niedziela, 13 kwietnia 2014

Trójkąty Bermudzkie... (86)

Wyspy - widma

Każdy z nas kiedyś miał w rękach wspaniałą trylogię podróżniczo-awanturniczą pt. „Dzieci kapitana Granta” (1868), „20.000 mil podmorskiej żeglugi” (1870) i „Tajemniczą wyspę” (1874) autorstwa jednego z ojców współczesnej fantastyki naukowej – Pana Juliusza Verne’a (1828-1905) i zapewne z wypiekami na policzkach towarzyszył ich bohaterom w ich nieprawdopodobnych przygodach. Te trzy powieści, z których każda ma osobną fabułę i osobnych bohaterów spinają postacie dowódcy Nautiliusa tajemniczego kapitana Nemo czyli indyjskiego księcia Dakkara i nawróconego angielskiego zbrodniarza Ayrtona. W pierwszej części bohaterami są dzieci tytułowego kapitana Granta, który dowodził statkiem Britannia. Statek ów rozbił się na wyspie Tabor, leżącej na południowym Pacyfiku, w najbardziej zapadłym kacie świata. Część druga, to opis fantastycznej podróży odbytej przez profesora Pierre’a Arronax’a i jego przyjaciół w fantastycznym statku podwodnym dowodzonym przez kapitana Nemo, zaś w części trzeciej pan Verne opisuje losy uciekinierów z Richmondu, zwolenników Unii w wojnie Północy z Południem, która dała trwałe podstawy pod Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Uciekinierzy ci po przeleceniu balonem niemal ćwierci kuli ziemskiej wodowali w pobliżu nie odkrytej wyspy, którą nazwali Wyspą Lincolna, która leży zaledwie o dzień drogi od wyspy Tabor i uwięzionego na niej od 12 lat Ayrtona. Co więcej, pod Wyspą Lincolna znajduje się podziemna baza Nautiliusa… Na ostatnich kartach tej powieści spotykają się wszyscy bohaterowie trylogii, ale sama Wyspa Lincolna przestaje istnieć po straszliwej erupcji wulkanu. Straszliwy wybuch omal nie pozbawia życia Amerykanów i Ayrtona i tylko zrządzeniu Opatrzności można przypisać ich cudowne ocalenie.

Powieści te czyta się jednym tchem. Ale czy wszystko w nich jest tylko czczą fantazją? Oczywiście nie. Jules Verne był wizjonerem technicznym i przewidział nowe wynalazki, które Ludzkość dzięki postępowi techniki prędzej czy później by osiągnęła. Okręty podwodne, loty kosmiczne, syntetyczne kamienie szlachetne, sterowce, samoloty i helikoptery… - to tylko kilka przykładów tego, co pan Verne mógł przewidzieć w oparciu o swoją wiedzę i intuicję. Także zastosowanie energii jądrowej i unitarnej teorii pola. Nieprawdopodobne? Ależ nie! – proszę przypomnij sobie Czytelniku powieść „Łowcy meteorów” (1901), w której jeden z bohaterów, genialny inżynier Zefiryn Xirdal najpierw ściąga na Ziemię krążący po polarnej orbicie złoty meteoryt wart setki milionów miliardów franków, a potem widząc ile zła wyrządził, topi go w morzu otaczającym Grenlandię. Zefiryn Xirdal by tego dokonać stosuje urządzenie, które przy pomocy xirdalium – ciała tysiąckroć bardziej radioaktywnego od radu – wykorzystuje wszystkie cztery znane nam siły: oddziaływań sił jądrowych, elektrycznych, magnetyzmu i grawitacji. I jest w stanie oddziaływać na materię na ogromne, kosmiczne dystanse. Autor nie zdaje sobie sprawy z działania i niebezpieczeństw radioaktywności, ale w jego czasach niewielu ludzi zdawało sobie z tego sprawę.

Nautilius z napędem nuklearnym?

Czasami zastanawiam się, czy nie myślał o tym wcześniej, kiedy Henry Becquerel i Maria Skłodowska-Curie ogłaszali swe wyniki badań nad promieniotwórczością? Rad został odkryty w roku 1898, polon także. Ale o promieniotwórczości uranu wiedziano o wiele wcześniej. Czy pan Verne mógł przewidzieć jego zastosowaniu do napędu okrętów podwodnych? Oto jest pytanie!? Otóż uważam, że mógł. I mógł opisać to na kartach swej powieści. Nie zapominajmy jednak, że wiele z nich było zmienianych na polecenie wydawców, więc możemy się tylko domyślać, co naprawdę pan Verne opisywał w swych wizjonerskich powieściach! 

I wcale nie od rzeczy byłoby stwierdzić, że konstruktorem Nautiliusa mógł być tylko Hindus. Nie Anglik, nie Francuz czy Niemiec. Oczywiście człowiek wykształcony w Europie mógł zaplanować budowę takiej jednostki i przy wsparciu gigantycznych funduszy taką jednostkę zbudować. Rzecz idzie o ideę wykorzystania energii jądrowej w XIX wieku. Żeby to zrozumieć, musimy się cofnąć w daleką, a nawet bardzo daleką  przeszłość.

Od czasów opublikowania przez Ericha von Dänikena jego rewelacji na temat możliwych paleokontaktów z Przybyszami z Kosmosu istnieje także konkurencyjna – i obawiam się bliższa prawdzie – hipoteza o istnieniu pradawnych cywilizacji Atlantydy, Atlantyki, Pacyfidii, Mu, Lanki czy Lemurii, których osiągnięcia są porównywalne, a czasem nieraz o kilka klas przewyższające nasze własne. Cywilizacje te znikły, ale konkretne i materialne ślady po nich pozostały. W buddyjskich i böńskich klasztorach Centralnej Azji, w mongolskich i himalajskich lamaseriach, w świętych księgach Biblioteki Palmowych Liści i innych przekazach, które dla nas, ludzi XXI stulecia są wreszcie zrozumiałe. A mówią one o technologiach, które były wykorzystane w czasie pokoju i wojny. I to nie tylko o środkach technicznych, ale i o biotechnologiach – stąd poszła wieść o najrozmaitszych mutantach: Syrenach, Centaurach, Chimerach, itd. itp. menażerii znanej nam z mitologii greckiej, egipskiej, sumeryjskiej czy dalekowschodniej.

Część dokumentacji technicznej wielu wynalazków mogła dotrwać do XIX wieku i wpaść w ręce możnego, chciwego wiedzy hinduskiego księcia, który postanowił słowa przekuć w czyn i zbudować Nautiliusa w oparciu o plany sprzed stu dwudziestu stuleci! Dlatego właśnie to  musiał być Hindus. Wydarzenia z roku 1866 zdają się wskazywać na to, że ta „uciekająca skała” jednak istniała. Fantastyka? Owszem, ale niemieccy ideologowie nazizmu wierzyli w to święcie i posyłali do Azji, Afryki i Ameryki Południowej ekspedycje kierowane przez oficerów SS, których zadaniem było zebranie wszelkich artefaktów – w tym planów cudownych broni – w celu uzyskanie przewagi hitlerowskich Niemiec nad resztą świata. Jednym z nich był dezerter z III Rzeszy, alpinista, pisarz i SS-Haupsturmführer Heinrich Harrer – przyjaciel i mentor Tenzina Gyatso czyli samego Dalajlamy XIV

Ale co tam nuklearny napęd Nautiliusa! – w czasie jednej z dyskusji w salonie Granitowego Pałacu doszło pomiędzy kolonistami z Wyspy Lincolna do dyskusji nad paliwem przyszłości, bowiem już wtedy autor przewidywał, że węgle kopalne się kiedyś skończą i…

- A więc powiedz nam, co oni będą palili zamiast węgla.
- Wodę – odpowiedział Cyrus.
- Jak to! Wodą będą palili pod kotłami parowymi, wodą będą ogrzewali wodę?
- Tak, lecz wodą rozłożoną na składniki – odpowiedział inżynier – a rozłożoną, jak się zdaje, za pomocą elektryczności, która wówczas stanie silna, potężna i posłuszna woli człowieka. Tak moi przyjaciele, sądzę, że kiedyś woda będzie służyła za opał, czy to każdy osobno, czy połączone razem, staną się niewyczerpalnym źródłem tak silnego ciepła i światła, jakiego nie może wydać węgiel! (J. Verne – „Tajemnicza wyspa”, rozdz. XXXIII – przyp. aut.)

Nad tym już się pracuje we wszystkich laboratoriach fizycznych świata. Po Reykjaviku jeżdżą autobusy napędzane wodorem. Ale wodór, to nie tylko paliwo silnikowe, bo tym naprawdę niewyczerpalnym źródłem energii jest synteza jego jąder, którą od milionów lat uprawia nasze Słońce (i inne gwiazdy). Jak dotąd wykorzystano ją jedynie na hańbę naszego gatunku, w bombach i głowicach termojądrowych służących do niszczenia życia, a nie jego wspierania…   


Pacyficzne wyspy-widma

O ile arktyczne wyspy-widma były obiektami geograficznymi istniejącymi realnie i składającymi się z lodu, kamieni, piachu i kłód drzewnych, o tyle pacyficzne wyspy-widma nie mogą być tak zdefiniowane, bowiem – jak się przyjmuje – istniały jedynie w wyobraźni kosmografów a potem geografów i oceanologów.

Co mają one do twórczości pana Juliusza Verne’a? - bardzo dużo, bowiem w swej powieści „Tajemnicza wyspa” opisał on dwie z nich: Wyspę Lincolna – na której wylądowali Amerykanie z Richmondu pod wodzą inżyniera Cyrusa Smitha i Wyspę Tabor, na której początkowo mieszkał kapitan Grant i dwóch marynarzy z rozbitego brygu Britannia, a potem został zesłany złoczyńca Ayrton, który miał na niej spędzić 12 lat. 

Wikipedia pisze o tym tak:

Tabor - rafa koralowa na południowym Pacyfiku, na południe od archipelagu Tuamotu (Polinezja Francuska) i na wschód od Nowej Zelandii. Znana też jako Wyspa Marii Teresy. Prawdopodobnie jest "widmową" wyspą.

Jej odkrycie zgłosił 16 listopada 1843 roku kapitan statku Maria-Theresa Asaph P. Taber (nie: Tabor), wielorybnik, określając jej współrzędne geograficzne: 37°00'S, 151°13'W. Próbowano ją odszukać bez powodzenia w 1957 roku. W 1983 roku określono jej nowe współrzędne, ponad 1.000 km na wschód: 36°50'S - 136°39'W, lecz i tym razem poszukiwania zakończyły się niepowodzeniem.

Wcześniej, w roku 1966 opublikowano zdjęcia autorstwa Dona Millera, rzekomo przedstawiające wyspę Tabor (w amatorskim piśmie „CQ”). Udowodniono jednakże, że była to mistyfikacja (hoax). Nowozelandzki statek Tui przeszukiwał intensywnie ten region w 1970 roku, okazało się, że głębokość oceanu wynosi tam przeciętnie 5.000 m.

Inne zgłoszenia wysp i raf, które nie znalazły potwierdzenia, to Jupiter Reef, Wachusett Reef, Ernest Legouve Reef i Rangitiki Reef. Nawet w XXI w., niektóre wydawnictwa kartograficzne nadal przedstawiają te wyspy na swych mapach (np. rafy Maria-Theresa i Ernest Legouve zaznaczane są na nowozelandzkich mapach nawigacyjnych.)

W powieści „Tajemnicza wyspa”, Juliusz Verne sytuuje ją na 37°11’S - 153°W.

Wygląda na to, że Wyspa Lincolna albo Tajemnicza Wyspa istniała naprawdę, ale znikła z map gdzieś koło roku tysiąc osiemset sześćdziesiątego ósmego. Nawiasem mówiąc, to wedle pana Verne’a, Wyspa Lincolna znajdowała się na 152°W  – czyli tylko czterdzieści siedem minut bardziej na wschód od Wyspy Tabor. Ale rzecz ciekawa: na rysunku mapy Wyspy Lincolna z pierwszego wydania „Tajemniczej wyspy” jak byk stoją koordynaty: 34°57’S - 150°30’W – dziwne, czyż nie?

Ale nie to jest najdziwniejsze. Najdziwniejszym jest wizja końca Wyspy Lincolna! Otóż w powieści wyspa ta wylatuje w powietrze grzebiąc pod sobą Nautiliusa i czcigodne szczątki kapitana Nemo, co w powieści miało miejsce w nocy 8/9 marca 1869 roku. A wszystko to zostało opisane na 14 lat przed prawdziwym kataklizmem, który miał miejsce w Cieśninie Sundajskiej w dniu 27 sierpnia 1883 roku. Oczywiście mowa jest o...

... erupcji Krakatau

Przebieg tej erupcji według wulkanologów wyglądał następująco: od 1878 roku odczuwano coraz częstsze i silniejsze trzęsienia ziemi w rejonie zatoki, zachodniej Jawy i wschodniej Sumatry. 1 września 1880 silne trzęsienie ziemi uszkodziło latarnię morską "First Point" na zachodnim brzegu Jawy (70 km na południowy-wschód od Krakatau). Kolejne wstrząsy odczuwane były pomiędzy 9-10 maja 1883 oraz 15-20 maja 1883 roku w Katimbang. 20 maja 1883 rozpoczęła się erupcja z krateru Perbuwatan. Drobny popiół i para oraz gazy wydobywały się z stale w ciągu kolejnych trzech miesięcy. W tym czasie otworzyło się kilkanaście, stale aktywnych, ujść gazów w obrębie wulkanu. Do tego czasu erupcja powtarzała się cyklicznie. Po okresie aktywności wulkan zamierał. W tym czasie woda morska przedostawała się szczelinami i pęknięciami w głąb wulkanu i była źródłem pary. 11 sierpnia gwałtowna erupcja uniosła chmurę popiołu i gazów z krateru Perbuwatan i Danan, a także z wielu nowopowstałych otworów i szczelin. Erupcje nasiliły się 24 sierpnia 1883 roku. (Verbeek, 1886; Judd, 1888; Simkin i Fiske, 1983)

27 sierpnia 1883 roku doszło do jednej z największych odnotowanych erupcji wulkanu (i jednocześnie wszystkich katastrof żywiołowych) w dziejach ludzkości. Huk było słychać z odległości 3200 km. Potężna erupcja rozpoczęła się 26 sierpnia o godzinie 12:53. W nocy wybuchy słyszane były z odległości 4.325 km. Słup dymu, popiołu i gazów osiągnął 27 km wysokości. Pokłady statków znajdujących się w Cieśninie Sundajskiej były zasypywane popiołem, pyłem oraz kawałkami pumeksu o średnicy około 10 cm. Pomiędzy godz. 18:00 a 19:00 niewielkie fale tsunami rozeszły się koncentrycznie i uderzyły w wybrzeża odległe nawet o 40 km.

27 sierpnia o 5:30, 6:42 i 8:20 czasu lokalnego nastąpiły kolejne erupcje. Każda z nich spowodowała katastrofalne fale tsunami. Ostatnia eksplozja nastąpiła o 10:02. Wulkan wyrzucił w powietrze 19 km³ (niektóre źródła podają wartości nawet 25 km³) popiołów na wysokość 55 km, czyli do stratosfery, które opadły nawet na statek British Empire. Na wyspie Rodrigues na Oceanie Indyjskim, oddalonej o 4.800 km, mieszkańcy widzieli na horyzoncie popioły i błyski. Myśleli, że to bitwa morska i wysłali nawet swoje oddziały, ale to raczej legenda.

Niewyobrażalna eksplozja Krakatau (a właściwie stożka Rakata – przyp. aut.)  spowodowała najgłośniejszy i odnotowany rekord odległości przebyty przez dźwięk. Fala uderzeniowa jaka powstała przy eksplozji przemieszczała się z prędkością ponad 1.100 km/h. Szacuje się, że poziom natężenia dźwięku w odległości 160 km od epicentrum wynosił ponad 180 decybeli. 2/3 wyspy zniknęło z powierzchni ziemi. Fala tsunami (wysokości do 40 metrów i prędkość ponad 700 km/h) zmyła miejscowe wioski na pobliskim lądzie i obiegła połowę planety, zanim zupełnie zanikła. Statki u wybrzeży Południowej Afryki zachybotały się w efekcie tsunami wywołanego erupcją. Fala sejsmiczna obiegła Ziemię 7 razy. Zginęło 36.417 ludzi – 32 tys. wskutek tsunami, a 4 000 od popiołów (nie istnieją dokładne dane dotyczące strat w ludności cywilnej, przybliżone mówią o 40 tys. ofiar). Ciała ofiar pływały na powierzchni oceanu odnajdywane były jeszcze kilka tygodni po katastrofie. Gazy uwolnione do atmosfery sprawiły, że mniej więcej przez 3 lata Słońce widziane z Ziemi miało zabarwienie zielone, a Księżyc niebieskie. Ocenia się, że wybuch miał siłę ok. 200 Mt - megaton trotylu i w sumie wyrzucił z siebie 46 km³ pyłów, które w sumie pokryły 70% powierzchni globu.

Przyczyną tsunami były prawdopodobnie spływy piroklastyczne, które przemieszczały się po zboczach wulkanu i "wchodziły" do morza. Każda z pięciu eksplozji powodowała spływ piroklastyczny, który wpadając do morza powodował wyparcie takiej samej objętości wody, czyli kilku km³ każdy. Odnaleziono ślady podwodnych spływów piroklastycznych w odległości 15 km od Krakatau. Dodatkowo ostatnie badania naukowców niemieckich dowodzą, że poruszający się z wielką prędkością materiał spływu piroklastycznego przedostając się nad morze w postaci popiołu i gazu o temperaturze nawet 1.200°C unosi się na parze wodnej jak na poduszce. W ten sposób najprawdopodobniej została zniszczona część wybrzeża Sumatry odległa o ok. 40 km od wyspy. (Wikipedia)


Był to wybuch szacowany na VEI = 6. Jak widać kataklizm ten mógłby być jedynie porównywalny z wybuchem wulkanu Tambora na Jawie w 1815 roku (36.000 ofiar) o VEI = 7, czy straszliwym wybuchem wulkanu Katmai na Alasce w 1912 roku, którego oszacowano wprawdzie na VEI = 3, ale nastąpił wtedy wyrzut do atmosfery podobnej ilości materiałów wulkanicznych. Można by teraz postawić pytanie: czy w nocy 8/9 marca 1869 roku na południowym Pacyfiku doszło do straszliwej katastrofy, która pogrążyła w oceanicznych odmętach dwie wyspy, czy też Juliusz Verne po prostu przewidział wybuch Krakatau i opisał to w swojej książce? Trudno powiedzieć. Psychotronikom są znane relacje ludzi, którzy mieli wizje tych wydarzeń na długo przed ich spełnieniem. Czy i w tym przypadku mamy do czynienia z podobnym fenomenem?