niedziela, 29 czerwca 2014

POJEKT TATRY (30)


(pisany przez Marcina Mioduszewskiego)

O tym, że Tatry kryją w sobie wiele tajemnic chyba nie trzeba już nikogo przekonywać. Kartoteka “Projektu...” zawiera wiele niewyjaśnionych po dziś dzień przypadków, niemałą ich część zajmują zaginięcia ludzi. Niektóre z nich mogą być uznane za klasyczne wypadki w górach, czyli po prostu porażki człowieka w konfrontacji z tym niezwykle groźnym żywiołem. Inne jednak to przypadki samobójstw, być może zabójstw, incydenty typu Rip van Winkle, niewyjaśnione zgony i domniemane zniknięcia ludzi spowodowane jakąś formą ingerencji Nieznanych Obiektów Latających.

Do tej pory jednak albo udawało się rejestrować obserwacje NOL-i nad Tatrami, albo dziwne wypadki zniknięć ludzi. Nie było relacji, która bezpośrednio łączyłaby oba te wydarzenia i w dodatku była wiarygodna.

Nie było aż do listopada 2000.... Paradoksalnie przyszło mi takiej opowieści wysłuchać w Krakowie. Byłem wtedy na spotkaniu w biurze pewnej firmy. Podczas rozmowy, zupełnie przypadkowo, jej właściciel poruszył kwestię UFO i zjawisk nieznanych. Okazało się, że jego brat, Krzysztof, również zatrudniony w tej firmie, był uczestnikiem niezwykle dziwnego zdarzenia. Kilka chwil później, po raz pierwszy opowiadał mi tę historię, zupełnie nie wiedząc, że jestem członkiem MCBUFOiZA i, że zajmuję się badaniami takich właśnie fenomenów. Następnie wysłuchałem relacji drugiego świadka – Tomasza – również pracownika tej firmy. Oto co udało mi się ustalić na podstawie opowieści mężczyzn i przeprowadzonej później analizy.

Lubiący chodzić po górach Krzysztof i Tomasz (dane zastrzeżone) postanowili wybrać się na nocną wycieczkę w Tatry. 22 sierpnia 2000 około 23.30 przyjechali pociągiem z Krakowa do Zakopanego. Tuż po północy wyruszyli w góry, szli najpierw do ronda pod Krokwią w Zakopanem, tam skręcili na wschód na drogę prowadzącą na Łysą Polanę. Od czasu do czasu mijali mniejsze skupiska zabudowań, znajdujących się w między innymi na Jaszczurówce i Cyrhli. Dalej droga prowadziła już cały czas przez las. Ruch samochodów na tym odcinku drogi w nocy był znikomy. W czasie marszu obaj wyraźnie słyszeli silnik i szum zbliżającego się od tyłu pojazdu, który jak im się wydawało znajdował się około 300-400 metrów od nich. Kiedy jednak się odwracali nie widzieli nic, nawet odbijających się w oddali świateł. Po chwili sytuacja się powtórzyła. Trwało to aż do godziny 1.30-1.45, kiedy dotarli do wejścia na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego z czarnym szlakiem. Była to niewielka polana, ze szlabanem, drewnianą chatą oraz balami ściętego drzewa. Tu dwójka postanowiła odpocząć.

Około godziny 2.00 Krzysztof i Tomasz wyruszyli w kierunku Hali Gąsienicowej, szeroką, kamienistą drogą w lesie, zatrzymując się co około 30 minut dla zregenerowania sił. Obaj mieli zapalone latarki, dla bezpieczeństwa szli jeden za drugim. Oznakowanie przewidywało przejście tego odcinka w około godzinę. Dwójka szła jednak wolniej, ze względu na nocną porę. Około 3.00-3.15 doszli do skrzyżowania szlaków zwanego Psią Trawką, gdzie znowu chwilę odpoczywali. Tam Tomasz dostrzegł nad drzewami jakiś świecący obiekt w kształcie kuli, który niezwykle szybko przeleciał najpierw w jedną, potem w druga stronę. Zwrócił na to uwagę koledze, który jednak nie widział już niczego i uznał, że pewnie było to tylko przywidzenie. Po krótkim odpoczynku mężczyźni poszli dalej. Był to już ostatni odcinek do Hali Gąsienicowej, który według oznaczeń przechodzi się w 45 minut. Jednak znowu ze względu na porę i nocne zmęczenie czas ten się wydłużył. Po około 45 minutach (około 3.45-4.00) dwójka, przy niewielkim rozszerzeniu drogi, napotkała poukładane, ścięte bale drzewa. Krzysztof i Tomasz postanowili po raz kolejny odpocząć. Usiedli więc na balach, zwróceni do siebie plecami, oparci o swoje plecaki. Siedzieli tak chwilę, najwyżej dwie minuty. W pewnym momencie Krzysztof powiedział, że trzeba już iść, na co kolega odpowiedział “Już zaraz”.

Następne co pamiętają, to jak już świta, a oni z założonymi plecakami idą obok siebie w milczeniu. Dopiero po około 3 minutach otrzęśli się jakby z transu i zdali sobie sprawę, że coś jest nie w porządku. Sprawdzili czas - okazało się, że minęło 40 minut (była 4.25-4.40), a oni nie pamiętają co się z nimi działo. Doskonale znający Tatry Tomasz zupełnie stracił orientację w terenie. Wreszcie po około 20 minutach doszli do schroniska na Hali Gąsienicowej.

Dalsza część wycieczki przebiegała już bez zakłóceń, zarówno Tomek jak i jego kolega zauważyli jednak, że byli niezwykle wypoczęci i właściwie nie czuli zmęczenia (Krzysztofa przestał boleć bark). Po zorientowaniu się, że nie wiedzą, co robili przez 40 minut, byli nieco przestraszeni, czuli się niepewnie. Dalej mężczyźni udali się na Kasprowy Wierch (1985 m n.p.m.), stamtąd zaś na Czerwone Wierchy, by zejść wreszcie do Doliny Strążyskiej.

     I ta oto przedstawiałaby się ta historia. Tak dokładne ustalenie przebiegu zdarzeń było możliwe dzięki współpracy ze świadkami, niemałą pomocą dla mnie była także wizja w terenie, którą przeprowadziłem wraz ze znajomym niemal dokładnie w rok po tym incydencie, bo 31 sierpnia 2001. W praktyce oznaczało to odbycie identycznej, nocnej wyprawy w góry. Nam niestety już nie dopisała tak wspaniała pogoda jak Tomaszowi i Krzysztofowi. O ile nocna część trasy do Hali Gąsienicowej przebiegała przy dość dobrych warunkach atmosferycznych, o tyle kiedy wczesnym rankiem wyruszaliśmy na Kasprowy Wierch zaczęło padać, temperatura spadła do +6°C. Nie było też dla nas zaskoczeniem, że odcinek drogi po masywie Czerwonych Wierchów obdarował nas jeszcze gorszą pogodą. Temperatura, która spadała miejscami do +2°C, opady deszczu, wiatr i co najgorsze widoczność ograniczona do kilkunastu zaledwie metrów dały nam się tyle we znaki, że postanowiliśmy skrócić planowaną trasę, schodząc w dół z Kopy Kondrackiej (2005 m n.p.m.). Po raz kolejny góry pokazały, jak są zmienne i nieobliczalne. Kiedy kierowaliśmy się w stronę Doliny Małej Łąki oczom naszym ukazał się niezwykły widok. Podczas gdy u nas padało, było zimno i mglisto w dolinie, dosłownie na wyciagnięcie ręki, panował ciepły i słoneczny letni dzień.

     Ta 13-godzinna wyprawa w góry nie była tylko naszym prywatnym wypadem. Dzięki niej nie tylko zobaczyliśmy, jak wyglądała trasa Krzysztofa i Tomasza, ale mieliśmy także okazję na własnej skórze poczuć przynajmniej trochę tego, co czuli oni. Jak się później okazało bardzo nam się to przydało.

     Próbując wyjaśnić, co było przyczyną tego zdarzenia, które na zachodzie określa się mianem “missing time” (“zagubiony czas”), pierwszym krokiem było sprawdzenie, czy nie jest to po prostu oszustwo. Nie było to zbyt trudne. Jak już wspomniałem wcześniej, historię tę świadek opowiedział mi zupełnie nie wiedząc, że jestem członkiem MCBUFOiZA. Po co więc miałby kłamać? Późniejsze wielokrotne rozmowy z Tomaszem i Krzysztofem, przeprowadzony wywiad środowiskowy i testy psychologiczne tylko potwierdziły moje przypuszczenia – obaj byli wiarygodni, a ich podejście do tego, co przeżyli było bardzo zdystansowane i zrównoważone.

     Wobec tego zabrałem się za analizę całego zdarzenia. Daruję tu Czytelnikowi przywoływanie wszystkich danych i ustaleń z 11-stronnicowego raportu dotyczącego tego zdarzenia, skupiając się jedynie na najważniejszych aspektach sprawy.

Obaj świadkowie, w czasie, kiedy szli asfaltową drogą z Zakopanego do Brzezin wielokrotnie mieli wrażenie, iż z tyłu zbliża się do nich samochód. Kiedy jednak odwracali się, nic nie widzieli. 31 sierpnia 2001, gdy przechodziłem tą trasą ze znajomym, również w nocy, kilka razy mieliśmy takie właśnie, fałszywe wrażenie. Podobnie jak świadkowie, wydawało nam się, że słyszymy odgłos silnika. Niewykluczone, że był to jakiś efekt akustyczny – odbicie fal dźwiękowych samochodu jadącego gdzieś w oddali, w dole (droga wznosi się ku górze), szumu pochodzącego z położonego poniżej Zakopanego, drzew itp. Bardzo istotny jest tutaj fakt, że ani razu nie mieliśmy tego wrażenia jednocześnie. W świetle tego wykluczyć można z pewną dozą prawdopodobieństwa, że to co spotkało dwójkę było jakimś subiektywnym odczuciem. Czy to, co słyszeli świadkowie na drodze, było tylko jakimś “naturalnym” dźwiękiem, czy miało coś wspólnego z późniejszymi wydarzeniami – na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć się nie da. Warto jednak odnotować fakt zaistnienia tego zjawiska i to, że było ono odbierane jednocześnie przez dwie osoby.

Kolejnym istotnym elementem sprawy jest relacja Tomasza, który twierdzi, że na Psiej Trawce (między godziną 3.00 a 3.20) widział przelatujący niezwykle szybko, gdzieś nad drzewami, obiekt. Świadek nie potrafi określić nawet przybliżonej jego odległości, wysokości ani wielkości, gdyż, jak mówi trwało to zaledwie ułamek sekundy. Zdążył zauważyć tylko, że była to świecąca na biało kula. Właściwie zjawisko to można by uznać za jakieś złudzenie, na przykład spowodowane zmianą natężenia oświetlenia przy patrzeniu na włączoną latarkę, a potem na ciemne otoczenie, gdyby nie to, że Tomasz  po chwili po raz drugi zobaczył taki sam obiekt. Świadek jest tutaj pewien, że obiekt ten przelatywał w przeciwnym niż poprzednio kierunku.

Najbardziej zagadkowym zdarzeniem w całej tej historii jest jednak oczywiście “utrata czasu”. Świadkowie, siedzieli około 2 minut na balach ściętego drzewa, wymienili ze sobą jeszcze uwagę, że czas iść dalej i następne, co pamiętają, to kiedy maszerują ramię w ramię, 40 minut później. Należy sobie zadać pytanie, co mogło być przyczyną tego, że oboje nie pamiętają absolutnie nic z tego co działo się pomiędzy 3.45-4.00 a 4.25-4.40?

Można oczywiście uznać, że Tomasz i Krzysztof po prostu zasnęli na chwilę, zwłaszcza, że było to w nocy, a oni byli zmęczeni marszem. Hipoteza ta jednak upada w konfrontacji z faktami. Skoro zasnęli, to jak wytłumaczyć, że świadomość odzyskali jednocześnie, dopiero podczas marszu? To niemożliwe, żeby podczas drzemki wstali, założyli plecaki, wyruszyli w drogę i szli przez jakiś czas obok siebie. Dodatkowo, oboje zaznaczają, że przez około 3 minuty poruszali się, jakby zahipnotyzowani - już świadomi, lecz jeszcze jakby w transie. Dopiero później całkowicie “oprzytomnieli”. Oczywiście nie wiadomo, czy przez te 40 minut znajdowali się na balach, czy też gdzieś indziej.

Można również zastanawiać się, czy nie był to efekt jakiejś chwilowej utraty pamięci, ale znowu pojawia się tutaj kwestia, że przydarzyło się to w tym samym czasie dwóm osobom. W świetle dostępnych informacji zdecydowanie uznaję to za niemożliwe do wyjaśnienia w kategoriach zjawisk i procesów naturalnych. Jest niemal całkowicie pewne, że mamy tu do czynienia z jakimś nieznanym czynnikiem, który był przyczyną także kilku innych dziwnych zdarzeń.

Krzysztof i Tomasz w swojej relacji podają, że świadomość odzyskali w czasie marszu, gdzieś za miejscem odpoczynku. Oznacza to, że albo przeszli nieświadomie ten odcinek, albo coś “przeniosło ich” w przestrzeni. Ma to ścisły związek z utratą czasu, dlatego nie wchodzą tu w grę żadne naturalne czynniki. Warto zwrócić jeszcze raz uwagę, na rozkład drogi i czasu od momentu odpoczynku:

·         3:00 – 3:20 – postój na Psiej Trawce
·         3:45 – 4:00 – odpoczynek na balach drzewa, “strata” 40 minut czasu
·         4:25 – 4:40 – odzyskanie świadomości podczas marszu
·         4:45 – 5:00 – przybycie na Halę Gąsienicową do schroniska

Droga od Psiej Trawki przewidziana jest przez oznakowanie na 45 minut, jednak w praktyce, w nocy trudno jest przejść ją w tym czasie, co sami sprawdziliśmy (mieliśmy około 15 minut spóźnienia, czas marszu wyniósł około godziny). Jeśli nie liczyć straty 40 minut, idąca nieco wolniej od nas i zatrzymująca się na tym odcinku dwójka powinna dotrzeć na Halę Gąsienicową po czasie od 45 minut do 1 godziny 20 minut. Do zdarzenia doszło zatem około 2,6 km od Psiej Trawki. Ustalenie miejsca incydentu nastręczało pewne trudności, gdyż nie była to żadna polana, a jedynie miejsce, gdzie wtedy składowano drewno. Świadkowie wspominają, że odzyskali świadomość kilka kilometrów za miejscem postoju na balach, zaznaczając jednocześnie, że było to około 20 minut od Hali Gąsienicowej. Jest tu taj pewna sprzeczność, ponieważ od miejsca, w którym odpoczywali było zaledwie około 1,5 km do schroniska (co dokładnie zgadza się z tempem ich marszu i podawanym przez nich czasem przybycia na Halę). Wydaje się więc, że świadkowie popełnili tu błąd, gdyż mogli odzyskać świadomość, kilkadziesiąt, co najwyżej 100 - 150 metrów za balami.

Pamiętamy także, że Tomasz wspomina o utracie orientacji po odzyskaniu świadomości. Jakkolwiek dziwne się to wydaje, nie jest to dla mnie niczym niezwykłym. Podczas wizji terenowej skracaliśmy podane na oznaczeniach czasy przejścia średnio o około 20 minut, co najwyżej dochodziliśmy na czas. Przewidziany na 45 minut odcinek Psia Trawka – Hala Gąsienicowa pokonaliśmy jednak w godzinę, co podczas marszu wywołało u nas niemałą dezorientację. Wiedzieliśmy, że idziemy szybko i już powinniśmy być w schronisku, tymczasem wciąż byliśmy w lesie. Dodatkowym czynnikiem zaburzającym orientację była oczywiście noc oraz całkowity brak punktów odniesienia na tym odcinku. Dlatego właśnie nie sądzę, aby dezorientacja Tomasza miała bezpośredni związek ze zdarzeniem. Według mnie była jedynie jego uboczną konsekwencją.

Tak więc podsumowując, wczesnym rankiem 23 sierpnia 2000 pomiędzy godziną 3.45-4.00 a 4.25- 4.40, w odległości około 2,6 km na południe od Psiej Trawki w Tatrach, doszło do zdarzenia typu “missing time”, w którym dwie osoby straciły 40 minut. Obecny stan wiedzy na temat incydentu nie pozwala na wyjaśnienie, co działo się z mężczyznami w tym czasie. Zaproponowałem, aby incydent ten zaklasyfikować jako zdarzenie “missing time” z bardzo możliwym CE-4 i obserwacją NOL-a typu NL. Jest bowiem wielce prawdopodobne, że chodzi tu o klasyczne zdarzenie nazywane “wzięciem”, co wydaje się potwierdzać obecność BOL-a obserwowanego przez jednego ze świadków.

Opisana powyżej historia to typowy przykład, powszechnie znanego i pojawiającego się na świecie, fenomenu “utraty czasu”. Zjawisko to nie zostało do tej pory w żaden sposób wyjaśnione. Jakkolwiek różne mogą być jego przyczyny, niezwykle często ma ono związek z obserwacjami NOL-i i bliskimi spotkaniami. Również w Polsce notowano wiele takich przypadków. W większości, w takich incydentach, potwierdzone jest niezbicie spotkanie z NOL-em i jego związek ze zdarzeniem. Wydarzenie z 23 sierpnia 2000 roku nie daje nam tej pewności, aczkolwiek wskazuje w dużym stopniu na możliwość ingerencji NOLa i jego powiązanie ze zniknięciem mężczyzn. Nie ośmielę się jednak stwierdzić z całą pewnością, że było to uprowadzenie na pokład NOL-a przez nieznane istoty. O tym świadkowie nic nie wspominają. Mogli być wtedy nieświadomi, może po prostu wymazano im to z pamięci... Może, ale to pozostanie tajemnicą...


Jedno jest pewne – góry jeszcze raz pokazały, że kryją w sobie niejedną zagadkę.


KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ