czwartek, 5 czerwca 2014

PROJEKT TATRY (15)

7. BLISKIE SPOTKANIA Z LUDŹMI W CZERNI


W kartotece PROJEKTU TATRRY mam odnotowane dwa CE z MiB-ami – czyli Ludźmi w Czerni. Pierwsze z nich miało miejsce w Krakowie, a drugie – na „Zakopiance”, pomiędzy Skomielną Białą a Krakowem, ale po kolei:


92


Nie wierzyłem w istnienie Ludzi w Czerni – czyli Men In Black – których uważałem za część mitologii UFO, a które to zjawisko socjologiczne i ufologiczne było spowodowane głównie aktywnością agend rządowych USA i ZSRR i ich służb wywiadowczych – głównie CIA i KGB.

Mimo tego, w nocy z 2 na 3 listopada 1983 roku, spotkałem na peronie 2 dworca PKP w Krakowie – Płaszowie osobnika, który pasował jak ulał do krążących opowieści o Ludziach w Czerni. A to było tak:

Mój MiB doczepił się do mnie na peronie. Poprosił mnie o ogień. Zapalił i od słowa do słowa zaczęliśmy rozmawiać. Nie wiem, dlaczego na ponad sto osób stojących na peronie ten facet doczepił się właśnie do mnie, choć stało tam ponad dwudziestu palaczy?...

Rozmawialiśmy – o ile dobrze pamiętam – o tym, o czym Polacy   z a w s z e   rozmawiali w podróży, to znaczy o polityce (było krótko po stanie wojennym), o możliwości wybuchu wojny nuklearnej (aktualnie amerykański prezydent Ronald Reagan forsował swój program „wojen gwiezdnych” – SDI czyli Strategical Defence Initiative, bardziej znany jako The High Frontier[1]) i tzw. „zimie jądrowej jako jej następstwie (było krótko po emisji w TV amerykańskiego filmu katastroficznego The Day After). Pogadaliśmy sobie o zagładzie dinozaurów (wchodziła właśnie do nauki z wielkim hałasem teoria prof. Luisa Alvareza o zimie poimpaktowej po upadku wielkiego meteorytu lub asteroidy na przełomie K/Tr, 65 mln lat temu) i o istnieniu hipotetycznych Dinozauroidów (co wylansował kanadyjski naukowiec prof. Dale Russell) i ich domniemanej cywilizacji.

Przewałkowaliśmy w rozmowie wszelkie możliwości uniknięcia ich paskudnego losu poprzez skrycie się w schronach. I rzecz dziwna – mojego rozmówcę interesowała możliwość przeżycia zimy jądrowej w głębokich jaskiniach górskich Tatr!... To właśnie wtedy rzucił on propozycję ukrycia się ludzi w jaskiniach o dużej deniwelacji, które mogłyby być doskonałymi schronami przeciw atomowymi
- Czy ludzie mogliby zachować życie chowając się do tych jaskiń? – dopytywał się mój MiB.
- Owszem - odparłem - Rzecz jest możliwa, ale jaskinie mogą być zniszczone przez ruchy górotworu. Pamięta pan, co było po detonowaniu przez Amerykanów 25 megaton trotylu na Amchitce? Uskok St. Andrews trząsł się dobre pół roku... To było pod koniec lat 70.
- Taaak... - pomedytował chwilę, jakby przeżuwał to, co mu powiedziałem, a potem ni z juszki ni z pietruszki zastrzelił mnie pytaniem - A co pan wie o Agharcie?...

Zamurowało mnie. O Agharcie na początku lat 80. wiedziało niewiele osób, choć przed II wojną światową temat był dość szeroko znany dzięki relacji znanego i poczytnego pisarza i podróżnika Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego, który zawarł ja w książce - światowym bestsellerze przetłumaczonym na 25 języków - Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów (Warszawa 1930). Na jej podstawie powstała również powieść fantastyczno - mistyczna F. Montyherta - Atlantyda i Agharta. Po wojnie Ossendowski został wyklęty przez komunistów za to, co napisał właśnie w tej książce, a także za swą powieść para dokumentalną pt. Lenin (Poznań 1930), w której ostrzega on przed komunizmem i Stalinem w szczególności. Ten ostatni najprawdopodobniej wydał na niego wyrok śmierci, który wykonano w styczniu 1945 roku przez agenta NKWD czy SMIERSZ-u, podającego się za krewnego jego przyjaciela - generała barona Romana Fryderyka von Ungern Sternberga, co atoli jest już osobną historią. Cenzura PRL zrobiła wszystko, co w jej mocy, by powieści Ossendowskiego i pamięć o nim nie była zbyt żywa. Zrobiono z niego błazna i blagiera, skrzyżowanie mitomana z grafomanem. Był to los normalny w przypadku autora, który miał pecha skrytykować „jedynie słuszny ustrój”. Moja znajomość z Ossendowskim wynikała z faktu, że mój dziadek ze strony matki - Franciszek Baranowicz - znał go osobiście, jeszcze z Syberii. I kolejna rzecz ciekawa - czytał mi on do poduszki fragmentu książki Ossendowskiego, w którym jest mowa o podziemnym państwie Agharty... A teraz ten dziwny, ubrany na czarno facet pyta o coś, co było w pewnym sensie częścią mojego dzieciństwa. Odpowiedziałem mu coś od rzeczy, a potem przyjechał wreszcie spóźniony o 120 minut pociąg z Przemyśla do Szczecina, przeładowany do wszelkich granic możliwości i przyzwoitości...  Zdecydowaliśmy się wsiąść do niego przez okno - sposób wielokrotnie praktykowany w PRL i niezawodny. Najpierw podsadziłem do okna osiemnastoletnią dziewczynę, dość mikrej postury, a potem mojego rozmówcę. I tutaj był pierwszy szok - był on niemal o połowę   l ż e j s z y   od tej lekkiej przecież dziewuszki, pomimo tego, że był mojego wzrostu i na oko ważył co najmniej 90 - 95 kg!

Nie pojechałem tym pociągiem. Miałem lokalne połączenie do Katowic o 03:55 z Krakowa Głównego i tym pociągiem pojechałem do Sosnowca, gdzie swego czasu pobierałem nauki języka Szekspira i sir Arthura Conan Doyle’a w Ośrodku Nauczania Języków Obcych MSW. Po drodze wreszcie mi coś „zaskoczyło” - MiB to Man In Black - Człowiek w Czerni właśnie, a ten facet był ubrany właśnie na czarno i nosił - nawet w najciemniejszych miejscach - czarne okulary, tak czarne, że nie widziałem jego oczu!...- o ile je w ogóle miał! I te jego pytania!

Przez cały czas kombinowałem, z kim właściwie miałem do czynienia: Mason? Różokrzyżowiec? Sekciarz z „Antrovisu”? jakiś esbek lub ktoś z kontrwywiadu wojskowego czy naszej WSW WOP[2]? Poglądy polityczne miałem jeszcze wtedy „jedynie słuszne” - czy to był jakiś sprawdzian lojalności?...  Jeżeli tak, to jaki był jego cel? Sprawdzenie lojalności oficera WOP, jednego z wielu? A może to był jakiś test przed próbą werbunku ze strony obcych służb wywiadowczych: radzieckich, amerykańskich czy niemieckich lub jeszcze innych?...  To akurat było najbardziej prawdopodobne, bo w czerwcu 1981 roku usiłowano mnie nakłonić do odmowy powrotu do PRL w szwedzkim Ystad. Odmówiłem, bo nie chciałem, by komuniści zgnoili mi rodzinę i CIA dała mi spokój. Teraz wiadomo, że CIA chodziło o potwierdzenie wszystkich informacji przekazywanych jej przez płk Ryszarda Kuklińskiego, który był szpiegiem w Sztabie Generalnym WP i UW. Oczywiście paszportu nie zobaczyłem przez pół roku, bo nasze władze obawiały się, że korzystając z okazji ucieknę na Zachód. Hmmm... - gdybym chciał i miał motywację, to i tak zwiałbym do Niemiec, Danii czy Szwecji i nie byłoby WSW, które byłoby mnie w stanie zatrzymać! Tak czy owak, odpowiedzi na te pytania nie uzyskałem do dziś dnia, a zatem roboczo zakładam, że to był jednak Człowiek w Czerni, chociażby dlatego, że...


93

... w dwa tygodnie po opisanych wydarzeniach, moja siostra Wiktoria Leśniakiewicz miała równie dziwną przygodę. Jadąc auto - stopem z Jordanowa do Krakowa, zatrzymała w Skomielnej Białej jakiegoś młodego - do 30 lat - mężczyznę, który jechał do Krakowa czy nawet do Warszawy, dużym, czarnym, zachodnim autem - „mercedesem” czy „fordem” - tego nie pamięta. Facet zatrzymał się i zaproponował podwiezienie. Siostra wsiadła do auta i pojechali. Po drodze, ów ubrany na czarno jegomość zadał jej mnóstwo pytań: kto w rodzinie interesuje się problematyką UFO? Kto widział UFO i ile razy? Jakie są opinie jej i jej najbliższych na temat UFO? - itd. itp. Swoje zainteresowanie tłumaczył tym, że sam widział NOL-a w czasie swego pobytu na Węgrzech, w okolicach Budapesztu. A kim on był naprawdę, tego nie możemy się nawet domyślić. Jedynym sensownym wytłumaczeniem jest tylko... - MiB!

W październiku 2000 roku, w czasie jednego ze spotkań w świetlicy Związku Podhalan „Śwarna” w Zakopanem, zorganizowanym przez Jerzego Łataka, wypowiedział się pewien oficer LWP w latach 50. służący na Pomorzu Gdańskim twierdząc, że wszystkie informacje dotyczące UFO i innych fenomenów związanych z obecnością i działalnością Ufitów na terenie PRL były zbierane i utajniane przez kontrwywiad wojskowy, zaś świadkowie Obserwacji Dalekich i Bliskich Spotkań byli zmuszani do milczenia poprzez zastraszanie, szantaż i temu podobne praktyki. Być może i my byliśmy figurantami[3] w jakiejś sprawie operacyjnego sprawdzenia czy może nawet rozpracowania - prowadzonej przez kontrwywiad wojskowy PRL?...


---oooOooo---


I to byłby wreszcie koniec kroniki PROJEKTU TATRY - co jeszcze nam pozostaje?




[1] Z ang.: Inicjatywa Obrony Strategicznej i Wysoka Granica. Chodziło tu o rozbudowany system broni antyrakietowych rozmieszczonych w Kosmosie, którego zadaniem byłoby zniszczenie radzieckich ICBM-ów w najwyższym punkcie ich trajektorii, co doprowadziłoby do zniszczenia ZSRR i innych krajów Układu Warszawskiego uderzeniem odwetowym wyprowadzonym z USA i krajów NATO bez strat własnych.
[2] Wojskowa Służba Wewnętrzna Wojsk Ochrony Pogranicza - Był to rodzaj referatu spraw wewnętrznych, nadzoru i kontroli pracowników, funkcjonariuszy i żołnierzy WOP, sprawujący nad nimi ochronę kontrwywiadowczą i porządkową.
[3] W nomenklaturze służb specjalnych „figurant” to osoba, przeciwko której prowadziło się niejawne działania operacyjne w ramach spraw operacyjnego sprawdzenia (ustalenie, czy osoba zajmuje się wrogą bądź przestępczą działalnością na szkodę państwa) czy operacyjnego rozpracowania (udowodnienie osobie prowadzenia wrogiej czy przestępczej działalności na szkodę państwa). W PRL pracę operacyjną prowadziły jednostki SB, MO, WSW, WOP, wywiadu i kontrwywiadu wojskowego.