piątek, 16 maja 2014

PROJEKT TATRY (8)


To są wszystkie znane nam przypadki obserwacji UFO nad Tatrami i Podhalem. Oczywiście jest ich z całą pewnością jeszcze więcej, ale jak tu wielekroć podkreślałem, ludzie boją się jeszcze mówić o niezwykłych zjawiskach na niebie i na ziemi, bo w środowiskach wiejskich jest to równoznaczne z posądzeniem o zboczenie umysłowe. Cóż, trzeba jeszcze wiele pracy nad umysłami zaczadzonymi przesądami tzw. „współczesnej” nauki, która nie jest w stanie odpowiedzieć na najprostsze z zadanych tutaj pytań, a od nich już nie da się uciec... Ignorancja problemu UFO przez współczesna nauke doprowadza do takich paranoicznych wykwitów, jak np. film Santilli’ego, czy film o krojeniu EBE przez anatomopatologów z KGB... Coś takiego jest żerem dla oszołomów, a których jest dosyć po obu stronach barykady – tej ufologicznej i tej naukowej...




4. CO MAJĄ TATRY WSPÓLNEGO Z TRÓJKĄTEM BERMUDZKIM?


Pytanie głupie, ale tylko na pierwszy rzut oka, bo faktycznie – co może mieć wspólnego ze sobą obszar oceanu, na którym zmieściłoby się pół Europy z jakimiś tam średniej wielkości górkami w Europie Środkowej? A jednak ma, bo na obu tych obszarach tajemniczo giną i znikają w tajemniczych okolicznościach ludzie.

Jak sądzę, większość Czytelników miała przyjemność przeczytać znakomitą powieść australijskiej autorki Joan Lindsay pt. Piknik pod Wiszącą Skałą (Warszawa 1991) i obejrzeć zrobiony na jej podstawie film Petera Weira pod tym samym tytułem. Film ten obejrzałem po raz pierwszy w Chełmie w 1983 roku, a potem jeszcze kilka razy w kinach Świnoujścia. Temat zafascynował mnie, bo będąc chłopakiem z podstawówki czytałem pod ławką Tragedie tatrzańskie i opisane w nich wydarzenia jakoś dziwnie pasowały do tego, co ujrzałem potem na tym filmie. Pod koniec lat 90. skontaktowałem się m.in. z australijskim Polonusem – słynnym u nas ekologiem i mistykiem Piotrem Listkiewiczem – od którego dowiedziałem się, że tajemnicze zniknięcia, to nie tylko incydenty na Mt. Macedon w Nowej Południowej Walii, ale także zdarzają się w Blue Mts. w Queenslandzie. Tamtejsi Aborygeni unikają ponoć tych terenów jak ognia, a znajdujący się tam system pieczar i jaskiń, które kreują anomalie czasowe i inne, jest właściwie niezbadany przez białego człowieka... Coś podobnego pisze inny autor – Austriak Peter Krassa w swej książce pt. Biblioteka Palmowych Liści (Gdańsk 1996) – na temat austriackiej góry w Alpach Wapiennych – Mt. Utensberg koło Salzburga, gdzie w jaskiniach panują zupełnie inne stosunki przestrzenno – czasowe, niż na całej reszcie świata! I właśnie dlatego zadałem sobie pytanie: a jak jest u nas, w Tatrach i na Podtatrzu? Przeprowadziłem poszukiwania tam, gdzie zaczyna się wszelkie naukowe zamierzenia – w bibliotekach. I znalazłem to, czego spodziewałem się znaleźć.

Pisząc tą część Raportu, posiłkowałem się dwoma źródłami: antologią pt. Błękitny Krzyż i książką autorstwa Wawrzyńca „Wawy” Żuławskiego pt. Tragedie tatrzańskie, a także innymi, które wymieniam w przypisach.

Ogólnie rzecz biorąc, wypadki wpisują się w dwa schematy:

SCHEMAT A – czyli niewyjaśnione zgony w górach;

SCHEMAT B – czyli zaginięcie osoby czy grupy osób w niewyjaśnionych do końca okolicznościach. 

Pewnym podzbiorem wydarzeń w obu tych SCHEMATACH jest sytuacja, w której znaleziono zwłoki zaginionego w Tatrach dopiero po pewnym czasie i to w miejscu, w którym szukano ich wielokrotnie i to bardzo intensywnie. Podzbiór tych wydarzeń jest oznaczony hasłem Rip van Winkle, na cześć bohatera jednej z bajek Washingtona Irwinga, który usnął i obudził się po dwustu latach...

Oczywiście przypadki tego rodzaju musiały zdarzać się częściej i wcześniej – zwłaszcza pośród ludności miejscowej i poszukiwaczy z Bractwa św. Wawrzyńca, ale dopiero turystyka masowa i zorganizowana nadała temu zjawisku znaczący wymiar. Jest to wymiar do dziś dnia nie rozwiązanego problemu w oparciu o normalną (czytaj: ortodoksyjną) naukę. A wszystko zaczęło się od lata 1912 roku...


31


... kiedy to pod zerwami Wielkiej Turni w Tatrach Zachodnich, znaleziono po miesięcznych poszukiwaniach zwłoki 20-letniej studentki ze Lwowa – Aldony Szystowskiej. Ani ratownicy TOPR, ani lekarze nie mogli ustalić przyczyny śmierci. Trudno przypuszczać, że młoda kobieta zmarła, ot tak sobie – sama od siebie. Takie rzeczy się po prostu nie zdarzają. Nie znaleziono na jej ciele śladów walki czy przemocy. Zagadka nie rozwiązana od 88 lat. Pierwszy przypadek typu Rip van Winkle.


32


Tragedia w Dolinie Jaworowej. Ten niesamowity wypadek zdarzył się w dniu 3 sierpnia 1925 roku. Mały zespół rodziny Kaszniców w składzie 3 osób plus student Wasserberger schodził z Lodowej Przełęczy do Jaworzyny (Javoriny). Pogoda była bardzo zła, wiał silny wiatr i zacinał chłodny deszcz. Czworo ludzi przeszło koło Lodowych Stawków, gdzie po chwili   t r z e j   m ę ż c z y ź n i   w różnym wieku i kondycji fizycznej naraz   z a s ł a b l i .   a po chwili, zanim Maria Kasznicowa zdołała się połapać w sytuacji, z minuty na minutę   z m a r l i ! na miejscu żywa pozostała jedynie Kasznicowa, która nie potrafiła podać przyczyny śmierci swego męża, syna i towarzysza podróży... Śledztwo wdrożone przeciwko niej rychło umorzono z powodu braku dowodów.

Wysunięto kilka hipotez:
1.                          Nieszczęśnicy zostali uduszeni przez silny wiatr spadający z Lodowej Przełęczy, ale zatem dlaczego ocalała Maria Kasznicowa?
2.                          Zmarłym zaszkodził wypity uprzednio alkohol. Tak, ale koniak pił jedynie starszy Kasznica i Wasserberger. Kasznica junior powinien ocaleć...
3.                          Wszyscy ponieśli śmierć z wyczerpania, ale dlaczego tylko mężczyźni?
4.                          Zadziałał tu silny stresor wywołujący zawał serca czy udar mózgu. Obiekcja jak wyżej...

Jak dotąd, to nie znaleziono   ż a d n e g o   zadowalającego wyjaśnienia tej ponurej tajemnicy!...
Pewna propozycję rzucił znany miłośnik Tatr, poeta i artysta malarz – pan Bronisław Kłosowski z Zakopanego. Upatruje on przyczyn tragedii zespołu Kaszniców w synergicznym działaniu zmęczenia, stresu i złej pogody z lecącym w dół ciśnieniem atmosferycznym (wiał wtedy wiatr halny), co spowodowało gwałtowny skurcz naczyń krwionośnych na obwodzie i skokowy wzrost ciśnienia krwi w komorach serca, a w dalszym ciągu śmierć wskutek hipertonii... No cóż, na bezrybiu i rak też ryba – być może to jest jakieś wyjaśnienie tej ponurej zagadki – pierwszej, ale nie ostatniej tego rodzaju, bo...


33


... w kilka lat później, a dokładnie w dniu 17 kwietnia 1933 roku, w podobnych okolicznościach umiera na Galerii Gankowej słynny taternik z Poznania – Wincenty Birkennmajer. Jego śmierć była szokiem dla taternickiego światka i jest ona w dalszym ciągu tajemnicza, mimo kilku prób wyjaśnień i faktu, iż ostał się jego towarzysz od liny – Stanisław Groński.

Także w tym przypadku jego śmierci towarzyszyły podobne symptomy, jak w przypadku Kaszniców i Wasserbergera. Najpierw skrajne wyczerpanie, a potem śmierć w kilka minut. Co ciekawe – towarzysz Birkennmajera – Groński to przeżył, mimo szalejącej kurniawy, która wedle wszystkich praw logiki także jego powinna pozbawić życia, a jednak nie zabiła!...

Stanisław Groński też mógł powiedzieć o śmierci towarzysza, co Maria Kasznicowa, to znaczy nic. I jeszcze jedno – obaj wspinacze mieli halucynacje – czy były one wynikiem wyczerpania i straszliwego stresu, towarzyszącemu już nie tyle pogoni za wyczynem sportowym, ale wyścigiem ze śmiercią? Bardzo możliwe, ale... – ze względu na te tu wymienione punkty styczne z innymi wypadkami, uznałem za stosowne włączyć i ten wypadek w dossier PROJEKTU TATRY.


34


Bolesław Chwaściński w swej książce pt. Z dziejów taternictwa, Warszawa 1979, opisuje pewien epizod z czasów II wojny Światowej. Chodzi tutaj o tajemniczą śmierć dwojga kurierów Armii Krajowej: Ady Kopczyńskiej i Władysława Gosławskiego, która miała miejsce w marcu 1940 roku. A oto co pisze sam Chwaściński:

...Ada Kopczyńska i [Władysław] Gosławski wyszli z Zakopanego w marcu 1940 roku. W przeddzień Gosławski poszedł do Dzianisza po zakup koron czechosłowackich, gdzie w czasie noclegu zatruł się czadem. Mimo tego, następnego dnia poszli w góry...

Szli [oni] w grupie sześcioosobowej przez Małą Łąkę na Przełęcz pod Kopą Kondracką.[1] Po drodze, gdzieś na Małej Łące zobaczyli patrol niemiecki, zaczęli iść szybko pod górę, co ich bardzo wyczerpało. Warunki były ciężkie – kopny, świeży śnieg i zimno. Ada Kopczyńska i Gosławski zatrzymali się na Przełęczy, a reszta w rozsypce zbiegła w dół, do Doliny Rozpadliny (po stronie słowackiej). Zatrzymali się przy szałasie na Polanie pod Jaworem. Gdy Kopczyńska z Gosławskim nie nadchodzili, wrócili na górę i znaleźli martwego Gosławskiego i na pół przytomną Kopczyńską. Zaczęli ją znosić, ale kilkanaście metrów niżej zmarła.

I znowu jakże znajome symptomy! Szybkie wyczerpanie i śmierć. O ile od biedy można zgon Gosławskiego przypisać skutkom zaczadzenia, o tyle śmierć Kopczyńskiej jest zupełnie zagadkowa. Zrozumiałe jest to, że szybki marsz na Przełęcz pod Kopą Kondracką mógł ją wyczerpać, ale z drugiej strony ich szybki marsz był nieuzasadniony, bowiem patrol Grenzschutzu był na Małej Łące i musiałby on sforsować tak jak oni Przełęcz Kondracką, albo wspinać się na Kopę Kondracką by ich dopaść, co zresztą wyszłoby na jedno... Oboje, a właściwie cała szóstka musiała się orientować w sytuacji na tyle, by ocenić ją na trzeźwo i nie podejmować zgubnego dla Kopczyńskiej i Gosławskiego biegu pod górę. Czyli   m u s i a ł a   być inna przyczyna tego wściekłego biegu. Pytanie:   j a k a ?  pozostaje do dziś dnia bez odpowiedzi... Może zmykali oni przed... NOL-em sądząc, że mają do czynienia z niemieckim samolotem rozpoznawczym? Hipoteza karkołomna, ale nie taka znowu głupia, bo właśnie w rejonie Czerwonych Wierchów NOL-e niejednokrotnie się obserwowało!...



[1] W Tatrach Polskich istnieja trzy przełęcze ze słowem „Kondracki” w nazwie: Przełęcz Kondracka Wyżnia i Niżna oraz Przełęcz pod Kopą Kondracką. Autorowi chodzi o tą ostatnią, chociaż ofiary musiały – idąc z Małej Łąki – sforsować także Przełęcz Kondracką i wyjść na szczyt Kopy Kondrackiej, skąd zeszły do Przełęczy pod Kopą Kondracką na szlak kurierski w Dolinę Rozpadlisk przez Czerwony Upłaz i dalej w Dolinę Cichą.