonizujące mierzy się setkami R/h żyją i rozmnażają się różne gatunki mikroorganizmów. Mechanizmy adaptacyjne żywych istot pozwalają im na życie w takich ekstremalnych, niesprzyjających życiu warunkach. Rzecz w tym, że to nie była sinica czy bakteria, ale duży stwór morski, dysponujący twardymi zębami i potężnymi szczękami zdolnymi do przegryzania stali!...

Jest wiadomym, że w wodzie morskiej jest rozpuszczona cała Tablica Mendelejewa, w tym także jej część zawierająca uran, tor, rad, polon i inne radioaktywne pierwiastki ziem rzadkich – czyli REE. Niektóre głębokowodne organizmy nie mają dostępu do energii słonecznej i korzystają z alternatywnych źródeł: chemicznej, hydrotermalnej i promienistej. Istnieje możliwość – zakłada dr Heane – że wskutek jakichś wydarzeń podwyższyła się zdolność jakichś organizmów do wychwytywania cząstek radioaktywnych. Takim wydarzeniem mogło być zgubienie bomb wodorowych przez bombowiec USAF w pobliżu Grenlandii. Na korzyść tej hipotezy przemawia to, że zniszczone stacje znajdowały się w pobliżu miejsca zgubienia ładunków termojądrowych. Nie jest wykluczone, że swoje zrobiły także próby z wybuchami jądrowymi i termojądrowymi oraz odpady radioaktywne topione w morzach, a także katastrofy okrętów podwodnych z napędem nuklearnym i bronią rakietowo-jądrową na pokładach.

- Teraz właśnie – twierdzi dr Robert Heane (aktualnie wykładający biologię na college’u w Derry, ME, – we Wszechoceanie pojawiło się nowe życie, dla którego radioaktywne urządzenia stanowią podstawę ich egzystencji. Aktualnie niczego o nich nie wiemy, jedynie tylko to, że w poszukiwaniu pożywienia nie ma dla nich przeszkód. Jeżeli są one w stanie przegryźć pancerne obudowy osłon biologicznych baterii atomowych, to co będzie z kadłubami[2] okrętu podwodnego???


Pentagon oczywiście nie potwierdza...

Patrząc na otaczające nas środowisko widzimy, że to my sami płodzimy potwory: niekontrolowane użycie różnych trucizn spowodowało powstanie nowych gatunków gryzoni i szczurów. REE występujące w koncentracjach daleko wyższych od naturalnych, stymulują pojawianie się nowych, niezwykłych organizmów.

Według oświadczenia dr Heane’a w latach 90. ubiegłego wieku, ponad 10 stacji nasłuchowych SOSUS u wybrzeży Grenlandii i Kanady zostało zniszczonych przez nieznane zwierzęta, i jak w opisanych przypadkach, celem ataku z ich strony były baterie jądrowe. Początkowo podejrzewano terrorystów – takie elementy paliwowe po sproszkowaniu mogą stanowić bardzo groźną broń – wrzucone do stacji uzdatniania wody czy rozpylone z helikoptera nad określonym rejonem mogą spowodować nieobliczalne w skutkach straty liczone w miliardach dolarów czy euro. Ale eksperci doszli do wniosku: atomowe baterie zostały pochłonięte przez jakieś stworzenia morskie.

Oczywiście zdjęcia tajemniczego zwierzęcia zostały utajnione, ale do prasy przeciekły informacje o amebokształtnych potworach, które wypływają nocami z morskich głębin. Stworzenia te interesują się tylko paliwami jądrowymi. Pochłaniają swój łup i uciekają w głębiny morskie. „Pożeracze strontu” – tak nazywa ich prasa.

Oficjalnie Pentagon ani nie potwierdza, ale też nie neguje ich istnienia, ale wiadomo, że: zdecydowana większość stacji obserwacyjnych i nawigacyjnych została przerobiona na alternatywne źródła zasilania w energię elektryczną – baterie słoneczne, baterie chemiczne czy generatory wiatrowe...


Trochę chemii.

Zastanawiające jest to, że atakowano aparaty wyposażone w strontowe generatory energii. Stront jest metalem bardzo aktywnym chemicznie. Reaguje łatwo z gazami z powietrza, w rezultacie dając tlenek strontu – SrO i dwuazotek trójstrontu – Sr3N2. Wytwarzają one warstwę pasywacyjną, która odcina dalsze warstwy metalu od działania powietrza. Reakcja strontu z wodą, w wyniku której powstaje dość mocny wodorotlenek strontu - Sr(OH)2 i wodór, jest niebezpieczna dla otoczenia ze względu na wydzielane ciepło.

Ale najciekawszy jest stront z punktu widzenia radiochemii i ekologii. Jego dwa długookresowe izotopy: 89Sr i 90Sr są wyjątkowo niebezpieczne dla środowiska. Ich okresy połowicznego zaniku – T1/2 wynoszą odpowiednio: 50,52 doby i 29 lat. Obydwa izotopy wydzielają bardzo silne promieniowanie β- (szybkie elektrony) i pod tym względem najbardziej niebezpieczny jest stront-90, który szybko gromadzi się w tkance kostnej, poraża szpik kostny i w rezultacie tego doprowadza organizm do śmierci w wyniku białaczki - leukemii. Izotop 90Sr powstaje w wyniku eksplozji nuklearnych i w reaktorach jądrowych. I to jest ta najważniejsza informacja, która jak mi zdaje się, stanowi clou całego zagadnienia i zarazem rozwiązanie zagadki.


Podmorskie śmieciarki.

Generatory strontowe, zatopione bomby wodorowe, rakiety i okręty podwodne z napędem jądrowym, tysiące ton i hektolitrów stałych i ciekłych „gorących” produktów reakcji jądrowych z reaktorów trakcyjnych, powielających i rafinerii uranu, toru i plutonu wysypywane i wylewane w wody Wszechoceanu mogły spowodować mutacje jakichś zwierząt, które przestawiły się na promienisty pokarm, ale sądzę, że okres 60 lat jest zbyt krótkim, by powstały w świecie zwierząt mutacje radiofilne. Rzeczywistość może być zupełnie inna.

Na łamach „Nieznanego Świata” pisałem już onegdaj o Wodnych Ludziach i Ich bytowaniu we Wszechoceanie naszej planety, i to m.in. w kontekście katastrof okrętów podwodnych. Możemy sobie wyobrazić, jak bardzo niepokoją Ich nasze próby z broniami rakietowo-jądrowymi i podwodnymi – mam na myśli torpedy rakietowe i kawitacyjne. Nie dziwię się Im – wygląda na to, że Oni poczuli się zagrożeni i właśnie przedsięwzięli kroki zapobiegające zatruwaniu Ich świata. Wodnego świata[3]. Świata, który pokrywa niemal ¾ naszej planety... To właśnie najprawdopodobniej Ich statki śledziły poczynania rosyjskiego SSGN o oznaczeniu K-141 Kursk w czasie pamiętnych manewrów floty rosyjskiej w lecie 2000 roku. Być może to Ich interwencja zatopiła ten okręt. Kolejnym okrętem, który poszedł na dno z Ich inicjatywy był K-159. I wreszcie ostatnie wydarzenia, które miały miejsce na akwenie Morza Barentsa w lutym 2004 roku też dają do myślenia: trzy próby odpalenia SLBM typu SS-27-N i wszystkie trzy nieudane. Jedna z nich nawet wystartowała, ale po wzniesieniu się na kilkaset metrów nad wodę wypadła ze swego toru lotu i eksplodował jej mechanizm samoniszczący... Dwie inne nie opuściły wyrzutni wskutek awarii mechanizmów odpalania na pokładach SSBN K-407 Nowomoskowsk i K-18 Karelia.

Dlatego też uważam, że te wszystkie wydarzenia, o których tu napisano, mają jeden wspólny mianownik, a mianowicie – zagrożenie dla środowiska morskiego Arktyki ze strony urządzeń jądrowych spoczywających na dnie Wszechoceanu. W tym kontekście te tajemnicze „meduzy radiofilne” są nie tyle zwierzętami, a raczej cybernetyczno-biologicznymi maszynami do oczyszczania wód oceanicznych z radioaktywnego paskudztwa... Chociaż żadne żywe zwierzę nie wytrzymałoby promieniowania jonizującego i termicznego strontu-90, a poza tym reakcja tego metalu z wodą jest egzotermiczna i wydziela przy tym wodór, który też jest niezbyt bezpieczny.

Kończąc mogę tylko stwierdzić, że cywilizacja, która potrafi zsyntetyzować takie żywe czy cybernetyczne mechanizmy do unieszkodliwiania radioaktywnych paskudztw przez nas wyprodukowanych i zatruwających nasz Wszechocean, zasługuje na słowa najwyższego szacunku i uznania ze strony nas – zwykłych szarych zjadaczy chleba zamieszkujących lądy i żyjących na brzegu wielkiego (jeszcze) niewiadomego – Wszechoceanu planety Ziemia.


* * *


Reasumując – był to i nadal jest żelazny temat sezonu ogórkowego – tajemnicze potwory Wszechoceanu naszej planety. Potwory z Loch Ness w Szkocji, Siliansjön w Szwecji, Worota w Rosji, itd. itp. nie wspomniawszy już o gigantycznym kalmarze zwanym Krakenem czy Sprute albo Morag... Tematyka ta wraca od czasu do czasu na łamy mediów zwykłych i elektronicznych. Poniższe informacje zaczerpnąłem ze strony internetowej renomowanego czasopisma „New Scientist”. Taka jest natura człowieka, że raz zaznawszy smaku Przygody rad by kosztować jej wiecznie...

A jednak w głębinach Wszechoceanu coś niepokojącego się dzieje, czego dowodem są częste przypadki wyrzucania się na plaże całych stad wielorybów czy delfinów. Najczęściej zwierzęta te giną, zanim ludzie pośpieszą im na pomoc. Kiedyś pisałem na łamach kilku czasopism, że może dziać się to wskutek zatrucia metanem, który wydobywa się z podmorskich źródeł hydrotermalnych lub wskutek rozkładu materii organicznej na dnie morza. Metan ma właściwości oszałamiające i może powodować zatrucia. Ale to nie było całkowite wyjaśnienie tego problemu. Owszem – coś takiego jest teoretycznie możliwe, ale na zamkniętych akwenach takich, jak np. Morze Czarne czy nasz Bałtyk. Ale nie na otwartych akwenach oceanicznych, jakie otaczają Australię... Australijscy uczeni założyli, że masowe samobójstwa waleni mogą mieć związek z aktywnością sejsmiczną – np. wybuchy podmorskich wulkanów, które mogą zakłócać pracę ich naturalnego sonaru i w rezultacie walenie popełniają błędy nawigacyjne. Możliwe.

Ale najbardziej prawdopodobną jest teoria ogromnego morskiego drapieżnika – agresywnego, rozżartego stada orek lub rekinów, jednakże opatrzone jest to jednym zastrzeżeniem – orki są zbyt inteligentne, by wyganiać potencjalną zdobycz na piach plaży, z którego nie mogłyby one jej potem ściągnąć. Pozostały zatem rekiny. Ale znowu – w takiej rywalizacji to rekiny są na przegranej pozycji. Jeżeli jest we Wszechoceanie istota, której boi się rekin, to jest nią delfin. Chyba że nie chodzi o zwykłego rekina, tylko o ponoć wymarłego rekina megalodona – Carcharodon megalodon. Wymarły one stosunkowo niedawno, bo na początku Czwartorzędu – 10.000 lat temu, a zatem może jakiś relikt uchował się w wielkich głębiach Pacyfiku i od czasu do czasu podpływa pod otaczające go kontynenty? Taki scenariusz jest wcale możliwy...

Tak, ale czym wytłumaczyć taki fenomen, jak inwazję na środkową część wysp japońskich ogromnych meduz z gatunku Stomolophus nomurai, co miało miejsce w latach 1958 i 2002? Być może nienormalny, wybuchowy rozwój tych krążkopławów ma związek z globalnym ociepleniem wód oceanicznych Pacyfiku i zjawiskami El Niño i La Niña – jak sądzą japońscy biologowie i oceanolodzy. Zmniejszona ilość opadów w lecie 2002 roku spowodowała spłukanie mniejszej ilości toksyn i zanieczyszczeń do wód Pacyfiku i w rezultacie wybuchowy rozwój populacji S. nomurai. NB, meduzy te są niebezpieczne dla ludzi i ich jadowite parzydełka uśmierciły 8 osób od 1920 roku, kiedy to zostały odkryte w Morzu Żółtym. Są one ogromne – mają metr średnicy i masę ciała do 150 kg, zaś ich toksyny uśmiercają wszystkie istoty żywe, które wejdą w zasięg ich parzydełkowych wici. Człowiek porażony ich toksyną umiera w ciągu 24 godzin... Co spowodowało ich masowy rozwój? Człowiek czy siły przyrody? Zagadka ta nie jest rozwiązana od półtora roku.

I kolejna – najświeższa zagadka, o której napisano 23 czerwca 2004 roku. W ubiegłym roku (2003), na plaży w Chile znaleziono – no właśnie – nie bardzo wiadomo nawet – co. Nazwano to „beach blob” – co od biedy można przetłumaczyć jako „plażowa klucha”, o czym początkowo sądzono, że są to szczątki wieloryba, które ocean wyrzucił na brzeg. Potem mówiło się o szczątkach gigantycznej kałamarnicy czy ośmiornicy. Nie dziwota, bowiem uczeni mieli przed sobą 13-tonową bryłę mięsa bez ani jednej kości. Uczeni z Florydy po zbadaniu struktury tego „bloba” pod mikroskopem elektronowym doszli do wniosku, że jest to jednak bryła mięsa pochodząca od kaszalota. Wskazywały na to ponoć znalezione fragmenty DNA podobne do wielorybich, chociaż nie znaleziono w tej bryle ani jednej całej komórki! Czyż to nie jest dziwne???

Idąc za ciosem Amerykanie doszli do wniosku, że inne tego rodzaju znaleziska, które znane są w światowej literaturze kryptozoologicznej jako „ogromna ośmiornica z St. Augustine” z 1896 roku, „potwór z Tasmanii” z 1960 roku, dwa „bloby” z Bermudów z lat 90. oraz „blob” z Nantucket z 1996 roku, są niczym innym, jak wypranymi przez morską wodę resztkami mięsa ze zdechłych wielorybów.

Ale czy na pewno? Tej pewności jeszcze nie mamy... Wszechocean jest mniej znany, niż powierzchnia Księżyca i niejedno w nim można jeszcze znaleźć i odkryć. A jak wiadomo – Ocean bez potworów jest równie bezsensowny, jak sen bez marzeń sennych – napisał kiedyś John Steinbeck. I zgadzamy się z nim całkowicie.

a



[1] Podobne mikroorganizmy termofilne żyją w gejzerach i podmorskich źródłach hydrotermalnych (tzw. „palaczach”) i mają się tam doskonale. Istnieje hipoteza, że w podobnych warunkach istnieje życie na dnie Wszechoceanu Europy – jednego z galileuszowych księżyców Jowisza.
[2] Okręty podwodne mają dwa kadłuby: kadłub lekki - stanowiący osłonę hydrodynamiczną i kadłub sztywny – stanowiący właściwy korpus okrętu. Przestrzeń pomiędzy nimi jest wypełniona urządzeniami, przyrządami, zbiornikami wody, paliwa, itd.
[3] Zob. Lilian Darcy – „Strażniczka pieczęci”, Warszawa 2003, - jest to powieść romansowa z serii „Harlequin”, ale w inteligentny sposób wykorzystano pomysł pokazania naszego świata ze strony legendarnych... Syren – uwaga tłum.