niedziela, 30 marca 2014

Trójkąty Bermudzkie... (81)

  
To jeszcze nie koniec, bowiem inni autorzy piszą o jeszcze ciekawszych wydarzeniach i zjawiskach w tym zakazanym rejonie Ziemi. W swym artykule pt. „Tajemnice Dalekiej Północy” na temat osobliwości Arktyki, dr Walentin Psałomszczikow pisze tak:

Od dawna interesowała mnie Daleka Północ, a szczególnie jej polarne noce. Tematem mojej dysertacji były atmosferyczno-elektryczne procesy i rozpatrywane w kontekście niebezpiecznych zjawisk przyrodniczych. I o tym będzie traktował ten artykuł z „Kalejdoskopu NLO” nr 3/2009.  

Lodowe błyskawice

W czasie jednego ze swych przyjazdów na polarną stacje meteorologiczną, zastałem tam moskiewskich „Wikingów”- wraz ze mną miejsce to dzieliła grupa badawcza z IZMIRAN-u – Instytutu Ziemskiego Magnetyzmu i Propagacji Fal Radiowych Akademii Nauk Związku Radzieckiego. Pomieszczenia stacji meteorologicznej zamienili oni w bazę wypadową, zaś główne badania zamierzali przeprowadzać na wysepce położonej w odległości 8 – 10 km od brzegu. Badania te miały zezwolenie z Ministerstwa Obrony, bowiem badania te miały związek z ustanowieniem częstotliwości fal radiowych do utrzymywania łączności z zanurzonymi okrętami podwodnymi. W gruncie rzeczy to było jedyne, co wiedziałem  na temat ich pracy, zaś detale mnie nie interesowały. Miałem do wykonania swój własny program. Ale okoliczności tak się złożyły, że dwóch członków moskiewskiej ekipy z przyczyn technicznych wypadło z robót, a początek prac uzgodnionych z podwodnikami nie można było przenieść. Jedynym człowiekiem na stacji, który mógł ich zmienić byłem ja sam. Formalnie mogłem się z tego wykręcić sianem. Ale z drugiej strony nie pomóc kolegom było nie fair. Mój dyżur zbiegł się z nasileniem wichury i kry lodowe masowo runęły na naszą wysepkę. No i tak w egipskich ciemnościach, bowiem niski pułap chmur nie pozwolił nam ujrzeć ni gwiazd ni księżyca, zauważyłem naraz jaskrawe błyski wyładowań elektrycznych. One przelatywały po powierzchni lodu i ich huk był raczej nie trzaskiem wyładowań elektrycznych, ale odgłosem pękającego pola lodowego. Właściwie każda nowa szczelina w lodzie była poprzedzana błyskiem wyładowania. Była to prawdziwa burza, choć lodowa. Kieszonkowy tranzystorowy radioodbiornik na długie fale radiowe za każdym trzeszczał, kiedy pojawiały się te błyskawice. No i właśnie za ten odkryty przeze mnie efekt miałem potem problemy z pracownikami IZMIRAN-u, bo okazało się, że w czasie jego modelowania w warunkach laboratoryjnych, mechaniczne łamanie lodu pojawiają się błyski światła i pulsy fal radiowych.

W 15 lat później, kiedy zajmowałem się właściwościami radiowymi pól śnieżnych na Kaukazie w wiosce Tierskoł, ponownie udało mi się zobaczyć te lodowe – a ściślej śnieżne błyskawice. One pojawiały się na zaśnieżonym stoku, przy obrywaniu się płatów śniegu, tzw. desek śnieżnych. Natomiast przyrządy pozostawione w bazie wskazywały na błyski szerokopasmowego promieniowania radiowego. Szczególnie zjawisko to występuje w Pamirze. Przy zejściach dużych lawin o objętościach setek tysięcy metrów sześciennych, cała ich masa zaczyna jasno świecić dając charakterystyczne błyski i fale radiowe.

I jeszcze jeden ciekawy moment. Kiedyś tam, jeszcze w latach 70. XX wieku w „Roman-gazietie” przeczytałem powieść poświęconą Dalekiej Północy i jej mieszkańcom. Zapomniałem już tytuł i autora, ale w pamięci pozostał jeden epizod, a mianowicie – Z hukiem armatniej kanonady, w przybrzeżnym lodzie tworzyła się szczelina, a z niej wydobyła się jaskrawo świecąca liliowym, fioletowym światłem kula. Wychodziłoby więc na to, że lodowe szczeliny generują nie tylko błyskawice liniowe, ale także kuliste!

Głosy zorzy polarnej

Powiem wprost: ta tematyka jest równie sporna i kontrowersyjna jak tematyka UFO. Tak czy owak, o tym zjawisku wspomina się w całym szeregu prac naukowych i popularno-naukowych. Ale jedni autorzy kategorycznie twierdzą, że zorza polarna (ZP) nie wydaje głosu, bo nie może – a jeżeli nawet ktoś jakieś dźwięki słyszy, to są to subiektywne odczucie osłabionego chorobami, kiepskim odżywianiem i nocą polarną organizmu. Jednym słowem o głosie ZP mogą mówić jedynie psychopaci i schizofrenicy. Inni autorzy wręcz przeciwnie – klasyfikują głosy ZP w zależności od jej formy i dynamiki.

Jeszcze w czasie swego pierwszego pobytu na stacji polarnej ostrożnie podpytywałem polarników: czy jest taki efekt i czy ktoś słyszał głos ZP? Takich nie znalazłem, choć z prozaicznej przyczyny – w noc polarną nie wychodzi się z bazy i nie obserwuje się zjawisk atmosferycznych dla przyjemności. Wychodzą tylko w przypadkach pilnej potrzeby i wymiany zapisów w stacjach meteorologicznych. Zresztą przybory te były stuletnie co najmniej, a poza tym w czasie nocnej purgi[1] ZP w ogóle nie widać.

W czasie mojego drugiego zimowania na innej stacji odpowiedź była taka: młodzi pracownicy niczego nie słyszeli, ale wedle plotek słyszał to „dziadek” – kierownik polarnej stacji, który spędził w niej 10 lat. Ale tuż przed moim przyjazdem wraz z żoną odleciał na Wielką Ziemię[2] na pogrzeb ojca. Zatem postanowiłem  w każdej stacji meteorologicznej przeprowadzać rozmowy z polarnikami i nagrywać je na pierwszy radziecki magnetofon kasetowy Wiesna. Trudno go było nazwać kieszonkowym – miał rozmiary połowy cegły przeciętej wzdłuż i o takiej wadze.

Nie będę wtajemniczał Czytelnika w moje prace naukowe ale wyjaśnię tylko to, że do wykonania niektórych czynności musiałem odchodzić dość daleko od stacji, przynajmniej 1 km, by nie przeszkadzały mi zakłócenia radiowe urządzeń, a w szczególności dalekopisu. Tym razem miałem pomocnika: mój były uczeń i dzisiejszy inżynier-meteorolog, który akurat tego dnia był wolny od dyżuru. Obaj zjedliśmy porządny obiad i na pewno nasze organizmy nie były osłabione przez głód i noc polarną. Tak więc nam obu udało się usłyszeć głos ZP tej nocy, z tym, że ja słyszałem ciche skrzypienie, zaś mój towarzysz tego nie słyszał, ale za to usłyszał drugą serię dźwięków, zupełnie różną od tego, co ja słyszałem. Mnie się wydawało, że słyszę głos podobny do dźwięku rozrywanego brezentu, a on słyszał wyraźnie wizg diamentu tnącego szkło, ale początek i koniec dźwięczenia ZP słyszeliśmy jednocześnie.

Dźwięki te, które słyszałem wydawały się dobiegać z draperii ZP zaś te, które słyszał mój towarzysz dosłownie wystrzelały skądś zza horyzontu, z czerwonych promieni. Głos ZP pojawił się wraz z pojawieniem się ogni zorzy na niebie. Tylko że to nie był żaden dźwięk w normalnym tego słowa znaczeniu. Istnieje niższa granica ZP, sięgająca 80 – 100 km nad ziemią, to dźwięk ten dystans pokonałby w 3-4 minuty i słyszelibyśmy go wtedy, gdyby zorza dawno zgasła. Tymczasem słyszeliśmy go jednocześnie z zapaleniem się ZP i przestaliśmy słyszeć wraz z jej zgaśnięciem! Należy jednak pamiętać, że na Ziemi odnotowuje się powstanie słabej infradźwiękowej[3] fali uderzeniowej pochodzących od niektórych dynamicznych form ZP.

Drugim dowodem na to, że ów dźwięk nie miał charakteru akustycznego był magnetofon. Nie zarejestrował on głosu ZP, choć na kasecie nagrały się nasze rozmowy…

Nie będę tu się wdawał w rozważania o fizycznej stronie zjawiska głosu ZP, a tylko przypomnę, że jest ono analogiczne do zjawiska wydzielania dźwięku przez tzw. meteoroidy[4] elektrofoniczne.  One także latają na dużych wysokościach rzędu 30 – 40 km, ale dźwięk jest obserwowany wraz z ich pojawieniem się, a nie z opóźnieniem kilku minut już po zniknięciu meteoroidu. Jak widać z tego, to mózg ludzki nie odnotowuje fal akustycznych, a fale elektromagnetyczne powstałe w czasie przelotu.[5] 

Czerwona mgła magnetyczna

O tym zjawisku, które najczęściej jest obserwowane na Północy już niejednokrotnie pisałem wNLO”, a w latach 80. także na łamach „Techniki mołodioży”. Dla niedoświadczonych i nieobytych z Daleką Północą zjawisko to jest niesamowite: naraz całe otoczenie zostaje dosłownie okutane językami płomieni, ale są one zimne, niczego nie ogrzewające. Bardzo często przybliżanie się ławicy czerwonej mgły jest tak spektakularne, jak przybliżanie się ściany płomieni i wywołuje paniczny strach.

Zjawisko to obserwuje się nie tylko na lądzie, bywa bowiem tak, że czerwona mgła otula płynący po morzu statek. Przy czym zauważono, że mgła ta przenika także do wnętrza zamkniętych pomieszczeń na statku i niejednokrotnie odnosiło się wrażenie, że pali się ładunek.[6]

Oficjalna nauka nie zna tego fenomenu. Pewien geolog, który stał się świadkiem tego zjawiska, opisał go dokładnie i swoje doniesienie wysłał do Instytutu Fizyki Atmosfery AN ZSRR. Odpowiedzi nie otrzymał do dziś dnia.

Niestety, mimo tego, że byłem wielokrotnie na Dalekiej Północy zbierając dossier dziwnych zjawisk tam obserwowanych, to nie udało mi się zetknąć z tym zjawiskiem. Jednakże kiedyś, w czasie lotu na Kamczatkę przyszło mi obserwować coś podobnego. Nasz IŁ-18 wykonywał lot specjalny z pięcioma czy sześcioma międzylądowaniami, w czasie których coś tam w niego władowywali i wyładowywali…

Ostatnie międzylądowanie było w Magadanie. Kiedy wyjechaliśmy na pas, to zauważyliśmy na wprost dziobu samolotu dziwne zjawisko: od strony morza na miasto dosłownie zwaliła się ściana ognia. Było zachmurzenie i południe, tak że to nie mogła być jakaś czerwona zorza. Lotniczy też nie wiedzieli, co to takiego – ale nie przejawiali jakiegoś niepokoju: ognista ściana była daleko i samolot miał być już nad chmurami. Ale nie dało się obserwować tego dziwnego zjawiska zbyt długo – po 20 minutach wystartowaliśmy i ono pozostało pod nami, oddzielone od nas warstwą obłoków.

Opowiedziałem tutaj tylko o trzech zagadkach Dalekiej Północy, a jest ich o wiele więcej…

* * * 



[1] Rodzaj arktycznego huraganu.
[2] Tak polarnicy określają kontynentalną część Rosji.
[3] Czyli o częstotliwościach poniżej 20 Hz.
[4] W oryginale: bolidy.
[5] Opisane tu wydarzenia i ich mechanizmy potwierdzają moją hipotezę o tym, że „kontaktowcy” faktycznie odbierają jakieś komunikaty, z tym że są one zniekształcone i żadną miarą nie można ich uważać za wiarygodne…
[6] Zjawisko to opisali Aleksander Abramow i Siergiej Abramow w powieści fantastyczno-naukowej pt. „Jeźdźcy znikąd”, Warszawa 1969.