środa, 2 lipca 2014

PROJEKT TATRY (31)

CZĘŚĆ DRUGA - Varia



15. WSTĘP (Dlatego kocham Tatry...)


Ciągu dalszego tej pracy miało nie być.

Sądziłem w swej naiwności, że pisząc słowo „Koniec” pod ostatnim akapitem appendyksu PROJEKTU TATRY - Raport Końcowy raz na zawsze i definitywnie skończę tą kartę polskiej ufologii i część mojego życia. Stało się jednak inaczej.

Stało się inaczej za sprawą kilku imprez ufologicznych - które zaliczyłem w latach 1995 - 2001, a w czasie których przyszło mi mówić o ufozjawiskach widzianych w Tatrach, Beskidach i innych górach naszego cudownego kraju. Pisząc o Polsce „cudowny kraj” wcale nie ironizuję, bo Polska jest cudowna! Jak to mawia moja siostra Wiktoria, która mimo młodego wieku zaliczyła całą Europę i trochę Afryki i Azji, Polska jest nie tyle pawiem i papugą narodów, ale nade wszystko zwierciadłem Europy, boż mamy w niej wszystkie możliwe formy jej reliefu powierzchniowego, więc Polaka znającego swój własny kraj w Europie nic nie zaskoczy... W czasie odczytów i prelekcji we Wrocławiu, Białej Podlaskiej, Gdyni, Gdańsku, Krakowie, słowackich Koszycach, węgierskim Budapeszcie i Debreczynie  oraz Pradze Czeskiej  z a w s z e   znalazł się ktoś, kto dorzucił do zebranego już przeze mnie materiału opisowego ufozjawiska coś nowego - i o tym jest ta część tej pracy.

Był także inny powód, dla którego ponownie chwyciłem za pióro w tej kwestii - a mianowicie, chodzi tu o kilka fenomenów zaobserwowanych przez mieszkańców Małopolski, Pomorza, Śląska i Podkarpacia, a które maja związek z poruszonymi w Raporcie Końcowym sprawami dotyczącymi m.in. korelacjami pomiędzy doniesieniami o obserwacjach NOL-i a „diabelskimi kamieniami”, kamiennymi kręgami kultowymi i kręgami zbożowymi wreszcie. Istnieje bardzo ciekawa teoria na ten temat, która sformułował niedawno pewien mieszkaniec Zakopanego - inż. Jerzy Łatak, a którą to teorię zaprezentuje w rozdziale 19.

Rozdział 16 mówi o kilku przypadkach zniknięć ludzi w Tatrach i na Podhalu, a które wydarzyły się dosłownie na naszych oczach! Ustosunkuję się do nich i do programu wyemitowanego w TVN z cyklu Nie do wiary.

Rozdział 17 porusza niezwykłą sprawę obserwacji dziwnych bolidów, które niekoniecznie musiały być bolidami - mogły to być np. szczątki pojazdów kosmicznych z czasów Wielkiego konfliktu Bogów-Astronautów sprzed 12.000 lat, albo statki kosmiczne Obcych, które wskutek awarii spadły na Ziemie i jej mieszkańców. Może przesadziłem z tymi spadkami na mieszkańców, ale zaiste niewiele...

W rozdziale 18 poruszam sprawę odbudowy i rozbudowy sieci informacjozbiorczej Obcych na terenie naszego kraju i o dziwnych artefaktach kamiennych znajdowanych u nas i za granicą. Będzie tam m.in. o powrotach kilku legend tatrzańskich i innych, z którymi zetknął nas los. Pisząc „nas” mam na myśli członków Małopolskiego Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych - Marcina Mioduszewskiego, Bartka Soczówkę i Arka Miazgę, a także kolegów z grup ufologicznych Bronisława Rzepeckiego z Krakowa (GBNOL Kraków), Tomasza Niesporka z Katowic (GBNOL „Sieć”), Józefa Grzywoka z Ornontowic (Ruch Zwolenników Istnienia Obcych), a także koleżanki i kolegów z województwa pomorskiego: Jerzego Szkodę, Zofię „Eleonorę” Piepiórkę, Urszulę Giedroyć i Anię Milewską z Trójmiasta - dzięki którym otworzyły mi się oczy na niektóre aspekty obecności na ziemiach polskich megalitycznych budowli, które stanowią ślad istnienia onegdaj potężnej Supercywilizacji ludzkiej z epoki istnienia Atlantydy...

I wreszcie chciałbym powiedzieć, dlaczego kocham Tatry.

Najtrudniej czasami jest odpowiedzieć na pytanie, dlaczego i za co kogoś czy coś się kocha. Można powiedzieć, że za to, że ten ktoś czy coś istnieje, ale to będzie albo wykręt, albo półprawda. W przypadku mojej miłości do Tatr, to u jej podstaw legła niesamowita fascynacja ich nieziemskim pięknem. Te jedyne w tej części Europy góry o charakterze alpejskim były dla mnie i są nadal kwintesencją  wszystkiego, co naj- : najpiękniejszego, najurokliwszego, najidylliczniejszego (sic!) i najbardziej niebezpiecznego dla tych, którzy w swej głupocie je lekceważą... Tatry, to jedyna w swym rodzaju, surowa i dzika mityczna Arkadia. Jaka szkoda, że cywilizacja w swym pochodzie coraz bardziej niszczy ten ostatni bastion dzikiej i pierwotnej Przyrody!

Tatry z bliska zobaczyłem w wieku lat sześciu, kiedy to z wujostwem Leszkiem i Dagmarą Bocheńskimi pojechałem po raz pierwszy do Zakopanego, na Gubałówkę i na Kasprowy Wierch. I tutaj nastąpił we mnie przełom - moje oczy ujrzały cud Tatr Wysokich i Zachodnich...

Potem było kilka szkolnych wycieczek i wreszcie niezapomniany dla mnie, wrzesień 1973 roku, kiedy to nad Tatrami, po raz drugi w życiu, ujrzałem NOL-a. wtedy właśnie zacząłem poszukiwać - jakże rzadkich w PRL - informacji na temat UFO i Ufonautów. Kolejny stopień wtajemniczenia ufologicznego zaliczyłem w Centrum Szkolenia Wojsk Ochrony Pogranicza w Kętrzynie, kiedy to w sierpniu 1978 roku przeczytałem My z Kosmosu Arnolda Mostowicza, a w sierpniu 1979 roku widziałem na własne oczy Wielki Bolid Polski. Po promocji oficerskiej na stopień podporucznika WOP, najniespodziewaniej dla siebie samego wylądowałem w Pomorskiej Brygadzie WOP w Szczecinie i w latach 1979 -1987 służyłem w GPK Świnoujście - Terminal Promowy PŻB. To właśnie dzięki temu powstała książka pt. UFO nad granicą (Kraków, 2000) i inne nie wydane jeszcze prace. W październiku 1987 roku, dzięki szczęśliwemu dla mnie zbiegowi okoliczności, przeniosłem się do Karpackiej Brygady WOP w Nowym Sączu i do 31 sierpnia 1994 roku służyłem w GPK Łysa Polana - jednym z najpiękniej położonych przejść granicznych w kraju. To właśnie tam powstała praca PROJEKT TATRY - Raport końcowy, który właśnie Czytelniku poznałeś...

Po przeprowadzce z Pomorza Zachodniego w Tatry mogłem je penetrować bez ograniczeń. Zabrałem się serio za ufologię i... ekologię, bo pojąłem, że życie jest czymś unikalnym w Kosmosie i że możemy żyć tylko w wąskim diapazonie warunków fizycznych naszej planety. Ale przecież dotyczy to tylko nas - Ziemian. A Oni? W jakich warunkach żyją Oni? W podobnych, ale nie tożsamych, co odbija się na Ich morfologii i fizjologii. Tak myślałem wtedy, włócząc się po tatrzańskich szlakach. Teraz nie jestem tego tak pewien, bo moje spojrzenie na problem zmieniło się w miarę poznawania faktów i wydarzeń, które miały miejsce na szlakach moich wędrówek po górach.

Tatry mimo swej niepozorności - a gdzie im do Alp czy Kaukazu! - mają w sobie owo tajemnicze i groźne, nieuchwytne, ale straszliwie silne „coś” - to „coś” - co każe nam porzucić ciepły i wygodny dom i iść z plecakiem na plecach, ciężkimi vibramami na nogach, znosić trudy i niewygody tylko po to, by napawać się widokiem tego cudownego pomnika-gmachu zbudowanego przez Stwórcę z kamienia, światła i powietrza. To właśnie tam, wśród szarych granitów i białawych skał wapiennych, pachnącej w słońcu kosówki i ziół, z dachem błękitnego nieba nad głową i słońcem w oczach ludzie czują się naprawdę wolni. To właśnie tutaj przeżywają najbardziej intymne, mistyczne uniesienia i wzruszenia. Tutaj właśnie spotykają swego Boga. To tutaj właśnie można dotknąć świętego Graala i przekroczyć niejeden Rubikon. Właśnie tu! Sam na sam z górami i ich cudowną, dziką i jakże bezmyślnie niszczoną przez ogłupionych żądzą mamony i władzy oszołomów Przyrodą. Tatry są takim miejscem!

Ci, którzy patrzą na nie, jak na kupę kamieni, którą trzeba „złoić” czy przelecieć „glajtem” tylko po to, by padł kolejny rekord głupoty są daleko od tego, co nazywa się pełnym zrozumienia zachwytem nad Tatrami. Oni są tylko „łojarzami” czy „glajciarzami”, dla których liczy się wyczyn i poklask podobnych sobie idiotów, przebiegających Orlą Perć ze stoperem w ręku... Znałem takich, i nie byli to bynajmniej dwudziestoletni młodzieńcy, ale stateczni na oko, mężczyźni w sile wieku! Współczuję im, podobnie jak współczuję uczestnikom rozkrzyczanych, rozwrzeszczanych szkolnych wycieczek, organizowanych w ramach „turystyki masowej”, która z prawdziwą turystyką miała tyle wspólnego, ile papierosy marki „Sport” z autentycznym sportem... To nie to. Dzieło Boże należy kontemplować, a nie zwiedzać. Dlatego nie dziwię się tym, którzy w samotności - czasami w górach wręcz zabójczej w dosłownym znaczeniu - dążą z uporem wciąż wyżej i wyżej - ku szczytom, ku słońcu na błękicie nieba... Sam też tak robiłem niejednokrotnie i znam to uczucie cudownego wyzwolenia od wszelkich kłopotów i zmór. Mnie udało się wrócić, pomimo tego, że góry to przecież takie miejsce, w którym wszystkie cztery żywioły sprzymierzyły się przeciwko człowiekowi - dodajmy - głupiemu człowiekowi. Stąd właśnie poszło przekonanie ukute i ugruntowane przez głupców, że góry są ostoją diabła. Owszem, ginęli w nich ci, którzy nie potrafili sobie poradzić z samym sobą, z własną słabością, brakiem wiedzy i nadmiarem ambicji. Jakże eufemistycznie brzmią takie frazesy, jak: „pokonywanie gór”, „zdobywanie szczytów” itp. idiotyzmy. Przecież to śmieszne: gór nie da się pokonać, szczytów nie można zdobyć - na nie można tylko wyjść. Tak naprawdę, to pokonuje się tylko siebie: swój strach i zmęczenie, bo góry są niepokonane i pozostają poza dobrem i złem - to Goethe powiedział, a ja się pod tym podpisuje wszystkimi kończynami - tak jak oceany, tak jak Kosmos. To właśnie w górach, nawet tak niepozornych jak Tatry, czujemy swą marność wobec Natury.

Niestety, nie każdy to pojmuje w ten sposób i dlatego namnożyło się w naszym kraju tych, którzy pokorę wobec Przyrody zamienili na żądzę mamony i sławy za każdą cenę. Ci, którzy swym quasi-olimpizmem i pseudo-patriotyzmem de facto zaprzedali się złotemu cielcowi zapomnieli, że Tatry są jedyne i innych gór tak niepowtarzalnych w Polsce nie było, nie ma i nie będzie... Pomysł tatrzańskiej olimpiady jest poroniony, ale najgorsze jest to, że jest on niesamowicie chwytliwy - jak komunizm w kraju zrujnowanym gospodarczo przez rządy sprawowane przez mniejszości narodowe... Całość igrzysk może zaszkodzić tylko biosferze Tatr. I to może właśnie dlatego Obcy penetrują nasze góry - wszak dowiedziono, że Oni interesują się stanem naszego środowiska naturalnego.

Kilka lat temu wystąpiłem na łamach Tygodnika Podhalańskiego z propozycją regeneracji biosfery Tatr poprzez zamknięcie ich na co najmniej sto lat: od roku 2000 do roku 2099 czy 2100. Jak zawsze to, co outsiderskie, nie znalazło  zrozumienia w kraju, co nie jest takie dziwne, bo każde nowatorskie rozwiązanie problemu - jakiegokolwiek problemu w Polsce - nie ma racji bytu. U nas musi się przy tym załapać co najmniej połowa ministerstw i trzecie tyle biurokratów na cieplutkie posadki... A przecież to jest jakieś konkretne wyjście! - tyle, że w warunkach totalnego zdebilowacenia społeczeństwa i skretynienia władzy - dla której problemem są aborcja i eutanazja, materializm, hedonizm, konsumpcjonizm i inne „-izmy” - nie ma racji bytu, bo nikt się przy tym nie nachapie. Nie trafia to także do ludzi złaknionych odpoczynku w górach - i nie ma się co im dziwić... Czasami marzę, by czas cofnął się o dwa stulecia, kiedy Tatry były terra nondum cognita i były takie, jakie opisywała Zofia Urbanowska w Róży bez kolców. Apogeum głupoty i sprzedajności osiągnął minister środowiska w awuesowskim rządzie, który na dwa tygodnie przed wyborami parlamentarnymi w 2001 roku, zdymisjonował długoletniego obrońcę tatrzańskiej przyrody i dyrektora TPN - dr Wojciecha Gąsienicę-Byrcyna. Ten zamach na tatrzańską przyrodę był jednym z wielu gwoździ do trumny rządów prawicowych w Polsce. Kto miał chociaż trochę oleju w głowie - głosował za partiami lewicowymi. Ten minister nie wykazał się zresztą              niczym, poza swoją nieudolnością i umiłowaniem do mamony, nie ma się co dziwić, bo jego jedynym tytułem do ministerialnego stołka był dyplom magistra KUL... Wreszcie o czym tutaj mówić - zawsze irytowała mnie góralska (i w ogóle polska) hipokryzja, którą szczególnie widać było w czasie przyjazdów Jana Pawła II. Było całowanie pierścienia, padanie do nóg, szumne deklaracje, wzniosłe słowa i inne oznaki wiernopoddańczej i ultra-religijnej postawy - do czasu wyjazdu Dostojnego Gościa, bo potem wszystko wracało do normy, jak zresztą w całym kraju, tylko górale robili to w najbardziej widowiskowy i groteskowy sposób!... A potem dziwili się, że Bóg ich tak karze - za co!? - a właśnie za ich dwulicowość i hipokryzję, za łamanie tego, co przyrzekali Namiestnikowi Piotrowemu!

Jesteśmy Polakami, ale zapomnieliśmy już, że to właśnie w te góry przyjeżdżali ze wszystkich zaborów ludzie stanowiący sól tej ziemi. Wielcy Polacy, którzy w Tatrach i ich mieszkańcach szukali inspiracji dla swych czynów śmiałych a wzniosłych. Ludzi, dzięki którym w listopadzie 1918 roku Polska podniosła się ze 123 lat niewoli. Tu działali wszyscy znani pisarze, poeci, malarze, muzycy, politycy... To tutaj pośród ciemnych smreczyn i szarobrunatnych skał, ładowali oni swe „akumulatory” i z podhalańskiej sztuki ludowej czerpali natchnienie. To tutaj właśnie gorzały ognie dyskusji naukowych i polityczno-patriotycznych. To właśnie Zakopane było stolicą duchową nieistniejącego państwa i narodu rozdartego pomiędzy trzech zaborców. Zakopane było dla Polaków tym, czym dzisiejsza Lhassa dla okupowanego przez Chińczyków Tybetu, którym sprzedajni urzędnicy MKOl dali do ręki legitymację bezkarnego mordowania Tybetańczyków i napluli w twarze chińskim  dziewczętom i chłopcom, których ciała dziurawiły pociski z „kałaszników” i rozjeżdżały czołgi na placu Tienanmen w czerwcu 1989 roku! O tym nie chcemy już pamiętać - a szkoda. Nie daj nam Boże, byśmy musieli sobie o tym na nowo przypominać, a historia ma do siebie to, że powtarza się tyle razy, ile tylko może! A co to ma do ufologii? - a to, że nasze osiągnięcia są znane bardziej poza granicami Polski, niż w kraju. To jest skandal, ale nasi wydawcy zauroczeni nieprawdopodobnymi wręcz bredniami amerykańskimi czy niemieckimi, tą chałą dla odmóżdżonych czytelników - dla których myślenie jest jakąś abstrakcją, a nie rzeczywistością - zapomnieli, skąd przyszli. A przecież w Tatrach i w ogóle w naszym kraju dzieją się takie rzeczy, o których nie ma pojęcia żaden z przereklamowanych u nas autorów wschodnich czy zachodnich...

I właśnie o tym  traktuje ta praca.


Jordanów, Słońce w Skorpionie 2001 a. D.