piątek, 30 maja 2014

PROJEKT TATRY (14)

6. OBSERWACJE NOL-i NAD SIEPRAWIEM I SPYTKOWICAMI


... które to miejscowości znajdują się niemal na jednej linii prostej łączącej Kraków z Adriatykiem.
Obserwacje NOL-i w tych dwóch miejscowościach i w Jordanowie czasami uzupełniały się w przedziwny sposób, co postaram się tutaj ukazać:


82


Pierwszym dziwnym zjawiskiem obserwowanym w Sieprawiu była obserwacja formacji NL-i dokonana przez siostry – Alinę i Barbarę D. Jesienią 1981 roku.
Było to około godziny 18:00. obie siostry jechały do Krakowa na spektakl Zemsty nietoperza. Pogoda była dobra i widzialność też. Świadkowie szli od swego domu w kierunku szkoły po drodze biegnącej w dolinie. W pewnym momencie obie dziewczyny usłyszały metaliczny grzechot dobiegający z zenitu, zaś nieco w prawo od wieży kościelnej zauważyły 7 pomarańczowych świateł w kształcie kul, które wisiały w powietrzu nieco powyżej szczytu wieży. Po chwili BOL-e uniosły się w górę, zaś metaliczny grzechot przemieścił się w ich stronę. BOL-e po kilkunastu minutach znikły w zenicie...
Alina D. Usiłowała potem zainteresować tym zjawiskiem swego nauczyciela fizyki w Myślenicach, ale bezskutecznie. Nauczyciel nie potrafił jej podać zadowalającego wyjaśnienia, więc w 1995 roku skontaktowała się z MCBUFOiZA, gdzie jej obserwacja została zarejestrowana.


83


W drugiej połowie grudnia 1994 roku, mieszkanka Sieprawia – pani Michalina D. Zaobserwowała przelot nad Sieprawiem NL w kolorze niebieskawo – zielonkawego. Ten dość nietypowy BOL leciał z północnego-wschodu na południowy-zachód, pulsując z częstotliwością raz na 5-6 sekund. NOL poruszał się  na wysokości około 300 nad horyzontem. Jego trajektoria była podobna do ruchu „kaczki na wodzie”, poza tym NOL-a znosiło nieco na boki, co pozwala przypuszczać, że poruszał się on po spirali. Przypadek zarejestrowany przez MCBUFOiZA.
Z przypadkiem tym wiąże się historia niezwykłych nocnych odwiedzin niezwykłych istot w kształcie prostopadłościanów w kolorze zielonego brokatu, co miało miejsce w Jordanowie w nocy 29/30 grudnia 1994 roku.
Tej nocy kilkanaście osób w Jordanowie śniło niespokojne sny, których treścią był „brokatowy potwór”, który zbliżał się do ich łóżek, a mniej wrażliwi budzili się z uczuciem panicznego strachu!...
Latem 1996 roku zapytałem o opinię na temat nocnych odwiedzin „bedroom visitors” słynnego niemieckiego ufologa i pisarza dr Johannesa Fiebaga. Dr Fiebag odpowiedział mi, że niejednokrotnie w swej karierze zetknął się z NNOL-ami i Niewidzialnymi Obcymi, którzy odwiedzali ludzi w czasie nocy – stąd ich nazwa – „bedroom visitors”, o czym pisał on w swych książkach pt. Inni: Spotkania z pozaziemska inteligencją (Warszawa 1995) i Kontakt: Uprowadzenia do UFO w Niemczech, Austrii i Szwajcarii (Warszawa 1996).
Tymczasem 29 grudnia 1994 roku robiłem zdjęcia do mojej pracy i...


84


... wykonałem fotografię stoku Hyćkowej Góry, który w sierpniu 1959 roku ogołociła z lasu trąba powietrzna. Zjawisko to było niesamowite, bo pamiętam je jako najodleglejsze wspomnienie z dzieciństwa. Wiał straszliwy wiatr, strzelały pioruny i padał grad o wielkości gołębich jaj. Pamiętam, jak mama przyniosła dwie garście ogromnych brył lodu wołając – „Lody! Komu lody!!!”  I nazajutrz, pojechałem z dziadkiem furmanką na dworzec kolejowy, to ujrzałem straszliwe wiatrołomy i wiatrowały. Annały nie odnotowały takiego kataklizmu, jak ten z końca sierpnia 1959 roku.
29 grudnia 1994 roku wykonałem zdjęcie tego właśnie stoku z przyległościami, i na pozytywie ujrzałem coś, czego   n a   p e w n o   nie było w chwili fotografowania – niebieskawego łuku czy raczej soczewki wypukłej do góry opodal centrum kadru. Czyżby to był znów jakiś NNOL???...


85


I jeszcze jeden kadr, zrobiony w dniu 25 maja 1996 roku z tzw. „Zakrętów”. Zdjęcie przedstawia widok Jordanowa z odległości około 1,5 km od centrum. Tego dnia jechałem z Mąkacza do Jordanowa i około godziny 18:30 zatrzymałem się przed „Zakrętami”, by wykonać zdjęcie miejsca, gdzie stało drzewo rażone piorunem. NB, to także jedna z osobliwości tej okolicy – pomimo tego, że drzewa rosły w zagłębieniu terenu, w s z y s t k i e   zostały wystrzelane przez wyładowania atmosferyczne!
Kiedy wywołałem zdjęcia, to na pozytywie i negatywie zauważyłem widocznego na tle nieba NOL-a, podobnego do tych, jakie fotografowali ufolodzy z ekipy Kazimierza Bzowskiego nie wiem, czy był to rzeczywiście NOL, ale z drugiej strony ta okrągła plamka jest intrygująca i dlatego zdjęcie to włączyłem do dossier PROJEKTU TATRY. Wszystko wskazuje na to, że ów NOL wisiał gdzieś pomiędzy Rynkiem a ulicą 3 Maja.
Wracajmy do Sieprawia.


86


Te dwa jordanowskie przypadki – a przynajmniej opisany w pkt.84 - mają związek z incydentami w Sieprawiu. Kolejny incydent zdarzył się w dniu 13 października 1995 roku, w godzinach 18:20 – 19:00, przy temperaturze powietrza +150C i CAVU – było to wspaniałe, cudowne „indiańskie” czy jak kto woli – polskie „babie” lato. 9 osób, niezależnie od siebie, obserwowało przelot zespołu NOL-i, które wyglądały jak powoli obracające się wokół krótszej osi pionowej cygaro, poprzedzone jaskrawą „iskrą” czy też „gwiazdą”. NOL leciał z kierunku północnego-wschodu ku południowemu-zachodowi. Świadkowie różnie oceniają wysokość jego lotu – artystka malarka, mgr inż. architekt Ewa Masłowska szacuje ją na kilkaset metrów, zaś inny świadek – pan Gerard S. (NB, ex-żołnierz WOPK) aż na 10 km! NOL oddalił się i przepadł za łańcuchem wzgórz zamykających południowy horyzont – leciał on w stronę... Jordanowa!
Analiza lotu tego NOL-a wskazuje na to, że leciał on od Sieprawia, ponad Myślenicami, Stróżą, Zawadką, Tokarnią, Łętownią, Jordanowem, Spytkowicami, Piekielnikiem w kierunku słowackiej elektrowni jądrowej w Jaslanskich Bohunicach! I dalej nad Adriatyk via Austria i Słowenia. Niedaleko tej trasy leży słynny z niewyjaśnionych fenomenów masyw Untersbergu w Alpach Wapiennych, o czym piszą Peter Krassa i Reinhard Habeck.[1]


---oooOooo---


A teraz przenosimy się na drugi kraniec jordanowskiego odcinka Magistrali Adriatyckiej – do Spytkowic. Niedaleko centrum tej malowniczej wsi znajduje się góra Golgota, gdzie już od 1939 roku – a nawet wcześniej – ludzie obserwowali dziwne zjawiska:


87


Sierpień 1939 roku – przeddzień wybuchu II wojny światowej. Okoliczni ludzie zamieszkujący u podnóża góry Golgota – 693 m n.p.m. – zaobserwowali ukazanie się na jej szczycie   p ł o m i e n n e g o   k r z y ż a   - który z miejsca skojarzono z rozegraną tutaj bitwą spotkaniową pomiędzy napierającymi na północ, ku Krakowowi, pancernym kolumnom XXII Korpusem Pancerno-Zmotoryzowanym 14. Armii generała Bacha, a 10. Brygadą Pancerno-Motorową płk dypl. Stanisława Maczka trwającą od 1 do 3 września 1939 roku, na terenie od granicy ze Słowacją aż do Myślenic. Krwawa to była bitwa, bo „maczkowcy” twardo się bronili... – mimo stosunku sił w piechocie 3 : 1, broni pancernej i artylerii 5-6 : 1 na korzyść Niemców! Wyglądałoby zatem na to, że Ufici wiedzieli, co się stanie we Wrześniu – zresztą NOL-e pojawiają się tam, gdzie szykuje się jakiś konflikt zbrojny, jak to miało miejsce np. na Węgrzech, gdzie w żupaństwie[2] Baranya w 1990 roku obserwowano po obu stronach granicy z Jugosławią znaczną aktywizację BOL-i, o czym donosiły węgierskie i jugosłowiańskie służby graniczne. Podobnie było i w przypadku innych wojen, nie tylko w byłej SFRJ, a zatem dlaczego nie miałoby tak być i w przypadku II wojny światowej?[3]

            88


Grudzień 1987 roku – dwoje świadków: mgr farm. Renata K. i jej ojciec – artysta fotografik Franciszek O. w godzinach wieczornych, pomiędzy 21 a 22 obserwują nad Golgotą przedziwne zjawisko: nad szczytem góry widać dwa światła, które zachowują się dziwnie – kiedy zapala się jedno, to drugie gaśnie i vice-versa. Jedno wisi nad szczytem, zaś drugie znajduje się na szczycie i „rozmawiają” pulsującym, różnokolorowym światłem, w sekwencjach trzyminutowych...
Świadkowie początkowo sądzą, że to jakieś działania wojskowe, ale rychło odrzucają te hipotezę, bowiem w najbliższej okolice nie ma żadnej jednostki wojskowej, która by dokonywała jakichś ćwiczeń czy eksperymentów... 
Zdarzenie zarejestrowano przez MCBUFOiZA oraz GB NOL Kraków w 1996 roku.


89


Grudzień 1995 roku – okres pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Trzy niezależne grupy świadków obserwują Lądowanie NOL-a na szczycie Golgoty!
Pierwsza grupa w składzie mgr Renata K., jej mąż art. malarz Ryszard K. i dwoje dzieci: Magdalena i Bartosz K. obserwują tego NOL-a ze wschodu. Widzą oni trzy czerwone „krzewy” płomieni, które zmieniają konfiguracje w przestrzeni.
Trzecia grupa świadków pod przewodnictwem mgr Aliny L. widzi coś podobnego od zachodu, aczkolwiek konfiguracja trzech czerwonych „krzewów” światła jest zupełnie inna.
Najbardziej niesamowita jest obserwacja drugiej grupy obserwującej NOL-a od południa. Świadkowie – pani Jadwiga S. i mieszkańcy Spytkowic spod Golgoty zauważyli nie grupę świateł w kształcie „krzaków” czerwonych ogni, ale regularne kwadraty emitujące silne biało-żółte światło. Jadwiga S. sądziła początkowo, że jada na nią czołgi! – choć jak później przyznała, sama nie wie, dlaczego to jej się skojarzyło z czołgami... – bo nie słyszała żadnego ryku silników czy wizgu gąsienic.
Inni mieszkańcy mieli jeszcze ciekawsze wrażenia, bo czuli coś na kształt lekkiego trzęsienia ziemi, grunt lekko dygotał, dzwoniły szyby, kołysały się żyrandole...
W maju 1996 roku, połączone ekipy MCBUFOiZA (Anna Leśniakiewicz, Robert K. Leśniakiewicz) i GB NOL Kraków (Bronisław Rzepecki) udała się na miejsce tego CE2, by zbadać rzecz in situ. Przeprowadzono rozmowy ze świadkami i sfotografowano ślady Lądowania tego NOL-a w kształcie trzech kręgów trawiastych, w których trawa zmieniła swój kolor z szarobrunatnego na ciemnozielony i równoramiennego trójkąta takiegoż samego koloru. Nawet po pięciu miesiącach trawa zachowała swój odrębny kolor. Nie wykonano badań na radioaktywność, bo roztopy i kwietniowe deszcze zdekontamitowały radioaktywne cząstki w głąb gleby i spłukały je do cieków wodnych. Dokładny raport w tej sprawie sporządził Bronisław Rzepecki.
Wydarzenia to ma najprawdopodobniej związek z obserwacją w Jordanowie dokonaną przez Dominika J.


90


I jeszcze jedna obserwacja dokonana tym razem nie ze Spytkowic czy Sieprawia, ale z Hali Krupowej, przez dwóch chłopców: Pawła B. lat 13 z Jordanowa i Macieja O. lat 14 z Sidziny, którzy w nocy 18/19 sierpnia 1995 roku, w godzinach 23:00 – 02:00 na Hali Krupowej (Pasmo Babiogórskie Beskidu Wysokiego), obserwowali przy pomocy lornetki 7,5x niezwykłą „gwiazdę”, która wisiała nad północno-wschodnim horyzontem.
Niezwykłość tej „gwiazdy” polegała na tym, że była ona jaśniejsza od wschodzącej właśnie Capelli (najjaśniejszej gwiazdy konstelacji Woźnicy - α Auriga), koloru żółtego, ale w lornetce widzieli ją, jak migała niebieskim i czerwonym światłem, z częstotliwością 2 Hz. Najciekawsze jest to, że ów migocący NL mógł wisieć nad... Sieprawiem! Sprawdziliśmy, ale tej nocy niczego ciekawego tam nie zauważono, co bynajmniej nie znaczy, że czegoś tam nie było!...
NB, na podanym azymucie znajduje się jeszcze jedna osobliwość – chodzi o wychodnie piaskowcową w Rudniku, która jest nazwana „Diablim Kamieniem” i być może owo NL ma jednak z tym coś wspólnego – ale o tym później.


91


I to już ostatnia obserwacja bliskiego przelotu BOL-a, który można zakwalifikować do typu CE5, jako że świadek odczuwała po tym pewne dolegliwości neurologiczne, zatem było to Bliskie Spotkanie 5 Rodzaju z NOL-em – psi-CE.
Bohaterka tego wydarzenia jest mgr Elżbieta B. z Jordanowa, która w czerwcu 1980 roku w Szczawnicy, w późnych godzinach popołudniowych, zaobserwowała przelot czerwono świecącego BOL, w odległości 70 m od pani B. kierując się znad Szczawnicy w kierunku góry Húlina na Słowację i tam zniknął.
Najciekawsze są wszakże reakcje świadka – pani B. w momencie dostrzeżenia BOL-a wpadła w rodzaj stuporu i odczuła coś w rodzaju paraliżu, który uniemożliwił jej wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Po zniknięciu BOL-a objawy ustąpiły powoli – możliwe, że może doszło tam nawet do „wzięcia”, jednakże świadek nie stwierdziła „brakującego czasu”, który jest najlepszym dowodem na uprowadzenie na pokład NOL-a.
Mimo tego, że owo CE miało miejsce w Pieninach, to umieściłem je w dossier PROJEKTU TATRY z dwóch powodów: primo – świadkiem była osoba zamieszkała w Jordanowie i secundo – Pieniny ukrywają pewną tajemnicę, ale o tym później.
Kontakty z Obcymi zdarzały się Jordanowiakom także poza granicami regionu. Były to Bliskie Spotkania z Ludźmi w Czerni – MiB-ami, o czym traktuje następny rozdział.



[1] I tutaj rzecz ciekawa, bo od 1998 roku w Polsce zaczęły się pojawiać tzw. kręgi i piktogramy zbożowe. Pierwszy zarejestrowany w Polsce krąg zbożowy pojawił się w sierpniu 1998 roku w miejscowości Polanka k/Myślenic, a drugi w okolicach Stróży też w sierpniu tegoż roku! Czyżby zatem NOL-e przelatywały po to, by wybrać te miejsca na utworzenie tam tych niezwykłych rysunków? Zainteresowanych odsyłam do lektury artykułów zamieszczonych na łamach Nieznanego Świata, Czasu UFO i  Czwartego Wymiaru z 2000 roku.
[2] Jednostka administracji terenowej na Węgrzech odpowiadająca naszemu województwu.
[3] Jeżeli konflikt bałkański z lat 90. XX wieku uznać za III wojnę światową – boż wojna, w której udział bierze 26 państw z trzech kontynentów w pełni na to miano zasługuje – to zwiastowana ona była przez wzmożoną aktywność NOL-i – także i w Polsce, na przełomie lat 1998-99. 

środa, 28 maja 2014

PROJEKT TATRY (13)



70


Kolejne „legendarne” CE2. W marcu 1990 roku kilkoro dzieci zaobserwowało lądowanie czerwonej kuli na Polanie nad Lasem. Być może była to kalka wydarzenia sprzed 10 laty i de facto niczego takiego nie było. Odnotowuję jednak ten incydent z kronikarskiego obowiązku. BOL miał około 3 m średnicy i poleciał w kierunku doliny Skawy – reszta jak w punkcie 62.


71


Jeszcze raz Wysoka k/Jordanowa. Tym razem rzecz miała miejsce w nocy 3 października 1990 roku, około godziny 04:00 na Polanie nad Lasem. 12-letni chłopiec Grzegorz J. Wraz ze swym ojcem, zaobserwowali nad Targoszówką przelot czerwonego BOL, który poruszał się z południa na północ – znad Spytkowic ku Toporzysku i dalej w kierunku na Bystrą Podhalańską. Przypadek zarejestrowany przez MCBUFOiZA dwa lata post factum.


72


15 kwietnia 1991 roku, Jordanów przeżył kolejne dziwne wydarzenie. Około godziny 23:30 miało miejsce wyłączenie prądu z sieci miejskiej, które trwało jakieś 2 – 3 minut. Do północy tych „elektrycznych black-out’ów” było jeszcze kilka. I nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie to, że niektórzy mieszkańcy pobliskiego Chrobaczego, położonego 4 km od centrum miasta, nie zauważyli w czasie tych „zaciemnień” rozbłysków bardzo silnego pomarańczowego światła. Dobiegały one, jak im się wydawało, z pobliskiej stacji TRAFO w niedalekim POM-ie na niewielkim wyniesieniu Na Bani.

Istotnie, na kierunku obserwacji rozbłysków znajdują się dwie podstacje TRAFO: pierwsza – w Technikum Rolnym i Liceum Agrobiznesu w Jordanowie, druga – przy POM. Aliści mieszkający w ich okolicach ludzie niczego dziwnego nie zauważyli. NB, żadna z nich nie dostarcza prądu do Jordanowa, a zatem nie może być brana pod uwagę.

A może awaria jakiejś linii energetycznej? To jest najbardziej prawdopodobne, bo na tym terenie biegną trzy linie o napięciach 15 kV i  110 kV. Być może to właśnie któraś z nich uległa awarii i spowodowało to „elektryczny black-out” w Jordanowie... – a wiadomo, że NOL-e czasami „tankują” energię elektryczna wprost z przewodów napowietrznych linii wysokiego napięcia – ale to byłoby widoczne, a o tym nam nie doniesiono... No chyba, że to był znowu jakiś NNOL.


73


Wydarzenie to miało miejsce na odcinku drogi nr 28 pomiędzy Jordanowem a Osielcem, nieopodal przysiółka Przykice (Przykiec), tuż przy kapliczce. Było to 6 maja 1991 roku, około godziny 18:00.
Pogoda tego wieczoru była fatalna, padała drobna obrzydliwa mżawka i cały świat spowijała gęsta mgła, w której widzialność wynosiła jedyne 5 metrów.

Dwie mieszkanki Jordanowa – panie mgr W. Z. B. i  mgr L.T. wracały z Suchej Beskidzkiej do Jordanowa samochodem fiat 126p. Gdy podjechały od strony Osielca do kapliczki, to na moment oślepił je straszliwie silny pomarańczowy błysk, który zdawał się być piorunem uderzającym poza kapliczkę. Żadna z kobiet nie słyszała żadnego – choćby najlżejszego trzasku wyładowania czy huku pioruna... Czyżby to było ciche, ale silne wyładowanie elektryczne?...

Wizja lokalna na miejscu zdarzenia nie przyniosła żadnego wyniku. Nie znaleziono żadnego wypalenia, wgnieceń itp. śladów, które sugerowałyby działanie jakichś sił fizycznych..

Incydent ten przypomina też dość dokładnie to, co wydarzyło się w lutym 1990 roku...


74


... na drodze numer 47 pomiędzy Chabówką a Klikuszową, w pobliżu Rabskiej Góry. Te same dwie mieszkanki Jordanowa i pani A. S. z Krakowa, widziały w dniu 15 lutego 1990 roku, około godziny 04:10 silny, biało – niebieski błysk na stoku Rabskiej Góry. Wydawało się im, że błysk ten dobiegł z porastającego ów stok lasu. Zadziwiające w tych obu tu opisanych incydentach jest to, że podobne błyski obserwowano także w górach Pennine w Wielkiej Brytanii.

Przypadek ten opisałem na łamach Nieznanego Świata w nr 7-8,1994. Nie jest on zarejestrowany w archiwum MCBUFOiZA, a w dossier PROJEKTU TATRY został umieszczony ze względu na to, że być może mamy do czynienia z nieznanym fenomenem geofizycznym, być może nie mającym związku z UFO.



75


Wieczorem, dnia 5 lipca 1991 roku, około godziny 20:12, dwie jordanowskie nauczycielki – mgr Aleksandra Leśniakiewicz i mgr Wiktoria Leśniakiewicz zaobserwowały przelot typowego CNOL-a – który wedle ich słów – przypominał „wagon z okienkami i bez kół”, nad zachodnią częścią Jordanowa.

Ów CNOL leciał z północy ku południowi, na wysokości około 300 nad horyzontem i ze znaczną prędkością. Miał on kolor srebrzysty, zaś „okienka” były nieco ciemniejsze od „korpusu” NOL-a. Nie wydawał on żadnego dźwięku, tak że nie może być mowy o samolocie. Pani A. Leśniakiewicz twierdzi, że nie widziała żadnych skrzydeł czy stabilizatorów, a jej wzrok jest znakomity... – co więcej – łów „samolot” wleciał do małej chmurki z ciemnym „jądrem” i już z niej nie wyleciał, jakby ta „chmurka” go pochłonęła, zaś ona sama po pewnym czasie się rozwiała i znikła.
W kilka dni potem...


76


... a dokładnie dnia 23 sierpnia 1991 roku, ta sama pani A. Leśniakiewicz zaliczyła raz jeszcze obserwację identycznego – a może nawet tego samego – NOL-a, tym razem rankiem, o godzinie 09:50.

Tak, jak poprzednim razem, CNOL przeleciał ponownie z północy na południe, ale nie znikł jak poprzedni, tylko oddalił się i zapadł poza dachy stodół. Z analizy tras lotów tych CNOL-i wynika, że zmierzały one w kierunku Targoszówki czy Jawornika, ale nie wiadomo, gdzie biegł dalej tor ich lotu.


77


To była chyba najbardziej spektakularna obserwacja NOL-a w Jordanowie!

Trwała ona blisko 3,5 godziny i jej świadkami było wiele osób – w szczególności mieszkańców ulicy Mickiewicza. 4 czerwca 1992 roku, w godzinach 18:00 – 23:30, nad doliną Skawy, powoli przemieszczała się czerwono świecąca pulsującym światłem kula. Obserwowana ona była przez panie Annę i Agatę M., rodziny pp. G. i L., B. oraz G. - razem ponad 20 osób! Wszyscy zgodnie oświadczyli, że BOL ukazał się w rejonie Targoszówki i zmierzał w kierunku Bystrej Podhalańskiej, gdzie ostatecznie znikł. Krakowski student UJ – pan Achilles Serwiusz Filipowski zaobserwował tego NL z domku letniskowego na Staszkowej Polanie w Sidzinie!

Przelot BOL-a spowodował panikę niektórych mieszkańców – sądzili oni, że zaczął się atak atomowy! – co akurat nie jest takie dziwne, jako że w latach 60. i 70. Jordanów był na liście pierwszoplanowego uderzenia jądrowego ze strony NATO i USA – o czym nas informowała Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa – a chodziło tu o magazyny Ludowego Wojska Polskiego położone w okolicy stacji PKP. Inni domniemywali, że były to sowieckie lub czeskie próby z rakietami, ale kiedy stwierdzono, że „to coś” porusza się wolno i pulsuje światłem o częstotliwości 1-2 Hz – porzucili tę myśl.

Wiarygodność świadków tej obserwacji jest wysoka. Blask bijący od BOL-a był tak silny, że oświetlał wysokie cirrusy wiszące na dużej wysokości, co obserwowano ze znacznej odległości.


78


O tej obserwacji pisałem już na łamach Nieznanego Świata nr 7-8,1994. w dniu 12 grudnia 1993 roku, mieszkanka Jordanowa, mgr Lidia T. Ze swym synem Mikołajem zaobserwowali trójkątną formację NOL-i wiszącą nad szczytem góry Klimas w okolicy miejscowości Tokarnia (powiat myślenicki).

Obserwacji tej dokonano z samochodu jadącego z Pcimia do Jordanowa na odcinku od skrzyżowania dróg prowadzących do Jordanowa, Tokarni i Bogdanówki – aż do Wichrowej Góry nad Chrobaczem – czyli na przestrzeni około 6 km.

Przypadek ten – niestety – ma niską wiarygodność, a to dlatego, że dnia 13 listopada i 10 oraz 11 grudnia 1994 roku ekipa MCBUFOiZA  Oddział Jordanów przeprowadziła wizję lokalną na miejscu zdarzenia. Udało się nam ponad wszelką wątpliwość ustalić, że:
1.                          Formacja trzech białych świateł musiałaby być widoczna także z drogi nr 7 (Zakopianki) przez podróżnych jadących w kierunku Krakowa, o czym nikt nie zgłosił nam, ani do GBNOL Kraków Bronisława Rzepeckiego, czy innej organizacji ufologicznej;
2.                          Jeżeli formacja NOL-i rzeczywiście unosiła się nad Klimasem, to byłaby ona widoczna od przysiółka Ciporki i Łętowni, a nie od Wichrowej – jak oświadczyła pani T.
3.                          Opodal szczytów Zębalowej i Klimasa znajduję się kilka przysiółków, których oświetlone okna  domów sprawiają wrażenie zawieszonych w powietrzu świateł NOL-i- zwłaszcza w ciemne, pochmurne i bezksiężycowe noce. A właśnie w dniu 12 grudnia 1993 roku była taka pochmurna noc...

Reasumując – relacja świadków jest bardzo wątpliwa i zachodzi podejrzenie, że padli oni ofiarą złudzenia. Trochę szkoda, bo byłaby to piękna obserwacja formacji NL poza granicami gminy Jordanów i powiatu Sucha Beskidzka. Jednakże nie jestem w stanie wykluczyć tego, że świadkowie naprawdę widzieli formację NOL-i, i dlatego tą obserwację włączyłem do dossier PROJEKTU TATRY.


79


Najciekawsza obserwacja NOL-a dokonana została przez dzieci, pod koniec lipca 1994 roku w Jordanowie na ulicy Piłsudskiego. Świadkami były następujące dzieci: S. C. lat 8,5 i jego siostrzyczka B. C. lat 6,5 oraz koleżanka A. K. lat 6,5. poza tym świadkiem pośrednim jest matka rodzeństwa C., która w tym czasie była z dziećmi w kontakcie głosowym.

Było niemal samo południe. Dzieci bawiły się na podwórku, kiedy naraz zauważyły nadlatujący od północnego – zachodu dziwny obiekt latający, który wykonał zwrot o około 900, a potem jeszcze jeden i skierował się w rezultacie na południowy – zachód w kierunku Jawornika.

Z relacji dzieci wynika, że NOL zmaterializował się nad dachem domu państwa C. i w postaci zmaterializowanej poleciał w kierunku Góry Ludwiki. Obserwacje ta potwierdzili także niektórzy mieszkańcy jordanowskiego Rynku, ul. Piłsudskiego i Osiedla Wrzosy.


80


Pod koniec grudnia 1995 roku w Jordanowie, 11-letni Dominik J. zaobserwował przelot biało-niebieskiego NL-a w formie BOL nad górą Przykiec (741 m n.p.m.). BOL nadleciał z kierunku północnego i poleciał najprawdopodobniej na południe – południowy – zachód. Świadek opowiedział mi o tej obserwacji w kwietniu 1996 roku, przy okazji wieczornej obserwacji planety Wenus i komety Hayakutake – porównał on Wenus do obiektu, który widział. NOL był widoczny około godziny 18:00, co zgadzałoby się z czasem CE2, które miało miejsce w odległych o około 11 km na północny – zachód od Jordanowa Spytkowicach, o czym już traktuje następny rozdział.


81


I jeszcze jedna obserwacja, tym razem z dnia 9 marca 1995 roku, około godziny 03:30 – 04:00 dwoje mieszkańców Jordanowa: Kazimiera i Stanisław J. zaobserwowali NL przelatujący nad ich domem przy ulicy Mickiewicza. Zauważyli oni na dachach dość silny, pulsujący z częstotliwością około 1 Hz, blask koloru białego. NOL przeleciał najprawdopodobniej – czego świadkowie nie są pewni – z północy na południe. Obserwacja została zarejestrowana i włączona do dossier PROJEKTU TATRY. Świadkowie są całkowicie pewni, że nie był to samolot, helikopter czy innego rodzaju ziemski statek powietrzny. Lot tego NL był całkowicie bezszelestny i jego obecność manifestowała się jedynie światłem, które wydzielał.


---oooOooo---



I to byłoby na tyle odnośnie obserwacji NOL-i na Jordanowszczyźnie i bezpośrednich jej okolicach. W trakcie naszej działalności zebraliśmy jeszcze kilka informacji spoza Jordanowszczyzny, które to zostały dokonane przez mieszkańców Jordanowa, a są na tyle ciekawe, by je przytoczyć i wykorzystać we wnioskach końcowych. Najpierw zabierzemy się za...


wtorek, 27 maja 2014

PROJEKT TATRY (12)

5.NOL-e NAD JORDANOWEM.


Jordanów, to niewielkie miasteczko w południowej części powiatu suskiego, na południowym – zachodzie województwa małopolskiego, leżące dokładnie na 19050’E i 49039’N, na wysokości 450 m n.p.m. Miasteczko liczy sobie 20,9 km2, na której to powierzchni mieszka 4.988 mieszkańców (dane za 1998 rok). Obszar Jordanowszczyzny obejmuje gminę Jordanów i przyległą do niej gminę Bystra Podhalańska – Sidzina, razem 100,13 km2 oraz 11.113 dusz na nich żyjących.

Jordanowską część PROJEKTU TATRY realizowałem równolegle do tatrzańskiej, czego rezultatem stał się konspekt pt. UFO nad Jordanowem, w którym zawarłem 17 opisów obserwacji NOL-i nad Jordanowem i Jordanowszczyzną. Już po zamknięciu PROJEKTU doszły dalsze wypadki związane z istnieniem „korytarza NOL-i”-  przebiegającego z Krakowa poprzez Siepraw, Jordanów, Spytkowice, Orawę i dalej już przez Słowację ku Adriatykowi, co stanowiłoby potwierdzenie teorii inż. Miłosława Wilka o „kanałach NOL-i”, które przebiegają przez nasz kraj trzema głównymi „magistralami”: Adriatycką, Bałtycką i Czarnomorską. A teraz chciałbym zaprezentować kronikę jordanowskich przypadków obserwacji NOL-i:


62


W kwietniu 1980 roku, na znajdującej się na wschodnim zboczu Jawornika (Góry Ludwiki) – 653 m n.p.m. – Polanie nad Lasem doszło do Bliskiego Spotkania Drugiego Rodzaju z BOL-em. Jest to przypadek „legendarny”, jako że dowiedziałem się o nim z drugiej ręki i nie udało mi się dotrzeć do świadków.

Źródłem tej informacji jest jedna z nauczycielek Szkoły Podstawowej w Wysokiej k/Jordanowa – pani mgr W. L. wedle jej relacji, krytycznego dnia kilkoro dzieci grało w piłkę nożną we wczesne wiosenne popołudnie. Naraz, jakby z powietrza, na polanę spadła między nie świecąca czerwonym światłem kula o średnicy co najmniej 2 m. Oczywiście, na widok BOL-a  dzieci rozpierzchły się w przerażeniu, zaś UFO oddaliło się powoli w kierunku północnym, płosząc przy okazji jakąś kobietę i jej krowę.

O wydarzeniu tym dowiedziałem się w 1983 roku, kiedy to świadkowie tego CE2 już wyszli ze szkoły i rozproszyli się po świecie...

Miejscowi nauczyciele twierdzą, że słyszeli oni niejednokrotnie od dzieci o miejscach, gdzie znajdowano wypalone kręgi trawy, co tłumaczono najczęściej uderzeniami piorunów, z tym, że te miejsca znajdowały się także w depresjach terenu, a nie partiach szczytowych grzbietu Góry Ludwiki, co raczej trudno wiązać z piorunami, gdyż te ostatnie biją głównie w wyniesienia.

To CE2 nie zostało zarejestrowane, ale informacja o nim została przekazana jedynie Bronisławowi Rzepeckiemu z GB NOL Kraków.


63


Następna przygoda, najprawdopodobniej z NNOL-em przydarzyła mi się w dniu 10 lutego 1981 roku w Jordanowie. Około godziny 22. siostra zwróciła uwagę na dziwne zachowanie się telewizora. Sensorowe przełączniki naszego odbiornika marki „Unitra-T-5009”  s a m e   przełączały się, jakby błądziła po nich niewidzialna dłoń. Trwało to jakieś pół minuty, a potem pojawił się następny fenomen – wisząca pod sufitem lampa zaczęła zrazu wolniutko, a potem coraz to szybciej kołysać się. Amplituda jej wahań rosła wciąż i rosła – wydawało się, że lampa zaraz się urwie i pryśnie o ścianę. Zrobiło się straszno...
-          Co się dzieje? – bezradnie zapytało któreś z nas.
-          No nic innego, tylko UFO – zażartowała mama.

Jej słowa podziałały na mnie, jak bat na mustanga. Zerwałem się z łóżka i jak stałem, boso i w piżamie, dopadłem do drzwi wyrywając po drodze z futerału aparat fotograficzny z lampą błyskową, którą trzęsącymi się rękami montowałem na saneczkach SILUETY. Wypadłem na podwórko i spojrzałem na górę, nad dachy naszego i sąsiednich domów... I nic. Podniosłem aparat fotograficzny do oka i przejechałem celownikiem SILUETY po niebie. Nad kominami drgało ogrzane powietrze, a wyżej lodowato lśniły gwiazdy... Było cicho i pusto, żadnego NOL-a, żadnego światła czy podejrzanego ruchu w powietrzu.

Wróciłem do domu. Telewizor się uspokoił, a lampa ledwo-ledwo się kołysała. Nasze dwa psy: Prezes i Ren oraz koty zachowywały się spokojnie. Nie sygnalizowały swym zachowaniem pojawienie się kogoś czy czegoś obcego.

Co to było? Na pewno nie duchy czy poltergeist, bo zwierzęta natychmiast zareagowałyby na ich obecność. Lekki wstrząs tektoniczny też odpada, bo zwierzęta wyczułyby go natychmiast. Jedynym sensownym wytłumaczeniem jest NNOL. Jakże żałuję, że jednak nie pstryknąłem wtedy zdjęcia! A mogłem. Może cos wyszłoby na nim ciekawego czy nietypowego – bo NNOL-e można czasami złapać w kadr, jak dowiodły tego badania m.in. Kazimierza Bzowskiego. Przypadek ten jest niewyjaśnionym do dziś dnia.



64


W lutym 1985 roku dwie nauczycielki z Jordanowa, które uczyły w Szkole Podstawowej w Wysokiej koło Jordanowa, odkryły dziwne ślady na śniegu otaczającym tenże budynek.

Panie mgr W. L. i mgr L.K. przyjechały z Jordanowa autobusem PKS około godziny 07:00 i udały się do szkoły, która mieści się w odległości około 250 m od przystanku PKS. Nie dostrzegły one wtedy niczego nietypowego, bo było niemal całkiem ciemno. Dopiero po trzech godzinach zauważyły one na podwórku szkolnym ogromne – mierzące około 60 cm(!!!) ślady obutych stóp. Czy był to Yeti, Yovi, Ałmas czy Sasquatch???...

Był to głupi kawał któregoś ucznia – pierwsza myśl, jaka przyszła im do głowy. Oczywiście, to mógł być kawał, ale w jakim celu zrobiony? Było jeszcze jedno wytłumaczenie – otóż w pewnych warunkach ślady na śniegu są roztapiane przez Słońce, a w nocy zamarzają i w dzień ponownie tają. Po kilku dniach takie ślady zwiększają swą wielkość o nawet 50%!... – zacytowałem tutaj „oficjalne wyjaśnienie” fenomenu śladów Yeti, tak chętnie cytowane przez krytyków ufologii, kryptozoologii i innych uczonych półgłówków, którym nie chce się wyściubić nosa poza gabinet, a wydaje się im, że mają coś do powiedzenia – rzecz w tym, że dużo, głupio i nie na temat... Dla mnie to wyjaśnienie jest kompletnie bzdurne i bałamutne, co wiem ze swej leśnej i granicznej praktyki. Poza tym trudno jest spotkać kogoś biegającego boso po śniegu, choć historia zna takie przypadki, kiedy pewien mieszkaniec Jordanowa wracał boso z pijatyki w powiecie, bowiem ukradziono mu buty... – rzecz w tym, że to było akurat wytłumaczalne całkowicie!

Zagadka „wielkoluda z Wysokiej” czeka na wytłumaczenie – ja roboczo założyłem, że doszło tam do Lądowania NOL-a i te ślady są po prostu śladami Ufity. Czy ktoś ma lepszy pomysł? Z tego rodzaju istotą zetkniemy się jeszcze nieraz...


65


CE-0 to są Bliskie Spotkania Zerowego Rodzaju. O tym CE-0 opowiedziała mi pani W. Z. B. z Jordanowa, która przeżyła je w październiku 1985 roku, na drodze pomiędzy Wysoką a Jordanowem. Droga ta, niebezpieczna ze względu na liczne zakręty, pełna dziur i wybojów, zapomniana przez Boga i przeklęta przez kierowców – biegnie w swej głównej mierze w lesie.

Krytycznego popołudnia, już po godzinie 15:00, pani B. wracała do Jordanowa. Była lekka mgła, ale niebo na górze było bladoniebieskie, jak to bywa jesienią. Opodal wysockiego cmentarza – wtedy to była jeszcze łąka – pani B. zauważyła dwóch mężczyzn, którzy także udawali się w kierunku dworca PKP w Jordanowie, a którzy wyprzedzili ją o jakieś 30 – 50 m. Szli oni poboczem żywo rozmawiając i gestykulując, ale – co najdziwniejsze – pani B. nie słyszała ich rozmowy, która musiała być bardzo ożywiona...

Obaj mężczyźni poszli wzdłuż drogi, a pani B. ścięła zakręt schodząc w dół ścieżką wśród młodnika sosnowego. Po wyjściu z niego przeżyła lekki szok, bowiem obaj mężczyźni szli znowu około 30 m   p r z e d   nią, a nie za nią, jak się spodziewała!... To było niemożliwe!

Ale najciekawsze było to, co stało się w kilkadziesiąt sekund potem – jeden z mężczyzn wyszedł na środek drogi i zamachał ręką, jakby chciał zatrzymać jakiś samochód. Pani B. odruchowo odwróciła się i... – i to uratowało jej życie, bowiem szarżował na nią samochód dostawczy, żółtobrązowy „żuk”. Nieprawdopodobnym było to, że samochód ten poruszał się najzupełniej cicho – nie słychać było pracy silnika, trzeszczenia nadwozia, łomotania kół o wyboje... „Żuk” jak zjawa przejechał obok niej, zaś ten, który machał ręką powoli rozpłynął się w powietrzu! W ułamek sekundy drugi mężczyzna zrobił to samo – podszedł ku osi jezdni i też zdematerializował się bez śladu, zaś „żuk” obojętnie minął to miejsce i zniknął za zakrętem...

Co to właściwie było? Duchy? Upiory? Kosmici? Ten odcinek drogi znany jest z tego, że przynajmniej raz zdarza się w roku na nim wypadek ze skutkiem śmiertelnym. Mój znajomy teleradiesteta z Komańczy – pan mgr Władysław Gułycz – w 1986 roku dokonał sondażu okolicy i doszedł do wniosku, że:
... miejsce to znajduje się w okolicy bardzo silnego źródła promieniowania tzw. „zieleni ujemnej” [V- minus albo G(szarość)], która wpływa m.in. na upośledzenie postrzegania i refleksu, co pokrywa się z Twymi obserwacjami. Drugie nieco słabsze źródło promieniowania V-minus znajduje się opodal wysockiego Dworu i Szkoły Podstawowej w Wysokiej, co ma związek z zasypanymi stawami hodowlanymi karpi, które przeszkadzały władzy ludowej do tego stopnia, że na ich miejscu zrobiono bagno...

O tym, jak to było ścisłe dowiedziałem się dopiero w 1993 roku, kiedy pomagając siostrze zbierać materiały do pracy, spotkałem się z aktualnym właścicielem Dworu – Antonim Pilchem, który posiadał dokładną dokumentację dóbr poprzedniego właściciela tej posiadłości – Roberta hr. Żeleńskiego – w której to dokumentacji dokładnie pisze się o stawach rybnych „u dworu”. Władysław Gułycz odczytał to wszystko dzięki różdżce i wahadłu ze zwyczajnej mapy turystycznej Beskidu Makowskiego i mojego szkicu sytuacyjnego, przy czym nie miałem wtedy (w 1986 roku) zielonego pojęcia o istnieniu stawów rybnych wokół Dworu!

Z lektury książki Brada Steigera - Alien Meetings wiem, że Obcy posługują się psychotronicznym kamuflażem swych pojazdów, tak iż NOL-e wyglądały dla świadków jak np. samochody policyjne czy ambulanse Pogotowia Ratunkowego albo wozy strażackie czy samochody dostawcze... kto wie, czy w przypadku pani B. nie chodziło o taki właśnie kamuflaż, a dwaj faceci, to byli przebrani za ludzi Obcy? Skoro takie rzeczy miały miejsce w Ameryce, to dlaczego nie miałoby się to zdarzać także w Europie i w Polsce???... A zatem ten „żuk” nie był wcale „żukiem”, a zakamuflowanym na furgonetkę NOL-em...

Zakwalifikowałem ten incydent jako CE-0, bo nie mam stuprocentowej pewności, że ten pojazd był de facto NOL-em. Incydent ten nie doczekał się racjonalnego wyjaśnienia i dlatego dołączył do innych materiałów dossier PROJEKTU TATRY.


66


Kolejne CE2 z fenomenem NNOL zaliczyłem wraz z siostrą w nocy z 1 na 2 listopada 1988 roku na Cmentarzu Komunalnym w Jordanowie.

Tego wieczoru przyjechałem około godziny 23:30 do domu ze służby w GPK SG Łysa Polana i od razu zaproponowałem siostrze pójście na cmentarz, w celu zapalenia lampek na grobach naszych Drogich Nieobecnych. Poszliśmy, i około godziny 23:45 byliśmy na miejscu – przy grobach naszych dziadków i pradziadków leżących w południowo – wschodnim sektorze naszego cmentarza. Pogoda była typowa dla tej pory roku – wiał chłodny „orawiak” zza Babiej Góry, który poganiał grzybowate chmurki „atomówki”. Na niebie świecił Księżyc i gwiazdy. Widzialność była dobra. Temperatura wahała się pomiędzy 00 a +10C.

Zapaliliśmy świeczki i lampki – wtedy można to było robić bezkarnie, bo wiatr nie zdmuchiwał płomyków, zanim jordanowski proboszcz nie wyrąbał przycmentarnej zieleni – i stanęliśmy przy grobowcu dziadków: siostra po prawej, ja po lewej stronie. I wtedy stało się to.

Najpierw usłyszeliśmy gwizd. Wydawało mi się, że to gwiżdże ktoś stojący za siostrą, zaś z kolei jej wydawało się, że to ktoś za mną. Rozejrzeliśmy się, ale w polu widzenia nie było żywego ni martwego ducha... W chwilę potem usłyszeliśmy kolejny niezwykły efekt akustyczny – skądś dobiegał do nas – albo, jak twierdziła Wisia – skowyt potępieńców, albo – jak mi się wydawało – coś na kształt śpiewu chóru gregoriańskiego. Tym razem zdumienie odebrało nam mowę. Nie byliśmy w stanie zlokalizować źródła tego dźwięku. Trwało to kilkanaście sekund, może pół minuty, a potem...

... a potem uderzył w nas deszcz. Co mówię – to była ulewa, nawałnica deszczu! Grube krople waliły w gałęzie, liście, stiuki i marmury. Z sekundy na sekundę ulewa nasilała się. Zdjąłem kaptur i rękawiczki, wyciągnąłem przed siebie ręce i... – i nic! Spojrzałem w górę. Księżyc świecił spokojnym blaskiem, „atomówki” płynęły po nocnym niebie w jego upiornej poświacie i niczego niezwykłego w polu widzenia. Ani jedna kropla nie spadła na nas, ani na żaden przedmiot w polu widzenia w naszym otoczeniu. Spojrzałem na zegarek, było za dwie minuty północ...
-          To Oni przybywają na cmentarz – powiedziała Wisia zduszonym emocją   głosem.
-          Zabieramy się stąd, ale już – odpowiedziałem.

Byliśmy przekonani, że to dusze zmarłych zamanifestowały swą obecność idąc na północne nabożeństwo do kościoła...

Ufologia zna przypadki, kiedy NOL-e manifestują swą obecność dźwiękiem przypominającym szelest spadających kropel wody. Ten NOL, a właściwie NNOL zamanifestował swa obecność dźwiękiem – nie widzieliśmy go, pomimo starannej obserwacji  nieba i przyległego terenu.


67


Kolejny „legendarny” przypadek obserwacji NOL-a w kształcie BOL miał miejsce w styczniu 1989 roku, z tzw. Bystrzańskiego Działu, który stanowi przedłużenie ulicy Mickiewicza, a obecnie jest tam cała dzielnica willowa domów jednorodzinnych. Troje świadków: matka i dwóch synów przez około kwadrans obserwowali przelot czerwono świecącego BOL ponad doliną Skawy. Nocne Światło nadleciało od północy i poleciało na południe, w kierunku polany Nad Lasem. Obserwacja była przeprowadzona o około godziny 1 w nocy. Niestety, niewiele wiadomo o świadkach tego wydarzenia, ale z pewnych względów, o których dalej, zamieściłem je w dossier PROJEKTU TATRY.


68


Jeszcze jeden „legendarny” przypadek obserwacji Nocnego Światła w formie BOL z lutego 1989 roku. Tej nocy nad Jordanowem i okolicą szalała zadymka śnieżna. Pewien chłopiec zamieszkały przy ulicy Banacha zauważył przelatujący BOL nad doliną rzeczki Nawsie. BOL miał kolor pomarańczowo – czerwony i poruszał się wolno w kierunku Wysokiej k/Jordanowa, i tylko dlatego umieściłem go w dossier PROJEKTU TATRY. Jego dziwność i wiarygodność nie przekraczają 1, co sprowadza tą relację do rangi niesprawdzonej pogłoski...


69


Bohaterką tego wydarzenia była 94-letnia mieszkanka Jordanowa – pani Kazimiera Warzyńska, która wieczorem dnia 15 maja 1989 roku, około godziny 23:30 widziała NOL-a w formie BOL przelatującego na jordanowskim Rynkiem.


Oświadczyła ona, że BOL poruszał się po linii prostej z zachodu ku wschodowi. Jego kolor był pomarańczowy, przy czym jego powierzchnia nie była jednolita, gdzie niegdzie występowały na niej ciemniejsze plamy. BOL przeleciał nad Rynkiem w czasie około 30 sekund i znikł gdzieś za Osiedlem Wrzosy. Jego średnicę pani Warzyńska oceniła na 0,50 – zaś prędkość na około 40 – 50 km/h, a wysokość lotu na jakieś 50 m nad Rynkiem. W tym, czasie nie zaobserwowała ona żadnych efektów psychosomatycznych i elektromagnetycznych. Obserwacja wywarła na nią jednak wpływ inspirujący, bowiem zainteresowała się problematyką UFO, którym to zagadnieniem pasjonowała się aż do końca swego życia. 

niedziela, 25 maja 2014

PROJEKT TATRY (11)


Mój korespondent, pan Maciej Wilczek z Sosnowca, wskazał mi jeszcze jedno źródło informacji o niezwykłych wydarzeniach w Tatrach, a mianowicie – książkę Stanisława Zielińskiego pt. W stronę Pysznej, Warszawa 1976, w której autor wymienia także i te nieprawdopodobne wypadki:


50


Giewont. W roku 1894 zaginął na nim bez wieści Władysław Białkowski. Jego zwłok nie znaleziono do dziś dnia.


51


Rysy. Latem 1909 roku zaginął na trasie pomiędzy Popradzkim Stawem a Rysami Ernest Weiss. Jego ciało odnaleziono w 1913 roku opodal ścieżki na Rysy, w miejscu wielokrotnie przeszukiwanym przez ratowników! Przypadek typu Rip van Winkle.





52

Giewont. Latem 1906 roku zaginął tam bez wieści J. Skwarczyński. Jego ciała nie odnaleziono do dziś.


53


Sierpień 1921 roku – na trasie pomiędzy Szczyrbskim Plesem a Rysami zaginął Czech – Karel Kozak z Pragi. Jego ciało zostało znalezione po kilku miesiącach, w miejscu wielokrotnie przeszukiwanym przez ratowników, jak w przypadku 51. jest to kolejny przypadek typu Rip van Winkle.


54


Znów Giewont. 3 sierpnia 1921 roku w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął tam Karol Kiciński, którego ciała nie znaleziono do dziś dnia.


55


Rejon Morskiego Oka. W czerwcu 1922 roku  zaginął tam bez śladu J. Kulczycki. Jego ciała nigdy nie odnaleziono.


56


Wąwóz Piekło pomiędzy Giewontem a Kopą Kondracką. W czerwcu 1928 roku zaginął tam bez wieści Jerzy Sokulewicz. Jego ciała nigdy nie odnaleziono.


57


Czerwone Wierchy. W 1928 roku zaginął tam bez wieści Jan Ciaptak-Gąsienica, którego ostatnio widziano na Hali Kondratowej. Jego ciała nigdy nie znaleziono. Był on jednym z elity wspinaczy tego czasu, wsławił się pokonaniem północnej, 600-metrowej ściany Giewontu – problemem porównywalnym do Zamarłej Turni!!!


58


Ponownie Dolina Jaworowa. 16 sierpnia 1928 roku znaleziono tam zwłoki Romualda Dowgietowicza, który zmarł z niewyjaśnionych przyczyn. Jego towarzyszka – Lola Hirschówna zaginęła bez wieści. Znaleziono jedynie jej plecak...


59


Gerlach lub Łomnica. W 1930 roku zaginął tam bez wieści Tadeusz Krzemiński, którego zwłok nie znaleziono do dziś dnia.


60


Południowa ściana Batyżowieckiego Szczytu. 4 sierpnia 1933 roku zginęli tam w niewyjaśnionych okolicznościach Wiesław Stanisławski i T. Wojnar.


61


Dolina Białego. W 1937 roku w niewyjaśnionych okolicznościach runęła z Wrótek na Długim Giewoncie w Dolinę Białego młoda turystka – Emilia Klominek.


Jak dotąd, nie wyjaśniono żadnego z tych wypadków.
Autor podaje jeszcze kilka zagadkowych faktów dotyczących śmierci Aldony Szystowskiej – zob. punkt 31. jej ciało znaleziono po trzech tygodniach od zniknięcia w żlebie od strony Doliny Małej Łąki na Wielkiej Turni. Było ono w bardzo dobrym stanie, choć powinno ono ulec powolnemu rozkładowi. W Księdze Wypraw TOPR napisano:
Aldona Szystowska z Litwy, 20 lat, studentka Uniwersytetu Jagiellońskiego, pierwszy raz będąca w górach, spadła ze ściany wysokości 150 metrów ponosząc śmieć na miejscu. Głowa strzaskana, ręce i nogi połamane.
Tak więc nieprawdziwa okazała się być informacja o nienaruszonym ciele Szystowskiej – chodziło tu chyba o sformułowanie: „nienaruszone przez rozkład” zwłoki nieszczęsnej turystki... – co jest dziwne, bo od 8 do 29 lipca rozkład powinien poczynić pewne postępy. Czyli jednak kolejna zagadka Czerwonych Wierchów?...


---oooOooo---



I to byłoby na tyle tytułem tatrzańskiej części PROJEKTU TATRY. A teraz będzie o drugiej części PROJEKTU, realizowanej na terenie miasta i gminy Jordanów, a która dostarczyła materiału porównawczego do tego z Tatr i Podhala, w celu wyciągnięcia wniosków.  

sobota, 24 maja 2014

PROJEKT TATRY (10)



45


Ta straszliwa tragedia tatrzańska wstrząsnęła nie tylko tymi, którzy związani są z  górami, ale także innych mieszkańców naszego kraju. Sprawa tzw. poznańskiej piątki – ludzi w wieku 17 – 19 lat, z których czworo: Dariusz Dobiegaj, Andrzej Nowak, Jan Nowaczyk i Danuta Misiewicz ponieśli śmierć na Czerwonych Wierchach, zaś piąty uczestnik dramatu: Dariusz Szymkowiat – zaginął bez wieści, a jego zwłok nie znaleziono do dziś dnia...

15 lutego 1990 roku, cała piątka udała się na Czerwone Wierchy i zaskoczyła ich tam kurniawa, która spowodowała rozsypkę całego zespołu. Co było dalej, możemy sobie tylko zgadywać – Darek Dobiegaj zginął na Małołąckiej Przełęczy. Andrzeja Nowaka śmierć dopadła na 400 metrów przed schroniskiem na Hali Kondratowej! Cóż to za potworna ironia losu, chłopiec umierał słysząc odgłosy schroniska, ze świadomością, że ratunek jest tuż... To mi przypomina inną tragedię, która rozegrała się w latach 30. na Babiej Górze, ale o tym później. Zwłoki Danusi Misiewicz i Janka Nowaczyka znaleziono opodal szczytowej kopuły Małołączniaka.

Co było przyczyna tragedii? Niewątpliwie popełniono podstawowy i decydujący błąd – rozdzielono zespół, co w górach   z a w s z e   kończy się nieszczęściem. Członkowie grupy zdezorientowani w śniegu i wietrze kurniawy najprawdopodobniej kręcili się w kółko, aż do wyczerpania i krańcowego wychłodzenia organizmu, a w konsekwencji – do niechybnej śmierci.

OK, ale gdzie są zwłoki Darka Szymkowiata? Niektórzy przewodnicy tatrzańscy , jak np. Alfred Luther czy Adam Aksamit twierdzą, że być może znajdują się one w którejś z niemal 140 jaskiń masywu Czerwonych Wierchów, a szczególnie Małołączniaka. Być może wpadł on do jakiejś „mikro-jaskini Łataka”. Jeżeli rację ma mjr mgr Józef Michalec, mjr SG Józef T. oraz kpt. inż. SG Jerzy K. ze Strażnicy SG w Zakopanem i mjr SG Marian T. oraz por. inż. SG Grzegorz S. z GPK SG Łysa Polana, z którymi rozmawiałem na ten temat, to zwłoki Darka leżą gdzieś na piargach którejś z dolinek na północnych stokach Czerwonych Wierchów – Mułowej, Wantul czy Litworowej. Przeszukiwanie tak urozmaiconego terenu sprawia ogromne trudności, dokładnie takie, jakie istniały w przypadku Horsta Hegenbartha. Wydaje się więc, że dobrze byłoby zastosować się do sugestii Alfreda Luthera i poczekać, aż zwłoki same „objawią się” w górach...[1]

A może wszyscy się mylimy i Darek Szymkowiat żyje gdzieś na innej planecie, wśród porwanych przez ufo-pilotów ludzi z Tatr i innych zakazanych stref. Nadzieja jest słaba, bo słaba, ale istnieje tak długo, póki nie uzyskamy absolutnej pewności, że poniósł on śmierć, tzn. kiedy zostanie znalezione jego ciało.


46


Następny wypadek ze SCHEMATU B. 26 stycznia 1993 roku zaginęły w niewyjaśnionych do dziś dnia okolicznościach, dwie 18-letnie dziewczyny: Ernestyna Wieruszewska i Anna Semczuk.
Jak ustaliło policyjne dochodzenie prowadzone przez RKP Zakopane, ich ślad urywał się na zakopiańskim Dworcu PKP, gdzie widziano je krytycznego dnia, około godziny 14:00, a potem przepadły jak kamień w wodę...

Nie wiadomo do dziś dnia, czy dziewczyny poszły w góry, czy wsiadły do pociągu do Warszawy. Istniało domniemanie tego, że po wykupieniu biletów udały się na Kalatówki, a potem na Czerwone Wierchy, ale wersja ta ponoć nie potwierdziła się w toku dochodzenia. Nie znaleziono ich zwłok, ani nawet strzępka odzieży, którą miały na sobie. Jednym słowem wyglądało na to, że pod nimi rozstąpiła się ziemia... Intensywne poszukiwania prowadzone przez Wydział Operacyjno – Rozpoznawczy RKP Zakopane przy wsparciu Strażnic SG w Zakopanem, Łysej Polanie, Witowie, Jurgowie i Chochołowie oraz pomocy GPK SG Łysa Polana i Chochołów dały wynik zerowy. Także TOPR okazał się być bezsilnym...

Obydwie dziewczyny cieszyły się nienaganna opinią w szkole i miejscu zamieszkania. Nie piły, nie paliły, nie brały narkotyków, nie miały kontaktów z subkulturami młodzieżowymi – słowem dwie zakonnice – jak mówili o nich rówieśnicy. Powinny pod koniec ferii wrócić do domu i szkoły, ale tak się nie stało!...

Ten przesłodzony obrazek psuje nieco relacja obsługi jednego ze schronisk, która widziała je w towarzystwie narkomanów z Warszawy, Krakowa czy Śląska, co mogłoby sugerować, ze dziewczyny puściły się „na giganta”, lub po prostu dołączyły do którejś z sekt, które po 1989 roku powstały w naszym kraju, jak grzyby po deszczu. Taką opinię wygłosił m.in. mjr SG Marian T. z GPK Łysa Polana.

WYJAŚNIENIE ALTERNATYWNE:

Nie zgadzałem się z tym, bo jest jeszcze jedna – równie paskudna możliwość – Ernestyna Wieruszewska i Ania Semczuk zostały porwane przez członków albańskiej czy serbskiej mafii zajmującej się dostarczaniem Polek, Słowaczek, Czeszek, Ukrainek czy Rosjanek do włoskich, austriackich czy niemieckich burdeli. W ramach prowadzonego przeze mnie rozpoznania realizowanego poprzez tzw. „biały wywiad” na terenie Słowacji[2], udało mi się uzyskać informacje o rozbiciu przez tamtejszą policję serbsko – albańskiego gangu zajmującego się handlem kobietami. Niestety, mój raport w tej sprawie poszedł do kosza – bo wedle oficjalnego poglądu moich szefów – mafii w Polsce nie było i nie ma!!![3] - a był to błąd, bo należało sprawdzić także i ten trop, bowiem na Podtatrzu działał wtedy gang niejakiego Redżepa H. – Albańczyka z Cyrhli Toporowej, którego aresztowała norweska policja w 1995 roku za przemyt do tego kraju heroiny i amfetaminy. W Polsce jego sprawa wlokła się przez kilka lat, bo był on chroniony przez skorumpowana policję i urzędników wymiaru sprawiedliwości...

Po 1990 roku i rozpadzie ZSRR, w sukurs Albańczykom i Serbom (którzy mimo narodowej krwawej waśni doskonale ze sobą współpracują, kiedy chodzi o szmal) przyszli Azerowie, Czeczeni, Ingusze i inne ludy kaukaskie oraz włoska Cosa Nostra, zatem istnieje bardzo realna możliwość, że dziewczyny po prostu porwano i wywieziono z kraju przez „zieloną granicę” lub w jakimś tirze. Ale póki nie będzie na to stuprocentowych dowodów, póty sprawa ta będzie wisieć w dossier PROJEKTU TATRY, jako nierozwiązana zagadka...


47


Dzień 11 sierpnia 1994 roku zapisał się na czarno w annałach Zakopanego, polskiego lotnictwa cywilnego i TOPR. Tego właśnie dnia doszło do ponurej tragedii w Dolinie Olczyskiej, a raczej nad nią. Uległ tam katastrofie najnowszy nabytek TOPR – helikopter Sokół o znakach SP-PSE, darowany przez ówczesnego prezydenta RP Lecha Wałęsę w 1992 roku zakopiańskim ratownikom.

Katastrofa ta miała miejsce na oczach kilkunastu świadków i była nawet sfilmowana kamerą VHS. Brałem nawet udział w części śledztwa w tej sprawie. Przejrzałem kilkanaście razy ten zapis w obie strony i zdumiało mnie jedno, a mianowicie – Sokół najpierw zatrzymał się w powietrzu, a potem po 1-2 sekundach runął w dół – ku reglom Doliny Olczyskiej...
Na miejscu śmierć poniosły 4 osoby.

Dlaczego Sokół w ogóle spadł w Olczyską? Spadł, bo stracił obydwa śmigła: śmigło stabilizujące zostało skoszone przez łopaty śmigła głównego, a to spowodowało z kolei:
1.                             Skrzywienie i w konsekwencji odłamanie płatów głównego śmigła Sokoła i odcięcie wysięgnika ze śmigłem stabilizującym. Brzmi to jak masło maślane, ale tak to właśnie wyjaśnił to jeden z członków komisji śledczej!
2.                             W konsekwencji powyższego, Sokół spadł w Dolinę Olczyską, ale właśnie – nie po linii krzywej, a po prostej, jakby nie zachował momentu pędu. Przecież leciał on z prędkością co najmniej 140 km/h! Co spowodowało jej wyhamowanie do zera?!

Tego właśnie nie wiem. I nikt nie był w stanie mi tego w sposób zadowalający objaśnić! Z tego, co widziałem na video jasno wynikało, że Sokół    z d e r z y ł   się w powietrzu z jakąś niewidzialną przeszkodą, a musiała ona być wystarczająco masywna, by zatrzymać helikopter ważący co najmniej półtorej tony. Czyżby to był NNOL?...

A dlaczego nie? Skoro zawiodły tradycyjne próby wyjaśnienia tragedii Sokoła, to trzeba poszukać wyjaśnień nietradycyjnych – czyż nie? A innego wyjaśnienia – jak wskazują na to artykuły prasowe w lokalnych i centralnych gazetach, jakoś nie widać... A jak długo tego wyjaśnienia nie ma, tak długo sprawa tragedii Sokoła będzie wisieć na tapecie PROJEKTU TATRY. Istnieje bowiem...

WYJAŚNIENIE ALTERNATYWNE:

... i jest prostsze, niż wszystkie te łamańce, które podali eksperci. 11 sierpnia 1994 roku, helikopter TOPR Sokół zderzył się nad Doliną Olczyską z Niewidzialnym NOL-em. Ich obecność nad Tatrami jest udowodniona, a w moim Raporcie pisałem o tym w punktach 8, 13, 15, 16 i 98 – o czym będzie dalej. Wszak Kazimierz Bzowski sfotografował NNOL-a lecącego czy też wiszącego nad Doliną Olczyską!!!


48


15 sierpnia 1994 roku, w Tatrach Wysokich po stronie słowackiej znika bez wieści 28-letnia Litwinka z Wilna Auszra Gustaite. Nawet za bardzo nie wiadomo, gdzie ta młoda kobieta zaginęła, bo jedni mówią, że w okolicach Lodowego Szczytu, a inni mówią o Gerlachu...
Auszra Gustaite była poszukiwana przez polskie i słowackie służby ratownicze – TOPR i HS, policje i służby graniczne. Bezskutecznie. Najciekawsze jest to, że towarzyszyli jej trzej młodzi Litwini. W pewnej chwili Auszra Gustaite oddaliła się od nich i... – i to wszystko, co wiadomo. Wszelki ślad po niej zaginął.

Byłaby to ucieczka do innego kraju? Nie, to bez sensu, boż Litwa stała się wolnym i demokratycznym krajem i jej obywatele mogą podróżować po całej Europie bez wiz. Morderstwo? Być może, ale kto zatem go dokonał? Kłusownicy? Mafia? Jej koledzy?...
Porwanie? OK, ale dlaczego nikt nie zażądał za nią okupu?

Pozostają dwie możliwości:
1.                             Delikwentka wpadła do jakiejś „mikro-jaskini Łataka” i tam dokonała swego żywota, albo...
2.                             ... została uprowadzona przez Ufitów.

Nie zapominajmy, że Lodowy leży w pobliżu Doliny Jaworowej i Ganku, gdzie działy się dziwne rzeczy i dochodziło do niewyjaśnionych tragedii tatrzańskich, które znajdują się w dossier PROJEKTU TATRY jako „niewyjaśnione”.


49


W sierpniu 1995 roku, do dossier PROJEKTU TATRY załączyłem jeszcze jeden przypadek zaginięcia bez wieści 17-letniej Renaty Zielińskiej ze Staszowa, która znikła w okolicach Zakopanego w grudniu 1994 roku, o czym informacja pojawiła się w dniu 28 grudnia 1994 roku na łamach Tygodnika Podhalańskiego nr 51-52,1994. nie ma żadnego śladu, jakby dziewczyna rozpłynęła się gdzieś w górach...

---oooOooo---



Nie dziwi mnie fakt górskiej śmierci turysty, kiedy ów turysta idzie nie wyekwipowany należycie na górska wycieczkę. Sam pamiętam kilka przypadków, kiedy np. pogoniłem z Kopy Kondrackiej dwie siostry zakonne, które w cieniutkich, wiatrem podszytych habitach i trepkach wspięły się na ten szczyt w podmuchach halnego! Głupota? Oczywiście - i to ewidentna! Rozumiem, że te dwie młodziutkie zakonnice zawierzyły swe bezpieczeństwo Panu Bogu, ale osobiście uważam, że było to karygodne nadużycie Jego dobroci... A tej dobroci nadużywa multum letnich i zimowych wycieczkowiczów, którzy pakują się bezmyślnie w góry, często pod wpływem alkoholu czy innych środków odurzających, co kończy się z reguły tragicznie, jak skończyło się to dla 40-letniego W. Charytonowicza z Warszawy, który w stanie nietrzeźwym zmarł w Dolinie Białego, w lutym 1992 roku.

Jeszcze raz podkreślam, że gros opisanych w Raporcie ofiar nie była „zielonymi turystami” i mieli oni jakieś doświadczenia górskie czy nawet taternickie, ale z gór nie wrócili. Być może jest to jakiś nieznany nauce i medycynie wysokościowy efekt psychosomatyczny, rodzaj alergii na wysokość, pogodę, wysiłek i stres, którego działanie synergiczne może doprowadzić człowieka do zguby... Ale czy to wszystko wyjaśnia te wypadki? Chyba nie.


---oooOooo---





[1] Jak dotąd – wrzesień 2000 r. zwłok Darka Szymkowiata nie odnaleziono.
[2] „Białym wywiadem” nazywamy uzyskiwanie informacji przy pomocy nie-agenturalnych metod pracy operacyjnej, w oparciu o powszechnie dostępne źródła informacji: prasa, radio, TV i inne media.
[3] Ten pogląd zmienił się dopiero w 1998 roku po zabójstwie na zlecenie Komendanta Głównego Policji – gen. Marka Papały i po rozbiciu gangu pruszkowskiego w 2000 r.