wtorek, 27 maja 2014

PROJEKT TATRY (12)

5.NOL-e NAD JORDANOWEM.


Jordanów, to niewielkie miasteczko w południowej części powiatu suskiego, na południowym – zachodzie województwa małopolskiego, leżące dokładnie na 19050’E i 49039’N, na wysokości 450 m n.p.m. Miasteczko liczy sobie 20,9 km2, na której to powierzchni mieszka 4.988 mieszkańców (dane za 1998 rok). Obszar Jordanowszczyzny obejmuje gminę Jordanów i przyległą do niej gminę Bystra Podhalańska – Sidzina, razem 100,13 km2 oraz 11.113 dusz na nich żyjących.

Jordanowską część PROJEKTU TATRY realizowałem równolegle do tatrzańskiej, czego rezultatem stał się konspekt pt. UFO nad Jordanowem, w którym zawarłem 17 opisów obserwacji NOL-i nad Jordanowem i Jordanowszczyzną. Już po zamknięciu PROJEKTU doszły dalsze wypadki związane z istnieniem „korytarza NOL-i”-  przebiegającego z Krakowa poprzez Siepraw, Jordanów, Spytkowice, Orawę i dalej już przez Słowację ku Adriatykowi, co stanowiłoby potwierdzenie teorii inż. Miłosława Wilka o „kanałach NOL-i”, które przebiegają przez nasz kraj trzema głównymi „magistralami”: Adriatycką, Bałtycką i Czarnomorską. A teraz chciałbym zaprezentować kronikę jordanowskich przypadków obserwacji NOL-i:


62


W kwietniu 1980 roku, na znajdującej się na wschodnim zboczu Jawornika (Góry Ludwiki) – 653 m n.p.m. – Polanie nad Lasem doszło do Bliskiego Spotkania Drugiego Rodzaju z BOL-em. Jest to przypadek „legendarny”, jako że dowiedziałem się o nim z drugiej ręki i nie udało mi się dotrzeć do świadków.

Źródłem tej informacji jest jedna z nauczycielek Szkoły Podstawowej w Wysokiej k/Jordanowa – pani mgr W. L. wedle jej relacji, krytycznego dnia kilkoro dzieci grało w piłkę nożną we wczesne wiosenne popołudnie. Naraz, jakby z powietrza, na polanę spadła między nie świecąca czerwonym światłem kula o średnicy co najmniej 2 m. Oczywiście, na widok BOL-a  dzieci rozpierzchły się w przerażeniu, zaś UFO oddaliło się powoli w kierunku północnym, płosząc przy okazji jakąś kobietę i jej krowę.

O wydarzeniu tym dowiedziałem się w 1983 roku, kiedy to świadkowie tego CE2 już wyszli ze szkoły i rozproszyli się po świecie...

Miejscowi nauczyciele twierdzą, że słyszeli oni niejednokrotnie od dzieci o miejscach, gdzie znajdowano wypalone kręgi trawy, co tłumaczono najczęściej uderzeniami piorunów, z tym, że te miejsca znajdowały się także w depresjach terenu, a nie partiach szczytowych grzbietu Góry Ludwiki, co raczej trudno wiązać z piorunami, gdyż te ostatnie biją głównie w wyniesienia.

To CE2 nie zostało zarejestrowane, ale informacja o nim została przekazana jedynie Bronisławowi Rzepeckiemu z GB NOL Kraków.


63


Następna przygoda, najprawdopodobniej z NNOL-em przydarzyła mi się w dniu 10 lutego 1981 roku w Jordanowie. Około godziny 22. siostra zwróciła uwagę na dziwne zachowanie się telewizora. Sensorowe przełączniki naszego odbiornika marki „Unitra-T-5009”  s a m e   przełączały się, jakby błądziła po nich niewidzialna dłoń. Trwało to jakieś pół minuty, a potem pojawił się następny fenomen – wisząca pod sufitem lampa zaczęła zrazu wolniutko, a potem coraz to szybciej kołysać się. Amplituda jej wahań rosła wciąż i rosła – wydawało się, że lampa zaraz się urwie i pryśnie o ścianę. Zrobiło się straszno...
-          Co się dzieje? – bezradnie zapytało któreś z nas.
-          No nic innego, tylko UFO – zażartowała mama.

Jej słowa podziałały na mnie, jak bat na mustanga. Zerwałem się z łóżka i jak stałem, boso i w piżamie, dopadłem do drzwi wyrywając po drodze z futerału aparat fotograficzny z lampą błyskową, którą trzęsącymi się rękami montowałem na saneczkach SILUETY. Wypadłem na podwórko i spojrzałem na górę, nad dachy naszego i sąsiednich domów... I nic. Podniosłem aparat fotograficzny do oka i przejechałem celownikiem SILUETY po niebie. Nad kominami drgało ogrzane powietrze, a wyżej lodowato lśniły gwiazdy... Było cicho i pusto, żadnego NOL-a, żadnego światła czy podejrzanego ruchu w powietrzu.

Wróciłem do domu. Telewizor się uspokoił, a lampa ledwo-ledwo się kołysała. Nasze dwa psy: Prezes i Ren oraz koty zachowywały się spokojnie. Nie sygnalizowały swym zachowaniem pojawienie się kogoś czy czegoś obcego.

Co to było? Na pewno nie duchy czy poltergeist, bo zwierzęta natychmiast zareagowałyby na ich obecność. Lekki wstrząs tektoniczny też odpada, bo zwierzęta wyczułyby go natychmiast. Jedynym sensownym wytłumaczeniem jest NNOL. Jakże żałuję, że jednak nie pstryknąłem wtedy zdjęcia! A mogłem. Może cos wyszłoby na nim ciekawego czy nietypowego – bo NNOL-e można czasami złapać w kadr, jak dowiodły tego badania m.in. Kazimierza Bzowskiego. Przypadek ten jest niewyjaśnionym do dziś dnia.



64


W lutym 1985 roku dwie nauczycielki z Jordanowa, które uczyły w Szkole Podstawowej w Wysokiej koło Jordanowa, odkryły dziwne ślady na śniegu otaczającym tenże budynek.

Panie mgr W. L. i mgr L.K. przyjechały z Jordanowa autobusem PKS około godziny 07:00 i udały się do szkoły, która mieści się w odległości około 250 m od przystanku PKS. Nie dostrzegły one wtedy niczego nietypowego, bo było niemal całkiem ciemno. Dopiero po trzech godzinach zauważyły one na podwórku szkolnym ogromne – mierzące około 60 cm(!!!) ślady obutych stóp. Czy był to Yeti, Yovi, Ałmas czy Sasquatch???...

Był to głupi kawał któregoś ucznia – pierwsza myśl, jaka przyszła im do głowy. Oczywiście, to mógł być kawał, ale w jakim celu zrobiony? Było jeszcze jedno wytłumaczenie – otóż w pewnych warunkach ślady na śniegu są roztapiane przez Słońce, a w nocy zamarzają i w dzień ponownie tają. Po kilku dniach takie ślady zwiększają swą wielkość o nawet 50%!... – zacytowałem tutaj „oficjalne wyjaśnienie” fenomenu śladów Yeti, tak chętnie cytowane przez krytyków ufologii, kryptozoologii i innych uczonych półgłówków, którym nie chce się wyściubić nosa poza gabinet, a wydaje się im, że mają coś do powiedzenia – rzecz w tym, że dużo, głupio i nie na temat... Dla mnie to wyjaśnienie jest kompletnie bzdurne i bałamutne, co wiem ze swej leśnej i granicznej praktyki. Poza tym trudno jest spotkać kogoś biegającego boso po śniegu, choć historia zna takie przypadki, kiedy pewien mieszkaniec Jordanowa wracał boso z pijatyki w powiecie, bowiem ukradziono mu buty... – rzecz w tym, że to było akurat wytłumaczalne całkowicie!

Zagadka „wielkoluda z Wysokiej” czeka na wytłumaczenie – ja roboczo założyłem, że doszło tam do Lądowania NOL-a i te ślady są po prostu śladami Ufity. Czy ktoś ma lepszy pomysł? Z tego rodzaju istotą zetkniemy się jeszcze nieraz...


65


CE-0 to są Bliskie Spotkania Zerowego Rodzaju. O tym CE-0 opowiedziała mi pani W. Z. B. z Jordanowa, która przeżyła je w październiku 1985 roku, na drodze pomiędzy Wysoką a Jordanowem. Droga ta, niebezpieczna ze względu na liczne zakręty, pełna dziur i wybojów, zapomniana przez Boga i przeklęta przez kierowców – biegnie w swej głównej mierze w lesie.

Krytycznego popołudnia, już po godzinie 15:00, pani B. wracała do Jordanowa. Była lekka mgła, ale niebo na górze było bladoniebieskie, jak to bywa jesienią. Opodal wysockiego cmentarza – wtedy to była jeszcze łąka – pani B. zauważyła dwóch mężczyzn, którzy także udawali się w kierunku dworca PKP w Jordanowie, a którzy wyprzedzili ją o jakieś 30 – 50 m. Szli oni poboczem żywo rozmawiając i gestykulując, ale – co najdziwniejsze – pani B. nie słyszała ich rozmowy, która musiała być bardzo ożywiona...

Obaj mężczyźni poszli wzdłuż drogi, a pani B. ścięła zakręt schodząc w dół ścieżką wśród młodnika sosnowego. Po wyjściu z niego przeżyła lekki szok, bowiem obaj mężczyźni szli znowu około 30 m   p r z e d   nią, a nie za nią, jak się spodziewała!... To było niemożliwe!

Ale najciekawsze było to, co stało się w kilkadziesiąt sekund potem – jeden z mężczyzn wyszedł na środek drogi i zamachał ręką, jakby chciał zatrzymać jakiś samochód. Pani B. odruchowo odwróciła się i... – i to uratowało jej życie, bowiem szarżował na nią samochód dostawczy, żółtobrązowy „żuk”. Nieprawdopodobnym było to, że samochód ten poruszał się najzupełniej cicho – nie słychać było pracy silnika, trzeszczenia nadwozia, łomotania kół o wyboje... „Żuk” jak zjawa przejechał obok niej, zaś ten, który machał ręką powoli rozpłynął się w powietrzu! W ułamek sekundy drugi mężczyzna zrobił to samo – podszedł ku osi jezdni i też zdematerializował się bez śladu, zaś „żuk” obojętnie minął to miejsce i zniknął za zakrętem...

Co to właściwie było? Duchy? Upiory? Kosmici? Ten odcinek drogi znany jest z tego, że przynajmniej raz zdarza się w roku na nim wypadek ze skutkiem śmiertelnym. Mój znajomy teleradiesteta z Komańczy – pan mgr Władysław Gułycz – w 1986 roku dokonał sondażu okolicy i doszedł do wniosku, że:
... miejsce to znajduje się w okolicy bardzo silnego źródła promieniowania tzw. „zieleni ujemnej” [V- minus albo G(szarość)], która wpływa m.in. na upośledzenie postrzegania i refleksu, co pokrywa się z Twymi obserwacjami. Drugie nieco słabsze źródło promieniowania V-minus znajduje się opodal wysockiego Dworu i Szkoły Podstawowej w Wysokiej, co ma związek z zasypanymi stawami hodowlanymi karpi, które przeszkadzały władzy ludowej do tego stopnia, że na ich miejscu zrobiono bagno...

O tym, jak to było ścisłe dowiedziałem się dopiero w 1993 roku, kiedy pomagając siostrze zbierać materiały do pracy, spotkałem się z aktualnym właścicielem Dworu – Antonim Pilchem, który posiadał dokładną dokumentację dóbr poprzedniego właściciela tej posiadłości – Roberta hr. Żeleńskiego – w której to dokumentacji dokładnie pisze się o stawach rybnych „u dworu”. Władysław Gułycz odczytał to wszystko dzięki różdżce i wahadłu ze zwyczajnej mapy turystycznej Beskidu Makowskiego i mojego szkicu sytuacyjnego, przy czym nie miałem wtedy (w 1986 roku) zielonego pojęcia o istnieniu stawów rybnych wokół Dworu!

Z lektury książki Brada Steigera - Alien Meetings wiem, że Obcy posługują się psychotronicznym kamuflażem swych pojazdów, tak iż NOL-e wyglądały dla świadków jak np. samochody policyjne czy ambulanse Pogotowia Ratunkowego albo wozy strażackie czy samochody dostawcze... kto wie, czy w przypadku pani B. nie chodziło o taki właśnie kamuflaż, a dwaj faceci, to byli przebrani za ludzi Obcy? Skoro takie rzeczy miały miejsce w Ameryce, to dlaczego nie miałoby się to zdarzać także w Europie i w Polsce???... A zatem ten „żuk” nie był wcale „żukiem”, a zakamuflowanym na furgonetkę NOL-em...

Zakwalifikowałem ten incydent jako CE-0, bo nie mam stuprocentowej pewności, że ten pojazd był de facto NOL-em. Incydent ten nie doczekał się racjonalnego wyjaśnienia i dlatego dołączył do innych materiałów dossier PROJEKTU TATRY.


66


Kolejne CE2 z fenomenem NNOL zaliczyłem wraz z siostrą w nocy z 1 na 2 listopada 1988 roku na Cmentarzu Komunalnym w Jordanowie.

Tego wieczoru przyjechałem około godziny 23:30 do domu ze służby w GPK SG Łysa Polana i od razu zaproponowałem siostrze pójście na cmentarz, w celu zapalenia lampek na grobach naszych Drogich Nieobecnych. Poszliśmy, i około godziny 23:45 byliśmy na miejscu – przy grobach naszych dziadków i pradziadków leżących w południowo – wschodnim sektorze naszego cmentarza. Pogoda była typowa dla tej pory roku – wiał chłodny „orawiak” zza Babiej Góry, który poganiał grzybowate chmurki „atomówki”. Na niebie świecił Księżyc i gwiazdy. Widzialność była dobra. Temperatura wahała się pomiędzy 00 a +10C.

Zapaliliśmy świeczki i lampki – wtedy można to było robić bezkarnie, bo wiatr nie zdmuchiwał płomyków, zanim jordanowski proboszcz nie wyrąbał przycmentarnej zieleni – i stanęliśmy przy grobowcu dziadków: siostra po prawej, ja po lewej stronie. I wtedy stało się to.

Najpierw usłyszeliśmy gwizd. Wydawało mi się, że to gwiżdże ktoś stojący za siostrą, zaś z kolei jej wydawało się, że to ktoś za mną. Rozejrzeliśmy się, ale w polu widzenia nie było żywego ni martwego ducha... W chwilę potem usłyszeliśmy kolejny niezwykły efekt akustyczny – skądś dobiegał do nas – albo, jak twierdziła Wisia – skowyt potępieńców, albo – jak mi się wydawało – coś na kształt śpiewu chóru gregoriańskiego. Tym razem zdumienie odebrało nam mowę. Nie byliśmy w stanie zlokalizować źródła tego dźwięku. Trwało to kilkanaście sekund, może pół minuty, a potem...

... a potem uderzył w nas deszcz. Co mówię – to była ulewa, nawałnica deszczu! Grube krople waliły w gałęzie, liście, stiuki i marmury. Z sekundy na sekundę ulewa nasilała się. Zdjąłem kaptur i rękawiczki, wyciągnąłem przed siebie ręce i... – i nic! Spojrzałem w górę. Księżyc świecił spokojnym blaskiem, „atomówki” płynęły po nocnym niebie w jego upiornej poświacie i niczego niezwykłego w polu widzenia. Ani jedna kropla nie spadła na nas, ani na żaden przedmiot w polu widzenia w naszym otoczeniu. Spojrzałem na zegarek, było za dwie minuty północ...
-          To Oni przybywają na cmentarz – powiedziała Wisia zduszonym emocją   głosem.
-          Zabieramy się stąd, ale już – odpowiedziałem.

Byliśmy przekonani, że to dusze zmarłych zamanifestowały swą obecność idąc na północne nabożeństwo do kościoła...

Ufologia zna przypadki, kiedy NOL-e manifestują swą obecność dźwiękiem przypominającym szelest spadających kropel wody. Ten NOL, a właściwie NNOL zamanifestował swa obecność dźwiękiem – nie widzieliśmy go, pomimo starannej obserwacji  nieba i przyległego terenu.


67


Kolejny „legendarny” przypadek obserwacji NOL-a w kształcie BOL miał miejsce w styczniu 1989 roku, z tzw. Bystrzańskiego Działu, który stanowi przedłużenie ulicy Mickiewicza, a obecnie jest tam cała dzielnica willowa domów jednorodzinnych. Troje świadków: matka i dwóch synów przez około kwadrans obserwowali przelot czerwono świecącego BOL ponad doliną Skawy. Nocne Światło nadleciało od północy i poleciało na południe, w kierunku polany Nad Lasem. Obserwacja była przeprowadzona o około godziny 1 w nocy. Niestety, niewiele wiadomo o świadkach tego wydarzenia, ale z pewnych względów, o których dalej, zamieściłem je w dossier PROJEKTU TATRY.


68


Jeszcze jeden „legendarny” przypadek obserwacji Nocnego Światła w formie BOL z lutego 1989 roku. Tej nocy nad Jordanowem i okolicą szalała zadymka śnieżna. Pewien chłopiec zamieszkały przy ulicy Banacha zauważył przelatujący BOL nad doliną rzeczki Nawsie. BOL miał kolor pomarańczowo – czerwony i poruszał się wolno w kierunku Wysokiej k/Jordanowa, i tylko dlatego umieściłem go w dossier PROJEKTU TATRY. Jego dziwność i wiarygodność nie przekraczają 1, co sprowadza tą relację do rangi niesprawdzonej pogłoski...


69


Bohaterką tego wydarzenia była 94-letnia mieszkanka Jordanowa – pani Kazimiera Warzyńska, która wieczorem dnia 15 maja 1989 roku, około godziny 23:30 widziała NOL-a w formie BOL przelatującego na jordanowskim Rynkiem.


Oświadczyła ona, że BOL poruszał się po linii prostej z zachodu ku wschodowi. Jego kolor był pomarańczowy, przy czym jego powierzchnia nie była jednolita, gdzie niegdzie występowały na niej ciemniejsze plamy. BOL przeleciał nad Rynkiem w czasie około 30 sekund i znikł gdzieś za Osiedlem Wrzosy. Jego średnicę pani Warzyńska oceniła na 0,50 – zaś prędkość na około 40 – 50 km/h, a wysokość lotu na jakieś 50 m nad Rynkiem. W tym, czasie nie zaobserwowała ona żadnych efektów psychosomatycznych i elektromagnetycznych. Obserwacja wywarła na nią jednak wpływ inspirujący, bowiem zainteresowała się problematyką UFO, którym to zagadnieniem pasjonowała się aż do końca swego życia.