środa, 25 czerwca 2014

PROJEKT TATRY (28)

APPENDYKS H (Pisany wraz z Wiktorią Leśniakiewicz)


Wszyscy lubimy się bać.

Strach jest najgroźniejszym, kiedy ma ludzkie oblicze. Dlatego tak boimy się wszelkich wilkołaków, strzyg i wampirów. Dlatego właśnie, że lubimy ten dreszczyk emocji, tak bardzo lubimy słuchać niezwykłych opowieści naszych rodziców i dziadków oraz innych starszych krewnych, szczególnie w długie zimowe wieczory, kiedy za oknami noc i jej niezwykłe stwory, a my w ciepłym i jasnym domu czujemy się tak bezpiecznie.

Lubimy opowiadania o niezwykłych i tragicznych wydarzeniach, o duchach, diabłach i upiorach. Dziś, w XXI wieku, do tego tradycyjnego korowodu straszydeł doszli krwiożerczy Kosmici i katastrofy technologiczne.

A co można powiedzieć o zaginięciu osób, które udały się na wypoczynową (od słowa „wypoczyn” zamiast weekend) czyli sobotnio-niedzielną wycieczkę w góry i znikły bez śladu? I to dzisiaj, kiedy niemal każdy turysta ma telefon komórkowy, nadajnik CB czy nawet przenośne urządzenia GPS? Co można powiedzieć o incydentach, jakby żywcem przeniesionych z książki Joan Lindsay i opartego na jej bazie filmu Petera Weira pt. Piknik pod Wiszącą Skałą, których do dziś dnia jeszcze nikt nie rozwiązał, ani nawet nie podał jakiejkolwiek brzmiącej sensownie hipotezy?

Fenomen Pikniku... doczekał się kilku szalonych hipotez (skoro nie ma hipotez sensownych, potrzebne są szalone - sic!) - które to hipotezy objaśniają go częściowo, ale wcale nie całościowo!

W pracy pt. PROJEKT TATRY Robert przedstawił dwie z nich: hipoteza „zabłądzenia” i „mikroszczelin Łataka” - od nazwiska inż. Jerzego Łataka z Zakopanego, który ją wymyślił. Zainteresowanych odsyłamy na stronę internetową Małopolskiego Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych - http://www.ufo-centrum.prv.pl  - gdzie praca ta jest dostępna, zaś jej odpis znajduje się w naszej Miejskiej Bibliotece Publicznej.

Hipoteza „zabłądzenia” jest jasna i oczywista. Delikwent wpada w obszar mgły czy niepogody, albo w nieznany mu teren i traci orientację z wiadomym skutkiem: przepada w jakimś zakamarku skalnym lub w lesie. Poszukiwania trwają czas jakiś, a potem uznaje się go za zaginionego. Czasami udaje się po latach odnaleźć szkielet i resztki ekwipunku, po których delikwenta da się zidentyfikować... - ale czasami nie udaje się znaleźć nikogo, co właśnie określamy mianem fenomenu Pikniku... Hipoteza ta nie wyjaśnia, co się dzieje z delikwentem po zabłądzeniu.

Najgorsza w górskim terenie jest dezorientacja. Poza naturalnymi czynnikami dezorientującymi człowieka w terenie, jakimi są warunki ograniczonej widzialności: noc, mgła, zadymienie, silne opady atmosferyczne, itd. itp. - nieznajomość terenu, nieumiejętność czytania mapy - jest jeszcze coś innego, o czym poniżej. Jest to dezorientacja wynikająca z jeszcze czegoś innego - rzeklibyśmy - nienaturalna. Nie chodzi tutaj o skumulowanie się w/w czynników, ale o coś działającego na psychikę człowieka bardziej destruktywnie, niż stres.

I zapomnielibyśmy o wszystkim, gdyby nie opowieść naszego ojca, Adama Leśniakiewicza, który w dzień św. Marcina - czyli 7 grudnia 1964 roku - udał się do naszego lasu po choinki. Nasz las znajduje się na północnych stokach góry zwanej Kamionką - 562 m n.p.m. i ojciec tam właśnie skierował się tamtego dnia. Potem udał się na szczyt Przykca - 741 m n.p.m., chcąc wrócić do domu, ale... ku swemu niebotycznemu zdumieniu stwierdził, że: Las wyglądał jakoś dziwnie!... w pewnej chwili poczuł, że robi mu się jakoś dziwnie słabo - chociaż zawsze dobrze znosił wysokość i forsowne marsze po górach. Stwierdził też, że nie jest w stanie wrócić do domu, zgubił się - choć znał on jordanowskie lasy jak własną kieszeń! Posiedział, odpoczął i zdając się na ślepy traf poszedł prosto jak strzelił przed siebie. Miał szczęście - po pewnym czasie wszedł na dróżkę i idąc za nią doszedł do przysiółka Przykice, a potem do domu w Jordanowie. Już siedząc w cieple przypomniał sobie stary ludowy przesąd mówiący, że: W dzień świętego Marcina nie wolno wchodzić do lasu! Czyżby miał on okazję zapoznać się w praktyce z tego zabobonu (?!) szkodliwym działaniem???... NB, ze św. Marcinem wiąże się jeszcze jeden przesąd, a raczej przepowiednia pogodowa głosząca, że Święty Marcin przyjeżdża na białym koniu - tzn. tego dnia spada pierwszy śnieg. Tak było niemal do końca lat 60., na św. Marcina czyli w dniu 11 listopada zazwyczaj padał pierwszy śnieg - potem mechanizm działania pogody w Beskidach rozregulowały początki efektu szklarniowego.

Przykiec pokazał także swe oblicze naszemu pradziadkowi Antoniemu Bocheńskiemu, który był „wodzony” przez odgłosy gwizdania, klaskania, śmiechy, itd. itp., wokół szczytowej kopuły tej góry.

Robert też miał swoją przygodę z Przykcem, kiedy to 3 maja 1997 roku wybrał się z żoną i córką szwagierki na jego szczyt. Trasa ich wypadu wiodła przez Mąkacz, szczyt Kamionki, wzgórze 647i przełączkę pomiędzy nim a Przykcem. Przebyli ją w dwie godziny i po popasie na szczycie postanowili wrócić tą samą drogą do Jordanowa. Zgubili się w odległości około ćwierci kilometra od kopuły szczytowej Przykca...  Po dłuższym błądzeniu udało się im dotrzeć do niebieskiego szlaku turystycznego nr 322 z Jordanowa do Kalwarii Zebrzydowskiej[1], którym powrócili do domu. NB, byli oni przekonani, że idą na południe, tymczasem szli dokładnie na wschód, a to, co brali za szczyt 647 - naprawdę było szczytem Łysej Góry - 642 m n.p.m. Dlaczego zboczyli z kursu o 900 w lewo - pozostaje nadal zagadką...

Wysunęliśmy przypuszczenie, że czynnikiem dezorientującym ludzi może być silne promieniowanie geopatyczne licznych na tym wodonośnym terenie żył wodnych, bo cały masyw jest wyjątkowo „wodonośny” - na szczycie Kamionki znajduje się młaka, na której rośnie nawet tatarak!

W Tatrach odnotowano kilka wypadków zniknięcia ludzi, a potem ponownego ich pojawienia się, a raczej ich martwych ciał. Tym intrygującym wypadkom nadano nawet w raporcie końcowym PROJEKTU TATRY osobną klasyfikację - są to wypadki typu Rip van Winkle, bo jak w bajce Washingtona Irwinga zwłoki zaginionych powracają na Ziemię po upływie wielu, wielu lat...[2]

I nie tylko tam, bo w 1981 roku zaginęła bez wieści mieszkanka pobliskiej Malejowej - sześćdziesięciokilkuletnia Anna P. Poszukiwania policyjne i prowadzone przez rodzinę spełzły na niczym, a zwłoki Anny P. znaleziono dopiero w 1996 roku, w odległości około 5 km w linii prostej od miejsca zamieszkania, w dolince jednego z potoków zasilających Skawę, nieco na północ od wysoczańskiego pomnika upamiętniającego bohaterów bitwy o Wysoką, która rozegrała się w dniach 1-3 września 1939 roku. Zakładając nawet to, że Anna P. cierpiała na chorobę Alzheimera, trudno jest racjonalnie wytłumaczyć „objawienie się” jej zwłok po ponad 10 latach!

Czy w tym przypadku działali Ufici? Być może, boż w okolicach masywu Przykca zaobserwowano kilka przelotów Nieznanych Obiektów Latających - ostatni przypadek miał miejsce w przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia 2000 roku, kiedy to troje świadków zaobserwowało przelot dziwnego Nocnego Światła nad Łysą Górą. A przecież jest to okres, w którym - o ile wierzyć mądrym i tajemnym księgom - źli duchowie ziemni ode skarbów odstępują i brać je dozwalają...

Ten ostatni wypadek miał miejsce w niezwykle ciekawej okolicy, leżącej po przeciwnej stronie od Przykca - na południe od Jordanowa wznosi się masyw Góry Ludwiki, zwanej też Jawornikiem - 653 m n.p.m. - a po jej południowych stokach rozpostarła się słynna wieś Wysoka k/Jordanowa. Wiedzie przez nią droga z Jordanowa do Spytkowic - droga, którą bez obawy można nazwać DROGĄ PRZEZ WIDMOLAND! Są na niebie i na Ziemi zjawiska, o których nie śniło się nawet filozofom - mawiamy, kiedy los zetknie nas ze zjawiskami, których racjonalnie wytłumaczyć się nie da. Rozwiewające się zjawy, błędne ogniki, tupoty, trzaski, szepty, odgłosy przesuwających się mebli, zatrzymujące się zegary - słowem zjawiska jak z zacnego uczciwego horroru... Miliony ludzi na przestrzeni wieków zetknęło się z tymi fenomenami i czy wierzymy w nie, czy też odnosimy się do nich sceptycznie - często miejsca takie upamiętnione są nazwami terenowymi: Kuszewo, Straśnik, Diabla Góra, Czarci Jar, itp. Często w miejscach tych stawiane były krzyże czy kapliczki dla odpędzenia „złego”. Znana jest też nam taka droga, na której można się spotkać... - No właśnie z Kim? Niby żyjemy w tym XXI wieku, mamy telewizję satelitarną, kuchenki mikrofalowe i telefony komórkowe, ale kiedy zapadnie noc i na niebie pojawi się zimowa pełnia, to zaczynamy odczuwać niepokój, jak bohaterowie lovecraftowskiego horroru, zanim potwór stanie nam na progu domu...

Jadąc od Jordanowa do Spytkowic, trzy kilometry przemierza się malowniczym kiedyś - teraz już mocno przetrzebionym przez złodziei drewna - lasem. Kiedyś drogę tą przemierzali kupcy udający się z towarami na Węgry i do Wiednia - czyli po małopolsku - Widnia. Tą drogę też przemierzał we Wrześniu 1939 roku pułkownik Stanisław Maczek ze swą Brygadą Pancerno-Motorową, kiedy bronił Wysokiej i Jordanowa przed niemieckimi zagonami XXII Korpusu Pancernego generała von dem Bacha. Ile z tego zapamiętała ta ziemia, skoro jeszcze teraz można usłyszeć od ludzi wręcz niewiarygodne relacje w rodzaju poniższej:

Dwaj kolejarze skończywszy swą służbę wracali późną nocą na nogach do domów, kiedy to nagle ciszę nocy rozerwał na strzępy przybliżający się tętent stada koni, były one coraz bliżej, słychać było ich chrapanie, dzwonienie rzędów i metalowy zgrzyt dobywanych z pochew szabel... Zmartwieli ze strachu kolejarze przypadli do siebie sądząc, że to ostatnie ich chwile, że zostaną po prostu wdeptani w ziemię lub rozniesieni na szablach... Po chwili jednak ta niewidzialna kawaleria pogalopowała w nicość. Przerażeni do ostatnich granic nocni wędrowcy nawet nie pamiętali, jak znaleźli się w domach....

Bitwę tejże niewidzialnej konnicy słyszeli również mieszkańcy jednego z domów usytuowanych przy tejże drodze, pomiędzy tzw. Zagrodami a Wysoką. Początkowo sądzili nawet, że zbliża się burza, i że słychać jej pierwsze, odległe grzmoty, ale tętent i parskanie koni, krzyki walczących oraz chrzęst i zgrzyt broni uświadomił im, że to nie burza, ale niewidzialne hufce rozgrywają pomiędzy sobą im tylko wiadomą bitwę...

Biorąc dość ostry - nie jedyny zresztą na tej drodze - zakręt, wjeżdżamy na niewielki mostek. Uważny kierowca po lewej stronie dostrzeże malownicze oczko wodne, które niezwykle rzadko zamarza, nawet w najtęższe mrozy. Wtedy to unoszą się tam mgły, które nadają okolicy ponury koloryt... Oparzelisko to cieszy się złą sławą wśród spóźnionych wędrowców. „Coś” idzie równo z podróżnymi, słychać „Jego” głośno dyszący oddech, gałęzie głośno trzaskają pod jego wielkimi, bosymi stopami. Ot, taki sobie, rodzimy Yeti z naszej małej ojczyzny. Owoż Yeti kiedyś - czy to z dobroci serca, czy to dla zabawy - niewidzialny tego wieczoru, niósł tył wozu jednemu z mieszkańców Wysokiej. Przerażony woźnica czuł, że tył jego furmanki „płynie” w powietrzu. Nie mniej przerażony był koń, który chrapał na rozdętych nozdrzach, rwał uprząż - chcąc się uwolnić od tak upiornego pomocnika. Podobne, niewidzialne lub widzialne, ale mimo to równie tajemnicze istoty żyją w australijskim Queenslandzie, tamtejsi farmerzy nazywają je „Yovies”...

Jadąc dalej, nocą można zaobserwować świetliste kule i ogniki, które błądzą pośród młodych jeszcze buków. Starsi powiadają, że to pięciu niemieckich żołdaków pochowanych tam w 1945 roku dopomina się o swoje.

Niedaleko od tegoż miejsca, inny mieszkaniec Wysokiej dostrzegł ognisko na polanie wśród lasu. Zdumiony i zaciekawiony - bo i pora była dość późna - podszedł ostrożnie i ku swemu przerażeniu dostrzegł... ni to diabłów, ni to faunów czy satyrów -  na pół ludzi - na pół kozłów kręcących się wokół ognia. Sam nie wiedział, jak to zinterpretować... A nie zapominajmy, że wielki Stanisław Moniuszko w operze Hrabina też umieścił taniec satyrów - czyżby miał po temu jakieś konkretne dane???...

Pokonując dwa kolejne zakręty mijamy trzy pochylone, urokliwe skądinąd dudławe wierzby. I tutaj też możemy zetknąć się z Niewiadomym, a mianowicie - często obserwowano tu światła, a raczej świetliste kule rozbłyskujące i jakby igrające z przechodniem.

Po przejechaniu kolejnych czterech zakrętów - to najtrudniejsze miejsce na całej trasie - po lewej stronie naszym oczom ukazuje się masywna bryła XVI-wiecznego obronnego dworu - punkt 8 na mapie. Dziś tętniący życiem, lecz jeszcze piętnaście lat temu straszył oczodołami okien. W zamglone listopadowe wieczory słyszano miarowy stukot końskich kopyt, który ustawał dopiero przed drzwiami dworu. Nieopodal Dworu znajduje się karpa po ogromnym dębie, którego wiek szacowało się w latach 60. na co najmniej 350 lat! Niestety, dzięki okolicznej ludności, która potraktowała ten zabytek po macoszemu paląc w jego środku ogniska, ze wspaniałego drzewa pozostały jedynie gigantyczne korzenie... Tu i ówdzie znaleźć można jeszcze ślady wojny w postaci ruin chałup spalonych przez Niemców w trakcie walk o Wysoką.

Wisia w związku z tym też miała swe pięć minut strachu, kiedy to odprowadzała wraz z koleżanką grupę uczniów ze stacji kolejowej w Jordanowie do Wysokiej. Było już po jedenastej w nocy, kiedy grupa weszła w las i skierowała się ku Wysokiej. Naraz wszyscy usłyszeli stąpanie końskich kopyt po lewej stronie drogi, jakby niewidoczny jeździec jechał lasem równolegle do drogi. Przerażone dzieci zbiły się w gromadę i gromadnie zaczęły odmawiać litanię do wszystkich świętych. Tętent kopyt odstąpił od nich dopiero wtedy, kiedy weszły pomiędzy pierwsze zabudowania wsi...

Wieść gminna niesie, że wysoczańska szkoła była nawiedzona, ale dziwne zjawiska skończyły się odkąd zamieszkali w niej nauczyciele. Chociaż różnie się o tym mówi...

Również jedna z ostatnich pań na wysockim dworze - niejaka Ludwika Żeleńska - Wężykowa, za której spokój duszy odbywają się coroczne nabożeństwa, zamanifestowała się obecnym właścicielom dworu, aby i oni kultywowali ta tradycję - czego skrupulatnie przestrzegają.

W naszej wędrówce po Widmolandzie osiągnęliśmy kulminację drogi na wysokości około 575 m n.p.m. - teraz droga łagodnie opada w dół. Przy dobrej pogodzie i odrobinie szczęścia możemy zobaczyć wyrastającą zza horyzontu jak grecki amfiteatr, majestatyczną panoramę Tatr. Po tejże samej - lewej - stronie widnieje okazały i niestety, niezamieszkały dom, którego właściciele ponoć wyemigrowali do USA. Dom ten jednak nosi miano „nawiedzonego”, a wzięło się to stąd, że ludzie - pracujący przy jego budowie - opowiadali, iż narzędzia, które po pracy zostawiali w porządku i starannie ułożone - nazajutrz rozrzucone były po całej budowie, a pozostawione drewniane spałki jakaś siła porąbała na drobne trzaski. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby ten budynek nie był zabezpieczany na noc, a jednak solidne drzwi i masywne okna nie nosiły żadnych śladów włamań. Jakaż siła powodowała zatem przemieszczanie się przedmiotów? Poltergeist? Wysoczański Yeti? Ufonauci? Kosmici?...

W tej samej okolicy pewna rodzina obserwowała, jak przy studni kręciły się postacie jako żywo nie przypominające ludzi, a karzełki - utopce - a może raczej Ufitów???...

Tylko kilka kilometrów i tyle anomalii! Może jeszcze jedno nietypowe wydarzenie, które miało miejsce w okresie międzywojennym. Pewien mężczyzna w tzw. średnim wieku wracał ze Spytkowic do Jordanowa. Było około północy, kiedy ujrzał przed sobą kobietę, podążającą w tym samym kierunku. Przyśpieszył kroku, by chociaż część drogi przebyć w czyimś towarzystwie, jednak kobieta owa utrzymywała cały czas ten sam dystans, mimo wysiłków z jego strony. Wyraźnie unikała jego towarzystwa. Kiedy zbliżyli się do zabudowań, kobieta nagle skręciła w ich stronę, lekko przeskoczyła dość wysoka furtkę i znikła w drzwiach domu. Z okna sączyło się mdłe światło lampy naftowej. Zaintrygowany mężczyzna wszedł przez furtkę i podszedł do okna - ku swemu przerażeniu ujrzał on taki widok: na pościeli leżała umierająca, młoda jeszcze kobieta, w otoczeniu rozmodlonej rodziny, a u jej wezgłowia stała owa tajemnicza kobieta, w ręku trzymająca - jak to określił - świetlistą pałkę i trzykrotnie uderzyła umierającą w głowę... Nie trzeba chyba dodawać, że widok ten zdecydowanie przyspieszył powrót do domu naszemu zapóźnionemu wędrowcowi, którym był nasz pradziadek Wincenty Musiał...

Na Wysokiej istnieje również ciekawa polana, zwana Targoszówką, na której znajdywano dziwne miejsca, jakby wypalone uderzeniami pioruna lub wygniecionej dziwnie trawy w charakterystyczny wirowy wzór...

Idąc dalej, już w Spytkowicach napotykamy na górę Golgotę - położoną niemalże vis-à-vis stoku narciarskiego, a na której miało miejsce kilka dziwnych wydarzeń, które bardziej pasują do filmów sf, a nie do czasopism ekologicznych! I tam także znajdywano dziwne kręgi „wywirowane” w trawach!

Idąc jeszcze dalej do Podwilka na Orawie dojdziemy do potoku Bębeńskiego, na brzegach którego, 10 lat temu, miejscowi znaleźli tajemnicze kręgi w trawie, jako żywo przypominające te, które znaleziono w Japonii i krajach Europy Zachodniej, USA i Australii.

Świetliste kule, migające błędne światła, niewidzialna armia rozgrywająca swą niekończącą się bitwę, jeździec na koniu towarzyszący idącym przez mrok lasu, i tym podobne.. Ciekawe, że zjawiska te występują po lewej, a nie po prawej stronie gościńca? A może słusznie mówiono w Średniowieczu, że lewa ręka jest ręka diabła? Być może, tylko że w drodze powrotnej będzie to strona prawa!!!

Oto wyzwanie dla badaczy nieznanego! - wszak trudno o bardziej anomalne zjawiska, niż te, o których pisaliśmy powyżej! Nie zajmuje się nimi oficjalna nauka, boż są to zjawiska, których nie da się zmierzyć, zważyć czy polizać, ergo - dla nauki one nie istnieją. Jak widać z powyższego materiału - nie trzeba jechać do Anglii czy Ameryki, by zobaczyć, usłyszeć czy poczuć na własnej skórze coś niezwykłego. Zawsze zdumiewało nas na Zachodzie to, że Anglicy czy Francuzi potrafili z byle kupy kamieni zrobić „celtyckie kultowe obserwatorium słoneczne”, a z byle lasku „święty gaj Druidów”... Natomiast u nas depcze się, zaoruje czy burzy pod budowę kolejnego supermarketu prawdziwe zagadki i tajemnice, skarby naszej - polskiej -  historii, której tak się wyrzekamy, w bezrozumnym pędzie do Europy, w której zawsze byliśmy, a której nie będziemy mieli już nic do zaoferowania, prócz łzawej „styropianowej martyrologii” lat 80. i bełkotliwych andronów różnych politykierów, które się wszystkim w Europie już dawno przejadły... Zasadą istnienia narodów jest świadomość ich historyczności. Te narody, które tego nie zrozumiały, rychło same przechodziły do historii... Podejrzewamy, że takich miejsc, jak tu opisane, jest w naszym kraju dużo i więcej. Dobrze byłoby pozbierać te wszystkie informacje i zachować je dla potomnych, bowiem wszystko jest historią - nawet opowiastki naszych Przodków o strzygach i upiorach, które zawierają w sobie więcej racjonalnych pierwiastków, niż się to wydaje uczonym i filozofom na przełomie wieków i tysiącleci...



[1] Numeracja szlaków wg Władysław Krygowski - Beskidy: Śląski, Żywiecki, Mały - Przewodnik, Warszawa 1974.
[2] Wypadki te opisane są w licznych książkach o tematyce tatrzańskiej.