czwartek, 31 lipca 2014

PROJEKT TATRY (45)

Wyjątkowo „gorące” „popioły” pozostałe po paliwie jądrowym z Irvine EJ zatopiono wraz z kilkoma tonami bojowych środków trujących i zapalających w okolicach Mull of Kintyre - onegdaj opiewanego przez Beatlesów - a dziś czekającego na to, by Pandora uwolniła się ze swej puszki na dnie Morza Irlandzkiego. Uroczy prezencik dla potomnych!... Od tego czasu nad Szkocją i Irlandią widuje się czarne trójkąty, a ufolodzy brytyjscy zachodzą w głowy, co je tam ściąga? Już wiadomo - efekty głupoty i bezmyślności brytyjskich atomistów i wojskowych...

I jeszcze jeden przykład z Europy. Sama tylko awaria elektrofiltrów kominowych huty żelaza w Algeciras w Hiszpanii spowodowała skok promieniowania, które wykryto najpierw we Francji, gdzie promieniowanie tła podskoczyło o 17 μBq/m3 powietrza radionuklidu 137Cs*, zaś w południowych kantonach Szwajcarii skażenie to wynosiło już 150 μBq/m3. Włochom też dostało się za swoje - było tam 20 μBq/m3 powietrza. I co najciekawsze - nad skażonymi miejscami pojawiły się czarne trójkąty! A przecież nie była to awaria reaktora atomowego, a jedynie konwencjonalnego zakładu przemysłowego! I znów muszę powtórzyć, że Oni pilnują nas jak oka w głowie - a szczególnie naszej techniki jądrowej. Zbierając materiały do tego rozdziału przestałem się Im dziwić i Ich poczynaniom, choć z drugiej strony czyż szaleńca nie ratuje się wbrew jego woli???... 

Sprawa piktogramów zbożowych i ich związku z ciałami astralnymi zmarłych ludzi.

Nie tak dawno na łamach Nieznanego Świata przeczytałem niesamowitą relację pewnej pani, która na własne oczy zobaczyła proces tworzenia się kręgu zbożowego. Wyglądało to następująco:

Niedaleko wioski, gdzie mieszkała pani M. T. znajdowała się mogiła radzieckiego żołnierza. Pewnego dnia pani T. wraz z koleżankami wracała z potańcówki czy majowej zabawy i przechodziły nieopodal mogiły, kiedy ujrzały przed sobą młodego mężczyznę w rosyjskim mundurze, który zbliżał się do nich. I naraz:

>>Nieoczekiwanie jednak uwagę dziewcząt przykuło niezwykłe zjawisko. Oto bowiem w rosnący tuż przy drodze zagon zboża uderzył - dosłownie znikąd! - gwałtowny podmuch wiatru. Podmuch, to dosłownie mało powiedziane - przypominało to minitrąbę powietrzną, ograniczoną tylko do tego jednego pola, a wokół było nadal cicho i pogodnie. Tymczasem tuż przy nich zboże zostało dosłownie   w g n i e c i o n e   p a s a m i   w   z i e m i ę  - po czym nagle wszystko ucichło.<<

Dziewczęta zdezorientowane rozglądały się i stwierdziły, że nieznajomy literalnie rozpłynął się w powietrzu...

A skąd my to znamy? Przecież to proces powstawania piktogramów! Ta trąba powietrzna nie wzięła się znikąd, a powstała pod wpływem działania silników czy też jak woli prof. Jan Pająk - pędników NNOL-a, który zawisł nad polem i nie dość, że na chwilę pokazał ciało astralne radzieckiego żołnierza, to zamanifestował się piktogramem, którego sensu młodziutkie dziewczyny nie były w stanie umysłem ogarnąć... Osobiście sądzę, że w okolicy każdego cmentarzyska czy pobojowiska tworzyły się piktogramy, a my nie potrafiliśmy ich zinterpretować. Niedawno dowiedziałem się, że w Jordanowie powstały kręgi trawiaste w okolicach Hyćkowej góry w lecie 1992 roku i w lipcu 2000 roku na stokach Hajdówki - a przecież tam właśnie znajduje się zapomniany cmentarz ofiar „hiszpanki” z 1919/20 roku. Jakże elegancko wpisuje się to w teorię  o kontaktach Obcych z naszymi Drogimi Nieobecnymi...

Od pewnego czasu koresponduję z najbardziej znanym polskim ufologiem Krzysztofem Piechotą na temat „tajne stowarzyszenia, a sprawa UFO”. nie wdając się w szczegóły naszej dyskusji mogę powiedzieć tylko w największym skrócie, że wszystkie tajne ruchy opierały swe działania o alchemię. Stowarzyszenia te miały na celu stworzenie idealnego państwa wolności, równości i braterstwa - coś, co przyświecało rewolucji francuskiej w 1789 roku i rewolucji październikowej w Rosji w 1917 roku, a stało się jedynie straszliwym memento dla pokoleń ludzi i przestrogą, że każda próba stworzenia raju na Ziemi nieuchronnie kończy się piekłem... - i ponadto:
v Uzyskanie kamienia filozoficznego, opanowanie sztuki transmutacji pierwiastków jednych w drugie - ze szczególnym uwzględnieniem robienia złota i srebra;
v Uzyskanie wszechstronnego uniwersalnego rozpuszczalnika - alkathestu;
v Uzyskanie eliksiru nieśmiertelności, które umożliwiłoby życie nieograniczone niczym, a przynajmniej długowieczność liczoną w tysiącach lat;
v Wyprodukowanie sztucznego człowieka - homunkulusa.

Wszystkie te cztery cele miały służyć zbudowaniu pastwa idealnego i powszechnej szczęśliwości. Marzenie tak stare, jak sama Ludzkość i nieziszczalne, jak kwadratura koła.

Naprawdę może chodzić tutaj o przywrócenie stanu sprzed Wielkiego Konfliktu Bogów sprzed 12.000 lat, kiedy to przy pomocy atomowych syntetyzatorów można było produkować dowolne ilości dowolnych pierwiastków chemicznych z dowolnej materii czy energii w oparciu o odwrotność einsteinowskiego wzoru na równoważność energii i materii. To stąd to uporczywe poszukiwania archeusza, kamienia filozoficznego czy piątego żywiołu - quinta essentia - realizowane przy pomocy ognia. Tyle, że był to ogień nie zwykły, ale termojądrowych przemian które zachodzą wewnątrz jąder gwiazd i których efekty rozlatują się potem w chwili eksplozji gwiazdy Supernovej.

Wynalezienie alkathestu miało zapewnić otrzymanie kamienia filozoficznego na drodze rozpuszczania i sublimowania materii aż do uzyskania jej najczystszej postaci - lapis philosophorum.

Eliksir długowieczności miał zapewnić wybranym długowieczność - tak, jak biblijnym patriarchom, których długość życia wahała się pomiędzy 700 a 1.000 lat. Współcześnie takim  patriarchą był ponoć hrabia  de Saint Germain...

No i sprawa homunculusa.  Wyprodukowanie sztucznego człowieka przypomina mi dość dokładnie klonowanie istot żywych.

Czy to nam coś przypomina? A jużci! - przecież o tym wszystkim opowiadają ofiary Bliskich Spotkań Trzeciego, Czwartego i Piątego Rodzaju. To wszystko o czym tutaj piszę, Obcy opanowali do perfekcji, tyle że nie są to żadne istoty, ale biocybernetyczne maszyny pozostałe po Wielkim Konflikcie, a które - zbiologizowane - potrzebowały wszystkich tutaj wyżej wypunktowanych umiejętności do przetrwania. To właśnie dlatego Oni tak interesują się naszą genetyką i potrzebne Im są nasze gamety. To właśnie dlatego potrzebują niektórych narządów i tkanek człowieka i zwierząt - to jest materiał podkładowy do organów modyfikowanych do potrzeb Obcych.  Maszyn biologicznych. Neuromatów.

Istnieje jeszcze pewna furtka. Załóżmy, że Obcy - tj. autentyczni Kosmici, przedstawiciele CNT czy SCNT rzeczywiście istnieją, ale z tylko Im znanych powodów nie mogą czy nie chcą się z nami skontaktować osobiście, więc czynią to za pomocą neuromatów wysłanych do nas z jakiejś bracewellowskiej sondy skierowanej do nas kilka tysięcy lat temu. I to właśnie te neuromaty prowadzą tą działalność, którą my nazywamy aktywnością UFO.

Reasumując - można powiedzieć, że Masoneria i Różokrzyżowcy mogą być jedynie kontynuatorami organizacji, które działając tajnie przekazywały z pokolenia na pokolenie starożytna wiedzę Atlantów, stanowiąc coś w rodzaju zakonu św. Leibovitza z powieści Waltera M. Millera Jn. Są na to dowody. Wiedza ta ma nas doprowadzić z powrotem do Złotego Wieku sprzed Wielkiego Konfliktu. I o to w tym wszystkim chodzi.

Koniec remanentów. Czytelniku - wnioski wyciągnij sobie sam. Kiedy dobrze się rozejrzysz wokół siebie, to zobaczysz, że ten znany Ci i jak Ci się wydaje - ostatecznie poukładany świat ma swe drugie dno. I trzecie. I nawet czwarte... I znacznie różni się od tego, czego uczy się w szkołach, słucha się w kościele czy zna z własnego doświadczenia. Największe bowiem zagadki i tajemnice zawsze znajdują się najbliżej nas, tylko że my nie zawsze chcemy je dojrzeć...

Dziękuję za odwagę wszystkim ufologom, mistykom i psychotronikom oraz innym badaczom Nieznanego. Dziękuję wszystkim pisarzom fantastyki naukowej. Bez Was ten świat byłby o całe piekło nudniejszy i nie do zniesienia. Dziękuję Wam wszystkim...

KONIEC

Jordanów, 6 listopada 2001 roku, godzina 08:43.

środa, 30 lipca 2014

PROJEKT TATRY (44)

Co do tego mają Dogonowie? Ano to, że zapamiętali przylot Proximidów - a wtedy jeszcze nie Syriusz, ale α Centaura była najjaśniejszą gwiazdą naszego nieba - i to jej oddawali cześć. Opis Syriusza i „baletu” jego składników doskonale pasuje do układu Tolimanów - co udowodniłem w moim referacie praskim. A co do użycia planety do podróży z jednego układu planetarnego do drugiego? Znamy takie „bezpańskie” planety - ot, choćby tą oznaczoną symbolem TMR-1C w gwiazdozbiorze Byka, który to obiekt jest właśnie taką planetą...

Przyznam się szczerze, że kiedy przeczytałem po raz pierwszy o odkryciu obiektu TMR-1C, to od razu pomyślałem o Plejadianach - wszak Plejady są oddalone od nas wprawdzie o 390 ly, zaś TMR-1C o 450-500 ly (rozbieżne dane) i ma masę dwukrotnie większą od Jowisza - czyli około 3,815 x 1027 ton, ale porusza się swobodnie w Kosmosie i co najciekawsze - widać z niej Plejady tak, jak to przedstawiono na sztucznym głazowisku w Odrach na Pomorzu!

Wkrótce dowiedziałem się o innej planecie, którą odkryli Amerykanie w gwiazdozbiorze Centaura, gdzie na tle Drogi Mlecznej porusza się ogromny blok węgla o średnicy 13.000 km i w odległości tylko 17 ly od Układu Słonecznego! Masa tego największego znanego diamentu oznaczonego jako BPM-37093 wynosi niewiele mniej, niż masa Ziemi, czyli 4,05 x 1021 ton![1] A ile z tego byłoby karatów brylantów???... Ciekawe, bo coś takiego przewidział w latach 70. słynny pisarz SF Arthur C. Clarke w trzeciej części swej tetralogii kosmicznej 2061: Odyseja kosmiczna, w której pisze on o diamentach ogromnej wielkości, które mogłyby być odpryskami jąder gazowych gigantów, jak Jowisz czy Saturn. Czyżby BPM-37093 był takim jądrem planety pierwotnie wielkości Jowisza, z której wybuch np. Supernovej zdarł wodorowo-metanową powłokę  i zostało tylko gołe jądro z ogromnego diamentu wielkości Ziemi? Astronomia zna podobne przypadki - bo obserwowano planety odzierane ze swych atmosfer przez odrzucane po wybuchach Supernovych otoczki gazowe w mgławicach powybuchowych, a zatem mielibyśmy do czynienia z jednym z nich w naszym gwiezdnym sąsiedztwie?

   Niestety, na razie nie mamy czym tam dolecieć, by zbadać rzecz in situ. Nasze sondy Pioneer-10 i Pioneer-11 oddaliły się od Ziemi na odległość 66,6 AU (10 mld km) czyli około 9h15m biegu światła, a zatem wyszły już poza orbitę Plutona i zmierzają w kierunku konstelacji Byka. Obie sondy wystartowały w swą podróż niemal 30 lat temu...

Powróćmy jednak do Obcych i Ich aktywności na Ziemi. Niektórzy ufolodzy z „nowej fali” zarzucają mi, że nie wierzę w kilka rzeczy, m.in. w to, że Oni są zaangażowani w nasze sprawy i traktują nas obojętnie. Oczywiście, że tak! Oni traktują nas tak, jak my traktujemy mrowisko. Czy badacz życia mrówek będzie burzył całe mrowisko, by uratować pojedynczą mrówkę? - rzecz jasna nie. Gdyby Oni chcieli ingerować w nasze sprawy tu na Ziemi, to proszę Czytelniku pomyśl, ileż musieliby spełnić naszych życzeń? Sto miliardów? Więcej? A każde z nich zmienia Rzeczywistość... Dlatego całkowicie rozumiem Ich i Ich nastawienie do nas, bo sam zrobiłbym dokładnie tak samo.

I co z tego wynika? Jeden wniosek pesymistyczny: NIE DOROSLIŚMY JESZCZE DO KONTAKTU NA SKALĘ KOSMICZNĄ W OGÓLE.

Uzasadnienie:
Człowiek rozumny (tylko z nazwy) w ciągu swego pochodu cywilizacyjnego potrafił tylko niszczyć wszystko, co miał wokół siebie, nie tworząc niczego, co pozwoliłoby mu na odtworzenie zniszczonych naturalnych zasobów planety - to jest aspekt ekologiczny. W aspekcie etycznym - człowiek obraca wszystkie stworzone przez siebie dobra na zgubę własnego gatunku - wszak giną wciąż ludzie w bezsensownych wojnach etnicznych, ekonomicznych, religijnych i innych - a jego działalność na polu inwentyki obraca się zawsze przeciwko niemu i środowisku w którym żyje.

Jest jednak jeszcze drugi wniosek - optymistyczny: MY, LUDZIE Z PLANETY ZIEMIA, JESTEŚMY JEDYNIE CZĄSTKĄ OGROMNEJ RZESZY RAS GWIEZDNYCH, KTÓRE ZAMIESZKUJĄ WSZECHŚWIAT.

Uzasadnienie:
Skoro Obcy traktują nas z wyrozumiałym spokojem i obojętnością badaczy, to oznaczałoby, iż takich przedmiotów badań jak my sami musi być we Wszechświecie ogromna ilość. Mieliśmy po prostu pecha - wynikającego z rachunku prawdopodobieństwa - zbyt późno się narodzić i jesteśmy tym samym „zasietniałą” cywilizacją, która dopiero - jak noworodek - drze się na cały Wszechświat: PATRZCIE! JESTEM TUTAJ!!!

Silentium Universii zatem, to jeno pozór - ono nie istnieje!

No, a teraz wizje, rewizje i remanenty.

Jerzy Łatak podał za Czasem UFO bulwersującą wiadomość na temat oddziaływania NOL-i na efekty awarii reaktora jądrowego w Czarnobylu. W największym skrócie wygląda to tak, że przy każdym pojawieniu się NOL-a, spadała radiacja nawet o 2,2 R/h! Nie zapominajmy, że katastrofa w CzEJ była źródłem największego w historii świata skażenia promienistego. Okolice fatalnego reaktora numer 4 skażone były wszelkimi produktami rozpadu uranu w wysokości 14,5 MBg/m2 - czyli dziesięć razy więcej  niż po wybuchach w Hiroszimie i Nagasaki!!! No tak, ale tam zdetonowano kilka kilogramów izotopów uranu: 235U + 233U stabilizowanych przez 238U i plutonu - 239Pu stabilizowanego przez 240Pu, zaś w CzEJ było aż 260 ton uranu i produktów jego rozpadu, a czego 99,99% silnie radioaktywne. I to świństwo poszło w atmosferę, a wyniki tego znamy.

W czym rzecz? Ano w tym, że Ufici przewidzieli to, co się stanie w Czarnobylu i to na dłuższy okres naprzód. Rosjanie wybudowali CzEJ na aktywnym sejsmicznie uskoku tektonicznym i że w momencie katastrofy doszło do 7-minutowego trzęsienia ziemi, dokładnie pod „czwórką”. Skok reaktywności stosu atomowego przypadł dokładnie na moment pierwszego wstrząsu, który był przyczyną „rozhulania się” reaktora. Wstrząs uszkodził obieg pierwotny chłodzenia reaktora i to właśnie spowodowało jego przegrzanie, skok reaktywności i w rezultacie ostatecznym „rozsmarowany” w czasie wybuch jądrowy...

Ufici byli świadomi niebezpieczeństwa i - jak sądzę - seria CE4 w latach 70. i na początkach lat 80. miała na celu zbadanie odporności ludzi na działanie promieniowań α, β i γ - a szczególnie tych dwóch ostatnich - które wydzielają radionuklidy 131I*, 136Cs* i 137Cs*, spadające fall-out’em po wybuchu na nasz kraj. Można zatem przyjąć, że CE4 w Golinie i Emilcinie były elementami tej akcji, tego programu badawczego.

Nawiasem mówiąc, to wydaje mi się, że katastrofa w CzEJ została spowodowana przez trzęsienie ziemi, które wywołane zostało podziemnym testem jądrowym przeprowadzonym przez Armię radziecką gdzieś na stepach Ukrainy - lub co jest bardziej prawdopodobne - na stepach pomiędzy Orenburgiem a Orskiem, gdzie znajdował się radziecki poligon atomowy. Zamieszkali w Orenburgu Rosjanie i Polacy niejednokrotnie opowiadali mi, jak w stepie widziano potężne błyski, potem czuli drgania ziemi, huk eksplozji i na horyzoncie wyrastała ogromna chmura w kształcie grzyba czy kalafiora... A potem ludzie zaczynali chorować na dziwne choroby i niektórzy już nie wracali do zdrowia.

Eksplozja jądrowa spowodowała uaktywnienie się uskoków - a w okolicach CzEJ zbiegają się ich aż trzy! - i w rezultacie trzęsienie ziemi o sile 7-8oMSK w epicentrum i 2-3oMSK na obrzeżach - co odczuli mieszkańcy Czarnobyla. Hipoteza ta wyjaśnia, dlaczego KGB „wyciszyło” (mimo trwającej „pierestrojki”! - sic!) wszystkich fizyków, którzy mówili o trzęsieniu ziemi w obawie, by nie wyszedł na jaw test jądrowy przeprowadzany w Europie i obecność w rejonie CzEJ trzech supertajnych stacji sejsmicznych, których zadaniem było podsłuchiwanie geofonami krajów NATO i USA - a dokładnie prób jądrowych i testów ciężkich rakiet wielogłowicowych MIRV. Podobnie rzecz może się mieć w przypadku Ignalina EJ na Litwie, która jest równie głupio i niebezpiecznie usytuowana na zbiegu dwóch uskoków tektonicznych...

Taką aktywność NOL-i zaobserwowali nasi koledzy ze Słowacji, gdzie w okolicach Bohunickiej EJ w Bohunicach także obserwowano częste przeloty NOL-i.[2]

Nieco inaczej było w ówczesnej Niemieckiej Republice Demokratycznej[3], gdzie na jej bałtyckim wybrzeżu znajdowała się elektrownia jądrowa „Nord IV” w Lubminie k./Greifswaldu. Elektrownia ta miała reaktory typu RBMK-1000 - takie same, jak w CzEJ - zaś jej awaryjność - wedle osób, które w niej pracowały - była niesamowita - 1191 awarii w czasie zaledwie 2 lat, z czego 7 było BARDZO POWAŻNYCH, co oznacza, że o stopień wyżej było to, co w CzEJ...

„Nord IV” EJ była pilnowaną przez poza tajnymi służbami enerdowskimi STASI, także przez radziecką KGB. No i - jak się okazuje - także przez Obcych. Służąc w GPK Świnoujście słyszałem niejednokrotnie od ludzi morza historie o obserwacjach dziwnych obiektów latających i pływających nad i na oraz w wodach Zatoki Gdańskiej, Pomorskiej i Greifswalder Bodden. Szczytem wszystkiego było rzekome ostrzelanie polskiego promu pasażersko-samochodowego MF Wawel w dniu 19 marca 1986 roku. Tak naprawdę, to chodziło tam być może o zrzut aparatury kontrolno pomiarowej w wody Zatoki Pomorskiej przez Ufitów na 40 dni przed eksplozją w CzEJ i w warunkach ciągłego zagrożenia identyczną katastrofą ze strony „Nord IV” EJ. W latach 1992-94 „Nord IV” EJ została rozebrana i właśnie w tym czasie nad Greifswalder Bodden i Zatoką Pomorską pojawiły się czarne latające trójkąty z białymi i czerwonymi światełkami konturowymi - co filmowali Polacy, Rosjanie, Japończycy i Niemcy... Wyglądało na to, że Obcy chcieli się upewnić, czy rzeczywiście Niemcy i Rosjanie rozbrajają tą bombę ekologiczną!

Czarne trójkąty pojawiły się także w latach 90. właśnie nad krajami, które znacznie rozwinęły swoją energetykę jądrową: kraje UE i NAFTA. Wydaje się, że Ich monitoring naszego przemysłu jądrowego wszedł w nową fazę i zamiast dyskoidalnych NOL-i pojawiły się na niebie czarne latające trójkąty ze światełkami. Najczęściej widywano je właśnie w pobliżu instalacji jądrowych - tutaj znamienne są dwa przykłady: francuskiej Le Hauge EJ nad Kanałem La Manche i Irvine EJ nad Morzem Irlandzkim.

W przypadku Le Hauge EJ chodzi o skażenie wód Kanału radioizotopem superciężkiego wodoru 3H* albo T (od słowa Tryt) w ilości 155 MBq/l wody morskiej! Tło radioaktywne morza wynosi 10-20 Bq/l, zaś norma WHO przewiduje maksymalne skażenie w wysokości 7 kBg/l. W opisywanym przypadku doszło zatem do skażenia przekraczającego normę o 22.143 razy! Nie dziwota więc, że co trzecie dziecko nad francuskimi brzegami Kanału ma białaczkę radiogenną, a nad Francją i Belgią przelatują stada czarnych trójkątnych UFO...



[1] Masa Ziemi wynosi ok. 5,97 x 1021 ton.
[2] Inż. Miroslav Karlik - UFO nad elektrownią jądrową - referat na IV Środkowo-Europejski Kongres Ufologiczny, Košice 1995.
[3] Dzisiaj są to trzy landy wschodnie Niemiec oraz miasto Berlin.

wtorek, 29 lipca 2014

PROJEKT TATRY (43)

20. ZAKOŃCZENIE


Jeszcze o Wielkiej Wojnie - Co ukrywają Dogoni? - Meteoryty i wieczne lody - Tropy wiodą w Kosmos - Znów wojna światów? - Wizje i rewizje lokalne - Złudzenia alchemików kolejnym dowodem.


Powróćmy jeszcze do hipotezy wielkiej wojny bogów. Wielu autorów zajmujących się zakazana archeologią, astrologia, atlantologią i naukami pokrewnymi zauważa, że rodzaj ludzki miał swe wzloty i upadki, i na dodatek jest o wiele starszy, niż się to ortodoksyjnym uczonym wydaje. Takie poglądy reprezentuje m.in. sir Brinsley le Poer-Trench lord of Clancarty, Aleksander Mora, dr Miloš Jesenský, Richard Mooney, Hans Bellamy, Jan Krzyściak, Klaus Aschenbrenner, Johannes von Buttlar, Michael Cremo, Alec MacCellan i wielu, wielu innych - w tym niżej podpisany.

Osobiście podejrzewam, że człowiek ma za sobą nie 3 mln lat rozwoju - jak głosi oficjalna nauka - a co najmniej 50 mln lat, i że pierwsze hominidy pojawiły się w czasie pierwszej eksplozji populacyjnej ssaków po tragicznym dla gadów impakcie asteroidy  sprzed 65 mln lat, dzięki której powstała na Jukatanie poimpaktowa formacja Chicxulub. Wyjaśnia to m.in. wszystkie odciski ludzkich stóp w kredowych skałach z poziomu wczesnego Trzeciorzędu - Tre-f na granicy paleocenu i eocenu, które znaleziono w okolicach Martina na Słowacji. Innym podejrzanym okresem w historii naszej planety są zlodowacenia - znane pod nazwą Epok Lodowych. Nie trafia do mnie to, że Ziemia przechodziła poprzez ciemne mgławice czy zmieniała się stała słoneczna, bo nie ma na to dowodów astronomicznych. Nie prościej byłoby założyć, że zlodowacenia są wynikiem działania na Ziemi kilku cywilizacji przedludzkich, i że każda z nich doprowadziła się do samozagłady swoją działalnością - za każdym razem wywołując efekt cieplarniany środowiska, a potem zlodowacenie. NB, nas czeka dokładnie taki sam los, jak pozostałe cztery cywilizacje przedludzkie.

Spójrzmy na Kenozoik: dzieli się on na dwie nierówne części: Trzeciorzęd - Tr i Czwartorzęd - Q. Trzeciorzęd zaś dzieli się na: Paleogen i Neogen. Człowiek powstał zatem już na początku Paleogenu - gdzieś na granicy Paleocenu i Eocenu - jakieś 55-50 mln lat temu. Poprzez pozostałe podokresy: Oligocen, Miocen i Pliocen ludzie rozwijali swoją cywilizację, aż doszło do pierwszego Wielkiego Kryzysu, który wyznaczył granicę Tr/Q1 od której zaczął się epizod lodowcowy Pleistocenu, zwany Günz-Menap, który zaczął się 1,7 mln lat temu i skończył się 600.000 lat temu. Interglacjał Kromer trwał około 100.000 lat, a po nim przyszedł drugi glacjał: Elster-Mindel - trwający 200.000 lat. W interglacjale Holstein nasza planeta odpoczęła sobie na kolejne 100.000 lat od lodów, które następnie zaatakowały Europę w czasie glacjału Sal-Ris na kolejne 100.000 lat. Potem się ociepliło na 50.000 lat w interglacjale Em, by w roku 50.000 przed Chrystusem nastało ostatnie - czwarte zlodowacenie Vislan-Würm, które skończyło się najprawdopodobniej katastrofą Atlantydy, Mu i Lanki w roku 10.000 przed Chrystusem. Obecnie żyjemy w kolejnym interglacjale i Ziemia dzięki naszym wysiłkom zmierza ku kolejnemu efektowi szklarniowemu i... następnemu zlodowaceniu, które zakończy dzieje naszej cywilizacji za kilka tysięcy lat, o ile sami nie wykończymy się wcześniej.

Ale nie tylko w Czwartorzędzie atakowały nas lody, bo zlodowacenia następowały także w następujących okresach: Prekambr (Wend) - 570 mln lat temu, Karbon - 362 mln lat temu i Perm - 290 mln lat temu. I co najciekawsze - w warstwach należących do tych okresów geologicznych znajdowano dziwne ślady i niezwykłe artefakty, wskazujące na istnienie w tych czasach jakiejś cywilizacji. Takim dziwnym śladem są np. ozokeryty, które nijak nie pasują do teorii o powstaniu złóż węgla kamiennego. Pisze się, że powstały one dzięki ropie naftowej, która powoli ulegała przemianom w warunkach wysokiego ciśnienia, temperatury i braku dostępu tlenu. OK., ale czy na pewno? Bardziej przemawia do mnie to, że ozokeryty, to są po prostu masy plastyczne, które zostały kiedyś po prostu zakopane i uległy metamorfozie w wyżej wspomnianych warunkach, co jest nie do przyjęcia przez ortodoksyjną naukę...

Zainteresowanych odsyłam do lektury książek Michaela Cremo i Thomasa de Jeana. Wychodzi zatem na to, że nie jesteśmy tutaj pierwsi!  - jak dotąd sądziliśmy to z naiwnością dzieci Wszechświata!

Najbardziej szokującym jest to, że około 600 mln lat temu Ziemia przeszła rewolucyjną zmianę życia. Znikła flora i fauna ediakariańska i ewolucja wystartowała niemal od zera! Niektórzy przypuszczają, ze stało się to za przyczyną planety Luna, która stała się naszym Księżycem i odtąd wiernie nam towarzyszy. Do tego jeszcze wrócimy, wszystko wskazuje na to, że Księżyc ma niejedną tajemnicę!

Podsumowując można powiedzieć, że życie na Ziemi rozwijało się swoją drogą, ale od czasu do czasu, wskutek kosmicznych bitew między cywilizacjami dochodziło do zagłady wielu gatunków i wymrożenia planety. Tak właśnie można wyjaśnić tajemnicę Wielkich Wymierań, jako rezultatów upadku Cywilizacji Przedludzkich. Ostatni Epizod miał miejsce 12.000 lat temu, kiedy to wskutek planetarnego konfliktu doszło do zalania kontynentów (no, bez przesady - po prostu archipelagów dużych wysp) Atlantydy, Lanki i Mu. Każda taka kosmiczna bitwa czy kosmiczna katastrofa ekologiczna - co na jedno wychodzi - spowodowana działalnością Ziemian i Obcych powodowała wymieranie gros gatunków na naszej planecie, ale jednocześnie dawała „ewolucyjnego kopa”, co powodowało błyskawiczny rozwój i opanowywanie opuszczonych nisz ekologicznych. W planetarnych wojnach bogów-astronautów używano wszelkich znanych nam i nieznanych broni masowego rażenia z użyciem asteroidów spychanych na planetę włącznie - co kończyło się Wielkimi Wymieraniami. Być może 65 mln lat temu jacyś Najeźdźcy z Kosmosu wykończyli dobrze zapowiadającą się cywilizację Dinozauroidów? Taka hipoteza jest równie dobra, jak każda inna. A że nie ma na to materialnych dowodów? Ależ są, tylko trzeba je dobrze poszukać! Kamienie nie kłamią! I tylko one mogą stanowić dowód. Metale korodują - z wyjątkiem tych szlachetnych, ale jest ich mało. Plastyki utleniają się bądź przeobrażają się w ozokeryty. Drewno butwieje, utlenia się i bardzo rzadko kamienieje. Kamienie zostają. Tylko one. I tylko one mogłyby być dowodem. Szukając tych śladów trzeba przeszukać kontynenty i dna Wszechoceanu Ziemi - choć te ostatnie wskutek subdukcji nie dają zapisu paleontologicznego starszego, niż 250 mln lat, a i to jedynie w kilku rejonach Wszechoceanu. Historię Ziemi i własnego gatunku znamy w oparciu o prace na kilkuset zaledwie odkrywkach i kilku tysiącach kopalni, które to dają obraz zamglony i niepewny. Nawet wspaniałe rekonstrukcje niektórych dinozaurów są zlepkiem kości kilku  czy kilkunastu osobników! Podziwiam odwagę uczonych, którzy tak autorytatywnie stwierdzają, że historia Ziemi jest taka, jaką oni widzą i nam przekazują. Ja nie byłbym tego taki pewien ferując ten wyrok. Bo w końcu na czym opieramy naszą wiedzę o czasie, który upłynął od danego wydarzenia? Na stratygrafii, czyli ułożeniu poszczególnych warstw osadów względem siebie, tworzących zapis geologiczny i zawarty w nich zapis kopalny. Kataklizmy towarzyszące np. zlodowaceniom, impaktom asteroidów czy tworzeniu się trapów wulkanicznych zmieniaja całkowicie zapis na okres miliona lat, jak nie lepiej. W przypadku impaktu K/Tr po cywilizacji Dinozauroidów nie miał prawa pozostać kamień na kamieniu, bo trzęsienia ziemi, megapowodzie i wzmożony wulkanizm dokonały straszliwych spustoszeń w kartach księgi Matki Ziemi i tak drobny epizod, jak cywilizacja Dinozauroidów został z niej dokładnie wymazany, i trzeba będzie dużej dozy szczęścia, by natrafić na artefakt z tej epoki.

Mamy jeszcze jeden sposób datowania - datowanie radionuklidami, czyli radioizotopami niektórych pierwiastków chemicznych, która to metoda oparta jest o znajomość czasu półrozpadu czy półzaniku - T1/2 jąder atomowych. Poniższa tabela uzmysławia nam, jak wielkie interwały czasowe jesteśmy w stanie mierzyć tą metodą:

Reakcja rozpadu
T1/2 (lata)
C-14 C-12[1]
5.730
K-40 Ar-40
1,25 mld
Rb-87 Sr-87
48,8 mld
La-138 Ce-138
106 mld
Sm-147 Nd-143
108 mld
Lu-176 Hf-176
24 mld
Hf-182 W-182
9 mln
Re-187 Os-187
166,6 mld
Th-232 Pb-208
3,9 mld
U-235 Pb-207
704 mln
U-238 Pb-206[2]
4,46 mld





 
   









Niestety, zawodność tej metody została wykazana już niejednokrotnie - ot, choćby w przypadku Całunu Turyńskiego... Zakładając, że wojna z użyciem broni jądrowych czy impaktu asteroidy wzbogaca sedymenty w pierwiastki radioaktywne, a zatem odmładza daną warstwę o pewien czas. Można ustalić wiek danej warstwy poprzez porównanie jej z analogicznymi warstwami w innym miejscu, ale czy taka metoda jest stuprocentowo pewna? Poważnie w to wątpię...

A teraz z innej beczki.

Kiedy Ziemia została wyposażona w Księżyc? Pytanie to brzmi dziwnie tylko na pierwszy rzut oka, bowiem staje się ono istotne w porównaniu czasu pojawienia się Księżyca i Epizodu Ediakariańskiego - patrz wykres. Oficjalnie przyjmuje się, że Księżyc powstał w wyniku „wychlapnięcia” ziemskiej materii w wyniku kolizji Protoziemi z planetą o wielkości Marsa 2-3 mld lat temu - w czasie formowania się Układu Słonecznego. Hipoteza, jak hipoteza - teraz nie do udowodnienia.

Najsensowniejszym - moim skromnym zdaniem - jest wytłumaczenie, że Księżyc został „zakotwiczony” na swej orbicie jakieś 2,67 mld lat temu, kiedy zbliżył się do Ziemi na odległość 166.400 km, kiedy to doszło do grawitacyjnego wychwytu Luny i przekształceniu jej w nasz ziemski Księżyc. Luna podeszła niejako „z ukosa” - bo pod kątem 148o,6 względem płaszczyzny równika Ziemi. Kiedy doszło już do wychwytu, to w ciągu następnych 170 mln lat jego orbita zaczęła się stabilizować i jakieś 2,5 mld lat temu osiągnęła ona trwały mimośród orbity e = 0, i nachylenie w stosunku do równika Ziemi = 45o,7. Tyle, że Księżyc obiegał Ziemię w fantastycznie krótkim czasie - tylko 6h20m,64, ale jego odległość od naszej planety wynosiła jedynie 18.490 km! Efekty tego można sobie wyobrazić: potworne fale pływowe, wybuchy wulkanów i straszliwe trzęsienia ziemi. Dalsza stabilizacja orbity polegała na powolnym oddalaniu się Księżyca od Ziemi i dzisiaj Srebrny Glob krąży w odległości średniej 384.400 km, pod kątem 23o,8 i w czasie 27d7h,2. Za 300 mln lat Księżyc „zawiśnie” nieruchomo nad jedną hemisferą Ziemi... Tak widzi to astronom prof. H. Gesternkorn.*

A może było zupełnie inaczej? Luna przypałętała się w okolice Ziemi nie około 2,67 mld lat temu, a zaledwie 50.000 lat temu? Prawie na początku IV Zlodowacenia Vislan-Würm. A to mogło być tak:

Luna wcale nie była planetką z Układu Słonecznego, ale gigantycznym statkiem kosmicznym z Układu Tolimana C - Proximy Centaura. Proxima jest gwiazdą karłowatą o klasie widmowej dM5e, aperiodycznie zmienną, o temperaturze fotosfery zaledwie 3.000 K - czyli o połowę niższej od Słońca. Proxima jest karzełkiem gwiezdnym, ale przecież nie zawsze tak było i miała ona swoje wielkie pięć minut w historii Wszechświata. Być może miała ona swój akt planetotwórczy i któraś z tych planet była biogeniczna, na której rozkwitło rozumne życie. Proximianie zorientowali się, że ich macierzyste słoneczko nie pogrzeje ich zbyt długo, więc chcąc nie chcąc zwrócili swe receptory radiowo-optyczne ku innym gwiazdom. Oczywiście na pierwszy ogień poszedł podwójny układ Tolimana A i B, których promieniowanie jest przyjazne życiu. Toliman A jest gwiazdą niemal identyczną ze Słońcem - jego masa wynosi 1,1 masy słonecznej, zaś klasa spektralna jest identyczna - dG2V. Toliman B jest mniejszy od Słońca o 0,1 masy słonecznej i ma typ widmowy dK5V, co oznacza, że jest chłodniejszy od Słońca, ale o całe niebo jaśniejszy i cieplejszy od przygasającej Proximy. Obawiam się, że ten układ nie ma planet, bowiem jest on ciasny - jego dwa składniki oddzielone są od siebie tylko przestrzenią 23,6 AU - dla porównania rozległość Układu Słonecznego od Słońca do Plutona wynosi średnio 39,3 AU, co należy jeszcze pomnożyć przez dwa... A zatem każda hipotetyczna planeta musiałaby spaść na któryś ze składników, które na dobitkę okrążają wspólne barycentrum w czasie 90d2h,4 - więc co z tego?

Stwierdziwszy, że nie ma planet w Układzie Tolimana A i B, Proximianie zdecydowali się na zbadanie możliwości osiedlenia się na planetach jedynego istniejącego w ich sąsiedztwie układu planetarnego - Układu Słonecznego. Wyprawy zwiadowcze doniosły, że znajdują się tam cztery planety możliwe do zamieszkania: Merkury, Wenus, Ziemia i Mars, a także jeden z księżyców największej planety Układu - który zda się być cały pokryty lodowatym oceanem - Europa... Decyzja mogła być tylko jedna - Proximianie opuścili swój układ i dogasające słoneczko i posługując się niedużą planetą, jako statkiem kosmicznym - puścili się w drogę w kierunku Słońca i jego planet. Jak długo lecieli - nie wiem. Może 132 lata z prędkością 50.000 km/s, a może aż 19.600 lat z prędkością 50 km/s... - nie wiem, mogę na razie tylko to zgadywać. Dość na tym, że Luna znalazła się w Układzie Słonecznym. I na nią czekał już komitet powitalny Ziemian.  Co było dalej - wiemy. Konflikt lub cała ich seria, która skończyła się upadkiem cywilizacji, epoki lodowe i regres do epoki kamienia łupanego, budowanie od zera. Zaś Obcy, którzy nas odwiedzają, to nic innego, tylko zbiologizowane maszyny - roboty ocalałe z konfliktów, które zaczęły - z braku kierujących nimi ludzi - ewoluować same. Efekty widzimy od czasu do czasu w czasie CE.




[1] Tzw. „zegar węglowy”.
[2] Tzw. „zegar uranowy”.
* - Dzisiaj już wiemy na pewno, że każdego roku Księżyc oddala sie od Ziemi o 3 cm i po pewnym czasie odleci na zawsze od naszej planety. 

sobota, 26 lipca 2014

PROJEKT TATRY (42)

W Polsce - o ile wierzyć różnym relacjom - kręgi i piktogramy zbożowe obserwowano od dawna, ale media i ufolodzy zainteresowali się nimi od sierpnia 1998 roku, kiedy to mieszkańcy miejscowości Polanka k./Myślenic po raz pierwszy zgłosili pojawienie się czterech kręgów zbożowych w jej okolicy. Od tej pory do roku 2001, w kraju odnotowano następujące przypadki pojawienia się kręgów i piktogramów zbożowych:

Kategoria czas i miejsce zjawiska
     Data powstania
  Rodzaj zboża
Ilość ele-mentów
KZ Polanka 1998
Koniec lipca 1998
pszenżyto
4
KZ Stróża 1998
Sierpień 1998
pszenica
1(?)
KZ Pigża 1999
27.07.1999
pszenżyto
4
PZ Kielanówka 2000
1.07.2000

pszenica
4
PZ Nosówka 2000
Lipiec 2000
2
PZ Wylatowo 2000
22.07.2000
5
KZ Wylatowo 2000
VI/VII.2000
żyto
5(?)
KZ Drawień 2000-I
22.07.2000




pszenica
1
KZ Drawień 2000-II
24.07.2000
1
PZ Kruklanki 2000
VII/VIII.2000
5 w 1
PZ Wylatowo 2001-I
26/27.VI.2001
9
PZ Jugowa 2001

11/12.VII.2001
6
PZ Wylatowo 2001-II
2
PZ Łąka 2001
6
PZ Wylatowo 2001-III-A,B
24/25.VII.2001
3+3

Polscy badacze skupieni w organizacji nazwanej Polską Siecią Obserwatorów Kręgów Zbożowych przebadali te tajemnicze formacje i okazało się, że powstały one w miejscach, gdzie w przeszłości miały miejsce tragiczne czy znaczące wydarzenia dla życia naszego narodu. I tak np. w przypadku KZ Polanka 1998 mamy do czynienia formacjami, które powstały w okolicach dwóch cmentarzy: żydowskiego kirkutu i miejsca pochówku ofiar epidemii cholery. Jak twierdzi red. Jerzy Pałosz z Gazety Krakowskiej - kręgi te pojawiły się na tym terenie już w połowie sierpnia 1998 roku. Przedstawiony tam był krąg o średnicy 8 m z pierścieniem. Wychodząc z założenia, że każdy krąg jest jakimś przesłaniem - doszliśmy do wniosku, że jest to Ich ostrzeżenie przed spadkiem stacji orbitalnej Mir. Mogło równie dobrze chodzić Im o zwrócenie naszej uwagi na latające nam wtedy nad głowami NOO!

Wraz z Bronisławem Rzepeckim dokonałem pomiarów i udokumentowania jedynego ocalałego wtedy KZ - wyniki tego przekazaliśmy do publicznej wiadomości na łamach Czasu UFO. Pozostałe przypadki mają już bogatą literaturę, więc nie będę rozwijał tego tematu. Dodam tylko, że poza kręgami i piktogramami zbożowymi istnieją również Kręgi Trawiaste (KT), które obserwowano niejednokrotnie w różnych miejscach naszego kraju - także w zasięgu działania PROJEKTU TATRY, o czym później.

Zimą 1998 roku mieliśmy kolejną przesłankę po temu, by sądzić, że Obcy i ciała astralne ludzi potrafią manifestować się w przedziwny sposób. Było to w listopadzie i grudniu, w Niepołomicach, gdzie na miejscowym cmentarzu ukazywały się jakieś dziwne światła, a które ludzie utożsamiali ze zjawami swych bliskich zmarłych. Sprawie nadała bieg TVN i Superexpress. Nieszczęście chciało, że za wyjaśnienie tego fenomenu zabrało się dwóch krakowskich uczonych z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ci uczeni „zaciemniacze” po badaniach doszli do wniosku, że - cytuję po literkach - Światła na niepołomickim cmentarzu spowodowane są przez... fosfor wydobywający się z kości pochowanych tam zmarłych ludzi... No cóż - głupota tego stwierdzenia jest szokująca i zarazem ewidentna, jako że gdyby było tak, jak postulują to „zaciemniacze” z UJ, to takie fenomeny można by zobaczyć na każdym cmentarzu! Ale tego już „zaciemniacze” nie próbowali wyjaśnić, bo to nie pasuje do ich wymądrzonej teorii.

Pies z tym tańcował, niechże im będzie Wojtek - pardon - fosfor! A co uczeni „zaciemniacze” powiedzą na wizyty nieznanych Istot Nie Z Tego Świata w naszych sypialniach?  Bo wizyty te mają miejsce i są na to świadkowie. A chodzi mi tutaj nie tyle o Bedroom Visitors, ale chodzi o Bliskie Spotkania z Nimi... we śnie!

Pierwszy raz spotkałem się z tym problemem w Karkonoszach, gdzie w 1993 roku zarejestrowałem CE5 w Dolinie Sowiej. Jego bohaterami była pani mgr Ewa Katarzyna T. i jej kolega, którzy tam obserwowali NOL-a, który splanował im nad głowy zupełnie bezgłośnie, świecąc białymi i czerwonymi światełkami po bokach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w następne noce pani T. Śniła dziwny sen, w którym Obcy kazali się jej zainteresować Ziemia i naukami o niej, co wpłynęło na nią tak inspirująco, że zainteresowała się krystaloterapią...

 Następny przypadek dziwnych snów przeżyłem wraz z moją żoną w lecie 1998 roku, a mianowicie oboje śniliśmy identyczny w detalach sen, a było w nim lądowanie NOL-a w okolicach Majerzówki pomiędzy Jordanowem a Bystrą Podhalańską. Jeżeli był to tylko przypadek - to nadzwyczaj interesujący!...

Podobne przypadki opisywał w swej książce Alien Meetings amerykański ufolog Brad Steiger. Nie wyciągnął on jednak takich wniosków, które nasunęły się nam niemal automatycznie. Jest on nader prosty i przejrzysty - w czasie snu łatwiej jest nawiązać kontakt z naszą podświadomością - z ID - która jest bankiem pamięci każdego człowieka, bowiem zawiera informacje o tym, co człowiek widział i przeżył od swych narodzin do chwili obecnej. Co więcej - ID   n i e   k ł a m i e ! - i dlatego Obcy mają wgląd w nasze dusze, które nie są zakłamane przez Ego i Superego... Myślę, że Obcy w ten sposób dają nam znać: JESTEŚMY!!! I dlatego te wszystkie programy w rodzaju CETI i SETI oraz ich najnowsze mutacje są jedynie sztuką dla sztuki, bo Oni porozumiewają się telepatycznie, ergo wszelkie urządzenia radiokomunikacyjne są Im po prostu zbędne!  Dlatego właśnie SETI jest marnotrawieniem pieniędzy podatników, które powinny być skierowane na badania nad możliwościami ludzkiego mózgu i ich rozwijaniem, co dałoby nam większy pożytek, niż wsłuchiwanie się w Silentium Universii...

Tak zatem   s n y   s ą   w a ż n i e j s z e   o d   j a w y !   O tym dokładnie wiedzą australijscy Aborygeni, dla których sny są bardziej oczywiste od jawy, a cały świat zaczął się od skończenia się Czasy Snu - czasu istnienia i działalności poprzedniej CNT na Ziemi. I to właśnie parapsychiczne widzenie problematyki ufologicznej i Kontaktu z Obcymi jest centralnym punktem sposobu myślenia - zwanego Polską Szkołą Ufologii, a której podwaliny dał artykuł znanego zakopiańskiego mistyka, psychotronika, ufologa i badacza cayce’owskich readings - inż. Jerzego Łataka, a z którego tezami zgadzam się w całej rozciągłości. Uważamy mianowicie, że   s e n   j e s t   k l u c z e m   do tajemnicy Ich działalności na Ziemi.

W Czasie Snu ludzie byli w stałym kontakcie bilateralnym z bogami. A potem stało się coś, co ten kontakt przerwało na wieki. Czy była to - już tutaj postulowana - wojna na skale całej cywilizacji, czy może agresja z Kosmosu - tego jeszcze nie wiemy. Patrząc na to z tego punktu widzenia mogę powiedzieć, że Obcy dążą do ponownego nawiązania z nami kontaktu telepatycznego - stąd te wszystkie niesamowite przygody związane z zetknięciem z Nimi: wszczepy, telepatyczne przekazy, widzenia Matki Boskiej i świętych Pańskich, duchy i widma ludzi dawno zmarłych, itd. itp. Oni nie ingerują w nasze sprawy wewnętrzne, ale przez cały czas sprawują nad nami niewidzialną kontrolę, a wszystko to w czasie snu.


Pierwszy raz tego rodzaju myśl wyraził polski pisarz SF Adam Wiśniowski-Snerg w swej znakomitej i z tego punktu widzenia genialnej powieści Robot. Ta powieść jest czymś więcej, niż tylko opowiadaniem o ludziach, którzy znaleźli się w niecodziennej sytuacji - jest to konkretna wskazówka, gdzie należy szukać drugiego klucza do naszej Rzeczywistości...