niedziela, 29 czerwca 2014

POJEKT TATRY (30)


(pisany przez Marcina Mioduszewskiego)

O tym, że Tatry kryją w sobie wiele tajemnic chyba nie trzeba już nikogo przekonywać. Kartoteka “Projektu...” zawiera wiele niewyjaśnionych po dziś dzień przypadków, niemałą ich część zajmują zaginięcia ludzi. Niektóre z nich mogą być uznane za klasyczne wypadki w górach, czyli po prostu porażki człowieka w konfrontacji z tym niezwykle groźnym żywiołem. Inne jednak to przypadki samobójstw, być może zabójstw, incydenty typu Rip van Winkle, niewyjaśnione zgony i domniemane zniknięcia ludzi spowodowane jakąś formą ingerencji Nieznanych Obiektów Latających.

Do tej pory jednak albo udawało się rejestrować obserwacje NOL-i nad Tatrami, albo dziwne wypadki zniknięć ludzi. Nie było relacji, która bezpośrednio łączyłaby oba te wydarzenia i w dodatku była wiarygodna.

Nie było aż do listopada 2000.... Paradoksalnie przyszło mi takiej opowieści wysłuchać w Krakowie. Byłem wtedy na spotkaniu w biurze pewnej firmy. Podczas rozmowy, zupełnie przypadkowo, jej właściciel poruszył kwestię UFO i zjawisk nieznanych. Okazało się, że jego brat, Krzysztof, również zatrudniony w tej firmie, był uczestnikiem niezwykle dziwnego zdarzenia. Kilka chwil później, po raz pierwszy opowiadał mi tę historię, zupełnie nie wiedząc, że jestem członkiem MCBUFOiZA i, że zajmuję się badaniami takich właśnie fenomenów. Następnie wysłuchałem relacji drugiego świadka – Tomasza – również pracownika tej firmy. Oto co udało mi się ustalić na podstawie opowieści mężczyzn i przeprowadzonej później analizy.

Lubiący chodzić po górach Krzysztof i Tomasz (dane zastrzeżone) postanowili wybrać się na nocną wycieczkę w Tatry. 22 sierpnia 2000 około 23.30 przyjechali pociągiem z Krakowa do Zakopanego. Tuż po północy wyruszyli w góry, szli najpierw do ronda pod Krokwią w Zakopanem, tam skręcili na wschód na drogę prowadzącą na Łysą Polanę. Od czasu do czasu mijali mniejsze skupiska zabudowań, znajdujących się w między innymi na Jaszczurówce i Cyrhli. Dalej droga prowadziła już cały czas przez las. Ruch samochodów na tym odcinku drogi w nocy był znikomy. W czasie marszu obaj wyraźnie słyszeli silnik i szum zbliżającego się od tyłu pojazdu, który jak im się wydawało znajdował się około 300-400 metrów od nich. Kiedy jednak się odwracali nie widzieli nic, nawet odbijających się w oddali świateł. Po chwili sytuacja się powtórzyła. Trwało to aż do godziny 1.30-1.45, kiedy dotarli do wejścia na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego z czarnym szlakiem. Była to niewielka polana, ze szlabanem, drewnianą chatą oraz balami ściętego drzewa. Tu dwójka postanowiła odpocząć.

Około godziny 2.00 Krzysztof i Tomasz wyruszyli w kierunku Hali Gąsienicowej, szeroką, kamienistą drogą w lesie, zatrzymując się co około 30 minut dla zregenerowania sił. Obaj mieli zapalone latarki, dla bezpieczeństwa szli jeden za drugim. Oznakowanie przewidywało przejście tego odcinka w około godzinę. Dwójka szła jednak wolniej, ze względu na nocną porę. Około 3.00-3.15 doszli do skrzyżowania szlaków zwanego Psią Trawką, gdzie znowu chwilę odpoczywali. Tam Tomasz dostrzegł nad drzewami jakiś świecący obiekt w kształcie kuli, który niezwykle szybko przeleciał najpierw w jedną, potem w druga stronę. Zwrócił na to uwagę koledze, który jednak nie widział już niczego i uznał, że pewnie było to tylko przywidzenie. Po krótkim odpoczynku mężczyźni poszli dalej. Był to już ostatni odcinek do Hali Gąsienicowej, który według oznaczeń przechodzi się w 45 minut. Jednak znowu ze względu na porę i nocne zmęczenie czas ten się wydłużył. Po około 45 minutach (około 3.45-4.00) dwójka, przy niewielkim rozszerzeniu drogi, napotkała poukładane, ścięte bale drzewa. Krzysztof i Tomasz postanowili po raz kolejny odpocząć. Usiedli więc na balach, zwróceni do siebie plecami, oparci o swoje plecaki. Siedzieli tak chwilę, najwyżej dwie minuty. W pewnym momencie Krzysztof powiedział, że trzeba już iść, na co kolega odpowiedział “Już zaraz”.

Następne co pamiętają, to jak już świta, a oni z założonymi plecakami idą obok siebie w milczeniu. Dopiero po około 3 minutach otrzęśli się jakby z transu i zdali sobie sprawę, że coś jest nie w porządku. Sprawdzili czas - okazało się, że minęło 40 minut (była 4.25-4.40), a oni nie pamiętają co się z nimi działo. Doskonale znający Tatry Tomasz zupełnie stracił orientację w terenie. Wreszcie po około 20 minutach doszli do schroniska na Hali Gąsienicowej.

Dalsza część wycieczki przebiegała już bez zakłóceń, zarówno Tomek jak i jego kolega zauważyli jednak, że byli niezwykle wypoczęci i właściwie nie czuli zmęczenia (Krzysztofa przestał boleć bark). Po zorientowaniu się, że nie wiedzą, co robili przez 40 minut, byli nieco przestraszeni, czuli się niepewnie. Dalej mężczyźni udali się na Kasprowy Wierch (1985 m n.p.m.), stamtąd zaś na Czerwone Wierchy, by zejść wreszcie do Doliny Strążyskiej.

     I ta oto przedstawiałaby się ta historia. Tak dokładne ustalenie przebiegu zdarzeń było możliwe dzięki współpracy ze świadkami, niemałą pomocą dla mnie była także wizja w terenie, którą przeprowadziłem wraz ze znajomym niemal dokładnie w rok po tym incydencie, bo 31 sierpnia 2001. W praktyce oznaczało to odbycie identycznej, nocnej wyprawy w góry. Nam niestety już nie dopisała tak wspaniała pogoda jak Tomaszowi i Krzysztofowi. O ile nocna część trasy do Hali Gąsienicowej przebiegała przy dość dobrych warunkach atmosferycznych, o tyle kiedy wczesnym rankiem wyruszaliśmy na Kasprowy Wierch zaczęło padać, temperatura spadła do +6°C. Nie było też dla nas zaskoczeniem, że odcinek drogi po masywie Czerwonych Wierchów obdarował nas jeszcze gorszą pogodą. Temperatura, która spadała miejscami do +2°C, opady deszczu, wiatr i co najgorsze widoczność ograniczona do kilkunastu zaledwie metrów dały nam się tyle we znaki, że postanowiliśmy skrócić planowaną trasę, schodząc w dół z Kopy Kondrackiej (2005 m n.p.m.). Po raz kolejny góry pokazały, jak są zmienne i nieobliczalne. Kiedy kierowaliśmy się w stronę Doliny Małej Łąki oczom naszym ukazał się niezwykły widok. Podczas gdy u nas padało, było zimno i mglisto w dolinie, dosłownie na wyciagnięcie ręki, panował ciepły i słoneczny letni dzień.

     Ta 13-godzinna wyprawa w góry nie była tylko naszym prywatnym wypadem. Dzięki niej nie tylko zobaczyliśmy, jak wyglądała trasa Krzysztofa i Tomasza, ale mieliśmy także okazję na własnej skórze poczuć przynajmniej trochę tego, co czuli oni. Jak się później okazało bardzo nam się to przydało.

     Próbując wyjaśnić, co było przyczyną tego zdarzenia, które na zachodzie określa się mianem “missing time” (“zagubiony czas”), pierwszym krokiem było sprawdzenie, czy nie jest to po prostu oszustwo. Nie było to zbyt trudne. Jak już wspomniałem wcześniej, historię tę świadek opowiedział mi zupełnie nie wiedząc, że jestem członkiem MCBUFOiZA. Po co więc miałby kłamać? Późniejsze wielokrotne rozmowy z Tomaszem i Krzysztofem, przeprowadzony wywiad środowiskowy i testy psychologiczne tylko potwierdziły moje przypuszczenia – obaj byli wiarygodni, a ich podejście do tego, co przeżyli było bardzo zdystansowane i zrównoważone.

     Wobec tego zabrałem się za analizę całego zdarzenia. Daruję tu Czytelnikowi przywoływanie wszystkich danych i ustaleń z 11-stronnicowego raportu dotyczącego tego zdarzenia, skupiając się jedynie na najważniejszych aspektach sprawy.

Obaj świadkowie, w czasie, kiedy szli asfaltową drogą z Zakopanego do Brzezin wielokrotnie mieli wrażenie, iż z tyłu zbliża się do nich samochód. Kiedy jednak odwracali się, nic nie widzieli. 31 sierpnia 2001, gdy przechodziłem tą trasą ze znajomym, również w nocy, kilka razy mieliśmy takie właśnie, fałszywe wrażenie. Podobnie jak świadkowie, wydawało nam się, że słyszymy odgłos silnika. Niewykluczone, że był to jakiś efekt akustyczny – odbicie fal dźwiękowych samochodu jadącego gdzieś w oddali, w dole (droga wznosi się ku górze), szumu pochodzącego z położonego poniżej Zakopanego, drzew itp. Bardzo istotny jest tutaj fakt, że ani razu nie mieliśmy tego wrażenia jednocześnie. W świetle tego wykluczyć można z pewną dozą prawdopodobieństwa, że to co spotkało dwójkę było jakimś subiektywnym odczuciem. Czy to, co słyszeli świadkowie na drodze, było tylko jakimś “naturalnym” dźwiękiem, czy miało coś wspólnego z późniejszymi wydarzeniami – na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć się nie da. Warto jednak odnotować fakt zaistnienia tego zjawiska i to, że było ono odbierane jednocześnie przez dwie osoby.

Kolejnym istotnym elementem sprawy jest relacja Tomasza, który twierdzi, że na Psiej Trawce (między godziną 3.00 a 3.20) widział przelatujący niezwykle szybko, gdzieś nad drzewami, obiekt. Świadek nie potrafi określić nawet przybliżonej jego odległości, wysokości ani wielkości, gdyż, jak mówi trwało to zaledwie ułamek sekundy. Zdążył zauważyć tylko, że była to świecąca na biało kula. Właściwie zjawisko to można by uznać za jakieś złudzenie, na przykład spowodowane zmianą natężenia oświetlenia przy patrzeniu na włączoną latarkę, a potem na ciemne otoczenie, gdyby nie to, że Tomasz  po chwili po raz drugi zobaczył taki sam obiekt. Świadek jest tutaj pewien, że obiekt ten przelatywał w przeciwnym niż poprzednio kierunku.

Najbardziej zagadkowym zdarzeniem w całej tej historii jest jednak oczywiście “utrata czasu”. Świadkowie, siedzieli około 2 minut na balach ściętego drzewa, wymienili ze sobą jeszcze uwagę, że czas iść dalej i następne, co pamiętają, to kiedy maszerują ramię w ramię, 40 minut później. Należy sobie zadać pytanie, co mogło być przyczyną tego, że oboje nie pamiętają absolutnie nic z tego co działo się pomiędzy 3.45-4.00 a 4.25-4.40?

Można oczywiście uznać, że Tomasz i Krzysztof po prostu zasnęli na chwilę, zwłaszcza, że było to w nocy, a oni byli zmęczeni marszem. Hipoteza ta jednak upada w konfrontacji z faktami. Skoro zasnęli, to jak wytłumaczyć, że świadomość odzyskali jednocześnie, dopiero podczas marszu? To niemożliwe, żeby podczas drzemki wstali, założyli plecaki, wyruszyli w drogę i szli przez jakiś czas obok siebie. Dodatkowo, oboje zaznaczają, że przez około 3 minuty poruszali się, jakby zahipnotyzowani - już świadomi, lecz jeszcze jakby w transie. Dopiero później całkowicie “oprzytomnieli”. Oczywiście nie wiadomo, czy przez te 40 minut znajdowali się na balach, czy też gdzieś indziej.

Można również zastanawiać się, czy nie był to efekt jakiejś chwilowej utraty pamięci, ale znowu pojawia się tutaj kwestia, że przydarzyło się to w tym samym czasie dwóm osobom. W świetle dostępnych informacji zdecydowanie uznaję to za niemożliwe do wyjaśnienia w kategoriach zjawisk i procesów naturalnych. Jest niemal całkowicie pewne, że mamy tu do czynienia z jakimś nieznanym czynnikiem, który był przyczyną także kilku innych dziwnych zdarzeń.

Krzysztof i Tomasz w swojej relacji podają, że świadomość odzyskali w czasie marszu, gdzieś za miejscem odpoczynku. Oznacza to, że albo przeszli nieświadomie ten odcinek, albo coś “przeniosło ich” w przestrzeni. Ma to ścisły związek z utratą czasu, dlatego nie wchodzą tu w grę żadne naturalne czynniki. Warto zwrócić jeszcze raz uwagę, na rozkład drogi i czasu od momentu odpoczynku:

·         3:00 – 3:20 – postój na Psiej Trawce
·         3:45 – 4:00 – odpoczynek na balach drzewa, “strata” 40 minut czasu
·         4:25 – 4:40 – odzyskanie świadomości podczas marszu
·         4:45 – 5:00 – przybycie na Halę Gąsienicową do schroniska

Droga od Psiej Trawki przewidziana jest przez oznakowanie na 45 minut, jednak w praktyce, w nocy trudno jest przejść ją w tym czasie, co sami sprawdziliśmy (mieliśmy około 15 minut spóźnienia, czas marszu wyniósł około godziny). Jeśli nie liczyć straty 40 minut, idąca nieco wolniej od nas i zatrzymująca się na tym odcinku dwójka powinna dotrzeć na Halę Gąsienicową po czasie od 45 minut do 1 godziny 20 minut. Do zdarzenia doszło zatem około 2,6 km od Psiej Trawki. Ustalenie miejsca incydentu nastręczało pewne trudności, gdyż nie była to żadna polana, a jedynie miejsce, gdzie wtedy składowano drewno. Świadkowie wspominają, że odzyskali świadomość kilka kilometrów za miejscem postoju na balach, zaznaczając jednocześnie, że było to około 20 minut od Hali Gąsienicowej. Jest tu taj pewna sprzeczność, ponieważ od miejsca, w którym odpoczywali było zaledwie około 1,5 km do schroniska (co dokładnie zgadza się z tempem ich marszu i podawanym przez nich czasem przybycia na Halę). Wydaje się więc, że świadkowie popełnili tu błąd, gdyż mogli odzyskać świadomość, kilkadziesiąt, co najwyżej 100 - 150 metrów za balami.

Pamiętamy także, że Tomasz wspomina o utracie orientacji po odzyskaniu świadomości. Jakkolwiek dziwne się to wydaje, nie jest to dla mnie niczym niezwykłym. Podczas wizji terenowej skracaliśmy podane na oznaczeniach czasy przejścia średnio o około 20 minut, co najwyżej dochodziliśmy na czas. Przewidziany na 45 minut odcinek Psia Trawka – Hala Gąsienicowa pokonaliśmy jednak w godzinę, co podczas marszu wywołało u nas niemałą dezorientację. Wiedzieliśmy, że idziemy szybko i już powinniśmy być w schronisku, tymczasem wciąż byliśmy w lesie. Dodatkowym czynnikiem zaburzającym orientację była oczywiście noc oraz całkowity brak punktów odniesienia na tym odcinku. Dlatego właśnie nie sądzę, aby dezorientacja Tomasza miała bezpośredni związek ze zdarzeniem. Według mnie była jedynie jego uboczną konsekwencją.

Tak więc podsumowując, wczesnym rankiem 23 sierpnia 2000 pomiędzy godziną 3.45-4.00 a 4.25- 4.40, w odległości około 2,6 km na południe od Psiej Trawki w Tatrach, doszło do zdarzenia typu “missing time”, w którym dwie osoby straciły 40 minut. Obecny stan wiedzy na temat incydentu nie pozwala na wyjaśnienie, co działo się z mężczyznami w tym czasie. Zaproponowałem, aby incydent ten zaklasyfikować jako zdarzenie “missing time” z bardzo możliwym CE-4 i obserwacją NOL-a typu NL. Jest bowiem wielce prawdopodobne, że chodzi tu o klasyczne zdarzenie nazywane “wzięciem”, co wydaje się potwierdzać obecność BOL-a obserwowanego przez jednego ze świadków.

Opisana powyżej historia to typowy przykład, powszechnie znanego i pojawiającego się na świecie, fenomenu “utraty czasu”. Zjawisko to nie zostało do tej pory w żaden sposób wyjaśnione. Jakkolwiek różne mogą być jego przyczyny, niezwykle często ma ono związek z obserwacjami NOL-i i bliskimi spotkaniami. Również w Polsce notowano wiele takich przypadków. W większości, w takich incydentach, potwierdzone jest niezbicie spotkanie z NOL-em i jego związek ze zdarzeniem. Wydarzenie z 23 sierpnia 2000 roku nie daje nam tej pewności, aczkolwiek wskazuje w dużym stopniu na możliwość ingerencji NOLa i jego powiązanie ze zniknięciem mężczyzn. Nie ośmielę się jednak stwierdzić z całą pewnością, że było to uprowadzenie na pokład NOL-a przez nieznane istoty. O tym świadkowie nic nie wspominają. Mogli być wtedy nieświadomi, może po prostu wymazano im to z pamięci... Może, ale to pozostanie tajemnicą...


Jedno jest pewne – góry jeszcze raz pokazały, że kryją w sobie niejedną zagadkę.


KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

piątek, 27 czerwca 2014

PROJEKT TATRY (29)

APPENDYKS I



W południowo zachodnim kącie województwa małopolskiego, na samej krawędzi powiatu Nowy Targ znajduje się dziwna i tajemnicza kraina zwana Orawą. Od zachodu przylega ona do granicy ze Słowacją, od północy oddzielona jest od reszty kraju potężnym murem Pasma Babiogórskiego Beskidu Wysokiego, od wschodu góry Pasma Podhalańskiego Beskidu, a od południa świerkowe bory i mokradła torfowe - unikat w skali Europy! Orawa wabi swym pięknem i jeszcze w miarę czystym środowiskiem.

Po raz pierwszy ujrzałem Orawę w zimie 1968 roku, kiedy to pojechałem tam kuligiem zorganizowanym przez Dom Wczasów Dziecięcych w Sidzinie. Po ukończeniu Technikum Leśnego w Brynku zostałem skierowany do pracy przez Nadleśnictwo Nowy Targ do Podwilka na Orawie, gdzie pracowałem w obwodzie Lasów Niepaństwowych w Bukowinie-Podszklu, Harkabuzie i Podwilku od kwietnia do września 1975 roku, dzięki czemu poznałem nieźle ten teren. Teraz od czasu do czasu jadąc na spotkania z moimi słowackimi i węgierskimi przyjaciółmi przejeżdżam drogą nr 7 (E-77) przez Orawę od przełęczy Beskid do przejścia granicznego GPK SG Chyżne, gdzie przekraczam granicę. Od czasu do czasu jeżdżę z Jordanowa do Jabłonki via Bystra Podhalańska - Sidzina - Zubrzyca Dolna czy nawet do Zakopanego, kiedy zapchana jest sławetna „zakopianka”...

O obserwacjach UFO nad Orawa dowiedzieliśmy się stosunkowo niedawno, bo w kwietniu 2000 roku, kiedy to otrzymaliśmy pierwszy sygnał od stałego współpracownika MCBUFOiZA mgr Romana Cioka o zaobserwowaniu dziwnych, krążących świateł nad Orawą. Następnego dnia, nasza ekipa w składzie: moja żona Anna Leśniakiewicz i ja, udała się w teren, by zbadać sytuację. Przejechaliśmy się do Jabłonki, Zubrzycy Dolnej, Lipnicy Małej i Chyżnego po to, by stwierdzić, że domniemanym UFO okazały się plamy światła z urządzenia „Sky Rose” zamontowanego na dachu stacji benzynowej po słowackiej stronie granicy - w Trstenie... Niby fałszywy alarm, ale to był sprawdzian gotowości do działania na konkretny sygnał.

Drugi fałszywy alarm miał miejsce jesienią 2000 roku, kiedy to uruchomiono przekaźnik telefonii komórkowej opodal Hali Krupowej - pod szczytem Okrąglicy - 1.239 m n.p.m. a którego ostrzegawcze światło koloru czerwonego sprawiało niesamowite wrażenie dla patrzącego nań z dołu obserwatora i wyglądało rzeczywiście jak jakiś BOL we mgle...

2 lutego 2001 roku, pojechałem do Zubrzycy Górnej wraz z moją siostrą Wiktorią Leśniakiewicz, by zwiedzić słynny Skansen - Muzeum Ziemi Orawskiej umieszczone na miejscy Dworku Moniaków. I tutaj czekała nas miła niespodzianka - zwiedzając galerię obrazów miejscowego artysty-malarza Stanisława W. ujrzeliśmy malarskie wizje niezwykłych zjawisk kosmicznych, atmosferycznych i ... UFO. Te obrazy malowane olejem na 3-milimetrowym szkle sprawiają niesamowite wrażenie. Jest w nich religia i erotyka, egzotyka i ezoteryka, trochę z surrealistycznych płócien Salvatora Dali i  Juana Miro, trochę z grafik Marca Chagalla i pięknych w swej naiwności wizji Nikifora Krynickiego... Jest Ojciec Święty pod Krzyżem i są zbójnicy z frajerkami; jest galeria Świętych pańskich z wyszczególnieniem kto jest od czego i czyim jest patronem, i są pejzaże surrealistyczne wkomponowane w ramy okienne, i grajkowie, i tancerze... A to wszystko w łagodnych, pastelowych - jakby akwarelowych kolorach, i aż się wierzyć nie chce, że to olej na szkle! Pan W. wierzy w istnienie UFO i - jak twierdzi - w młodości widział coś, co mu to UFO przypominało. Ale nie był do końca pewnym, natomiast spotkaliśmy się z mgr Cioka, który opowiedział nam o swoich obserwacjach niezwykłych zjawisk.

To wydarzyło się w lecie - najprawdopodobniej w lipcu 1979 roku. Mgr Ciok pomiędzy godziną 22:00 a 23:00 wyszedł przed swój dom w Orawce i nad jedną z gór na zachodzie stwierdził obecność jakiegoś dziwnego prostokątnego obiektu, który świecił na jasno-granatowym już niebie łagodnym, żółtym światłem. Obiekt ten wisiał całkiem nieruchomo i po jakichś 5-7 sekundach znikł, jakby zgasł. Niemal w tej samej chwili, nad Orawskim Jeziorem Zaporowym zapalił się drugi obiekt, tyle że był on w kształcie kręgu o średnicy porównywalnej z tarczą Księżyca w pełni. Nocne Światło było biało-żółte i bardzo jasne, oświetlało dokładnie wody jeziora, a zatem znajdowało się nad Słowacją. Świadek wpadł do domu wołając żonę, by wyszła. Po chwili oboje wybiegli na dwór, ale już wszystko się skończyło. Po obiekcie nie zostało nawet śladu na niebie i ziemi. Całość zjawiska trwała około pół minuty.

Drugie spotkanie z Nieznanym pan Ciok zaliczył jesienią 1996 roku, w Zubrzycy Górnej. Pewnego wrześniowego ranka, świadek znalazł na mostku nad potokiem kupkę biało-szarej galarety, stosunkowo twardej i nie wydzielającej żadnego zapachu. Pobrana próbkę zbadał miejscowy nauczyciel chemii, ale nie był w stanie podać, z czego ta galareta się składała - stwierdził on jedynie, że była to jakaś substancja nieorganiczna. Galareta ta nie wchodziła w żadne reakcje i nie rozkładała się. Zabrała ją dopiero woda z wiosennych roztopów. Drugi kopczyk tej samej galarety - wedle słów świadka - wpadł w wysokie zarośla i tam po pewnym czasie znikł, jakby wsiąkł w glebę. Nie było żadnych efektów ubocznych, bo zarośla stoją jak stały i nie stwierdzono jakiegoś szkodliwego oddziaływania na rośliny. Mgr Ciok zrobił zdjęcie galarecie, ale nie pobrał próbek, bowiem - jak powiedział - obawiał się jej toksycznego działania... Nie dziwię mu się, bo sam zachowałbym jak najdalej idącą ostrożność...

Kiedy się o tym dowiedziałem, to od razu złapałem za komórkę i rozesłałem SMS-y do wszystkich znajomych ufologów. Czytałem w pracach Lucjana Znicza-Sawickiego o tym, ze takie „puce” galarety spadały od czasu do czasu w Wielkiej Brytanii i USA. Red. Stanisław Barski dodał do tego jeszcze opady galarety w Brazylii. O galarecie w Ameryce powiedział mi także red. Robert Bernatowicz. Najciekawszą informację przysłał mi Arek Miazga z MCBUFOiZA o/Ropczyce, który zarejestrował na terenie Podkarpacia aż dwa przypadki znalezienia jakichś galaretowatych pozostałości na drzewach i glebie po lądowaniach Nieznanych Obiektów Latających... Najdziwniejsza relacja nadeszła z Australii, gdzie w ogrodzie Piotra Listkiewicza znalazł on coś, co przypominało galaretowaty cielęcy móżdżek. Ów „móżdżek” powoli rozłożył się zatruwając miejsce, gdzie leżał na 2 lata, co w warunkach bujnej australijskiej przyrody jest fenomenem, jako że na zabliźnienie ran zadanych szacie roślinnej potrzeba zazwyczaj 2-3 tygodni... Rzecz ciekawa - tego „czegoś” panicznie bał się jego pies. Czyżby wyczuwał poza-ziemskość tego „czegoś”?...  Ze swej strony przypomniało mi się znalezienie przeze mnie na wschodnim stoku góry Ciosek w okolicach Jordanowa, całego pniaka świerka pokrytego kilkoma kilogramami kleistego, przeźroczystego śluzu, który opalizował niebiesko-fioletowo. Jednakże nie wiążę tego z obecnością UFO, a z występowaniem grzybów śluzowców, które nadzwyczaj obrodziły w ów deszczowy i ciepły lipiec 1997 roku... W przypadku galarety z Podkarpacia i Orawy chodzi dokładnie o to samo - galareta przypomina krochmal i jest stosunkowo twarda, nierozpuszczalna.

Co to było? Może był to jakiś produkt uboczny ufozjawiska w rodzaju np. naszych smarów czy paliwa? Najdalej posunęły się moja żona i siostra, które stwierdziły, że mogły to po prostu być...  odchody Ufitów! Wisia to uzasadniła całkiem prosto: skoro Ufici, którzy porwali w Emilcinie Jana Wolskiego jedli jakieś przeźroczyste, ciągliwe, ciasto, które rwało się i bezgłośnie łamało jak właśnie galareta, to po przeróbce chemicznej w żołądkach Ufitów jego pozostałością mogły być takie twardawe, koloidalne ekskrementy... Nie wiem dlaczego, ale ciągle większości ufologów i szerokiej publiczności się wydaje, że Oni są Bogami tej planety. Nic podobnego! - kulą w płot! Jeżeli są to istoty żywe, to chcąc czy nie - muszą jeść - by uzupełnić energię. A to oznacza także, że muszą wydalać substancje zużyte czy toksyczne ze swych organizmów. I co najciekawsze - zjawisko to jest znane już starożytnym Druidom, bo nazwano je w językach celtyckim i gaelickim „pwdre ser” - gwiezdne odchody... Wniosek jest oczywisty: Ich organizmy są podobne do naszych i funkcjonują w oparciu o podobne zasady. Drugi wniosek narzuca się automatycznie - Oni wcale nie muszą być Kosmitami w potocznym tego słowa znaczeniu - Oni mogą pochodzić z Ziemi sprzed 30.000 lat lub za 30.000 lat. Czas jest pojęciem względnym, jak pouczał nas prof. Albert Einstein, ergo podróże w czasie są możliwe, co wynika z Ogólnej i Szczególnej Teorii Względności. Punctum.

Kolejny przypadek incydentu z UFO miał miejsce 13 sierpnia 1995 roku. Tego dnia wraz z żoną udałem się na wypad w Beskid Wysoki - z Jordanowa via Sidzina i Psia Dolina na Halę Krupową, i z powrotem górami do Bystrej Podhalańskiej za czerwonymi znakami Głównego Szlaku Beskidzkiego. Na Hali Krupowej byliśmy około 06:30. Widok był piękny, południowy horyzont zamykał postrzępiony mur Tatr. Zrobiłem kilka zdjęć - w tym jedno w kierunku południowym. Po wywołaniu okazało się, że nad lasem widocznym po lewej stronie kadru wisi jakiś ciemny obiekt... Nie jest to ani ptak, ani samolot, czy inny latawiec. Czyli normalne UFO lub... skaza na negatywie. Niestety, ten ostatni już gdzieś wyrzuciłem i teraz już się nie da go zbadać... Zakładam, że było to UFO. Proszę nie zapominać, że to właśnie w odległości piętnastu minut marszu znajduje się miejsce katastrofy samolotu pasażerskiego AN-24, oznaczonego SP-LTF, z lotu nr LO-165, który w niewyjaśnionych do dziś dnia okolicznościach rozbił się na północnym stoku Policy, późnym popołudniem dnia 2 kwietnia 1969 roku...

Następne dziwne wydarzenie miało miejsce latem 1989 lub1990 roku. Wspomniany już tutaj artysta-malarz Stanisław W. znalazł niedaleko miejscowości Podwilk kręgi trawiaste - takie jak w Japonii, co opisywał w naszym Nieznanym Świecie i Czasie UFO japoński ufolog dr Kiyoshi AmamiyaAnia i ja popełniliśmy swego czasu na ten temat artykuły do Czasu UFO i Echa Jordanowa. Okazało się, że w Podwilku, pomiędzy Madejową Górą a Beskidami, we wklęsłości terenu znajdowały się nie jeden, ale trzy kręgi trawiaste ustawione w trójkąt równoboczny. Niestety, mgr W. nie miał ze sobą aparatu fotograficznego, by to uwiecznić, zresztą wtedy nawet nie zdawał sobie zbytnio sprawy z niezwykłości zjawiska, na które patrzył... Ciekawym jest to, że podobny krąg widziała mieszkanka Jordanowa - pani Krystyna B. mniej więcej w tym samym czasie na wschodnim stoku Hyćkowej Góry pomiędzy Jordanowem, Sidziną i Toporzyskiem.[1]

Innego rodzaju ślady Lądowania znaleźliśmy z Anią i red. Bronisławem Rzepeckim na miejscu spektakularnego CE2 na Górze Golgota w Spytkowicach. Były to 3 kręgi świeżej trawy i trójkąt równoboczny, zwrócony ostrym kątem ku północy. I tutaj wszystko wskazywało na to, że miało tutaj miejsce przesunięcie czasowe o co najmniej 5-6 miesięcy w przeszłość lub przyszłość. A tak, bo to CE2 miało miejsce w grudniu 1995 roku, a kiedy przybyliśmy tam 21 kwietnia 1996 roku, to na szarawej zeszłorocznej trawie widać było jeszcze zwarzone mrozami (a te w styczniu 1996 roku sięgały do -330C) ciemnozielone źdźbła trawy, która musiała wyrosnąć w czasie tego CE! Potem zwarzyły je mrozy. Ślady tego właśnie zjawiska znalazła nasza ekipa.

Podobne ślady znajdowano także w przypadkach CE w okolicy wsi Wysoka k./Jordanowa. Zresztą w wielu przypadkach obserwacje UFO nad Jordanowem miały swój początek lub koniec właśnie w kierunku Orawy - a dokładniej - głównego szczytu Babiej Góry - Diablaka! I nie dziwota, bo tam właśnie miał znajdować się otwór wejściowy do podziemi planetarnych, które polski ufolog działający na Nowej Zelandii - prof. dr inż. Jan Pająk opisał w swych pracach. Wejście do Agharty ma znajdować się po słowackiej stronie Babiej, na wysokości ⅔ wysokości względnej góry, czyli gdzieś pomiędzy warstwicami 1.550 - 1.650 m n.p.m. Jak dotąd, nikt nie znalazł tego wejścia, ale możliwe, że zostało ono zawalone przez radzieckich żołnierzy ze SPECNAZU GRU czy OSNAZU NKGB, którzy po wojnie czegoś intensywnie szukali w rejonie Babiej Góry, w 1946 roku. Być może właśnie wejścia do Agharty... Teren ten mógł interesować funkcjonariuszy NKGB, GRU a nade wszystko GKNIIR[2], którzy wiedzieli, że na Krowiarkach w 1943 roku odbywały się próby z super-działem V-3, z którego strzelano w odległy o 50 km masyw Tatr... Tunel w stoku Babiej Góry znajdował się także w zainteresowaniu innej sowieckiej tajnej służby - SMIERSZ[3] - której chodziło o zamknięcie drogi hitlerowskim zbrodniarzom wojennym i potencjalnym szpiegom z Zachodu. Jak widzimy, władze radzieckie miały wielki interes w tym, by nie dopuścić ludzi do Tunelu o Szklistych Ścianach w stoku Diablaka!

Jak widać, dzięki współpracy wielu ludzi z terenu Orawy i spoza niego, zapełniają się ostatnie białe plamy na ufologicznej mapie Polski, z których jedną była właśnie Orawa. Mam nadzieję, że ten materiał zainteresuje także kolegów ze Słowacji, bowiem dotyczy on także i terenu Orawy słowackiej. O ile dobrze pamiętam, to krótko po wojnie na tym terenie zarejestrowano jedną z pierwszych obserwacji UFO w kształcie klasycznego latającego dysku, co później dało nam podstawę do przypuszczeń, że był to prototyp niemieckiego dyskoplanu „Vril” czy „Haunebu” - jednym słowem V-7, którego lądowisko mogło znajdować się w okolicach polskiej wsi Grzechynia.[4] No, ale to już inna historia i temat na inną balladę...






[1] Dokładny raport w tej sprawie znajduje się w Internecie na stronie www.ufo-centrum.prv.pl.
[2] Gławnyj Komitiet Naucznoj I Issliedowatielnoj Rozwietki - radziecki wywiad naukowo-techniczny  - wspólna dla KGB i GRU organizacja wywiadowcza zajmująca się wywiadem naukowo-technicznym, koordynująca pracę operacyjną obu tych instytucji w tym zakresie.
[3] Skrót od SMIERt’ SZpionom! - Sekcja Kontrwywiadu NKGB ds. Szpiegostwa i Zbrodni Hitlerowskich - późniejsza II Dyrekcja Generalna KGB (Kontrwywiad).
[4] Zob. Miloš Jesenský & Robert K. Leśniakiewicz - WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie w Trzeciej Rzeszy, Ústi nad Labem, 1998. 

środa, 25 czerwca 2014

PROJEKT TATRY (28)

APPENDYKS H (Pisany wraz z Wiktorią Leśniakiewicz)


Wszyscy lubimy się bać.

Strach jest najgroźniejszym, kiedy ma ludzkie oblicze. Dlatego tak boimy się wszelkich wilkołaków, strzyg i wampirów. Dlatego właśnie, że lubimy ten dreszczyk emocji, tak bardzo lubimy słuchać niezwykłych opowieści naszych rodziców i dziadków oraz innych starszych krewnych, szczególnie w długie zimowe wieczory, kiedy za oknami noc i jej niezwykłe stwory, a my w ciepłym i jasnym domu czujemy się tak bezpiecznie.

Lubimy opowiadania o niezwykłych i tragicznych wydarzeniach, o duchach, diabłach i upiorach. Dziś, w XXI wieku, do tego tradycyjnego korowodu straszydeł doszli krwiożerczy Kosmici i katastrofy technologiczne.

A co można powiedzieć o zaginięciu osób, które udały się na wypoczynową (od słowa „wypoczyn” zamiast weekend) czyli sobotnio-niedzielną wycieczkę w góry i znikły bez śladu? I to dzisiaj, kiedy niemal każdy turysta ma telefon komórkowy, nadajnik CB czy nawet przenośne urządzenia GPS? Co można powiedzieć o incydentach, jakby żywcem przeniesionych z książki Joan Lindsay i opartego na jej bazie filmu Petera Weira pt. Piknik pod Wiszącą Skałą, których do dziś dnia jeszcze nikt nie rozwiązał, ani nawet nie podał jakiejkolwiek brzmiącej sensownie hipotezy?

Fenomen Pikniku... doczekał się kilku szalonych hipotez (skoro nie ma hipotez sensownych, potrzebne są szalone - sic!) - które to hipotezy objaśniają go częściowo, ale wcale nie całościowo!

W pracy pt. PROJEKT TATRY Robert przedstawił dwie z nich: hipoteza „zabłądzenia” i „mikroszczelin Łataka” - od nazwiska inż. Jerzego Łataka z Zakopanego, który ją wymyślił. Zainteresowanych odsyłamy na stronę internetową Małopolskiego Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych - http://www.ufo-centrum.prv.pl  - gdzie praca ta jest dostępna, zaś jej odpis znajduje się w naszej Miejskiej Bibliotece Publicznej.

Hipoteza „zabłądzenia” jest jasna i oczywista. Delikwent wpada w obszar mgły czy niepogody, albo w nieznany mu teren i traci orientację z wiadomym skutkiem: przepada w jakimś zakamarku skalnym lub w lesie. Poszukiwania trwają czas jakiś, a potem uznaje się go za zaginionego. Czasami udaje się po latach odnaleźć szkielet i resztki ekwipunku, po których delikwenta da się zidentyfikować... - ale czasami nie udaje się znaleźć nikogo, co właśnie określamy mianem fenomenu Pikniku... Hipoteza ta nie wyjaśnia, co się dzieje z delikwentem po zabłądzeniu.

Najgorsza w górskim terenie jest dezorientacja. Poza naturalnymi czynnikami dezorientującymi człowieka w terenie, jakimi są warunki ograniczonej widzialności: noc, mgła, zadymienie, silne opady atmosferyczne, itd. itp. - nieznajomość terenu, nieumiejętność czytania mapy - jest jeszcze coś innego, o czym poniżej. Jest to dezorientacja wynikająca z jeszcze czegoś innego - rzeklibyśmy - nienaturalna. Nie chodzi tutaj o skumulowanie się w/w czynników, ale o coś działającego na psychikę człowieka bardziej destruktywnie, niż stres.

I zapomnielibyśmy o wszystkim, gdyby nie opowieść naszego ojca, Adama Leśniakiewicza, który w dzień św. Marcina - czyli 7 grudnia 1964 roku - udał się do naszego lasu po choinki. Nasz las znajduje się na północnych stokach góry zwanej Kamionką - 562 m n.p.m. i ojciec tam właśnie skierował się tamtego dnia. Potem udał się na szczyt Przykca - 741 m n.p.m., chcąc wrócić do domu, ale... ku swemu niebotycznemu zdumieniu stwierdził, że: Las wyglądał jakoś dziwnie!... w pewnej chwili poczuł, że robi mu się jakoś dziwnie słabo - chociaż zawsze dobrze znosił wysokość i forsowne marsze po górach. Stwierdził też, że nie jest w stanie wrócić do domu, zgubił się - choć znał on jordanowskie lasy jak własną kieszeń! Posiedział, odpoczął i zdając się na ślepy traf poszedł prosto jak strzelił przed siebie. Miał szczęście - po pewnym czasie wszedł na dróżkę i idąc za nią doszedł do przysiółka Przykice, a potem do domu w Jordanowie. Już siedząc w cieple przypomniał sobie stary ludowy przesąd mówiący, że: W dzień świętego Marcina nie wolno wchodzić do lasu! Czyżby miał on okazję zapoznać się w praktyce z tego zabobonu (?!) szkodliwym działaniem???... NB, ze św. Marcinem wiąże się jeszcze jeden przesąd, a raczej przepowiednia pogodowa głosząca, że Święty Marcin przyjeżdża na białym koniu - tzn. tego dnia spada pierwszy śnieg. Tak było niemal do końca lat 60., na św. Marcina czyli w dniu 11 listopada zazwyczaj padał pierwszy śnieg - potem mechanizm działania pogody w Beskidach rozregulowały początki efektu szklarniowego.

Przykiec pokazał także swe oblicze naszemu pradziadkowi Antoniemu Bocheńskiemu, który był „wodzony” przez odgłosy gwizdania, klaskania, śmiechy, itd. itp., wokół szczytowej kopuły tej góry.

Robert też miał swoją przygodę z Przykcem, kiedy to 3 maja 1997 roku wybrał się z żoną i córką szwagierki na jego szczyt. Trasa ich wypadu wiodła przez Mąkacz, szczyt Kamionki, wzgórze 647i przełączkę pomiędzy nim a Przykcem. Przebyli ją w dwie godziny i po popasie na szczycie postanowili wrócić tą samą drogą do Jordanowa. Zgubili się w odległości około ćwierci kilometra od kopuły szczytowej Przykca...  Po dłuższym błądzeniu udało się im dotrzeć do niebieskiego szlaku turystycznego nr 322 z Jordanowa do Kalwarii Zebrzydowskiej[1], którym powrócili do domu. NB, byli oni przekonani, że idą na południe, tymczasem szli dokładnie na wschód, a to, co brali za szczyt 647 - naprawdę było szczytem Łysej Góry - 642 m n.p.m. Dlaczego zboczyli z kursu o 900 w lewo - pozostaje nadal zagadką...

Wysunęliśmy przypuszczenie, że czynnikiem dezorientującym ludzi może być silne promieniowanie geopatyczne licznych na tym wodonośnym terenie żył wodnych, bo cały masyw jest wyjątkowo „wodonośny” - na szczycie Kamionki znajduje się młaka, na której rośnie nawet tatarak!

W Tatrach odnotowano kilka wypadków zniknięcia ludzi, a potem ponownego ich pojawienia się, a raczej ich martwych ciał. Tym intrygującym wypadkom nadano nawet w raporcie końcowym PROJEKTU TATRY osobną klasyfikację - są to wypadki typu Rip van Winkle, bo jak w bajce Washingtona Irwinga zwłoki zaginionych powracają na Ziemię po upływie wielu, wielu lat...[2]

I nie tylko tam, bo w 1981 roku zaginęła bez wieści mieszkanka pobliskiej Malejowej - sześćdziesięciokilkuletnia Anna P. Poszukiwania policyjne i prowadzone przez rodzinę spełzły na niczym, a zwłoki Anny P. znaleziono dopiero w 1996 roku, w odległości około 5 km w linii prostej od miejsca zamieszkania, w dolince jednego z potoków zasilających Skawę, nieco na północ od wysoczańskiego pomnika upamiętniającego bohaterów bitwy o Wysoką, która rozegrała się w dniach 1-3 września 1939 roku. Zakładając nawet to, że Anna P. cierpiała na chorobę Alzheimera, trudno jest racjonalnie wytłumaczyć „objawienie się” jej zwłok po ponad 10 latach!

Czy w tym przypadku działali Ufici? Być może, boż w okolicach masywu Przykca zaobserwowano kilka przelotów Nieznanych Obiektów Latających - ostatni przypadek miał miejsce w przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia 2000 roku, kiedy to troje świadków zaobserwowało przelot dziwnego Nocnego Światła nad Łysą Górą. A przecież jest to okres, w którym - o ile wierzyć mądrym i tajemnym księgom - źli duchowie ziemni ode skarbów odstępują i brać je dozwalają...

Ten ostatni wypadek miał miejsce w niezwykle ciekawej okolicy, leżącej po przeciwnej stronie od Przykca - na południe od Jordanowa wznosi się masyw Góry Ludwiki, zwanej też Jawornikiem - 653 m n.p.m. - a po jej południowych stokach rozpostarła się słynna wieś Wysoka k/Jordanowa. Wiedzie przez nią droga z Jordanowa do Spytkowic - droga, którą bez obawy można nazwać DROGĄ PRZEZ WIDMOLAND! Są na niebie i na Ziemi zjawiska, o których nie śniło się nawet filozofom - mawiamy, kiedy los zetknie nas ze zjawiskami, których racjonalnie wytłumaczyć się nie da. Rozwiewające się zjawy, błędne ogniki, tupoty, trzaski, szepty, odgłosy przesuwających się mebli, zatrzymujące się zegary - słowem zjawiska jak z zacnego uczciwego horroru... Miliony ludzi na przestrzeni wieków zetknęło się z tymi fenomenami i czy wierzymy w nie, czy też odnosimy się do nich sceptycznie - często miejsca takie upamiętnione są nazwami terenowymi: Kuszewo, Straśnik, Diabla Góra, Czarci Jar, itp. Często w miejscach tych stawiane były krzyże czy kapliczki dla odpędzenia „złego”. Znana jest też nam taka droga, na której można się spotkać... - No właśnie z Kim? Niby żyjemy w tym XXI wieku, mamy telewizję satelitarną, kuchenki mikrofalowe i telefony komórkowe, ale kiedy zapadnie noc i na niebie pojawi się zimowa pełnia, to zaczynamy odczuwać niepokój, jak bohaterowie lovecraftowskiego horroru, zanim potwór stanie nam na progu domu...

Jadąc od Jordanowa do Spytkowic, trzy kilometry przemierza się malowniczym kiedyś - teraz już mocno przetrzebionym przez złodziei drewna - lasem. Kiedyś drogę tą przemierzali kupcy udający się z towarami na Węgry i do Wiednia - czyli po małopolsku - Widnia. Tą drogę też przemierzał we Wrześniu 1939 roku pułkownik Stanisław Maczek ze swą Brygadą Pancerno-Motorową, kiedy bronił Wysokiej i Jordanowa przed niemieckimi zagonami XXII Korpusu Pancernego generała von dem Bacha. Ile z tego zapamiętała ta ziemia, skoro jeszcze teraz można usłyszeć od ludzi wręcz niewiarygodne relacje w rodzaju poniższej:

Dwaj kolejarze skończywszy swą służbę wracali późną nocą na nogach do domów, kiedy to nagle ciszę nocy rozerwał na strzępy przybliżający się tętent stada koni, były one coraz bliżej, słychać było ich chrapanie, dzwonienie rzędów i metalowy zgrzyt dobywanych z pochew szabel... Zmartwieli ze strachu kolejarze przypadli do siebie sądząc, że to ostatnie ich chwile, że zostaną po prostu wdeptani w ziemię lub rozniesieni na szablach... Po chwili jednak ta niewidzialna kawaleria pogalopowała w nicość. Przerażeni do ostatnich granic nocni wędrowcy nawet nie pamiętali, jak znaleźli się w domach....

Bitwę tejże niewidzialnej konnicy słyszeli również mieszkańcy jednego z domów usytuowanych przy tejże drodze, pomiędzy tzw. Zagrodami a Wysoką. Początkowo sądzili nawet, że zbliża się burza, i że słychać jej pierwsze, odległe grzmoty, ale tętent i parskanie koni, krzyki walczących oraz chrzęst i zgrzyt broni uświadomił im, że to nie burza, ale niewidzialne hufce rozgrywają pomiędzy sobą im tylko wiadomą bitwę...

Biorąc dość ostry - nie jedyny zresztą na tej drodze - zakręt, wjeżdżamy na niewielki mostek. Uważny kierowca po lewej stronie dostrzeże malownicze oczko wodne, które niezwykle rzadko zamarza, nawet w najtęższe mrozy. Wtedy to unoszą się tam mgły, które nadają okolicy ponury koloryt... Oparzelisko to cieszy się złą sławą wśród spóźnionych wędrowców. „Coś” idzie równo z podróżnymi, słychać „Jego” głośno dyszący oddech, gałęzie głośno trzaskają pod jego wielkimi, bosymi stopami. Ot, taki sobie, rodzimy Yeti z naszej małej ojczyzny. Owoż Yeti kiedyś - czy to z dobroci serca, czy to dla zabawy - niewidzialny tego wieczoru, niósł tył wozu jednemu z mieszkańców Wysokiej. Przerażony woźnica czuł, że tył jego furmanki „płynie” w powietrzu. Nie mniej przerażony był koń, który chrapał na rozdętych nozdrzach, rwał uprząż - chcąc się uwolnić od tak upiornego pomocnika. Podobne, niewidzialne lub widzialne, ale mimo to równie tajemnicze istoty żyją w australijskim Queenslandzie, tamtejsi farmerzy nazywają je „Yovies”...

Jadąc dalej, nocą można zaobserwować świetliste kule i ogniki, które błądzą pośród młodych jeszcze buków. Starsi powiadają, że to pięciu niemieckich żołdaków pochowanych tam w 1945 roku dopomina się o swoje.

Niedaleko od tegoż miejsca, inny mieszkaniec Wysokiej dostrzegł ognisko na polanie wśród lasu. Zdumiony i zaciekawiony - bo i pora była dość późna - podszedł ostrożnie i ku swemu przerażeniu dostrzegł... ni to diabłów, ni to faunów czy satyrów -  na pół ludzi - na pół kozłów kręcących się wokół ognia. Sam nie wiedział, jak to zinterpretować... A nie zapominajmy, że wielki Stanisław Moniuszko w operze Hrabina też umieścił taniec satyrów - czyżby miał po temu jakieś konkretne dane???...

Pokonując dwa kolejne zakręty mijamy trzy pochylone, urokliwe skądinąd dudławe wierzby. I tutaj też możemy zetknąć się z Niewiadomym, a mianowicie - często obserwowano tu światła, a raczej świetliste kule rozbłyskujące i jakby igrające z przechodniem.

Po przejechaniu kolejnych czterech zakrętów - to najtrudniejsze miejsce na całej trasie - po lewej stronie naszym oczom ukazuje się masywna bryła XVI-wiecznego obronnego dworu - punkt 8 na mapie. Dziś tętniący życiem, lecz jeszcze piętnaście lat temu straszył oczodołami okien. W zamglone listopadowe wieczory słyszano miarowy stukot końskich kopyt, który ustawał dopiero przed drzwiami dworu. Nieopodal Dworu znajduje się karpa po ogromnym dębie, którego wiek szacowało się w latach 60. na co najmniej 350 lat! Niestety, dzięki okolicznej ludności, która potraktowała ten zabytek po macoszemu paląc w jego środku ogniska, ze wspaniałego drzewa pozostały jedynie gigantyczne korzenie... Tu i ówdzie znaleźć można jeszcze ślady wojny w postaci ruin chałup spalonych przez Niemców w trakcie walk o Wysoką.

Wisia w związku z tym też miała swe pięć minut strachu, kiedy to odprowadzała wraz z koleżanką grupę uczniów ze stacji kolejowej w Jordanowie do Wysokiej. Było już po jedenastej w nocy, kiedy grupa weszła w las i skierowała się ku Wysokiej. Naraz wszyscy usłyszeli stąpanie końskich kopyt po lewej stronie drogi, jakby niewidoczny jeździec jechał lasem równolegle do drogi. Przerażone dzieci zbiły się w gromadę i gromadnie zaczęły odmawiać litanię do wszystkich świętych. Tętent kopyt odstąpił od nich dopiero wtedy, kiedy weszły pomiędzy pierwsze zabudowania wsi...

Wieść gminna niesie, że wysoczańska szkoła była nawiedzona, ale dziwne zjawiska skończyły się odkąd zamieszkali w niej nauczyciele. Chociaż różnie się o tym mówi...

Również jedna z ostatnich pań na wysockim dworze - niejaka Ludwika Żeleńska - Wężykowa, za której spokój duszy odbywają się coroczne nabożeństwa, zamanifestowała się obecnym właścicielom dworu, aby i oni kultywowali ta tradycję - czego skrupulatnie przestrzegają.

W naszej wędrówce po Widmolandzie osiągnęliśmy kulminację drogi na wysokości około 575 m n.p.m. - teraz droga łagodnie opada w dół. Przy dobrej pogodzie i odrobinie szczęścia możemy zobaczyć wyrastającą zza horyzontu jak grecki amfiteatr, majestatyczną panoramę Tatr. Po tejże samej - lewej - stronie widnieje okazały i niestety, niezamieszkały dom, którego właściciele ponoć wyemigrowali do USA. Dom ten jednak nosi miano „nawiedzonego”, a wzięło się to stąd, że ludzie - pracujący przy jego budowie - opowiadali, iż narzędzia, które po pracy zostawiali w porządku i starannie ułożone - nazajutrz rozrzucone były po całej budowie, a pozostawione drewniane spałki jakaś siła porąbała na drobne trzaski. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby ten budynek nie był zabezpieczany na noc, a jednak solidne drzwi i masywne okna nie nosiły żadnych śladów włamań. Jakaż siła powodowała zatem przemieszczanie się przedmiotów? Poltergeist? Wysoczański Yeti? Ufonauci? Kosmici?...

W tej samej okolicy pewna rodzina obserwowała, jak przy studni kręciły się postacie jako żywo nie przypominające ludzi, a karzełki - utopce - a może raczej Ufitów???...

Tylko kilka kilometrów i tyle anomalii! Może jeszcze jedno nietypowe wydarzenie, które miało miejsce w okresie międzywojennym. Pewien mężczyzna w tzw. średnim wieku wracał ze Spytkowic do Jordanowa. Było około północy, kiedy ujrzał przed sobą kobietę, podążającą w tym samym kierunku. Przyśpieszył kroku, by chociaż część drogi przebyć w czyimś towarzystwie, jednak kobieta owa utrzymywała cały czas ten sam dystans, mimo wysiłków z jego strony. Wyraźnie unikała jego towarzystwa. Kiedy zbliżyli się do zabudowań, kobieta nagle skręciła w ich stronę, lekko przeskoczyła dość wysoka furtkę i znikła w drzwiach domu. Z okna sączyło się mdłe światło lampy naftowej. Zaintrygowany mężczyzna wszedł przez furtkę i podszedł do okna - ku swemu przerażeniu ujrzał on taki widok: na pościeli leżała umierająca, młoda jeszcze kobieta, w otoczeniu rozmodlonej rodziny, a u jej wezgłowia stała owa tajemnicza kobieta, w ręku trzymająca - jak to określił - świetlistą pałkę i trzykrotnie uderzyła umierającą w głowę... Nie trzeba chyba dodawać, że widok ten zdecydowanie przyspieszył powrót do domu naszemu zapóźnionemu wędrowcowi, którym był nasz pradziadek Wincenty Musiał...

Na Wysokiej istnieje również ciekawa polana, zwana Targoszówką, na której znajdywano dziwne miejsca, jakby wypalone uderzeniami pioruna lub wygniecionej dziwnie trawy w charakterystyczny wirowy wzór...

Idąc dalej, już w Spytkowicach napotykamy na górę Golgotę - położoną niemalże vis-à-vis stoku narciarskiego, a na której miało miejsce kilka dziwnych wydarzeń, które bardziej pasują do filmów sf, a nie do czasopism ekologicznych! I tam także znajdywano dziwne kręgi „wywirowane” w trawach!

Idąc jeszcze dalej do Podwilka na Orawie dojdziemy do potoku Bębeńskiego, na brzegach którego, 10 lat temu, miejscowi znaleźli tajemnicze kręgi w trawie, jako żywo przypominające te, które znaleziono w Japonii i krajach Europy Zachodniej, USA i Australii.

Świetliste kule, migające błędne światła, niewidzialna armia rozgrywająca swą niekończącą się bitwę, jeździec na koniu towarzyszący idącym przez mrok lasu, i tym podobne.. Ciekawe, że zjawiska te występują po lewej, a nie po prawej stronie gościńca? A może słusznie mówiono w Średniowieczu, że lewa ręka jest ręka diabła? Być może, tylko że w drodze powrotnej będzie to strona prawa!!!

Oto wyzwanie dla badaczy nieznanego! - wszak trudno o bardziej anomalne zjawiska, niż te, o których pisaliśmy powyżej! Nie zajmuje się nimi oficjalna nauka, boż są to zjawiska, których nie da się zmierzyć, zważyć czy polizać, ergo - dla nauki one nie istnieją. Jak widać z powyższego materiału - nie trzeba jechać do Anglii czy Ameryki, by zobaczyć, usłyszeć czy poczuć na własnej skórze coś niezwykłego. Zawsze zdumiewało nas na Zachodzie to, że Anglicy czy Francuzi potrafili z byle kupy kamieni zrobić „celtyckie kultowe obserwatorium słoneczne”, a z byle lasku „święty gaj Druidów”... Natomiast u nas depcze się, zaoruje czy burzy pod budowę kolejnego supermarketu prawdziwe zagadki i tajemnice, skarby naszej - polskiej -  historii, której tak się wyrzekamy, w bezrozumnym pędzie do Europy, w której zawsze byliśmy, a której nie będziemy mieli już nic do zaoferowania, prócz łzawej „styropianowej martyrologii” lat 80. i bełkotliwych andronów różnych politykierów, które się wszystkim w Europie już dawno przejadły... Zasadą istnienia narodów jest świadomość ich historyczności. Te narody, które tego nie zrozumiały, rychło same przechodziły do historii... Podejrzewamy, że takich miejsc, jak tu opisane, jest w naszym kraju dużo i więcej. Dobrze byłoby pozbierać te wszystkie informacje i zachować je dla potomnych, bowiem wszystko jest historią - nawet opowiastki naszych Przodków o strzygach i upiorach, które zawierają w sobie więcej racjonalnych pierwiastków, niż się to wydaje uczonym i filozofom na przełomie wieków i tysiącleci...



[1] Numeracja szlaków wg Władysław Krygowski - Beskidy: Śląski, Żywiecki, Mały - Przewodnik, Warszawa 1974.
[2] Wypadki te opisane są w licznych książkach o tematyce tatrzańskiej.

wtorek, 24 czerwca 2014

PROJEKT TATRY (27)

APPENDYKS G

Napisanie tego dodatku zawdzięczam splotowi niezwykłych przypadków, przeczytaniu dwóch artykułów w Gazecie Krakowskiej i Nieznanym Świecie, przejrzeniu pewnego komiksu i przeczytaniu kilku książek na temat skarbów Inków w Polsce.

Nie, nie próbowałem znaleźć skarbu Uminy Berzeviczy, choć miałem na to ogromną ochotę. Nie wierzę w to, by był on w Polsce – już raczej mógłby się on znajdować gdzieś we wnętrzu krateru Snefeljokull na Islandii czy gdzieś u ujścia Mackenzie w północnej Kanadzie, co udowadniałem w jednym ze swych artykułów. NB, po przeczytaniu dwóch artykułów na temat klątwy inkaskich kapłanów rzuconej na skarb, – który rzekomo ma znajdować się w Zamku Tropsztyn, czy zgoła pod nim – miałem zamiar przedstawić swój punkt widzenia na tą sprawę. Niestety, nie dane mi było. Próbowałem dwukrotnie napisać sążnisty artykuł i dwukrotnie ktoś czy coś skasował mi plik do ostatniego bita! Jak widać klątwa kapłanów inkaskich działa także na komputery! Z kolei mojej siostrze Wiktorii przyśniła się Umina na polu namiotowym w Carcassonne, we wrześniu 1994 r. i we śnie oznajmiła jej, że skarb da „się zabrać” tylko temu, kto obróci go na pożytek jej rodakom. Już miała zdradzić miejsce jego ukrycia, ale w tym momencie Wisia obudziła się i niczego się nie dowiedziała...

***

A jednak wydaje mi się, że na jedną zagadkę historyczną, nałożyła się druga, o której poniżej.

W 1996 roku, wraz ze znanym już polskiemu czytelnikowi słowackim historykiem i ufologiem dr Milošem Jesenským, opublikowałem na łamach Wizji Peryferyjnych nr 2 i 3,1996 – artykuły na temat jednej z największej zagadki Tatr – Księżycowej Jaskini. Księżycowa Jaskinia (po słowacku Mesiačná albo Polmesiačná jaskynia) wedle relacji pierwszego człowieka nauki, który ją zwiedził w dniach 23 – 28 października 1944 roku – kpt. dr Antonina Horáka – będącego dowódcą małego pododdziału słowackiej armii powstańczej w czasie trwania Słowackiego Powstania Narodowego – miała ona znajdować się na obszarze Tatr Niskich, pomiędzy miejscowościami Plavnice a Lubocna, nieopodal wsi Yzdar (Ždiar) – jak podał to w swej książce Thomas de Jean. Na podstawie tej relacji, dwaj czescy łowcy Nieznanego: inż. Ivan Mackerle i Michal Brumlík  ustalili jej położenie geograficzne na: 49°02’N i 20°07’E – na obszarze Tatr Niskich, pomiędzy wsiami Vikartovce a Liptovska Tepličká. Druga lokalizacja została podana przez dr Jesenský’ego na obszarze Levočskich Vrhov, pomiędzy wsiami Kečera i Magurič, na pozycji 49°12’N i 20°44’E. Mnie z kolei bardziej odpowiadała lokalizacja w Tatrach Bielskich w Babiej Dolinie lub na stokach Stežki opodal Kežmarskich Žl’abov, w obu wypadkach w pobliżu znajduje się wieś Ždiar – i także ze względu na występujące tam struktury geologiczne: wapienie i dolomity leżące na piaskowcach. Zainteresowanych odsyłam do lektury Wizji Peryferyjnych. Jak dotąd – mimo udostępnienia turystom i naukowcom Tatr Bielskich i Levočskich Vrhov (znajdowały się tam poligony czechosłowackiej armii, potem wojska słowackiego) – nikt nie odkrył żadnego śladu opisywanej przez dr Horáka tajemniczej Księżycowej Jaskini...

Potem jeszcze wpadłem na pomysł, by połączyć w jedno dwie legendy – legendę Księżycowej Jaskini i... Tunelu o Szklistych Ścianach, który wedle relacji prof. dr inż. Jana Pająka i Kazimierza Pańszczyka zawartej w ich książce pt. Tunele spod Babiej Góry miał znajdować się gdzieś na południowym (słowackim) stoku Babiej Góry. Zbierając materiał do naszej wspólnej z dr Jesenským książki traktującej o tajnych broniach III Rzeszy – WUNDERLAND: Mimozemské technologié Třeti Ríše, (Ústi nad Labem, 1998, w Polsce dostępna na internetowej stronie Małopolskiego Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych - http://www.ufo-centrum.prv.pl ), zwróciłem uwagę na niezwykłe podobieństwo obu tych Legend. W obu przypadkach chodziło o jaskinie wytworzone sztucznie w skałach wapiennych lub piaskowcowych, przez nieznanych Twórców, dysponujących niesamowitymi możliwościami technicznymi. Obydwie jaskinie czy też tunele miały służyć okolicznej ludności jako schrony dla siebie i co cenniejszego dobytku i obydwie są kojarzone z platońską Atlantydą! W obu jaskiniach zachodzą dziwne zjawiska i obie mogą mieć połączenie z całym systemem jaskiń na całym świecie. No i na koniec jeszcze jedna ciekawostka – obydwie te jaskinie były poszukiwane przez nazistowskich uczonych i wojskowych w czasie II wojny światowej i najprawdopodobniej – a właściwie na pewno – przez wojska radzieckie po jej zakończeniu! A to oznacza, że ta tajemnica taka tajemnicą wcale nie była, NB, co jest bardzo łatwe do wyjaśnienia, bo ten sekret mógł wydać jakiś Volksdeutsch z Goralenvolku pracujący dla Gestapo (i co za tym idzie, do 1940 roku także dla NKWD, – bo obie te służby wywiadowcze aktywnie ze sobą współpracowały w czasie, kiedy III Rzesza i Związek Sowiecki kochały się miłością wzajemną, a której rezultatem był m.in. Katyń...) czy słowacki zdrajca współpracujący z kolaboranckim rządem ks. Tiso. Tacy Hiwisi (Hilfwilinger – służba pomocnicza SS i Policji hitlerowskiej na terenach okupowanych) nie mieli żadnych zahamowań i niczego do stracenia, a do zyskania wszystko – ergo mogli zdradzić Niemcom (i za ich pośrednictwem także wywiadowi radzieckiemu) wszystkie sekrety – w tym legendę o skarbach Uminy i jej Inków oraz tajemnice Księżycowej Jaskini i Tunelu o Szklistych Ścianach!... To doskonale tłumaczy, dlaczego Niemcy i Rosjanie tak bardzo interesowali się tymi formacjami. Hitlerowcy chcieli dotrzeć do mitycznej podziemnej krainy Agharty, zaś Rosjanie chcieli te przejścia zawalić tak, by nikt nie mógł uciec ze strefy ich panowania... Podobnie było w Słowackim Krasie, gdzie naziści i enkawudziści sondowali kompleks jaskiń Domica – Baradla Barlang po obu stronach słowacko – węgierskiej granicy.

***

Impas trwał do początku sierpnia 2000 roku.

Na początku sierpnia 2000 r. nieoczekiwanie zadzwonił do mnie Naczelny Nieznanego Świata z poleceniem przeczytania książki red. Aleksandra Rowińskiego - Pod klątwą kapłanów – Skarb Inków ukryty nad Dunajcem (Warszawa, 2000), w której miałbym użyteczne informacje odnośnie trasy ucieczki z Peru Uminy i jej Indian oraz skarbu Inków, który finalnie rzekomo ukryto w Tropsztynie. W kilka dni później pojechałem tam z Anią, by zwiedzić to niezwykłe miejsce, gdzie w sklepiku kupiłem egzemplarz rzeczonej książki. Przeczytaliśmy ją jednym tchem, bo inaczej się tego nie da przeczytać... Potem we wrześniowym numerze Nieznanego Świata przeczytałem dwa artykuły na temat tej książki i faktów w niej zawartych, pióra Marka Rymuszki i Romana Warszewskiego. Ponieważ Umina ostrzegła mnie, bym się nie zabierał za ten temat – „odpuściłem” sobie ta sprawę i scedowałem ją na dr Jesenský’ego – w końcu to on jest historykiem w tym towarzystwie, – który zainteresował się nią, właśnie z punktu widzenia historyka.

Rozumuję tak: kto, jak kto, ale Berzeviczy głupi nie był. Przez kilkanaście lat wymykał się hiszpańskim spec-służbom i przeżył, a zatem nie można ślepo ufać przesłankom, nawet tym, które wydają się być pewnymi i historycznie uzasadnionymi. Jeżeli nawet sławetne quipu (kipu) zawierało jakieś informacje, to były one zaszyfrowane i nikt nie był w stanie ich odczytać, poza amautami – to pewnik. A może Sebastian rzucił je na przynętę w celu zmylenia przeciwników? Tego też nie da się wykluczyć. Jak operatywne były hiszpańskie służby specjalne, to można zobaczyć w książkach popularno - naukowych prof. Zenona Kosidowskiego, powieściach historycznych Konrada Osterloffa czy w powieści szkatułkowej Le manuscripte trouvé à Zaragoza (Rękopis znaleziony w Saragossie), gdzie w jednej z historii opowiadanej przez Naczelnika Cyganów [Historia margrabiego[1]) de Torres Rovellas] Jan Potocki ukazuje stosunki w koloniach hiszpańskich i straszliwy głód złota, potworny wyzysk i wilcze prawa tam panujące – a nade wszystko okrucieństwo Inkwizycji i sił policyjnych w stosunku do Indian i nie tylko, bo ostrze represji kierowało się przeciwko każdemu, kto był niewygodny rządzącym tam juntom. Podejrzewam, że ów „tropsztynski ślad” jest jedynie zmyłką, a prawdziwy skarb znajduje się gdzieś na Słowacji. Dlaczego? Dlatego, że Berzeviczy widział to, co się działo w koloniach pod hiszpańskim butem i znał tajemnicę Księżycowej Jaskini, więc ją wykorzystał do ukrycia skarbu Uminy!

Skąd to wiadomo?

Na to pytanie odpowiedź znalazł red. Aleksander Rowiński, który na stronach 99 – 100 swej książki podaje, co następuje:
Chciałbym tutaj złożyć doniesienie z jaskini (...). Są tutaj w górach w ostatnich sztolniach miedzianych, między Landeckim a Niedzickim Zamkiem jaskinie jeszcze większe (...) niedaleko jedna od drugiej. Nie udało się jeszcze dotrzeć do końca jaskini, idąc ze świecą za pół węgierskiego florena, która wypala się całkowicie, wzdłuż jaskini, jak pięknej, dawnej i suchej piwnicy. I wciąż nie widać końca. Na drogę powrotną trzeba mieć znów pół dnia i świecę za D.[2]) Ex conscientiosa Relatione[3]) pewnego bardzo starego (...) zwanego Wideres Frantz , przez to Antrum[4]) idzie się od rana do wieczora. W innych Antro był przed kilku laty   p a n   B e r z e v i c z i ,  znalazł tam kości niedźwiedzi jaskiniowych, grubsze niż nogi konia (...).  Trzecie Antrum nazywa się Baranya-djra[5]) ponieważ w tej jaskini w czasie wojny ukrywali owczarze kilka tysięcy owiec i wiele fur siana nazbierali, nie znalazł ich żaden wojownik – bezpiecznie tam przetrwały, bez wątpienia jest tam także woda. Jak powiada pan Berzeviczi, słyszał on szum wody w innym Antro, ale tam się nie udał...

To tekst notatki pastora Łomnicy – Georga Buchholtza Starszego – sporządzonej w 1719 roku, w 77 roku jego życia, a która to notatka znajduje się dzisiaj w Archiwum Miejskim w Levočy. Faktycznie, jedna duża jaskinia znajduje się koło Czerwonego Klasztoru, w tym antrum był pan Berzeviczy, a gdzie dwa pozostałe?... Być może jednym z nich jest właśnie Księżycowa Jaskinia??? Red. Rowiński słusznie wypunktowuje informację o podziemnym przejściu pomiędzy zamkami w Niedzicy i Landeku, – czyli dzisiejszej Levočy. Osobiście nie sądzę, by możliwe było w owym czasie wykopanie tunelu o długości niemalże 40 km -  która dzieli Niedzicę od Levočy. Nie ma śladu wyrzucanego z niego urobku, co musiałoby mieć miejsce przy kopaniu tak długiego tunelu... A jednak istnieje jeszcze jedna możliwość: pod oboma zamkami znajduje się system naturalnych jaskiń, do których wybito tylko krótkie tunele łącznikowe! To akurat leżało w możliwościach technicznych ludzi z XVIII i XIX wieku!... Oczywiście w opisywanym przez Buchholtza przypadku mogło chodzić o ojca lub dziadka Sebastiana Berzeviczy’ego, co nie znaczy, że Sebastian nie mógł znać lokalizacji tego kompleksu jaskiń, wręcz przeciwnie! Doskonale go zapamiętał i potem wykorzystał.

Zwróćmy uwagę jeszcze na jeden passus w tekście Buchholtza – ten opisujący te jaskinie, jako cudownie suchą starą piwnicę. Czy nie kojarzy się to z innymi opisami sporządzonymi przez dr Horáka – dotyczącymi Jaskini o Metalowych Ścianach (czyli Księżycowej Jaskini) oraz prof. Pająka – o Tunelu pod Babią Górą???... Powróćmy jeszcze na chwilę do inkaskich skarbów.

  I co z tego? Ano to, że Sebastian Berzeviczy, jeżeli miałby gdzieś ukrywać swe skarby, to tylko i wyłącznie w górach – a dokładniej w jaskiniach! Zamek Niedzicki czy Tropsztynski mógłby być spenetrowany przez „hiszpańskie KGB” stosunkowo łatwo, – czego zresztą dowiodło morderstwo Uminy. Ale szukać skarbów w jaskiniach Pienin czy Tatr – o! to już zupełnie inna para kaloszy. Wtedy te góry były jeszcze stosunkowo mało znane i były penetrowane tylko przez górali i poszukiwaczy skarbów zrzeszonych w Bractwie św. Wawrzyńca zwanego także Bractwem Siedmiu Gwiazd, którego centrale znajdowały się na ziemiach polskich w dwóch miastach: Krakowie – na Małym Rynku i Wrocławiu – na Rynku Solnym. Było to ponadnarodowe bractwo składające się z alchemików, obieżyświatów, obiboków, ex-żołnierzy, mieszczan i szlachetnie urodzonych – słowem ludzi wszystkich stanów i narodowości – w tym i Hiszpanów... – pozostających na usługach Inkwizycji i królewskich tajnych służb...

Kto wie, czy rzeczone Bractwo nie jest odpowiedzialne za tajemniczą śmierć jednego z najdziwniejszych ludzi XIX wieku mieszkających w Polsce – Niemca po ojcu i Polaku po matce, poczytnym pisarzu, lekarzu, obieżyświacie i awanturniku – dr Teodorze Teudolcie Tripplinie. Jeżeli istnieje reinkarnacja, to jego kolejnym wcieleniem był inny niespokojny duch polskiej literatury – tym razem już XX wiecznej – Antoni Ferdynand Ossendowski... Obydwaj mieli do czynienia ze skarbami, obydwaj zginęli w niewyjaśnionych do dziś dnia okolicznościach i obydwaj byli niezwykle popularni w kraju. Dr Tripplin udał się do Italii, potem do Hiszpanii, a po powrocie do kraju od razu udał się na Zamek Dunajec, zwiedza Spisz. I jest wścibski, nawet bardzo wścibski... Pan Rowiński dziwi się, że w całej dostępnej twórczości dr Tripplina nie ma ani słowa o Inkach – i nie będzie! Tripplin dopiero poszukiwał faktów i dokumentów i jeżeli mam rację, to został on   z a m o r d o w a n y   w 1881 roku  przez kogoś, komu bardzo zależało na tym, by nie ujrzały one światła dziennego! Dokumenty i notatki dr Tripplina zostały zniszczone, lub ukryte tak, by ich nikt szybko nie znalazł... Nie ma tutaj miejsce na klątwę Inków, a na zwykłą sprawę kryminalną, w której ciekawość świata i chęć docieczenia prawdy historycznej splotły się z żądzą zysku i zemsty. Zainteresowanych odsyłam do książek wrocławskiego historyka dr Jacka Kolbuszewskiego – Skarby Króla Gregoriusa, Bractwo Siedmiu Gwiazd, Dziwne podróże – dziwni podróżnicy i innych. Bractwo Siedmiu Gwiazd było idealną - mówiąc fachowo - przykrywką  dla działalności hiszpańskiego wywiadu politycznego, co umożliwiło eliminację Uminy. Niedzicka kryjówka przestała być bezpieczna i należało ukryć Antonia Benesza alias Berzeviczy alias Condorcanqui alias Tupaca Amaru III w inny sposób – poprzez adopcję i rozmycie tropu. Współczuję jedynie historykom bez krzty wyobraźni, którzy domagali się dokumentów i relacji świadków...  Jeżeli Berzeviczy liczył na coś, to właśnie na taki rodzaj głupoty, który nakazuje formalizm w poszukiwaniach celu – celem w tym przypadku był Antonio. Służby specjalne kierują się w działaniu specyficzną logiką operacyjną, która bazuje na informacjach i przewidywaniu. Jej przeciwieństwem jest formalne i sztywne podejście do problemu – Hiszpanie popełnili ten błąd i Antonio przeżył...  Skarbu też nie odnaleziono, ale podejrzewam, że Umina miała jedynie ułamek procenta tego, co udało się Inkom wywieźć z Eldorado!...  Jeżeli skarb istniał i znajdował się w Niedzicy na Zamku Dunajec, to mógł zostać wyekspediowany na miejsce zdeponowania w trzy lokalizacje:
·         Zamek Tropsztyn nad Jeziorem Czchowskim i dalej do Gdańska, skąd wyekspediowano je do Kanady czy na Islandię lub gdziekolwiek;
·         Księżycowa Jaskinia w Levočskich Vrhach lub Spišskiej Magurze, albo...
·         ... Tatry Bielskie ewentualnie Tatry Wysokie.
W pierwszym przypadku, skarby popłynęły Bóg jeden raczy wiedzieć, dokąd... – mogły się znaleźć na Islandii, w północnej Kanadzie, jak i na dnie Atlantyku. Mogą też znajdować się pod Zamkiem Tropsztyn, ale to jest akurat najmniej pewne.

W drugim przypadku – najbardziej prawdopodobnym – Sebastian Berzeviczy i jego Indianie ukryli skarb w jakiejś nieznanej nam jaskini – być może właśnie w Księżycowej Jaskini, za czym przemawiają fakty opisane przez  pastora Buchholtza Starszego.

Trzecia możliwość jest mniej prawdopodobna, bowiem Sebastian Berzeviczy  wiedział o tym, że Tatry Bielskie, Wysokie, Niskie i Zachodnie są przedmiotem szczególnej eksploracji ze strony Bractwa Siedmiu Gwiazd i kamuflujących się pod tym szyldem agentów „hiszpańskiej Securitate”, którzy tylko czekali na to, by ktoś schował jakieś kosztowności w Tatrach! Tymczasem, jak wynika z zapisków pastora Buchholtza, Pieniny były już wyeksploatowane i wyeksplorowane – wszak pisze on o starych sztolniach po kopalniach miedzi!... A zatem mało kto już zapuściłby się w te rejony w poszukiwaniu czegokolwiek.

I to jest pierwsza przesłanka mówiąca za tym, by Księżycowej Jaskini czy Tunelu o Szklistych Ścianach szukać na terenie Pienin lub Lewoczskich Wierchów, ale jest i druga – otóż na terenie tych ostatnich znajdują się dwie miejscowości o dziwne znajomych (z raportu dr Horáka) nazwach: Plavnica alias Plavnice i Stara L’ubovňa alias Lubocna... Wprawdzie nie ma tam żadnej wioski o nazwie Ždiar alias Yzdar, ale może tu chodzić o... polski Żegiestów?! Czego jak czego, ale   t a k i e j   możliwości    n i k t   nie brał pod uwagę! Nazwa Yzdar występuje w angielskim tekście raportu dr Horáka, a to, że chodzi o słowacki Ždiar, było sugestią Czechów i Słowaków, którzy badali tą sprawę. Nazwa Żegiestów została zniekształcona, bowiem Anglosasi maja tendencje do zniekształcania i skracania nazw i nazwisk słowiańskich – są one dla nich – delikatnie mówiąc – nieprzyswajalne... Chciałbym zobaczyć rodowitego Amerykanina, któremu kazano by wymówić poprawnie nazwę Żegiestów! – już słyszę te syczenia i charkoty, ten „Zheghiestov”... Opowiadanie dr Horáka było trzykrotnie tłumaczone za słowackiego na czeski, potem na angielski, a potem znowu na czeski i finalnie na polski... – starczy? Takie wielokrotne przekłady, to mina poślizgowa, na której położył się niejeden tekst!

W Żegiestowie czy okolicy zapewne mieszkał niejeden Słowak z córkami Anką i Olgą. Mógł on nosić nazwisko Slavek lub spolonizowane Sławek, względnie mógł nosić imię Slavomir czy polskie Sławomir. To pogranicze, gdzie obie kultury przenikały się wzajemnie, podobnie jak grunty – przecież jeszcze dzisiaj Polacy mają swe grunty na terenie Słowacji i vice-versa, to właśnie dla nich stworzono przejścia graniczne MRG – Małego Ruchu Granicznego na przepustki, a nie na paszporty. W tych „buraczanych” przejściach MRG za czasów PRL-u ruch był większy, niż na normalnych przejściach „paszportowych”! - tak było, co wiem z własnego doświadczenia.


***


Pisząc swą książkę na temat szklistego tunelu w Babiej Górze, prof. Jan Pająk cytuje relację osobnika o imieniu Wincenty, który pochodził z jednej z podbabiogórskich wiosek. Najprawdopodobniej z Lipnicy Wielkiej, Lipnicy Małej czy Zubrzycy, bowiem leżą na południowych stokach Babiej Góry i przy granicy ze Słowacją, ergo tam, gdzie można było najłatwiej i najszybciej dotrzeć do wylotu tego szklistego korytarza. Trochę mnie to dziwi, że Wincenty zdradził sekret tego tunelu – bowiem tego rodzaju sekrety w góralskich rodzinach – a jeszcze jak chodzi o skarby – są trzymane w największej tajemnicy i obowiązuje tutaj zmowa milczenia. Zachodzi pytanie: dlaczego Wincenty złamał to „prawo omerty”[6]? Odpowiedź jest jedna – mógł to zrobić, ponieważ wylot Tunelu o Szklistych Ścianach został zawalony w połowie lat 40. przez Rosjan. Jak do tego doszło? Otóż pisząc książkę o broni V-7 w czasie zbierania materiałów, zwróciłem uwagę na to, że w latach 1945-46 w rejonie Babiej Góry przebywali radzieccy żołnierze podający się za artylerzystów dokonujących pomiarów meteorologicznych. Czy to nie jest dziwne: artylerzyści i meteorolodzy robiący pomiary na Babiej Górze! Przecież to bzdura! Nie było ich dużo – 1 pluton, – czyli 30 – 40 żołnierzy. Po zakończeniu „pomiarów” zeszli z gór przy okazji paląc schronisko na południowej stronie kopuły szczytowej Diablaka i wynieśli się do swoich.

Teraz rozumiem, czego oni tam szukali i jakie to „pomiary” robili. Szukali Tunelu o Szklistych Ścianach tylko po to, by go zawalić i tym samym uniemożliwić ucieczkę z sowieckiej strefy okupacyjnej hitlerowskim zbrodniarzom i wszystkim tym, którzy mieli powody, by uciec z tego „raju dla ludu pracującego miast i wsi” do Ameryki czy gdziekolwiek indziej – a jak już nadmieniłem powyżej, NKWD i SMIERSZ[7] dokładnie wiedziało o istnieniu tej i innych tajemnic od swych kolegów z Gestapo i SD, którzy z kolei mogli wydobyć je torturami z jakiegoś Polaka czy Słowaka, który miał pecha wpaść w ich łapy. Po wojnie tutejsi górale znaleźli zawał w miejscu wylotu Tunelu o Szklistych Ścianach i uznali, że można o tym powiedzieć komuś z zewnątrz. Tak treść Legendy dotarła do prof. Pająka...  Resztę znamy.

Podobnie rzecz się mogła mieć z Księżycową Jaskinią, która znajduje się gdzieś w słowackiej części Pienin. Tam z kolei mogli dotrzeć do niej Niemcy lub Rosjanie i znaleźć skarb Berzeviczych...  W takim przypadku klątwa inkaskich kapłanów mogła spaść na nazistów lub/i stalinistów, z jednakowym skutkiem. Oba państwa totalitarne znikły z powierzchni Ziemi... Pozostało nam tylko wierzyć w to, że te skarby gdzieś jednak się znajdują w łonie Tatr, Beskidów czy Pienin i czekają na swego odkrywcę, który je weźmie i przeznaczy na odrestaurowanie Imperium Inków w Ameryce Łacińskiej...


***


 I na zakończenie jeszcze jedna (wybacz Czytelniku!) dygresja - pan Aleksander Rowiński pomstuje w swej książce na tych, którzy zbudowali tamę, elektrownie i dzięki którym istnieje Jezioro Czorsztyńskie, że zapaskudzili przepiękny krajobraz, że ingerowali w Przyrodę, itd. itp. Nie ma racji. Krajobraz wzbogacił się o jeden element, który nadał mu wymiar żywiołu wody. Jezioro Czorsztyńskie jest pięknym akwenem położonym wśród gór i dlatego czułem się nad nim jak nad Loch Ness – szczególnie wczesnym rankiem lub wieczorem, kiedy oświetlały je ranne lub wieczorne zorze. Ciekawe, że wszyscy moi goście, których ciągałem nad jezioro mieli to skojarzenie!... A i w letnie, słoneczne dni krajobraz ten tchnął świeżością wody, która osłabiała lejący się z nieba żar. Moi zagraniczni goście byli zawsze zachwyceni trafnością lokalizacji tego jeziora wśród lasów i gór, a dwa stojące tam zamki dodawały urody temu jezioru. A szczególnie w czasie pogodnej, złotej polskiej jesieni czy babiego lata i wszyscy podkreślali romantykę tego miejsca, więc nie ma co nad tym się zapłakiwać! Przyroda i krajobraz na tym – wbrew pozorom – nie straciły... Poza tym jeszcze gdyby nie było tej zapory i zbiornika retencyjnego, to gigantyczne fale Megapowodzi z 1997 r. zmyłyby Nowy Sącz do morza. Podobnie zresztą było w następnych latach – 1998 i 1999...  Za to wszystko pan Rowiński powinien potępić tych, którzy dopuścili do masowego wyrębu lasów górskich, i dzięki którym koniecznością stała się budowa Jeziora Czorsztyńskiego! To oni są winni temu, a nie budowniczowie tamy.


***


Myślę, że zagadka historyczna, jaką jest Księżycowa Jaskinia, zostanie wkrótce wyjaśniona. Podobnie zresztą, jak zagadka Tunelu o Szklistych Ścianach. Dla mnie są to dwa oblicza jednej tajemnicy – jak dwie twarze Janusa/Geminusa... Małopolskie Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych ma nadzieje rozwiązać tą zagadkę przy pomocy słowackich kolegów z Fenomelologickeho Klubu Košice. Jak widać z powyższego materiału, nie trzeba jechać do Ameryki, by przeżyć pasjonującą przygodę – wystarczy sięgnąć na półkę z książkami. Nie chcemy skarbów Uminy i jej Inków, bo dla nas największym skarbem jest intelektualna Przygoda i luksus w niej uczestniczenia, jej romantyka – a to jest cenniejsze niż całe złoto tego świata. Problem w tym, że w sprymitywizowanym społeczeństwie polskim końca XX wieku jest mało ludzi, którzy powierzają myślenie swojemu mózgowi, a nie komputerom...




[1] Markiza.
[2] Denar.
[3] Według skrupulatnego doniesienia.
[4] Korytarz.
[5] Barania Dziura.
[6] Obowiązujące w organizacjach mafijnych prawo absolutnego milczenia na temat rodziny i jej spraw, którego złamanie karane jest śmiercią.
[7] Utworzona w czasie II wojny światowej w ZSRR organizacja kontrwywiadowcza. Jej nazwę utworzono z dwóch słów: SMIERt’ Szpionom – co znaczy „Śmieć szpiegom” – i kierowana ona była przez I. Abakumowa.