wtorek, 8 lipca 2014

PROJEKT TATRY (35)

Następny tego rodzaju przypadek zdarzył się w rok później:

112c

... a stało się to w rocznicę spadku Meteorytu Tunguskiego, 30 czerwca 2001 roku, we wczesnych godzinach rannych. A oto relacja dla Nieznanego Świata:

Czasami zdarzają się takie dni, w których w nasze życie wtargnie coś niezwykłego, co zmienia je na czas dłuższy, albo nawet do jego końca. Dzień, w którym zjawia się żyrafa, a my patrząc na nią mówimy do siebie: „Nie, przecież to jest niemożliwe!”

Taki „dzień żyrafy” wydarzył się w te wakacje. 30 czerwca 2001 roku, o godzinie 05:30 CW (03:30 GMT), kiedy to 19-letni mieszkaniec miejscowości Skomielna Biała - pan Andrzej B. wybrał się do lasu porastającego zachodnie stoki Lubonia na grzyby. Kiedy był już w lesie, usłyszał nad głową dziwny gwizd - jakby przelatującego odrzutowca - i po chwili coś, tnąc po drodze gałęzie świerków, wbiło się w ściołę w odległości 15-20 metrów od struchlałego młodzieńca. Andrzej podszedł bliżej i ku swemu niebotycznemu zdumieniu ujrzał wbity w ziemię niemal 6-kilogramowy blok lodu o dziwnym, czerwonawym zabarwieniu. Stało się to w okolicy punktu opisanego współrzędnymi: 49o39’ N i 19o57’ E - patrz mapka. Oczywiście  zapakował znalezisko do plecaka i przyniósł do domu.

Oczywiście powiadomiono o wszystkim redakcję tygodnika „Nasze Strony” i krakowski OTV. Bryła została sfilmowana przez ekipę z TVP Kraków i migawki zostały wyemitowane w dniu 1 lipca 2001 roku w dwóch wydaniach „Kroniki” krakowskiej TV. Informacja o spadku niezwykłego meteorytu była wyemitowana na stronach telegazety TVP Kraków przez cały dzień 2 lipca br. Rezultatem tego był reportaż pt. „Prosto z nieba” zamieszczony w numerze 27(377),2001 z dnia 8 lipca 2001 roku, autorstwa Roberta Miśkowca i Pawła Góreckiego. Autorzy opisali perypetie, jakich doznali próbując odpowiedzieć na pytanie, co to właściwie było i skąd się wzięła bryła zmrożonej solanki w środku lata w beskidzkim lesie?! Pozwolę sobie streścić ich przygody i zacytować niektóre wypowiedzi, bo są tego warte!

Redaktorzy „Naszych Stron” zrazu zadzwonili do zakopiańskiego IMGW do Michała Furmanka, który orzekł, że niemożliwe jest, by lodowe gradziny osiągały tak ogromne rozmiary. Wysunął on przypuszczenie, ze najprawdopodobniej bryła lodu pochodzi z... samolotowej lodówki, którą ktoś czyścił lecąc nad Beskidem Wyspowym.

Kolejny telefon redaktorzy „Naszych Stron” wykonali do Instytutu Astronomii Obserwatorium Astronomicznego UJ w Krakowie. Telefon odebrał... portier, który stwierdził w rozmowie, że nie połączy ich z żadnym z naukowców, bo nikt nie będzie kładł na szalę swego autorytetu, wypowiadając się na temat takiego zjawiska, którego nikt nie zbadał, ani nie dotknął. (!!!) I dalej - cytuję po literkach - Mamy sporo takich dziwnych telefonów. O UFO i tym podobnych zjawiskach. Instytut nie zajmuje się takimi sprawami. Poza tym lód by na Ziemię nie doleciał, bo by się spalił w atmosferze - zapewnił ich portier, osoba uważająca siebie za nader kompetentną.

Adiunkt Nadleśnictwa Nowy Targ mgr inż. Andrzej Głodkiewicz stwierdził, że nie jest możliwe utrzymanie się na drzewie takiej bryły lodu z zimy, nawet gdyby znajdował się on w jakiejś dziupli. Bryłę lodu można w lesie znaleźć, ale tylko i wyłącznie pod grubą warstwą trocin w lodowni, w której przechowuje się siewki, nasiona, owoce leśne, itp.

Następną osobą był dyrektor Obserwatorium Astronomicznego na Suchorze w Gorcach, prof. dr hab. Jerzy M. Kreiner z Katedry Astronomii WSP Kraków. Oto jego wypowiedź dla „Naszych Stron”:

W pobliżu Ziemi krąży wiele bolidów, w tym również lodowych. Jest jednak bardzo mała szansa, żeby taki obiekt - jak ten spod Lubonia - dotarł na powierzchnię Ziemi z Kosmosu. Przelatując przez kilkadziesiąt co najmniej kilometrów atmosfery, stopiłby się wskutek gorąca wywołanego tarciem. A jaka była temperatura bryły w chwili jej znalezienia? Była chłodna - to macie odpowiedź: kosmiczne pochodzenie jest wykluczone. Poza tym, czy lód w bryle zmieszany był z kawałkami skał? - Nie - To też wyklucza przypuszczenie, że mógł to być bolid, meteor. Lodowe bolidy, które znamy, są zbite z lodu i kawałków skał.

W porcie lotniczym im. Jana Pawła II w Krakowie-Balicach wykluczono hipotezę o tym, że mógł to być lód z samolotu.

Krakowski meteorolog pracujący onegdaj dla LOT-u, pan Jan Adamski stwierdził, że to są jednak ogromne gradziny:

To normalne zjawisko spotykane w Europie południowej, we Włoszech, w Hiszpanii, we Francji. W chmurach burzowych dochodzi do kumulacji cząsteczek wody wokół jąder [kondensacji]. Tworzą się gradziny, które znamy jako grad. Oczywiście grad w porównaniu z bryłą spod Lubonia, to drobnica. Proszę jednak pamiętać, że już w samej chmurze burzowej gradziny ulegają rozbiciu, obijają się przecież. Wszystko się tam kotłuje. Opady kilkukilogramowych brył lodu, znane z południowej Europy, to 10-20 brył o wadze 5-7 kg. Dlaczego w ogóle dochodzi do tego, że bryły lecące z wysokości 10.000 m dolatują, skoro powinny się rozpadać w drobne gradziny - tego nie wiemy. O tym, co się dzieje we wnętrzu chmur burzowych praktycznie nic nie wiemy - z prostego powodu: każdy, kto próbował wlecieć i obserwować chmurę burzową od środka, kończył na cmentarzu.

Oczywiście, że z samolotów zrzuca się substancje ciekłe - nie z lodówek, tylko z toalet. Mało jednak prawdopodobne, by doszło do zestalenia się takiego „aerozolu” w masywną bryłę. No i pasy dróg lotniczych biegną bliżej Babiej Góry, w okolicach Policy i Jabłonki.

Artykuł kończy się ubolewaniem, że nikt nie potraktował serio tego niezwykłego znaleziska i pan Jan B. schował je w zamrażarce. Być może ktoś poprowadzi badania dalej...

I tyle mądrości objawionej specjalistów. Piszę te słowa nie bez przekąsu, bo zrozumiałem to, dlaczego w naszym kraju jest taki bałagan, skoro to cieć decyduje o tym, kogo ma z kim połączyć, a kogo nie! Po przeczytaniu tego akapitu w relacji reporterów „Naszych Stron” ogarnęła mnie zgroza. Uważam to za skandal i winni tego skandalu powinni pożegnać się z profesurami i stopniami naukowymi, bo dla mnie reprezentują oni poziom intelektu dokładnie równym z poziomem owego „kompetentnego” ciecia... Teraz nie dziwię się, że polscy naukowcy odnoszą sukcesy tylko za granicą, w kraju nie mają najmniejszych szans rozwinąć skrzydeł, bo im są one skutecznie podcinane przez zmamuciałych i sprykowaciałych kolegów, którzy już dawno powinni być na emeryturze!

Prof. Kreiner zachowuje się tak, jakby w życiu nie słyszał o zjawisku ablacji - dzięki któremu możliwe są powroty ziemskich statków kosmicznych na Ziemię, nie mówiąc już o tzw. „korytarzach wejścia” w ziemską atmosferę, które zawierają się w przedziale 10-20o. Co oznacza, że ciało, które wejdzie w atmosferę pod kątem mniejszym od 10o zostanie odbite od niej w przestrzeń kosmiczną, zaś pod kątem większym od 20o - spłonie w atmosferze. Dla mnie jest to oczywiste, że duży meteoryt lodowy z zawiesinami z pyły kosmicznego wszedł w atmosferę pod kątem zawartym w przedziale <10o-20o>. Wskutek zjawiska ablacji część lodu odparowała i uchroniła tym sposobem niewielki ułamek masy meteorytu - około 10% - który spadł Andrzejowi B. niemal pod nogi... Dlatego też jego pierwotną masę możemy ocenić na jakieś 60-100 kg.

Spadek lodowych brył miał istotnie miejsce w styczniu 2000 roku i jak podawały media w dniu 12 stycznia 2000 roku na belgijskie Liége spadła lodowa kula, cuchnąca amoniakiem. Oczywiście posądzono o to jakiś samolot, który pozbył się nieczystości z WC...

20 stycznia na okolice Toledo, w miejscowościach Tocina, Alcudia i Aunion z jasnego nieba spadło około 60 brył lodu. Największa z nich miała masę 10 kg.

25 stycznia dwa lodowe pociski spadły na włoskie Treviso.

27 stycznia na Treviso, Bolonię, Mediolan, Wenecję i inne miejscowości północnych i środkowych Włoch spada lawina lodowych brył, z których największe mają masę 5-7 kg! Wydarzenia te wiązałem wtedy z przejściem w pobliżu Ziemi Komety Milenijnej - C/1999S4(LINEAR), która sprawiła nam taki zawód, jak sławetna kometa C/1973E1(Kohoutek) w 1974 roku... Teraz przez Układ Słoneczny przechodziła kolejna kometa oznaczona jako C/2001A2(LINEAR), więc wydarzenie ze Skomielnej Białej można było skojarzyć z jej pojawieniem się na niebie. Można ją było obserwować w pierwszej dekadzie lipca w konstelacjach Wieloryba, Ryb i Pegaza, gdzie jej jasność była na granicy widzialności okiem nieuzbrojonym. Nawiasem mówiąc wstrząsająca tragedia rosyjskiego samolotu pasażerskiego Tu-154, który w dniu 3 lipca 2001 roku rozbił się pod Irkuckiem, wskutek czego 150 osób poniosło śmierć na miejscu mogła tez być spowodowana uderzeniem takiej lodowej „piguły”, o czym już pisałem na łamach „Nieznanego Świata”...

Nie bez znaczenia jest jeszcze jeden przedziwny fakt - otóż meteoryt Skomielna Biała spadł dokładnie w... 93 rocznicę spadku słynnego Meteorytu Tunguskiego, którego pochodzenie, skład chemiczny i mechanizm potwornej eksplozji, z jaką skończył swój żywot nad tajgą są kompletną tajemnicą!

Tyle wiedziałem do dnia 5 lipca.

6 lipca 2001 roku, pojechałem wraz z Majką i Danielem Wójtowiczami do Skomielnej Białej, by dowiedzieć się czegoś więcej u samego źródła. Dwa dni wcześniej rozpytywałem ludzi zamieszkałych w pobliżu miejsca impaktu, ale niczego konkretnego się nie dowiedziałem, nawet nie potrafiono wskazać mi jego miejsca. Mówiono o tym, że meteoryt uderzył nie w stok Lubonia, ale Zbójeckiej Góry, tuż przy drodze numer 7 - „zakopiance”, niedaleko motelu i przekaźnika telefonii komórkowej. Udało mi się w końcu dotrzeć do pana Andrzeja B., który potwierdził wersję wypadków podaną już w prasie i TV. Wykonałem kilka zdjęć i zapis wideo - widać na nich wyraźnie, że meteoryt ma kształt aerodynamiczny - jakby kropli wody, a jego boki są wygładzone pędem powietrza. Jednolita barwa meteoru w pewnym miejscu staje się ciemniejsza - jakby znajdował się tam jakiś wrostek z czarniawego osadu czy innego barwnika. Wykonałem także pomiary radioaktywności - bo tego obawiali się p. B. - i stwierdziłem, że meteoryt wypromieniowywał tylko 0,014 µSv/h, podczas, kiedy tło radioaktywne gruntu trzymało się w granicach 0,016 - 0,018 µSv/h promieniowania β i γ.   W rozmowie ze świadkiem udało mi się tylko uściślić miejsce impaktu, które wskazałem strzałką na mapce. Najgorsze było w tym wszystkim to, że ci ludzie nie wiedzieli, co począć z tym fantem. Mówiło się o wysłaniu tego meteorytu do AGH w Krakowie, bądź na UJ, gdzie ktoś wykonałby analizę. Najgorsze także było to, że ktoś z Krakowa postraszył tych ludzi, że to oni będą musieli zapłacić niebagatelne pieniądze za wykonanie analizy!!!  - co uważam (i nie tylko ja) za przejaw kompletnej paranoi. W ten sposób można było stracić cenny dla nauki meteoryt. Wyglądało na to, że w Krakowie nikt tym nie chciał się zająć na poważnie, a mnie diabli brali, bo najchętniej zatelefonowałbym do mojego znajomego z tokijskiej telewizji NHK. Dla Japończyków zrobić reportaż z Polski o kawałku głowy komety, to pestka. I z całą pewnością wyłożyliby każde pieniądze na analizy... W takich przypadkach NHK jest sponsorowana przez NASDA[1], a wszystkie tego rodzaju artefakty są przewożone do Ośrodka Badań Kosmicznych NASDA w Kagoshima.

W rozterce i nie wiedząc, co robić zatelefonowałem do Roberta Bernatowicza i powiadomiłem go o tej sprawie. Niestety - był dokładnie w takiej samej sytuacji, jak ja i niczego mi nie mógł poradzić. Potem wykonałem telefon do Andrzeja Kotowieckiego znanego cieszyńskiego meteorytologa. On także nic nie mógł poradzić - a problemem było wykonanie analizy, do czego potrzebne jest laboratorium... Napisałem list do następnego meteorytologa-amatora pana Romana Rzepki z Giżycka, w którym przesłałem mu materiały prasowe dotyczące tego incydentu. Dopiero udało mi się przełamać impas w telefonicznej rozmowie z prof. dr hab. Bogdanem Rompoltem z Instytutu Astronomii Uniwersytetu Wrocławskiego, którego bardzo zainteresowała ta sprawa. Jego opinia, po zreferowaniu mu faktów, była jednoznaczna - mamy do czynienia z głęboko zamrożonym lodem kometarnym, pochodzącym z jądra głowy komety lub z mikro-komety, która rozpadła się gdzieś w atmosferze nad Beskidami... To właśnie dzięki takim mikro-kometom powstają tajemnicze „pearl clouds” - perłowe obłoki, które są skutkami eksplozji tego rodzaju ciał niebieskich na wysokości 25 km nad Ziemią. Próbki tego dziwnego, czerwonawo-pomarańczowego czy też brzoskwiniowego w kolorze, lodu zostaną zbadane w laboratorium IAUW. Ta instytucja była mi znana z ubiegłego roku, kiedy to Małopolskie Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych przesłało jej materiały dotyczące obserwacji spadku Meteorytu Beskidy - patrz zdjęcie - w dniu 6 maja 2000 roku, a który to meteoryt był widziany w pasie województw południowych, jak leciał nad Polską i eksplodował nad Republiką Czeską, siejąc wokół odłamkami, jak szrapnel.

Czy takie rzeczy, jak rozpad jąder kometarnych są możliwe? Oczywiście, że tak. Doskonale ilustruje to załączona sekwencja zdjęć otrzymanych ze Słowacji, a które przedstawiają częściowy rozpad głowy komety P/Hale-Boppa. Te dwa obiekty oznaczone na zdjęciach jako UNK-1 i UNK-2 to właśnie są one takimi odłamkami. To właśnie one spowodowały członków sekty „Heaven’s Gate” do popełnienia zbiorowego samobójstwa, bowiem jej członkowie wzięli je za UFO...

W dniu 7 lipca zatelefonował do mnie Andrzej Kotowiecki, który powiadomił mnie, że wysłał e-maile do uczonych z Krakowa i Warszawy, którzy zainteresują się tym meteorytem i dokonają odpowiednich badań.

Mnie natomiast zainteresowała dziwna zbieżność czasoprzestrzenna dwóch - tak na pozór odległych od siebie - wydarzeń. No bo spójrz Czytelniku: w dniu 30 czerwca, tyle, że 1908 roku - na tajgę syberyjską spadł Meteoryt Tunguski, który spustoszył ją straszliwie. Miało to miejsce o godzinie 00h17m11s GMT.  Meteoryt Skomielna Biała spadł około godziny 03h30m GMT - a zatem różnica wynosi tylko trzy godziny z kilkoma minutami. I dalej: Meteoryt Tunguski spadł na 60o55’ szerokości geograficznej północnej, zaś Meteoryt Skomielna Biała spadł na 49o39’ szerokości geograficznej północnej - co stanowi różnicę tylko około jedenastu stopni. To nie jest dużo - biorąc pod uwagę dzielący te wydarzenia dystans 93 lat!... Wydaje się zatem, że hipoteza stawiająca na kometarne pochodzenie Meteorytu Tunguskiego zyskała kolejny punkt!

Jak widać, to nie było UFO, lecz rzadkie bo rzadkie, ale naturalne zjawisko przyrody, które w naszym świecie stanowi pewną anomalię. Czy zmienia to w jakiś sposób atrakcyjność i sensacyjność tego wydarzenia? Bynajmniej! Jest to 42 meteoryt, którego lot ku ziemi obserwowano w naszym kraju.[2]

Pozostaje nam tylko czekać na wyniki badań Meteorytu Skomielna Biała. Mam nadzieję, że jeżeli nawet okaże się on „tylko” zamarzniętym fragmentem głowy kometarnej, to i tak pomoże on nam dowiedzieć się więcej na temat pochodzenia komet w Układzie Słonecznym i o jego historii. Patrząc i dotykając ten kawał dziwnej materii odczułem zdziwienie - że to jest takie ładne, niedowierzanie i zarazem fascynację - że to przybyło z Kosmosu, tak jak kiedyś, w mym dzieciństwie, kiedy to po raz pierwszy pokazano w naszej czarno-białej TV  film zrobiony z przekazanych przez Rangera 9 zdjęć Srebrnego Globu w rejonie krateru Alphonse... Ktoś w TV wpadł na cudowny - moim zdaniem - pomysł, by jako podkład dźwiękowy wstawić „Symfonię z Nowego Świata” Antonina Dvořaka. Nie mógł trafić lepiej. A teraz, po tylu latach trzymałem w ręku słony i zimny okruch spoza tego świata, który znam, i znów w uszach zabrzmiała mi niepokojąca muzyka arcydzieła czeskiego kompozytora... I pomimo trzydziestostopniowego upału poczułem nagły wiew chłodu czarnej pustki, w której ten kawał zamrożonej solanki przemierzał miliardy miliardów kilometrów w chłodzie niemal Zera Absolutnego aphelium i żarze palących promieni słonecznych w peryhelium, przez setki czy nawet setki tysięcy cykli, kiedy jeszcze Wszechświat był młody, a Ziemia dopiero formowała się z dysku akrecyjnego Słońca... I to była mocna rzecz!

W następnym wydaniu „Naszych Stron” z dnia 12 lipca 2001 roku, jego reporter w artykule „Bryła z... soli?” sugeruje, że nie był to żaden meteoryt, a tzw. lizawka dla zwierząt. Pisze on tak:
Tymczasem rozwiązanie zagadki pochodzenia bryły jest być może bardzo proste i bardzo... bliskie. Do naszej redakcji zadzwonili właściciele hurtowni soli kłodawskiej „Magia” z Nowego targu - Andrzej Sięka i Marcin Gołębiowski: Przyjeżdżajcie do nas, chyba wiemy, co to jest - zapewniali nas przez telefon.

Nasz reporter udał się do hurtowni by to sprawdzić.

              - Po przeczytaniu artykułu byliśmy bardzo ciekawi, co to mogło być. Gdy dokładniej przypatrzyliśmy się bryle na zdjęciu byliśmy niemal pewni, że to kryształ soli - mówi Marcin Gołębiowski.

Rzeczywiście, bryła znaleziona w Skomielnej Białej, po dokładnym obejrzeniu okazała się kilkukilogramowym kryształem soli, tzw. „lizawką”. Zimny i mokry od deszczu kryształ soli do złudzenia przypomina bryłę lodu. Od właścicieli hurtowni dowiedzieliśmy się, że solne kryształy kupują m.in. bacowie wyrabiający oscypki, ale najczęściej zaopatrują się w niego myśliwi.

Postanowiliśmy pójść tym tropem i dowiedzieć się, czy rzeczywiście myśliwi rozmieścili lizawki w lesie pod Luboniem Wielkim w okolicach Skomielnej Białej. Skontaktowaliśmy się z działającym na tym terenie kołem łowieckim „Knieja” ze Skawy.

- Rzeczywiście, pod koniec maja kupiliśmy dużą ilość tych kryształów , które rozmieściliśmy także w lasach koło Skomielnej Białej [...] - wyjaśnił nam Michał Zapała z Raby Niżnej, łowczy koła „Knieja”.
Ale myśliwi zostawiają lizawki na zwalonych pniach drzew i na ziemi, nigdy nie na wysokościach
- Jestem pewien, że słyszałem huk uderzenia o ziemię - zapewnia Andrzej B.  - nie widziałem jednak, jak ta bryła spadała. [...]
Właściciele nowotarskiej hurtowni twierdzą, że ten rodzaj lizawki jest na Podhalu nowością.
- Spotykana do tej pory lizawka dla zwierząt była mniejsza i miała czarny kolor. Ta kolor ma lekko pomarańczowy i jest naturalnym kryształem soli. Ludzie tego jeszcze nie znają. Rozprowadzamy go na tym terenie dopiero od niedawna - twierdzi Andrzej Sięka.

Faktycznie, sól z Kłodawy ma lekko pomarańczowe zabarwienie i zawiera domieszkę soli potasowych - stąd lekko gorzki smak. Podobnego zdania jest także prof. Bogdan Rompolt. Czekajmy zatem na wyniki analizy...[3] Trochę szkoda, że nie było to UFO, czy tylko „anomalne zjawisko” - a lizawka (czy aby?), ale tak czy inaczej znowu dane mi było posmakować Nieznanego, poznać nowych ludzi nie bojących się szukać odpowiedzi na pytania i - niejako przy okazji - powrócić sercem do czasów, kiedy mój świat nie był tak skomplikowany, a problemem było tylko napisanie wypracowania czy rozwiązanie słupka równań pierwszego stopnia jako zadanie domowe...

A sprawa pozostaje nadal otwarta i bynajmniej nie jest wyjaśniona do końca. W dalszym ciągu  n i e   m a  odpowiedzi na kluczowe pytanie, co właściwie wystraszyło Andrzeja B. tak, że wziął za meteoryt pierwszy lepszy niezwykle wyglądający kamień, który najprawdopodobniej jednak był zawleczoną tam przez kogoś lizawką? Co to było? Samolot odrzutowy? - ale w takim razie dlaczego nikt nie słyszał go poza świadkiem? Meteoryt, który spadł gdzieś w pobliżu świadka? - tego też się nie da wykluczyć i prof. Rompolt sugeruje taką możliwość - w takim przypadku należałoby poszukać go w tym rejonie. A może to był jednak Nieznany Obiekt Latający? Odpowiedź być może znajdziemy w przyszłości.

To, że znaleziskiem zainteresowali się wrocławscy astronomowie pozwala mi żywić nadzieję, że są w Polsce ludzie, którzy nie boją się wyzwania i są nade wszystko   o t w a r c i   n a   n o w o ś ć   N i e z n a n e g o   - są gotowi badać nieznane fenomeny i nadstawić karku dla swych racji, nawet wtedy, kiedy ciemny i sprzedajny motłoch jest odmiennego zdania. I chwała im za to!...
                                                                                                      

No właśnie, badania wykonane w Instytucie Geologii Uniwersytetu Wrocławskiego wykazały, że jednak była to tylko... lizawka solna z soli kłodawskiej. Ale wbrew pozorom to wcale nie stanowi żadnego rozwiązania zagadki, bowiem coś leciało i coś wydzielało dziwny świszczący huk, jak silniki samolotu odrzutowego. Jak twierdzi prof. dr hab. Bogdan Rompolt - to „coś” tam wciąż jeszcze jest... - „i rośnie, i rośnie!...” - jak złowróżbnie dodaje moja siostra.

Tymczasem ciekawe wyjaśnienie podał astronom - amator z Giżycka mgr inż. Roman Rzepka, który stwierdził, że istnieje pewien rodzaj meteorów, który zachowuje się w nietypowy sposób, co objawia się m.in. wykonywaniem dziwnych ruchów w atmosferze, a co może wynikać z ich odmiennego od znanych nam meteorytów, składu chemicznego i budowy fizycznej. Hipoteza ta jest jak dotąd nie do zweryfikowania, bo żaden taki jeszcze nie wpadł uczonym w ręce - a jeżeli nawet, to i tak się o tym nie dowiemy, a to dlatego, że zmieniłoby to obraz świata lansowany przez współczesną naukę...



[1] National Space Development Agency - Japońska Narodowa Agencja Kosmiczna - teraz JAXA.
[2] Zainteresowanych odsyłam do „Nieznanego Świata” nr 8,2000 i stronę internetową www.ufo-centrum.prv.pl - gdzie w artykule pt. „Kometa Milenijna i lodowe kule” podałem listę tych obserwacji bez Meteorytu Beskidy z 6 maja 2000 r. i Meteorytu Skomielna Biała. 
[3] Analiza wykonana przez Laboratorium Instytutu Geologii Uniwersytetu Wrocławskiego w sierpniu 2001 roku wykazała, że niestety mamy do czynienia tylko z kawałem soli kłodawskiej...