poniedziałek, 31 marca 2014

Trójkąty Bermudzkie... (82)



A my tymczasem zmienimy szerokość geograficzną i zejdziemy bliżej równika. Jednym z problemów immanentnie związanych z istnieniem Trójkąta Bermudzkiego i innych Obszarów Osobliwych na naszej planecie jest problem istnienia czy nieistnienia legendarnego platońskiego kontynentu Atlantydy. Badacze powiązali ze sobą trzy komponenty Legendy: Trójkąt Bermudzki, Atlantyda i jej mieszkańcy oraz dziwne pojazdy atmo- i hydrosferyczne – UFO i USO.

Wspomniana już tutaj nasza Koleżanka z CBZA, Pani Anna Milewska miała niezwykłą okazję pływać po wodach Trójkąta Bermudzkiego i przepływać nad zatopioną tam ponoć wyspę Imperium Atlantydzkiego. Tak opisuje ona swe wrażenia z tych podróży:

UFO i świat nadprzyrodzony na Karaibach i Ameryce Środkowej

Z racji mieszkania ostatnie miesiące na statku pasażerskim, płynącym po południowej granicy Trójkąta Bermudzkiego, otrzymałam od kolegi ufologa, Roberta Leśniakiewicza, w półżartobliwym tonie, "polecenie służbowe" wypatrywania ciekawych obiektów nad wodami Atlantyku. Niestety nie dane mi było jak dotąd potwierdzić legendy "Trójkąta". Niemniej, dzisiejszej nocy udało mi się zaobserwować coś, co, czymkolwiek nie było, warte jest odnotowania.

Poniedziałek, 12 grudnia 2005

MS Legend, trasa między Fort Laurderdale (Floryda) a St. Maarten (Karaiby). Statek płynący z prędkością ok. 17 węzłów płynął wzdłuż wysp Bahama (dokładnie między pasmem wysp Bahama a Kubą) w kierunku południowo wschodnim. Pogoda była piękna, ciepły, lekki wiatr, na tyle słaby, że nawet przy ruchu statku nie dawał się we znaki, jak się stało na otwartym pokładzie. Nad głową pięknie świecił księżyc, w ostatniej fazie przed pełnią, wokół niego gwiazdy, których widok psuł tylko dym z komina statku i rzadkie chmury.

Stanęłam z lewej burty, na dziesiątym pokłądzie i przyglądałam się dalekim światłom mijanych wysp. Gdy mój wzrok wędrował po niebie, zwróciłam uwagę na jasną gwiazdę dość nisko na horyzoncie (prawie dokładnie na linii wzroku). Nie tyle jasność przyciągała wzrok, co intensywne mruganie - wyraźnie zapalający się i gasnący czerwonawy (lub pomarańczowy - wzrok mógł płatać figle) punkcik. Po kilkunastu sekundach moje zainteresowanie wzrosło, ponieważ owo mruganie naprawdę różniło się od mrugania gwiazd, jakie normalnie obserwuje się na niebie. Było zbyt intensywne, jak od światła znajdującego się bliżej ziemi, czy raczej - od razu przyszła mi do głowy myśl, że jest to światło sztuczne. Nie było to mruganie samolotu, bo nie było w tym żadnej regularności, a przypadkowe szybkie błyski. Ponadto punkt ewidentnie się oddalał, gdyż światło stopniowo słabło. Oprócz tego wykonywał coś jak "skoki" na niebie - przypadkowe, w niewielkiej odległości, dla oczu pozornych paru centymetrów. Można było to stwierdzić, gdy wbijało się w niego uważnie wzrok i śledziło. W ułamku sekundy nie znajdował się on już w miejscu, gdzie utkwione były oczy, ale o pozorny centymetr-dwa lub dalej. Tak, że oko musiało podążać za tymi "skokami" i nie było w nich żadnej regularności, poza tendencją do przesuwania się w prawo. "Skoki" te były bardzo szybkie i raz mniejsze, tak, że można byłoby je przypisać złudzeniu optycznemu, a raz ewidentne, o pozornych kilka centymetrów na prawo. Kiedy mój wzrok podążał za punktem, już ewidentnie w innym miejscu, tam gdzie był przed kilkoma minutami błysnął identyczny. Normalnie bym wzięła go za niezbyt jasną gwiazdę, lub w ogóle przeoczyła, ale jako, że byłam wyczulona przez ten poprzedni, zobaczyłam, że drugi punkt mignął równie daleko, jak już oddalony pierwszy, bo światło miało tę samą intensywność, i też kilka razy "zamigał" w skokach. Starając się nie tracić ich obu z oczu, ujrzałam trzeci - pojawił się po prawej stronie, bliżej tego pierwszego i miałam przez sekundę wrażenie, że przeleciały równolegle obok siebie. Jeszcze kilka sekund patrzyłam jak wszystkie trzy migały i "skakały" tak szybko, że już nie wiedziałam, który jest który, poczym pomyślałam, by spojrzeć na zegarek, by potem zanotować dokładną godzinę (to zboczenie zawodowe ufologa;). Gdy podniosłam wzrok, zobaczyłam już tylko jedno mignięcie; musiały się  oddalić, albo zasłoniły je chmury, które 15 minut później pojawiły się nad statkiem.

Całość obserwacji trwała około pięciu minut, zaczęła się prawie dokładnie o 22-giej.

To niezwykłe uczucie doświadczyć zaobserwowania niezidentyfikowanego zjawiska właśnie na tym obszarze - owianym legendą akwenie morskim, którego granice ustalono umownie pomiędzy Fortem Lauderdale na Florydzie, San Juan na Puerto Rico i Bermudami. Rok wcześniej, przez sześć miesięcy - od sierpnia 2004 do lutego 2005 mieszkałam na pasażerskim statku MS Fantasy, którego trasa pokrywała się z miejscami wzbudzającymi we mnie wiele emocji. Fantasy krążyła pomiędzy Przylądkiem Canaveral a Nassau, zatrzymując się po drodze jedynie we Freeporcie, zniszczonym we wrześniu 2004 przez huragan Jeanne. Statek przepływał przy tym dość blisko maleńkich wysp Bimini, o których krąży wiele niesamowitych opowieści.

To tamte okolice zasłynęły z opowieści o "zaginionym locie nr 19" z 5 grudnia 1945. W przepiękny sposób wykorzystała tę historię Gabriela Górska, autorka „Piekielnego Trójkąta”  - jednej z moich ulubionych polskich książek s-f. To opowieść o wyprawie badawczej w rejon "Trójkąta", której bohaterowie znajdują w końcu wyjaśnienie całej zagadki i jest ono na swój sposób zaskakujące. Książkę tę każdemu polecam, głównie ze względu na niezwykły klimat, który całkiem nieźle odpowiada rzeczywistości. Mogłam się o tym przekonać, kiedy sama znalazłam się dokładnie w tych terenach. Pod wpływem Gabrieli Górskiej wystawałam godzinami na górnych pokładach oczekując pojawienia się gęstej mgły, która ogarnie i zahipnotyzuje, powodując, że przyrządy nawigacyjne przestaną działać. Nic takiego jednak się nie wydarzyło, a do nadejścia huraganów, przed którymi Fantasy uciekła aż za Kubę, pogoda była idealna.

Nic dziwnego, że błękit Bahamów jest inspiracją niejednego artysty czy poszukiwacza przygód. Iskrząca w słońcu woda w setkach odcieni błękitu nigdy nie wygląda tak samo i ma w sobie coś hipnotyzującego. Robi wrażenie, kiedy człowiek oddali się zaledwie kilkadziesiąt metrów od plaży i przez szklane dno turystycznej łodzi patrzy w kilkadziesiąt lub kilkaset metrów głębi, w której majaczą kształty potężnych rekinów młotów. Automatycznie chciałoby się zapytać przewodnika, jak blisko tej zatłoczonej plaży mogą podpłynąć. We Freeporcie i Nassau organizowane są dla turystów "spotkania z delfinami". Na jednym z nich przewodniczka opowiedziała o "strajku" delfinów, jaki miał miejsce kilka tygodni wcześniej. Na kilku wyspach wszystkie ośrodki turystyczne musiały odwołać pokazy, gdyż... delfiny odmówiły współpracy. W tym samym czasie na kilku wyspach, co prędko potwierdzono drogą telefoniczną. To a propos niezwykłych zdolności komunikacji delfinów. Przyczyny ich dziwnego zachowania są nieznane, a po kilku dniach wszystko wróciło do normy. (Najprawdopodobniej mogło coś je zaniepokoić, jakieś zjawisko geofizyczne – do tego tematu jeszcze powrócimy w dalszej części tego rozdziału)

Wracając do wysp Bimini. Wielu do dzisiaj usiłuje doszukać się w nich zaginionej Atlantydy. Prezydent Stowarzyszenia Egiptologicznego z Miami, Aaron Du Val, wzbudził sensację, ogłaszając odkrycie przez grupę płetwonurków 12 tysięcznych ruin świątyni Atlantów na dnie oceanu wokół Bimini. Stwierdził ponadto, iż odkryte struktury pasują do tych z Egiptu i innych rejonów świata. 6 lipca 1997 na konferencji prasowej nie był jednakże już taki pewien, czy ruiny istotnie należały do zatopionego miasta Atlantów. Następnie samo istnienie ruin zostało poddane w wątpliwość przez szereg autorytetów w dziedzinie podwodnych odkryć. Doktor Paul Pettennude, archeolog z "Maya Underwater Research Center", dobrze znający wody Bimini, podkreślił, iż szczątki statków obrastające przez wieki na dnie oceanu, mogą podłużnym kształtem kojarzyć się z kolumnami i przywołać tym entuzjastów Atlantydy. Czy była to próba zdyskredytowania Du Val'a i utajnienia odkrycia, nie wiadomo. W każdym razie Du Val odwołał kolejne prasowe konferencje i sprawa przycichła. Więcej na ten temat można przeczytać na stronie: http://www.ufoarea.com/aas_atlantisdisc.html  

Równie często w opowieściach o Trójkącie pojawia się Nassau. Ten raj dla turystów jest nim tylko pozornie. Kiedy opuści się ogrodzenie terminalu, białego człowieka otaczają niezbyt przyjazne twarze mieszkańców, którzy okazują uprzejmość tylko wtedy, kiedy liczą na zarobek. Poza turystycznym centrum, oczom ukazują się rozpadające się "papierowe" domy i odrapane ulice. Niezbyt przyjemny był samotny spacer na publiczną plażę, kiedy głównym zajęciem było nerwowe rozglądanie się naokoło, jak ominąć grupki Murzynów, którzy nie wiadomo, czy zaproponują przewóz taksówką, czy marihuanę, czy - lepiej nie wiedzieć co. Dopiero na przylegającej do Nassau Paradise Island ilość ochrony stwarza bezpieczniejsze warunki dla spędzających tam urlopy Amerykanów. Za niewielką opłatą można dostać się promem na pobliskie maleńkie wyspy - Blue Lagoon i Pearl Island. O wiele bardziej odpowiadają one wizerunkowi Bahamów z turystycznych reklamówek. Są - trudno o inne słowo - prześliczne. Woda wokół nich wydaje się płytka, kryształowo czysta i zawsze spokojna. Zaiste trudno wyobrazić sobie te miejsca podczas huraganu, a przecież przeżyły ich wiele.

Jeśli rozczarował mnie brak tajemniczości tego rejonu Trójkąta Bermudzkiego, to z pewnością urzekło jego piękno. Piękno samej natury, której - o dziwo - te wszystkie coroczne huragany jakoś nie są w stanie zniszczyć. Błękit Atlantyku jest ten sam, Paradise Island po huraganie Jeanne miała trochę połamanych palm, nic poza tym się jej nie stało. Nie mogę pozbyć się myśli, że to ludziom huragany dają się najbardziej we znaki. Że dla tych wysepek są tak naturalnym porządkiem rzeczy, jak w Polsce cztery pory roku. Przychodzą i odchodzą a życie zamiera i odradza się od nowa.

Mój wciąż jeszcze (do piątego lutego 2006) obecny kontrakt na jeszcze większym statku – MS Legend, rzucił mnie w stronę Ameryki Środkowej i Południowej. Jeśli Trójkąt Bermudzki kojarzy się wielu z UFO i niewyjaśnionymi zniknięciami, tak Meksyk, Peru, Belize i okolice przypominają o zaginionych cywilizacjach Majów i Azteków. Szczególnie piramidy Majów stały się ulubionym celem turystycznych wycieczek.

Przypomnijmy. Majowie są ludem przybyłym wraz z wędrówką ludów z Ameryki Północnej przed 1500 r. p. n. e. Zamieszkali w terenach półwyspu Jukatan, Gwatemali, Belize i Hondurasu. Pomiędzy 1500 r. p. n. e. a 150 r. n.e. intensywnie rozwinęli rolnictwo (zwłaszcza uprawy kukurydzy), oraz rozpoczęli budowę miast takich jak Chiapa de Corzo, Copán, Kaminaljuyú, Izapa, Piedras Negras, Tikal, Uaxactún. Około 900 roku naszej ery powstały ich najsłynniejsze schodkowe piramidy, m. in. w Chichén Itzá Pod koniec X wieku Majowie z niewyjaśnionych powodów porzucili swe miasta. Naukowcy sugerują przyczyny takie jak głód czy wojny, lecz żadna z tych teorii nie jest przekonywująca. Przez tysiąc lat nie mieli problemu głodu, nie powinni byli więc mieć go później, mieszkając w terenach obrośniętych dżunglą. W miastach nie widać zniszczeń wojennych, niektóre zostały porzucone jeszcze w trakcie budowy. W rozszyfrowanych hieroglifach nie ma wzmianek o epidemii czy innej klęsce. W okresie tuż przed przybyciem pierwszych Hiszpanów, potomkowie Majów próbowali przywrócić dawną świetność miast, lecz nie mieli już kapłanów, którzy znali tajniki ich budowy. Ostatecznie wykończyły ich najazdy białych ludzi i polityka "nawracania" na chrześcijaństwo, które zaowocowało tym, że ogromna część kulturowego dziedzictwa Majów, w tym religijne księgi, zostały zniszczone.

Z ocalałych najbardziej znana jest chyba Popol Vuh, Księga Rady Narodu Quiché. Jest ona czymś w rodzaju "Biblii Majów", a jej treść jest momentami do Biblii zaskakująco podobna. Tak wygląda opis stworzenia świata (“[...] Nie było jeszcze człowieka ni zwierzęcia, ptaków, ryb, krabów, drzew, kamieni, pieczar, wąwozów, ziół ani lasów: jedno tylko niebo istniało. [...] Istniał tylko bezruch i cisza w ciemnościach w nocy. Tylko Stwórca,, Twórca, Tepeu, Gucumatz, Rodzice znajdowali się w wodzie otoczeni jasnością. [...] Wielcy to mędrcy, wielcy myśliciele.[...]”). Dalej grupa bogów poddanych Stwórcy i Twórcy zsyłają powódź na pierwszych, nieudanych ludzi (!).

Popol Vuh opowiada różne historie o bogach i ludziach, przypominające nasze mity. Czterema pierwszymi ludźmi byli Balam-Quitzé, Balam-Acab, Mahucutah i Iqui-Balam.”[...] Jedynie mocą nadprzyrodzoną, za sprawą czarów, zostali stworzeni i utworzeni przez Stwórcę, Twórcę, Rodziców, Tepeu i Gucumatza [...] Zostali obdarzeni rozumem; spojrzeli i natychmiast wzrok ich sięgnął daleko, zdołali ujrzeć, zdołali poznać wszystko, co istnieje na świecie. [...]”. Podczas snu dostali także swoje żony o imionach (w kolejności): Cahá-Paluna, Chomihá , Tzununihá i Caquixahá. Interesujące jest "odejście" czterech pierwszych ludzi. Pożegnali oni swoich synów (pięciu) oraz swoje żony, mówiąc im: “[...] Nasz Pan Jeleni widoczny jest na niebie. Rozpoczynamy powrót, spełniliśmy misję, nasze dni dobiegły końca. Myślcie więc o nas, nie wymazujcie nas [z pamięci] ani o nas nie zapomnijcie. [...]”. Następnie udali się na górę Hacavitz, zostawili po sobie zawiniątko Pizom-Gagal mówiąc: “[...] To będzie pamiątka, którą wam zostawiam. To będzie wasza potęga. [...]”.Zawiniątko to było jedną z największych relikwii Majów i nie wiadomo, co się w nim znajdowało. To wniebowzięcie (ich synowie nie znaleźli ciał swoich ojców) jest bardzo podobne do wniebowzięcia sumeryjskiego Gilgamesza oraz Żydów Eliasza i Henocha.

Nie jestem ekspertem w dziedzinie historii i religii Majów, odsyłam więc do takich źródeł jak „Popol Vuh – Księga Rady Narodu Quiché” (Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1982; tłumaczenie: Halina Czarnocka i Carlos Marrodán Casas); czy „Dzień, w którym przybyli bogowie” Ericha von Dänikena. Zainteresowanych odsyłam też do tekstu Jakuba Syroki http://kubapg2.w.interia.pl/materialy/majowie.htm

Oprócz wszystkich zagadek związanych z ogromną wiedzą astronomiczną Majów oraz ich kalendarzem, którego koniec w roku 2012 wzbudza w ezoterycznych kręgach wiele emocji, bez wątpienia intrygujące jest samo ich podejście do świata nadprzyrodzonego. Dla nich był on równie namacalny i prawdziwy jak codzienne życie. Świat ten składał się z rozmaitych, mniej lub bardziej potężnych istot, jednych wiązanych z elitą, kapłanami; innych towarzyszących im w zwykłych, codziennych zajęciach, jak chociażby rolnictwo. Mieli "bogów" charakterystycznych dla konkretnego ludu czy miasta. Istotni wydają się tzw. "duchowi towarzysze" członków kasty rządzącej - wayoob.

Zanim huragan Katrina zniszczył Nowy Orlean, przebywałam przez dwa miesiące na pokładzie MS Sensation, której, oprócz Nowego Orleanu właśnie, portami były: meksykańska wyspa Cozumel (port został zniszczony przez Huragan Wilma w październiku zeszłego roku), Costa Maya i Calica. To tereny znane z dwóch zabytków Majów. Odrestaurowana piramida w Chichén Itzá, oraz ruiny Tulum.

Główna atrakcja Chichén Itzá, 25-metrowa piramida El Castillo, spełniająca rolę kalendarza, została praktycznie odbudowana na nowo stając się przynoszącą spory dochód inwestycją.

Jednym z ostatnich zbudowanych przez Majów miast jest Tulum, oryginalnie Zama, co oznacza "świt". Dzisiaj ruiny, znajdują się na najbardziej wysuniętym na wschód krańcu Półwyspu Jukatan. Niegdyś ogromny mur, broniący z trzech stron ponad pięćdziesiąt budowli (w większości świątyni) miał tylko pięć wąskich przejść; niestety nie został tak dobrze zachowany jak Chichén Itzá

Znacznie większe wrażenie robi jednak 40- to metrowa piramida Xunantunich w Belize. Od portu w Belize City, gdzie Carnival Legend staje do szesnaście dni, jedzie się jeszcze ponad dwie godziny wgłąb lądu, pod granicę Gwatemalską. Samo Belize City nie wygląda zbyt przyjaźnie. Zniszczone przez huragan w 1961 roku i najwyraźniej nie odbudowane miasto odstrasza rozsypującymi się niemal ulicami i niezbyt przyjaznym nastawieniem mieszkańców. Wycieczka do piramidy jest właściwie jedyną atrakcją turystyczną, ale kiedy już dotrze się na miejsce, okazuje się, że warto było. Na zupełnie dzikim, porośniętym niewysoką roślinnością terenie, piramida imponująco wznosi się do góry sprawiając wrażenie, że jest jedynym śladem cywilizacji na przestrzeni setek kilometrów. 

Jakaś część tej atmosfery przenikania się światów widzialnego i niewidzialnego wciąż jest wyczuwalna u dzisiejszych mieszkańców terenów Ameryki Środkowej i Południowej.

O ile wśród Europejczyków słowo ufolog wzbudza raczej obojętność lub uśmiech rozbawienia, Amerykanom kojarzy się natychmiast z Roswell, Area 51 i opowieściami z cyklu Archiwum X, o tyle Peruwiańczycy na przykład reagują inaczej. Pół Amerykanin, pół Peruwiańczyk Carlos Silva, gitarzysta rockowy, na słowo UFO opowiada natychmiast o Nasca oraz legendach o "Starszych Braciach", jak tradycyjni Peruwiańczycy nazywają "tych, dzięki którym rozwinęły się indiańskie cywilizacje". Według niego wiara, iż owi "starsi bracia" opuścili niegdyś Ziemię, jest częścią ducha i kultury Peru, i bez cienia skrępowania powtarza, jak czekają z nadzieją, aż kiedyś powrócą. Co mnie urzekło, to sposób, w jaki o tym mówił. To nie była dyskusja o istnieniu istot pozaziemskich, ale stwierdzenie tego, w co ludzie z jego kraju głęboko wierzą i co uznają za oczywiste i naturalne, nie wymagające otoczki sensacji. Z kolei Kolumbijczyk, Juan, perkusista jazzowy, opowiedział kiedyś o nocnym świetle, które zbliżyło się do jego domu, wzbudzając uczucie przerażenia. Juan stracił pamięć na kilka godzin, a potem przez jakiś czas miał sny o otaczających go niewielkich istotach. W Puerto Vallarta w Meksyku, u wybrzeży Pacyfiku, sprzedawczyni w sklepie z pamiątkami wskazała na rzeźbę istoty wspinającej się na drabinę, z ramionami wyciągniętymi ku górze. Zapytałam, czy postać ta ma jakieś znaczenie. Łamanym nieco angielskim odparła, że według tamtejszych wierzeń, tak wyglądają istoty pozaziemskie.
Meksyk, Peru, Kolumbia. Trzy kraje położone w rejonie geograficznym obfitującym w prastare legendy o indiańskich bogach, co przylecieli z nieba; piramidy, których znaczenie wciąż jest przedmiotem domysłów, i tak dalej. Ponadto są to rejony, w których aż roi się od historii typowych dla literatury ufologicznej. Trudno oddać słowami to wrażenie, które wzbudza więcej zastanowienia niż najdokładniejsze badania ufologów. Wrażenie, że dla tych ludzi, UFO jako manifestacja pozaziemskiej inteligencji jest rzeczą oczywistą. Czymś, co ich nie dziwi i nie jest przedmiotem sensacji, ale częścią ich kultury i tradycji. To bardzo daje do myślenia.

* * *