czwartek, 28 sierpnia 2014

Templariusze... (11)


VIII.  Utracona posiadłość Radmíra     
     

Według Š. N. Hýroša, panem na Likavie był w roku 1312 niejaki Radmír – ostatni przeor Templariuszy z Martinčeku, który: obawiając się Matúša z Trenčina, pana na Wagu i Tatr, który mu swojej obciążonej pięciorgiem dzieci córki Margity [Małgorzaty – przyp. tłum.] za żonę nie dał, to go opuścił i przystał do Karola Roberta mając nadzieję, że jego posiadłość będzie zostawiona w spokoju. [70] 

Autor w swej książce z roku 1876 jeszcze dodaje: …chciałbym zwrócić uwagę na pewne podanie o tym, jak dziewka imieniem Guta, córa Petroviča, jednego z głównych wodzów Matúša, zwiedzona przez jakiegoś mnicha (krzyżowego rycerza?) w Rozhanovcach, w czasie bitwy pchnęła nożem w pierś Matúša, który jednak nie dosięgnął do serca. Za to ją własny ojciec, bez litości mieczem przebił. [71] Wszystko to się lepiej pojmie, kiedy się dowiemy, że ów Matúš był dwukrotnie wyklęty przez kościół i Karola króla. [72] Jednakże imię tego ostatniego z templariuszowskich rycerzy, pana na Likavie, brzmiące Radmír raczej powinno brzmieć Sadmír – bowiem w tym czasie naprawdę panem na Likavie był Saad syn Mylotha, który od króla Karola Roberta w roku 1341 za Likavę objął Libelę, mający potomka Filipesa (Filippa) [73] dał początek rodu panów Philepsy inaczej Lipthay z Klačian i Lubelly. [74] Może jest to ten sam Saden, którzy przechodzi przez próbę dojścia do prawdy przy użyciu rozpalonego żelaza. [75] Ale tenże Sadmír czy Radmír nie panował długo, choćby na Lykavie, bo zdradny wódz matušowy niejaki Donč [76] Capy de Esen, potomek Šimona Michbana przyłączył się do Karola i walczył za niego, który sobie to załatwił na wyprzódki. [77]

Wzmianka o Rozhanovcach, które znajdują się nieopodal Koszyc jest bardzo ciekawa dlatego, że wedle niektórych starszych autorów w bitwie po stronie Karola Roberta uczestniczyli także Templariusze, a nie Joannici [jak podaje to m.in. Wikipedia – http://en.wikipedia.org/wiki/Battle_of_Rozgony – uwaga tłum.] jak to się przyjęło we współczesności. [78] Powszechnie wiadomo, że majątki Templariuszy mieli przejąć Joannici, a wielu Templariuszy przed przejściem do ich zakonu je uchronili. Nie byłoby to zatem nieprawdopodobnym, że w bitwie pod Rozhanovcami uczestniczyli także Templariusze, ale już pod sztandarem Joannitów.

Bitwa pod Rozhanovcami, do której doszło w dniu 15 czerwca 1312 roku, przy małej wiosce leżącej w odległości 20 km na północny-wschód od Koszyc odgrywa w naszych rozważaniach ważną rolę. Złamała ona potęgę silnego, szlacheckiego rodu Omodejovców na wschodniej Słowacji i jednocześnie wzmocniła władzę króla Karola Roberta de Anjou przed 695 latami, ale stała się też słynnym memento naszej, słowackiej historii, o którym napisał Jonáš Záborský (1812-1876) swoją sztukę teatralną pt. „Bitka u Rozhanoviec”, a nasi narodowcy wspominają ją z nietajoną nostalgią. W rzeczywistości pisał w niej o zdradzie, bohaterstwie, miłości i nienawiści, ale szczególnie o „Panu na Wagu i Tatrach” Matušu Čáku i Templariuszach (w tym przypadku ukazanych w nieżyczliwym świetle) także Svetozár Hurban Vajanský (1847-1916) w swoim poemacie „Ratmír”.

O co właściwie chodziło w tej bitwie pod Rozhanovicami, i jaką rolę mogliby w niej odegrać Templariusze w tej błyskotliwie rozegranej grze cudzoziemskiego pretendenta do węgierskiego tronu? [79]

Ostatnie badania pozwalają stwierdzić, że Karol Robert jako król węgierski nie zamierzał w ogóle prześladować Templariuszy w swym królestwie. Złowroga papieska bulla „Pastoralis praeeminentiale” z 22 listopada 1307 roku, nakazująca zatrzymanie Templariuszy i zajęcie ich majątków w imieniu papieża zobowiązywała do wykonania jej królów Anglii, Irlandii, Kartylii, Aragonii, Portugalii, Włoch, Niemiec i Cypru – a zatem NIE OBOWIĄZYWAŁA ona Karola Roberta, króla Węgier. Później – jak sądzimy – zastosował się do bulli Klemensa V „Ad providam” z dnia 2 maja 1312 roku, w której papież postanowił, że francuski król dostanie odszkodowanie za wydatki z 1307 roku i cały majątek Templariuszy przypadnie Joannitom. Na Węgrzech, gdzie Joannici byli zadomowieniu od roku 1150, przebiegło to zgodnie z dyspozycją klemensowskiej bulli [80]:
Templariusze mieli wiele siedzib i domów na Węgrzech – pisze Damian Fuxhoffer, a jego wzmianka o tym staje się punktem wyjściowym do dyskusji o potrzebie utrzymywania stałej siły zbrojnej rycerskiego zakonu w naszej krainie w czasie stałych konfliktów narodów krzyża i półksiężyca. – W Europie nie było takiej prowincji, w której nie byłoby tak okrutnych i zajadłych walk jak w Panonii  [Węgry – przyp. tłum.] europejskim Raju. Tutaj się pchali Tatarzy, Kumanowie, Wizygoci, i wszelkie inne barbarzyńskie plemiona przywłaszczyć wszelkimi siłami. [81]  

Karol Robert jako przewidujący władca umożliwił przejście członków Zakonu Braci Świątyni do Joannitów i transfer ich majątków. W sytuacji, w której bardzo potrzebował ustabilizowania polityki wewnętrznej (nie zapominajmy, że jego walki z wielmożami na Środkowej i Wschodniej Słowacji miały miejsce dokładnie w czasie przed i tuż po ukończeniu procesów przeciwko Rycerzom Świątyni), i miał problem ze stałym naporem tatarskich hord, nie pozwoliłby sobie na utratę tak doskonałej elitarnej siły militarnej, która mu mogła dać tak potrzebne wsparcie. A może doskonale był świadomy ofiary, którą mu templariuszowi rycerze na 71 lat przed jego wielkim zwycięstwem pod Rozhanovcami przynieśli? Wtedy wojowali oni pod sztandarami jego poprzednika Beli IV w krwawej bitwie nad rzeką Slaná z ogromną inwazją wojsk tatarskich wnuka Czyngiza Chana – Batu Chana. 11 kwietnia 1241 roku, padło w niej po węgierskiej stronie ponad 45.000 ludzi, zaś Templariusze pod wodzą Jakuba de Mont Royal do końca ubezpieczali odwrót króla – i padli do ostatniego męża. 

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Templariusze... (10)

VII.„W przepięknej krainie Dolnego Liptowa”      
  
W przepięknej krainie Dolnego Liptowa na węgierskiej Słowacji przy drodze wiodącej wąskim przesmykiem do orawskiej Dubowej, nad ludną wsią Lykavka, niedaleko miasta Rużomberek, ku północnemu-zachodowi za Wagiem, miejsce na jedną godzinę pieszej drogi jakieś 500 sążni [1 sążeń austriacki = 1,89 m – przyp. tłum.] oddalone, znajdują się na pewnej samotnej skale ogromne ruiny, zachowanego jeszcze do stropu Zamku Lykava, na miejscu otoczonym przez oddalone wierchy, z których najbliższym jest Čebrat od zachodu, Mních na południu i Choč od północnego-wschodu, o których to wierchach, ponieważ na Mnichu niedaleko wielce starego kościółka pod wezwaniem św. Marcina biskupa, i małej wsi podobnie Święty Marcin nazwanej, była kiedyś postawiona siedziba czerwonych mnichów czyli Krzyżowców, a właściwie Templariuszy, [62]  gminna legenda mówi, że swe imiona dostali oni od wypowiedzi – „chodź mnichu żebrać”. Owszem, ma to swoje pochodzenie jeszcze z tych czasów, kiedy czerwoni mnisi w Galii, w roku 1312 zostali pozbawieni przez papieża Klemensa V i króla Filipa Pięknego wszystkich swoich włości i majątków. [63]

Nasze zainteresowanie Likavą wzbudza przede wszystkim znaleziony przez Ivana Houdeka średniowieczny dokument z 1312 roku, w której jako właściciela zamku wymienia się templariuszowskiego mistrza Radmira. [64] To by zaś potwierdzało domniemanie o założeniu templaryjskiej twierdzy, których w ludowej tradycji tu nazywano czerwonymi mnichami. W trzy lata później [a zatem w 1315 roku – przyp. tłum.] dokumenty wspominają jako pana na Likavie niejakiego magistra Donča, który dostał ten zamek w darze od króla Karola Roberta. Po jego śmierci w roku 1339 zamek został przejęty przez królewską komorę [coś w rodzaju dzisiejszego skarbu państwa – uwaga tłum.] Król Ludwik podarował lipawski zamek rodowi Bebekowców, a później cesarz Zygmunt odebrał im go, i podarował swemu palatynowi Mikulášovi Garovi.

Zamek wspomniany w pierwszej połowie XIV wieku jako posessio Lichva został wybudowany jako gotycki pałac nie tylko z pomieszczeniami mieszkalnymi, ale także z kaplicą. W przypadku obrony, jego załoga mogła polegać na naturalny system założony na strzeżonej przez nich dostępności. Pod koniec XIV wieku poza ufortyfikowaną górą była założona także posiadłość, do której należała większość liptowskich wsi i osad, a w końcu i samo miasto Rużomberok. W roku 1431 zamek obsadziło husyckie wojsko i pod wodzą Prokopa Wielkiego pozostało ono do 1434 roku. Wreszcie zamek został przez nich spalony, ale w rok później odbudował go Jan Hunyady, któremu Likavę podarował król Zygmunt. To właśnie jemu ten zamek zawdzięcza swą przebudowę w II połowie XV wieku. Stary zamek przebudowano na czterokondygnacyjny pałac, co jeszcze widać do dnia dzisiejszego po resztkach murów i konsolet.

Likava – wedle starszych kościelnych historyków – miała podlegać Templariuszom z klasztoru na szczycie Mnicha, a jej mieszkańcy byli pochowani w kościele w Martinčeku, jak o tym pisze Š. N. Hýroš:
Gdyby Zamek Lykava nie pochodził z czasów Moymíra, wtedy jego początki wywodzimy od Czerwonych Mnichów, czyli Templariuszy, o których już powyżej wspomniano, że przy Rużomberoku na szczycie Mnicha mieli swoją manserię, czyli klasztor albo sobór; czego dowodzi sama nazwa tego szczytu, która z czasów pogańskich na pewno nie pochodzi, bo poganie nie mieli mnichów. Starodawna klechda ludowa powiada, że ci Czerwoni Mnisi ze swego klasztoru na wierchu Mnicha istniejącego, mieli swe podziemne, jaskiniowe przejścia i wyjścia; co się potwierdza, bo od tego czasu tych podziemnych przejść i jaskiń poszukuje się. [65]

Zastanówmy się nad tym na chwilę. W okolicy Rużomberoka istnieje ponad 200 odkrytych jaskiń rozmaitej wielkości, ale jedna z nich jest bardzo nietypowa jest nią jaskinia znajdująca się na południowo-wschodnim odgałęzieniu wapiennego masywu Mnicha przy Liskovej. Przy swej długości korytarzy wynoszącej 4 km jest dziesiątą co do wielkości jaskinią na Słowacji. [66]

Jedno z największych odkryć, które zostały przez nas dokonane przed dwoma latami, kiedy to odkryliśmy 500 m nowych korytarzy, które w dotychczasowej dokumentacji nigdy nie zostały uwidocznione.  – powiedział jeden ze speleologów z miejscowej grupy w Rużomberoku, którzy jaskinie już długo badają do reportera z lokalnego tygodnika „Ružomberský hlas” speleolog Miroslav Jurečka. – No i teraz te nowe postępy zainspirowały nas do dalszych badań i poszukiwań. Główna trasa jaskini da się przejść w ciągu 4 godzin, przy czym początek trasy jest przy Liskovej a koniec za Martinčekiem. [67] 
To co powiedziano powyżej znajduje swe potwierdzenie w świadectwie już z lat 70. XIX wieku, które przytacza znany nam Š. N. Hýroš:
Nieopodal Rużomberoka znajduje się wierch zwany Mnichem znany w całej okolicy, o którym od wieków krążą wśród ludu różne wieści i opowiadania. Mianowicie opowiada się, że pasterze znaleźli w tej górze jaskinie, w których będą ukryte wielkie skarby Czerwonych Mnichów (Templariuszy), od których sama ta góra dostała imię swoje. Pierwsza część tych opowieści sprawdziła się, kiedy w czasie tego lata rzeczywiście znaleziono w tej górze wielką jaskinię, w której jeden z korytarzy ma długość 77 sążni [ok. 145 m – przyp. tłum.], a który przenika jeszcze głębiej w łono góry; ale dotychczas nikt nie odważył się pójść dalej. [68]

Znany żyliński speleolog i badacz Eduard Piovarči nawiązał do tych dawnych świadectw, a jego osobistą przygodę cytuje książka pt. „Po stopách templárov na Slovensku” następującymi słowami:
Templariusze są dzisiaj wielce wdzięcznym tematem, a i ja się przy tej okazji zajmuję jego intensywnymi studiami. Jest bardzo prawdopodobne, że każdy, kto zamieszkiwał na Mnichu w czasach historycznych, musiał mieć kontakt z tą jaskinią – i Templariusze nie są tu wyjątkiem. Chodzi tutaj przecież o rycerski zakon, i choćby z powodów strategicznych musieli mieć dokładnie przebadane swe bliższe i dalsze otoczenie, aby ich jakiś niespodziewany atak nieprzyjaciela nie zaskoczył. Jaskinia ta mogła się dla nich stać strategicznym ukryciem, choć także dla nich była tajemniczym miejscem – jako prehistoryczne miejsce grzebalne także wzbudzającym rzeczywisty respekt. I właśnie dlatego mogli go używać w celach wojennych, chociaż na żadne materialne ślady ich pobytu w tej jaskini jeszcze nie znaleźliśmy. [69]

[Sprawa istnienia wielu słowackich jaskiń i ich mieszkańców jest wciąż sprawą otwartą, trzeba bowiem wiedzieć, że nieopodal głównego teatru opisanych tu wydarzeń znajduje się wciąż nie odkryty system jaskiniowy w górze Kopa k./Kraľovan. Podobnie rzecz się ma z rzekomo odkrytą jesienią 1944 przez słowackich powstańców  Księżycową Jaskinią – w której znajdują się artefakty liczące sobie około 20.000 lat i świadczące o istnieniu wysoko rozwiniętej cywilizacji technicznej, o której jedna z wersji głosi, że znajduje się w okolicy Rużomberku. Sprawa ta wymaga dokładnego zbadania. Zob. – M. Jesenský, R. Leśniakiewicz – „Tajemnica Księżycowej Jaskini”, Cackatoo 2008 i „Powrót do Księżycowej Jaskini”, Tolkmicko 2010 – przyp. tłum.]

środa, 20 sierpnia 2014

Templariusze... (9)

VI. Poszukiwania w archiwum Hýroša


Studiując pisemne archiwum Hýroša można nabyć pewne przeświadczenie, że jego autor na temat pobytu Templariuszy w jego rodzinnym regionie – wbrew twierdzeniom wielu współczesnych historyków Średniowiecza – wcale nie wątpił, bowiem po przestudiowaniu ogromnej ilości materiałów historycznych napisał dosłownie tak: Dlatego właśnie najstarsze chrześcijańskie świątynie na Liptowie miały pochodzić od Templariuszy.

Poza tym reprezentował on pogląd, że Templariusze służyli według „słowiańskiego obrzędu” [50] Mszy św. W kościołach w Martinčeku, Svätej Mare, i kútskim kościele Wszystkich Świętych, któremu tradycja przypisała trochę niezwykłe określenie „Na Pustyni”. Poza tym o słuszności tego stwierdzenia przeświadczyło go znalezisko z roku 1874, kiedy to przy orce pola została znaleziona pieczęć z gotyckim napisem S. magnifici Martini de Rhacovio, wraz z wyobrażeniem krzyża owiniętego cierniową koroną. Pieczęć ta należąca jak uważam do Martina Rakovskyego, który żył pod koniec XVI stulecia [51] doskonale wskazuje na to, że jest pamiątką po pobycie tutaj Krzyżowców. [52]  - i do czego w dalszej części dodaje:
§ 5. Ponieważ jest to niewątpliwe, iż Templariusze mieli swoją manserię przy Rużemberku, na szczycie Mnicha, z kościołem św. Marcina, który zawsze należał do Zamku Lykavy, przeto i Zamek Lykava należał do Templariuszów; i nie ma znaczenia, czy posiadali ten zamek z krajem go otaczającym, czy mieli ten zamek tylko w dzierżawie, bo tak czy inaczej wszyscy pisarze twierdzą, że od dawien dawna Lykavę i jej okolice mianują dziedzictwem dawnych Templariuszy. Poza tym wszelkie manserie tych rycerzy-mnichów opływały w dostatek i zamki. [53] c) Takie zamki były im potrzebne w tamtych czasach do obrony wiary i kraju. I właśnie w tym celu rycerze zakonnicy stawiali te zamki np. w Rydze około 1201 roku przez biskupa Alberta z Bremy; albo w Prusach około 1230 roku przez Konrada massovskego księcia. [Chodzi o Konrada I Mazowieckiego (1187-1247) – czyli tego, który sprowadził do Polski Krzyżaków w celu podboju i kolonizacji Prusów. Wobec klęski planów bezpośredniej konfrontacji z pruskimi i jaćwieskimi poganami tylko przy użyciu sił i środków własnych – wśród Piastów powstała koncepcja sprowadzenia na ziemię chełmińską zakonu rycerskiego, mającego zająć się wyłącznie walką z niewiernymi. Wybór padł wówczas na usuniętych dopiero co z Węgier (gdzie usiłowali oni utworzyć niezależne państwo) i szukających własnej siedziby Krzyżaków. Z zakonem pierwszy kontakt nawiązał Henryk Brodaty, który jeszcze w 1222 roku nadał Krzyżakom wieś na Śląsku. Książę śląski, zapewne nie bacząc na grożące Polsce niebezpieczeństwo powtórzenia schematu węgierskiego, polecił Konradowi Krzyżaków, jako najbardziej odpowiednich kandydatów do osadzenia na pograniczu mazowiecko-pruskim. Do pierwszych poważniejszych rozmów przedstawicieli Konrada z Krzyżakami doszło na przełomie 1225 i 1226 r., jednak dopiero dwa lata później na Mazowszu pojawiło się pierwszych trzech rycerzy, tj. Filip von Halle, Henryk Böhme oraz nie będący członkiem zakonu Konrad. Na czele poselstwa stał Filip von Halle. W tym samym czasie (w 1228 roku) doszło zapewne do formalnego przekazania ziemi chełmińskiej zakonowi. Pomimo tego Konrad zachował całość swoich prerogatyw książęcych. W 1230 r. na Mazowsze przybyli dalsi rycerze zakonu z Hermanem von Balkiem na czele. Dosyć szybko współpraca między księciem mazowieckim a Krzyżakami zaczęła układać się niepomyślnie i w rezultacie tego Polska wyszła na tym bardzo niekorzystnie, bowiem rychło Krzyżacy utworzyli swoje własne, bardzo silne militarnie i gospodarczo państwo (Wikipedia) – przyp. tłum.] Tak właśnie zrobili Templariusze ze Św. Martina Liptowskiego z Likavą – co wynika z dokumentu darowizny Imricha (Henryka), króla węgierskiego, wydanego w roku 1198 i przez Grzegorza IX papieża potwierdzonego, który dostrzegając pobożność i obronne prace Templariuszy przeciwko nieprzyjacielem Krzyża Chrystusowego dokonanym ku zbawieniu duszy swojej i ich nieprzyjaciół potwierdza wszelkie majątki i nadania ichże na Węgrzech, które mają lub mieć będą ze swymi poddanymi. To samo zrobił i Andrzej II król. Także Ján Kalinčák w swej powieści pt. „Mnich” [54] twierdzi, że w roku 1217, w czerwcu, manseria Mnich dostała opata. Nie było tam przedtem rycerzy zakonnych. Ich komturia zawierała Lyptov, Orawę, Turiec, Trenčín, a następnie Zvolen, Gemer, Spisz i Šariš. Miało ono bronić Andrzeja króla na Górnych Węgrzech, a jego syna Kolomana w Haliczu [Rusi Halickiej (Czerwonej)???]. Świętomarciński opat Uriasz i komtur Gilbert de Chateau Chavillon był [55] jeszcze za panowania króla Andrzeja II został wysłany na Węgry velinquisitor (wizytator) Templariuszy Jan Godofred Herberstein – syn styryjskiego księcia i Elzbiety Stubenberger, który w siedzibie templariuszy na górze Mnich w roku 1230 nagle zmarł, i to – jak uważali niektórzy – śmiercią nienaturalną – na co jednak nie było żadnych dowodów. [56]

§ 6. Z tego, co tutaj było powiedziane wynika, że Templariusze ze Św. Marcina zamek w Lykavie albo już obsadzili, albo sami go zbudowali, a dokładniej rozbudowali. Jednak musiał być to zamek w dolnej części kamienny, a w wyższej – drewniany, albo był już dawniej postawiony, a jeno dobudowano do niego kolejną część, jak to już było powiedziane.

W pisemnej spuściźnie pomiędzy mnóstwem zażółconych kart zapisanych starannym pismem Hýroša znajdziemy w rękopisie jego dzieła o Likavie także krótki tekst, który później okazał się być częścią przypisów w epilogu przygotowanej do druku książki. Jego stanowisko jest sformułowane jasno, jakbyśmy w jakimś pośmiertnym wywiadzie postawili pytanie dotyczące wprowadzenia Zakonu Braci Świątyni na naszej ziemi:
Tak, nie ma żadnej wątpliwości co do tego, że na ziemiach pod władaniem królów węgierskich, Templariusze opływali w dostatek – odpowiada przez przepaść 130 lat szacowny respondent. – W dokumencie Henrika, czyli Emeryka króla, z roku 1198 wymienieni są wojownicy Templariusze na Węgrzech zamieszkali, z osobami i ich poddanymi, a także ich domy zakonne, i ludzie i bracia świętego wojska. I Grzegorz papież pisał o mistrzu i braciach na Węgrzech. I król Andrzej II w 1219 roku wspomina Mistrza domów, wojska Templariuszów na Węgrzech i Slawonii. Z tego wszystkiego wynika, że Templariusze przy swych wielkich majątkach władali także zamkami, i to na Węgrzech. Wspomina także w roku 1296 brat Bertram z Cveku o wojsku templariuszowskim w Niemczech, Slawonii, Czechach i Morawach. […] Papież Honoriusz III [57] w dniu 26 listopada 1216 roku, nakazał ostrzygomskim Templariuszom przez trzy lata dawać daninę ze wszelkich kościelnych przychodów na pomoc w Ziemi Świętej. [58]

Właśnie z tego źródła dowiadujemy się o okolicznościach zaniku czy wręcz łagodnego rozwiązania Zakonu Templariuszy [po rozwiązaniu zakonu i aresztowaniu jego przywódców 13 października 1307 roku – przyp. tłum.] za czasów Karola I Roberta (1288-1342), w zbieżności z naszymi współczesnymi przedstawieniami i świadectwami historyków kościelnych z II połowy XVIII wieku.   
     
Kolinovič dokładnie relacjonuje: że Węgrzy pod królem Karolem, biorąc przykład  Niemiec i Austrii tzw. „cichą ręką” a nie ogniem i żelazem, wygasili Templariuszy – pisze dosłownie Š. N. Hýroš i jako swoisty bonus do tego dodaje – Ba, jednakże ten król pozostawił na swych ziemiach jeden dom zakonny, który wraz ze swymi majątkami dotrwał aż do czasów króla Macieja Korwina. Rajčáni jest świadkiem tego, jak to w okręgu Čurgov 17 wsi w Šimigu mieli Templariusze i ichże nigdy nie były wygnane na śmierć i do śmierci, ale przeniesiono do Joannitów, którym przysądzono majętności Templariuszy, które znajdowały się w Várady nieopodal Debreczyna, które to dobra zostały w roku 1335 przekazane Franciszkanom.

I tak dalej i temu podobnie – w dalszej części tego dokumentu następuje wyliczenie, kto i ile przejął z ogromnego majątku Braci Świątyni w ramach Królestwa Węgier. [59]

I zakończenie, które autor wyprowadza napełnia nas uczuciem, które będziemy jeszcze długo odczuwać, a którego potrzebuje każdy badacz chodzący po śladach rycerzy gotowych „walczyć z tarczą wiary” na większą chwałę Bożą i za majestat króla, który nigdy nie zapomniał o ich pomocy:
A zatem z tego wszystkiego widzimy wielka przyjaźń Karola Roberta, węgierskiego króla do Templariuszy na Węgrzech. Ale dlaczego? – ponieważ dobrze i wydatnie pomogli w bitwie u Rozhanovic. [60]

Nikt nam nie może zarzucić, że czytając te stronice badacze czują intensywne zadośćuczynienie i satysfakcję. Ślad Templariuszy na Słowacji po fatalnym dla nich roku 1307 nie był krwawą wstęgą ciągnącą się wszędzie tam, gdzie w dziejach ówczesnych królestw ukryli się ciężko zranieni ale z podniesionym dumnie czołem rycerze niezłomni, którzy maszerowali pod rozwiniętymi sztandarami w czasie pamiętnej bitwy pod Rozhanovicami. [61]

sobota, 16 sierpnia 2014

Templariusze... (8)

V. Historyk Kraju Templariuszy 


Štefan Nikolaj Hýroš urodził się w Rużomberku w dniu 18 sierpnia 1813 roku. Naukę zaczął w miejscowym gimnazjum o. Pijarów, skąd w 1926 roku wyjechał na dalszą naukę do Bańskiej Bystrzycy, ale gimnazjum ukończył wreszcie w Ostrzygomiu. W 1830 roku został przyjęty na kleryka w Spiskiej Kapitule. Kiedy tamtejsi profesorowie dostrzegli jego niezwykłe zainteresowania, to posłali go na studia filozoficzne do Eger, a teologię do Pesztu. W roku 1836 został wyświęcony przez biskupa Jozefa Bélika na księdza. Najpierw działał w Harhovie, potem w Gniazdochu, gdzie później został administratorem. Taka sama funkcję powierzono mu w Trnovcu, gdzie został proboszczem. Ta jego działalność – jak się wydaje – miało mu posłużyć do pełnego poznania życia i pogłębienie jego bogatych wiadomości o praktyczną wiedzę. W roku 1845, biskup mianował go profesorem w Spiskiej Kapitule, gdzie zaczął wykładać prawo kanoniczne i historię. Po siedmiu latach wykładania pojechał jako ksiądz do wsi Hybe, skąd w listopadzie 1859 przeniesiono go do Liptowskiego Św. Michała, w którym pozostał on do końca życia. [42] 

Według zachowanych dokumentów, starał się on o wiernych i powierzony mu majątek bardzo przykładnie. Na każdym swoim stanowisku miał on wielkie poważanie i dlatego właśnie powierzano mu różne odpowiedzialne i reprezentacyjne funkcje. Jedna z nich było witanie w 1852 roku cesarza Franciszka Józefa, kiedy podróżował przez Liptów. Przyłączył się aktywnie do narodowego życia, kiedy to w roku ukazania się „Memorandum Narodu Słowackiego” pojawił się na wiecu pod marcińskimi lipami. Nie mogło go brakować pomiędzy założycielami Matice Slovenskej [Stowarzyszenie społeczno-kulturalne i naukowe, założone w 1863 roku mające na celu badanie, utrwalanie, ochronę i propagowanie Słowacczyzny, którego centralą jest miasto Martin – przyp. tłum.] w której się zaangażował jako członek Wydziału Etnograficzno-Historycznego. Poza tym znajdujemy go pomiędzy założycielami katolickiego Gimnazjum w Klasztorze św. Wojciecha.

Później zmarł w dniu 30 grudnia 1880 w Liptowskim Św. Michale, gdzie jest także pochowany, i na trwale się zapisał w generacji najważniejszych historyków XIX wieku, jakimi byli także F. V. Sasinek czy J. Záborský. Jego dziełem życia pozostaje książka „Zámok Lykava a jeho páni” [„Zamek Likava i jego panowie” – przyp. tłum.] wydana nakładem własnym autora w roku 1876. Książka ta jest świadectwem niezwykłego uporu autora. Zadziwia ilość przestudiowanych przezeń źródeł. Czerpał on informacje przede wszystkim z dokumentów rodów szlacheckich, z miejskich archiwów Rużomberku, Slovenskej Ľupčy czy protokołów Liptowskiej Żupy. [Żupa (inaczej komitat) – jednostka administracyjna w dawnej Słowacji pod okupacją węgierską. Słowacja podzielona była na 20 komitatów. Liptów w tym czasie stanowił komitat Liptu – przyp. tłum.] Widać to wyraźnie w przypisach do tekstu książki, które zajmują aż 1/3 jej objętości (!!!), co świadczy o jego erudycji. Dokładnie i pieczołowicie zbierał informacje na całym Liptowie, które są jedynie potrzebnym kluczem do rozwiązania tej templariuszowskiej zagadki. 

   Štefan Nikolaj Hýroš w ramach swych powinności duchownego, zajmował się Templariuszami bardzo intensywnie. Właśnie w Liptowskim Muzeum w Rużomberku można znaleźć jego notatki z prac historyka G. Kolinovicha o Zakonie Rycerzy Świątyni, kilku łacińskich dokumentów  dotyczących Zamku Likava i rękopis o kościołach w Liptowie, w których szczególny nacisk kładł na pamiątki po Templariuszach.  W rękopisie pozostało dzieło pt. „Opis starobylých chrámov a malieb” [„Opis starodawnych świątyń i malowideł” – przyp. tłum.] w którym opisuje on sakralne zabytki Liptowa. Praca ta, w tej chwili unikalna i jedyna, miała zostać wydana przez Maticę Slovenską, ale nie została wydrukowana, gdyż ocenzurowały ją władze węgierskie. [Słowacja w latach 1003-1526 znajdowała się pod okupacją węgierską jako północna prowincja Węgier, zaś później (w latach 1526-1939), habsburskiej monarchii Austrowęgier, ale nadal pod administracją węgierską – przyp. tłum.] 

Tekst tej pracy jest napisany w ówczesnej słowacczyznie ukazuje problem, z którym się on zmierzył, a którym była obecność Templariuszy w okolicach Rużomberku: 

Ponad wszelką wątpliwość kładzie to Damian Fuxhoffer [43] uważający, za ks. Jakubem Šeligą, kanonikiem, różomberowskim proboszczem, pod jegoż opieką i Św. Marcin (?) na szczycie Mnicha należący, z JO rodu hrabiów z Herbersteinu w Styrii dokumentacji, w której widocznym jest Jan Godofrid (?) z Herbersteinów Wielki Wizytator i Mistrz Templariuszów, zmarły w czasie przeglądu w roku 1230, na Węgrzech, na Luptowie, na wierchu Mnich u Św. Marcina; który to wedle starodawnego ustnego podania, w dokumentacji Jozefa Krist. Tholta we Wielkiej Szczawnicy odnotowanego, ma być pochowanym, w starodawnej, w romańskim stylu wybudowanej świątyni pod wezwaniem Wszystkich Świętych na Kúte, i to wraz ze wszystkimi skarbami i ze tam właśnie gdzieś przed czy pod ołtarzem znajduje się jego kamień nagrobny z literami już całkiem startymi. Z powyżej wspomnianego dokumentu i to wynika, że tenże ojciec tegoż Herbersteina był przedstawicielem kraju i najstarszym w Styrii, ale matka Elżbieta pochodziła z Stubenbergu. Do tego dodaje: że zamieszkanie Templariuszów na górze Mnich potwierdza także ich staroświecki kościół , i dzwon pięciocetnarowy, a także wały na szczycie góry Mnich do miejsca, do którego wiodła droga od rzeki Wag, po południowej stronie tegoż wierchu, a której resztki są widoczne do dzisiaj. Jednakże wydaje się mu, że wybudowaniu klasztoru jego budynek został zgolony (?) do fundamentów. Tenże pisarz powołuje się na Kolinoviča [44] który także potwierdza istnienie dawnej manserii Templariuszów na szczycie Mnicha przy liptowskiej wsi Św. Marcina. A. Bombardi [45] mówiąc o zameczku czy kasztelu św. Zofii w Rużomberku stwierdza, że: niedaleko od zameczku św. Zofii za Wagiem, na wschód jest wierch przez miejscowych mieszkańców Mnichem zwany, wierzą bowiem, że był tam kiedyś zameczek, czy raczej klasztor Templariuszy, czego wymownym świadkiem są jego ruiny i resztki drogi tamże wiodącej zakosami na jego szczyt, który stoi ponad brzegiem Wagu, tak że z niego, nagiego i stromego można widzieć wielką część miasta i okolicy. [46]

Š. N. Hýroš był bardzo światłym historykiem, który dla przejrzystości uporządkował swe stwierdzenia w formie paragrafów, jakby chciał w ten sposób zaznaczyć swą niezachwianą pewność, z jaką wygłaszał swe opinie. Tak więc na stronach jego rękopisu czytamy:
§ 3. Ci rycerscy mnisi musieli mieć i inną manserię, już wspomnianą, na szczycie Św. Marii w Liptowie, zaś trzecia na Orawie, które należały do komturii Św. Marcina. [47] Od Templariuszy majątki te przeszły do mnichów-rycerzy od św. Jana [48] a te z kolei od św. Marii wreszcie do mnichów cysterskich. Odtąd opactwo (?) Bł. Panny Marii w Lyptowie, które po mnichach jakby zanikło, używał tamtejszy pleban, który od roku 1673 był zarazem opatem.

Jeden z najciekawszych pasaży informuje o tradycji sięgającej daleko w przeszłość i mającej związek z templaryjskimi rycerzami, których autor nie bierze za legendę:
§ 4. Kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych w Kútie, czyli Na Pustyni, świątynia, i kościółek św. Marcina są poza chramem św. Michała Archanioła w Lyptowie najstarsze, ichże styl w którym je postawiono jeżeli nie cyrylo-metodejski, to jeszcze starszy wiek pokazuje. Tylko szkoda, że kościółek św. Marcina na Mnichu poprzedni rużomberski proboszcz A. K. pozbawił śladów i dowodów jego starożytności na oknach, a jeszcze wcześniejszy J. Z. ów pięciocetnarowy dzwon przetopić kazał. [49]  Ustne podanie, które ale za wielce ważne uważam w Świętym Marcinie Lyptowskim twierdzi, że mieszkańcy Zamku Lykava byli po śmierci chowani w kościele św. Marcina i koło niego. A zatem Zamek Lykava był połączony jakimiś więzami z kościołem i mnichami od św. Marcina. Na to mamy świadka Damiana Fuxhoffera, który powołując się na Kolinoviča i Korabinsky’ego powiada: „Święty Marcin Liptowski należy w tym wieku do dzierżawy lykavskiej, dziedzictwa tych dawnych Templariuszów, których 11 manserii na Węgrzech się znajduje. Ci rycerze-zakonnicy mieli obowiązek: a) zaopatrzyć swoje liptowskie siedziby jako to orawski, na zamku Orava zamieszkujących, orawskie: tedy wykonywać służbę Bożą; b) mieli obowiązek bronić węgierską krainę przed Polską; a często i królów, jak Andrzeja II Jerozolimskiego w Górnych Węgrzech [czyli Słowacji – przyp. tłum.], albo jego syna Kolomana w Haliczu.        

środa, 13 sierpnia 2014

Templariusze... (7)

IV. Gotycki cud Ludrovej


Co właściwie wiemy o dalszych losach tego kościoła pod wezwaniem Wszystkich Świętych?  Od początku XVII do początku XVIII wieku był on z małymi przerwami w rękach ewangelików, później zaczął pustoszeć, a kiedy w nieodległej Ludrovej postawiono nowy kościół, to w roku 1828 zupełnie go zamknęli. Jego patron Móric Rakovský z Štiavnicy jednak doskonale sie orientował w historycznej wartości tego obiektu, przeto własnymi nakładami go wyremontował i ponownie wyświęcić w 1843 roku. [36]  Dokładny opis kościoła i jego wystroju podają specjalistyczne monografie [37], więc podaje tutaj o nim tylko najważniejsze informacje. Sama budowla jest otoczona kamiennym murem usytuowana w jego południowej części bramą z krat, ozdobionymi monogramami Mórica i Petra Rakovskich. Wchodzi się do niego poprzez gotycką kaplicę z dwoma gotyckimi oknami, zaś na jej południowej ścianie znajdował się zegar słoneczny. Portal z potrójnym późnogotyckim oknem jeszcze w połowie lat 20. XX wieku zamykała stara gotycka bramka ze szczególnie interesującym okuciem, na którym występują romańskie motywy. Sama nawa jest długa na 11 m i szeroka na 9 m. Początkowo znajdował się w niej gotycki ołtarz – jego główny obraz przedstawiający Pannę Marię (którą czcili szczególnie Rycerze Świątyni) [38], został potem umieszczony w ludrovskim kościele postawionym w 1825 roku. Na ścianach były umieszczone kamienne tablice pamiątkowe patronów kościoła z rodu Rakovskich z XVI i XVII wieku.

Prezbiterium kościoła jest czworokątne, z niskim krzyżowym stropem i masywnymi żebrami, zaś na kamiennym zworniku znajduje się tzw. mandylion – głowa Chrystusa. Jest ona oświetlona jednym świetlikiem i dwoma romańskimi, łukowatymi oknami. Łuk tryumfalny [tzw. tęczowy – przyp. tłum.] ma nieprawidłową, słabo załamaną archiwoltę. Na stropie i na ścianach zostały odkryte pod warstwą wapna malarskiego wspaniałe freski z XIII wieku, które są najcenniejszą ozdobą kościoła. Sam krzyżowy strop składa się z czterech pól. Na wschodniej ćwierci plafonu ukazano bardzo sugestywnie Sąd Ostateczny. Bóg jako Najwyższy Sędzia z krzyżową aureolą wokół głowy siedzi na tronie mając po prawej stronie św. Piotra, który wraz z aniołami wpuszcza zbawionych do bram raju, po lewej stronie diabli wiodą potępionych do Piekła – wejście do Piekieł jest pokazane tutaj jako płomienie buchające z paszczy ogromnego potwora. Na północnym i południowym polu są ukazani apostołowie, na zachodnim – koronacja Marii Panny przez Zbawiciela, dookoła aniołowie grają na różnych instrumentach muzycznych. Dookoła mandylionu na zworniku są wyobrażone cztery symbole Ewangelistów: anioł (św. Mateusz), orzeł (św. Jan), lew (św. Marek) i wół/byk (św. Łukasz). Właśnie w architekturze tej budowli możemy sobie uświadomić, że wszystko co nam wydaje się fantazją architekta czy malarza tajemniczych fresków, miało swoje pochodzenie i znaczenie, i jest trudno przedstawić na czym ta osobliwość polegała:
Dla większości ludzi tajemnica jest ukryta zawsze w rzeczach niezwykłych, boż co niezwykłego jest w rzeczach, które widzimy na co dzień? – stawia pytanie Louis Charpentier i zaraz odpowiada – Nie jest dziełem przypadku czy artystycznego zamiaru, póki świątynia stoi tam, gdzie stoi – na jakimś szczególnym miejscu. Nie jest przypadkiem także i to, jak jest ona zorientowana w sposób nietypowy dla kościołów katolickich, kształt jej łamanych okien, jej szerokość i długość, ani wysokość, nie mają tutaj żadnego estetycznego znaczenia. A przecież jest tutaj jeszcze jeden aspekt sprawy, o którym się całkiem zapomina. Wszystkie te rzeczy – całość budowli i jej detale – wytworzyli ludzie, którzy wiedzieli, co robią. I tak do dotychczasowych zagadek dochodzi kolejna, dlatego że nie wiemy niczego o tym, kim byli ci ludzie ani skąd pochodziła ich wiedza i umiejętności. [39]

Ściany prezbiterium zdobią obrazy wydarzeń z narodzenia, życia, męki i zmartwychwstania Jezusa, są także mnogie napisy korespondujące z cytatami z biblijnych tekstów, przy gotyckim wejściu do zakrystii znajduje się w murze pastforium z okratowanymi drzwiami. Sama zaś zakrystia na północnej stronie prezbiterium jest nowsza i ma trzy okna i wymalowaną datę: A. D. 1712. Pod nią znajduje się krypta, a na południowej ścianie fresk św. Krzysztofa (motyw ulubiony przez członków tajnych stowarzyszeń i bractw) i ślady po innych malowidłach.

Na zachodniej stronie kościoła znajduje się czworogranna wieża, do której można się dostać tylko z chóru. Na pierwszym piętrze znajdują się tylko strzelnice, a piętro wyżej znajdują się okna. Dach świątyni pokryty jest gontem, zaś na południowej stronie widać na wpółzatartą rzymską datę przypominającą rok renowacji. Granie wieży są ozdobione ledwie dzisiaj widocznymi kwadratami. Pod kościołem miał mieć miejsce początek podziemnego korytarza wiodąca do już nieistniejącego klasztoru na Mnichu, a drugi kierował się w stronę wsi Čerenej pomiędzy Liptowską Szczawnicą a Ludrovą, gdzie miało się znajdować wejście do podziemi. [40] 

Podłogę kościoła w dniu dzisiejszym tworzy współczesna posadzka, więc nadzieje wszystkich badaczy i eksploratorów ów fakt wystawia na ciężką próbę, bowiem nie zachował się nagrobek umieszczony przed ołtarzem, który miał oznaczać miejsce wiecznego spoczynku Johannesa Gottfrieda von Herbersteina. Ale co się odegrało w klasztorze na szczycie Mnicha przed niemal ośmiu stuleciami? Czy były to jakieś intrygi w łonie Zakonu, walka o władzę, czy może odkrycie jakichś szczególnie odbiegających od reguły Templariuszy postępków, że bracia nie widzieli innego wyjścia jak przerwania nici życia Wielkiego Wizytatora, czy może racje ma legenda mówiąca o tym, że nadstawił on karku w obronie ludzkiego życia i chwalebnie poległ śmiercią rycerza-obrońcy? 

Inną zagadkę w tej zagadce stanowi także sam tytuł tego templariuszowskiego dostojnika, którego historyk Ivan Houdek tytułuje „mistrzem”, a którego nie można utożsamić z żadnym znanym historii Wielkim Mistrzem. Z 22 znanych Wielkich Mistrzów wszyscy jak jeden mąż zmarli pełniąc swoją funkcję, z tego 6 w walce albo w nieprzyjacielskiej niewoli, a jeden z nich na stosie jako kacerz po zainscenizowanym procesie – ale pomiędzy nimi nie ma żadnego von Herbersteina. [41] 

[Istnieje jednak pewna furtka, bowiem w tym okresie Wielkim Mistrzem był Pierre de Montaigu, który zmarł w dniu 28 stycznia 1232 roku a zatem istnieje możliwość, że von Herberstein był kandydatem na to stanowisko, i którego być może zlikwidowano w czasie podróży inspekcyjnej do komandorii na Węgrzech i Słowacji. Zgodnie z zasadą cui bono, cui prodest największą korzyść z tego mógł odnieść następny Wielki Mistrz – Armand de Perigord, którego wybrano jako następnego, a zatem mogło to być morderstwo na zlecenie w celu usunięcia pretendenta do fotela Wielkiego Mistrza – uwaga tłum.]

Wiele z tego, co było napisane do dnia dzisiejszego o działalności Templariuszy w Liptowie do dziś dnia otacza atmosfera niejasności i tajemnicy. Jednak wbrew temu mamy doskonałego przewodnika, który przemawia do nas za pośrednictwem swej pisarskiej spuścizny. Dzieło wspomnianego już tutaj Štefana Nikolaja Hýroša, którego rękopisy stale znajdują się w Liptowskim Muzeum, jest do naszych badań wprost bezcenne, że nie da się ich przedstawić publiczności, bez choć skróconej biografii człowieka, który rozwiązaniu zagadki pobytu Templariuszy w Liptowie poświęcił praktycznie całe swoje życie. 


wtorek, 12 sierpnia 2014

Templariusze... (6)

III. Skarb pod rycerskim nagrobkiem 


Obraz ówczesnego Liptowa, na którego terytorium będziemy prowadzić nasze badania, tak opisuje jeden z klasyków XIX-wiecznego klasyka słowackiej literatury:
Kiedy jedziesz drogą z Liptowskiej do Rużomberku, ujrzysz z jednej strony przepiękny krajobraz dolin liptowskich – pisze Ján Kalinčiak w swej powieści „Mnich” – Zobaczysz tam osamotniony, stojący na wzniesieniu kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych, w którym powracający ze zwycięskiej wyprawy przeciwko Turkom, król Polski Jan III Sobieski wysłuchał mszy świętej, tam też wygląda jak z tajemnego ukrycia biały dach Szczawnicy i rozsiane tu i ówdzie wioski pomiędzy czystymi polami, zielonymi łąkami, białymi skałami jak panienka otoczona ich wianuszkiem. Zobaczysz tam po drugiej stronie Wagu – który jak srebrzysta wstęga dzieli Liptów na dwie połowy kłaniającego się swymi zielonkawymi wodami wierchom, kochankom swoim, ziemi liptowskiej coś szepcącego – i tutaj od Liskovej stromo wspinającą się wyżynę, która teraz nad zamkową i Wagiem wisi, ale za dawnych czasów wodami Wagu była obmywana. Wierch ten, tą wyżynę do dziś dnia ludność okoliczna Mnichem nazywa i nadaje tym mianem tajemniczości pełnej i choć nie powie więcej o tym i nie odpowie na pytanie, to coś tutaj stać ważnego się musiało i prawi, że ta góra nazywana jest Mnichem, a to od skały nieopodal Wagu nad zamkową się wznoszącej i w ziemi tak osadzonej, że pomyślałbyś, że to człowiek olbrzymi aż do piersi w niej zakopany. Tak więc milczą ludzie na temat pochodzenia imion z własnej wyobraźni się wywodzących, a przecież zachowują oni w nazwach i wyrazach ślady starodawnych podań. [31]

Sugestywny opis Kalinčaka jest jednak twórczą reminiscencją podania, które nam w swym dziele zachował Damian Fuxhoffer: 
Jak patrzymy ponad głazy na wierchu Mnicha, które pozostały po  zagładzie tamecznego templariuszowskiego klasztoru i ku któremu wiodła droga od rzeki Wag do południowej części tegoż wierchu, z której dostarczana była woda do klasztoru, zbadamy ślady onejże drogi (…) Z tego klasztoru nie pozostał nawet kamień na kamieniu, kiedy to okrutnemu biegowi czasu poddały się wszystkie budowle Zakonu, które były zniszczone do fundamentów… [32] 

I legendy mówią o tajnym podziemnym korytarzu pomiędzy klasztorem a zamkiem Likava (który też należał do Templariuszy) i o wozie załadowanym do pełna skrzyniami ze skarbami, które miały być gdzieś tam zakopane, o czym czytamy w starszej literaturze:
Klasztor przy Martinčeku (nieopodal Rużemberoku) stał na szczycie Mnicha prawdopodobnie „Na prievlači”. W nim zmarł w roku 1230 podczas wizytacji (oczywiście nienaturalną śmiercią) Mistrz Templariuszy Gottfried z/von/de Herberstein. Po zlikwidowaniu Zakonu w roku 1312 został on porzucony na pastwę losu, a budynek – w głównej mierze drewniany – szybko znikł, tak że do dziś dnia nie ma po nim ani śladu. Na polach, które znajdują się na jego miejscu, które później przemieniono na pastwiska, wyorywano kamienie ze śladami zaprawy murarskiej, które do dziś dnia znajdują się na miedzach. Wspomniana droga, która stromo pięła się po południowym stoku Mnicha, jest już dzisiaj niewidoczna. Sama góra Mních otrzymała swoją nazwę od tychże rycerzy-zakonników. [33]  

Celem naszego podróżowania poprzez historię będzie wieś Ludrova rozmieszczona na skraju ludnego Rużomberku, a dokładniej w jej części zwanej Kúty. Po raz pierwszy ją wspomniano na piśmie w roku 1332 jako sacerdos Omni Sanctorum, a przez lud nazwaną lapidarnie – Na Pustce (Pustyni). Wokół dzisiaj pustego kościoła, wedle tradycji, miała znajdować się wieś, której mieszkańcy uciekli przed tatarskimi wypadami (1241-1242) w góry i już nie powrócili. Trudno jest uwierzyć w tą informację, bowiem wieś istniejąca co najmniej 700 lat miała przy spisie ludności w roku 1828 już tylko dwa domy i 12 mieszkańców, zaś dzisiaj nie mieszka tam już nikt. 

I to właśnie tutaj – według starszych słowackich historyków – miał zostać pochowany Johannes Gottfried von Herberstein [34] wysoki dostojnik Zakonu Świątyni, który w czasie swej wizytacji na Węgrzech w 1230 roku nagle zmarł w zagadkowych okolicznościach w templariuszowskim klasztorze na górze Mnich. To stwierdzenie uczonego liptowskiego księdza i historyka-dziejopisa Štefana N. Hýroša (1813-1888) komentują współcześni autorzy, tacy jak: Maria Andersson, Branislaw Močáry, Peter Svrček jn., czy Jozef Vandák w ten sposób:
Według Štefana Nikolaja Hýroša, który dotarł do opisu dokumentów, które z styryjskiej hrabiowskiej rodziny Herbersteinów uzyskał rużomberski ksiądz dziekan, proboszcz Jakub Šeliga (był on dziekanem w latach 1794-1804), w tym miejscu w roku 1230 zmarł templariuszowski wizytator Johann Gottfried von Herberstein. Według legendy, podczas swej podróży, dowiedział się, że zbóje napadli na kupców. Wraz z małą grupą rycerzy udał się kupcom na pomoc. Padł w walce z przeważającymi siłami. Przed śmiercią poprosił, by go pochowano w najbliższym kamiennej świątyni, którym miał się okazać kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych we wsi Kút[y]. Štefan Nikolaj Hýroš pisze, że von Herberstein miał być pochowany w srebrnej trumnie, a jego nagrobny kamień z wyrytymi na nim literami miał znajdować się w kościółku. Jako pierwszy list od rodziny Herbersteinów w porozumieniu z Jakubem Šeligą opublikował Damian Fuxhoffer w swoim dziele „Monasteriologia regni Hungariae“. Daniel Rapant uznał informację od rodziny Herbersteinów jako prawdziwą i wiarygodną ze względu na jej zbieżność z miejscem i czasem (peripheria Liptoviensis, Mons Mnich, s. Martinus i inne), Jozef Kútnik-Šmálov nie zgadza się z jego stwierdzeniami, a to dlatego, że dokument wspomina słowacką nazwę góry Mnich (Mons Mnich) przy czym w dokumentach z XIII i XIV wieku miejscowe nazwy pokazują się w innojęzycznych przekładach – w przypadku wierchu Mních miałoby chodzić o nazwy Remetehyg albo Heremitorium. [35] Wbrew polemicznemu charakterowi tych i podobnych twierdzeń, które rozpalają wyobraźnię wszelkich „detektywów przeszłości”, już przez całe dziesięciolecia przyczyniają się do tego, że genius loci tego miejsca wpływa na odwiedzających je jeszcze bardziej inspirująco. Niczego nie pozostawiono tutaj przypadkowi – chodziło o to, że w czasie budowy kościoła baczono na to, by jedność architektury religijnej i duchowego wpływu na człowieka wiązała się z dedykacją tego obiektu sakralnego danemu świętemu i dlatego właśnie tak starannie wybierano miejsce ich budowy. Jest charakterystycznym, że z tych czasów nie zachowały się (poza grubymi, niedokładnymi szkicami i rysunkami) żadne plany tych świątyń – rysunki techniczne kreśliło się wprost na ziemi za pomocą miarek i sznurków, które były liniałem, kątomierzem i cyrklem o dużych rozmiarach jednocześnie. A to wszystko chyba dlatego, plan budowy jest rezultatem rozumowej kalkulacji, który oddala architekta od terenu, boż prawdziwy mistrz służył geniusowi locii i podporządkowywał mu swe dzieło. W ostatecznym rozrachunku oznacza to, że kiedy w kościele zmienia się przez przebudowy proporcje albo rozmiary, to jako świątynia w duchowym znaczeniu tego słowa, staje się zupełnie zniszczoną i przestaje nią być. Na szczęście nie jest tak w przypadku ludrovskiego kościoła Wszystkich Świętych, który wbrew swemu opuszczeniu zachował swoją pierwotną formę z początku XIII stulecia.          

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Templariusze... (5)

W przeciwieństwie do Jonáša Záborskiego, którego poglądy na działalność Templariuszy nie były zbyt łaskawe, inny pisarz i historyk ojczysty Karol Kuzmány (1806-1866) był dla nich życzliwszy. W swoich dziełach zebranych [18] wspomina on o wsi Lučatín k./Slovenskej Ľupči, gdzie osiedlili sie Templariusze, także na podstawie świadectwa barona Alojza Medňanskégo (1784-1844) i tekstu opublikowanego w czasopiśmie „Hronka“ w Bańskiej Bystrzycy w latach 1836-1838. [19]

Informacje te później wzięli do swych prac starsi słowaccy historycy, jakimi byli: Štefan N. Hýroš (1813-1880), Ján Vencko (1869-1957), Jozef Špirko (1896-1954), Daniel Rapant (1897-1988) czy Ivan Houdek (1887-1985). [20] Jednakże ci czerpali najwięcej z monumentalnego dzieła Damiana Fuxhoffera „O klasztorach Królestwa Węgierskiego“ („Monasterologia regni Hungaricae“), wydanego w Ostrzygomiu [dzisiaj Esztergom – przyp. tłum.] w roku 1803. [21]

Tekst tego kościelnego historyka zawiera największą liczbę świadectw na temat obecności Templariuszy w Martinčeku, [22] oddalonego o kilka kilometrów od starego miasta Rużemberoka, od którego zaczynamy naszą drogę poznawania nieznanych rozdziałów liptowskiej historii: 
Na Węgrzech na cześć swego świętego rodaka, niebieskiego Marcina nazwano jego imieniem wiele miast. W Svätym Martinčeku, gdzie mieli oni swoją siedzibę w stolicy Liptowa, a który jest oddalony o jakieś pół godziny od Rużemberku, można zobaczyć w starym państwie Likava dziedzictwo Templariuszy. Ich pobyt w tym miejscu potwierdza przede wszystkim dostojny pan Jakub Šeliga, spiski kanonik, rużemberowski proboszcz i liptowski vice-arcydiakon. [23] Kościół pod wezwaniem św. Marcina pierwsi założyciele nie bez kozery uważali za templariuszowski. Jest czymś oczywistym i bezdyskusyjnym, że ten kościół postawiony na części góry po słowacku nazywanej Mnich, co po łacinie znaczy Monachus został zbudowany tam, gdzie mieszkali Templariusze. Dokumenty potwierdzające ten fakt dostały się do naszych rąk z archiwum sławnego rodu Herbersteinów z rozkwitającej Styrii i stoi w nich dosłownie tak:
Johannes Gottfried Herberstein, wielki wizytator i przedstawiciel Zakonu Templariuszy, zmarł w czasie wizyty w roku Pańskim 1230 na Węgrzech, na peryferiach Liptowa, na górze Mnich przy Świętym Marcinie, którego przedstawicielem był ojciec prowincjał (najstarszy w Styrii) i matka Elżbieta de Studenberg. 

Wszystko z tego się zgadza, ale przede wszystkim fakt, że klasztor został dobudowany do kościoła pod wezwaniem św. Marcina, co oznacza, że kościół już w tym czasie stał na swoim miejscu, a czego dowodzi jeszcze pastforium wzmocnione żelazną kratą, które można zobaczyć w tej świątyni. Jest tam także dzwon w tym kościele, który waży pięć centnarów [czyli 500 kg – przyp. tłum.] na którym gotyckimi literami napisane: „Na pamiątkę św. Marcina. Data, sygnatura”. [24]

Według tych wskazówek, kościół św. Marcina mieliby postawić w XIII wieku Templariusze zamieszkujący w ufortyfikowanym klasztorze na szczycie Mnicha opodal średniowiecznej wsi. Samo zaś świadectwo wskazuje na interesującą zależność z wykonywaniem wojennego rzemiosła i Francją, jako ojczyzną założycieli Zakonu Świątyni. [25]  

Początkowo służył on jako kościół parafialny dla Likavy i Liskovej, gdzie powstała wieś Martinček aż do jego dokończenia. [26] Klasztor był postawiony w 1260 roku na wschodnim stoku Mnicha, na małej, wypukłej buli  i kiedyś otaczał go masywny mur. Jest zachowany w doskonałym stanie, jego architektura jest połączeniem stylu romańskiego i gotyckiego, z przewagą pierwiastków wczesnogotyckich i jest nienaruszona do takiego stopnia, jak to ma miejsce w przypadku niektórych innych kościołów na Słowacji. Był on wybudowany jako jednonawowa bryła z równo dostawionym prezbiterium, wieżą i dobudowaną zakrystią. [27] Obok niego znajduje się cmentarz, gdzie pochowano zmarłych z niedalekiego zamku Likava, z ponad 30 pionowymi szybami przykrytymi daszkami. Kiedyś były one głębsze, teraz jednak te 3-5 m głębokie szyby służą do prozaicznego celu – składowania płodów rolnych, a zatem służą za spiżarnie.
  
Do kościoła wchodzi się poprzez wczesnogotycki portal później zamykany drewnianą bramą, z żelaznymi zdobnymi okuciami, z motywem lilii (z Anjou?). Prezbiterium ma dobrze zachowany krzyżowy strop, którego żebra leżą na konsolach, zaś kamienny zwornik jest ozdobiony ośmiopłatkową różą. Na jego wschodniej ścianie zostało zamurowane wczesnogotyckie okno, zaś na północnej widać późniejsze pastoforium. 

Na południowej ścianie nawy znajduje się wstępny portal. Szczególnie są tu interesujące okna wieży zachowane w pierwotnym stanie. W górnej części noszą one ślady stylu romańskiego, w dolnej – wczesnogotyckiego. Wbrew różnym remontom i naprawom następnych stuleciach, architektura kościoła zachowała swoją pierwotną formę i na tym do dziś dnia polega jego niezwykłość i unikalność.

Ołtarz jest ozdobiony obrazem św. Marcina – niebieskiego patrona wsi. Prezbiterium oświetla jedno okno, zaś nawę dwa okna gotyckie, które przy renowacji w XVIII wieku otrzymały dzisiejszy wygląd. Bardzo ciekawym jest świetlik w kształcie krzyża przebijający ścianę po wschodniej stronie. Jego kształt odpowiada kształtowi krzyża templariuszowskiego – ze zwężającymi się do środka ramionami. Na ścianie północnej prezbiterium gotycka bramka wiedzie do zakrystii z gotyckim stropem. 

Naścienne malowidła odkryto w czasie badań przedrestauracyjnych, które prowadził akademicki rzeźbiarz Juraj Maták w roku 1999. W latach 2000 – 2002 zostały one odsłonięte i odnowione w całym wnętrzu kościoła. Na chórze, znajdującym się na ścianie zachodniej, za organami odkryto nowsze napisy z wyobrażeniem jeźdźca na koniu, pochodzące prawdopodobnie z XVI wieku, ale – jak twierdzi to jeden z specjalistów – „niestety ich stan i nasze wiadomości nie pozwalają nam na odczytanie tego tekstu, który jest tam umieszczony” – możemy się tylko domyślać ich znaczenia.

W każdym razie, te nie tak dawno odkryte freski przedstawiają w ogóle najstarsze, do dziś dnia zachowane malunki naścienne na Słowacji. Powstały one około roku 1300, a zatem w czasie, w którym byli tam obecni Templariusze jako obrońcy północnej granicy Węgier. [28] Freski zawierają więcej ciekawych motywów, które mogłyby potwierdzać ich obecność. Chodzi tutaj np. o starotestamentowych królów Dawida i Salomona grających na instrumentach muzycznych, wyobrażenia Niebieskiego Jeruzalem, czy też Baranka Bożego (Agnus Dei) symbolizującego Jana Chrzciciela, który poza tym ma związek z symboliką Zakonu Joannitów, którego Wielcy Mistrzowie przechowywali prawicę tego świętego jako drogocenną relikwię. [29] Nad zachodnią ścianą świątyni dominuje wieża, do której można się dostać tylko poprzez gotyckie wejście z chóru. Na pierwszym podeście znajduje się gotyckie okno, na piętrze strzelnice, na drugim piętrze znajdują się dwa romańsko-gotyckie okna i dwa dzwony, z których starszy był ozdobiony napisem Vermum Domini Manet in Aeternum A. D. 1594. [30] Wieża ma cebulasty dach w kształcie hełmu i widać z niego wieżę kościoła p. w. Wszystkich Świętych w Ludrovej, o którym będzie dokładniej w następnych rozdziałach. 

piątek, 8 sierpnia 2014

Templariusze... (4)

W Królestwie Jerozolimskim Templariusze mieli autonomię, z biegiem czasu zgromadzili wielki majątek i cały łańcuch wybudowanych starannie twierdz, który ciągnął się od Antiochii aż do Aszkalonu, czyli od najbardziej na południe wysuniętego fragmentu dzisiejszej Turcji na granicy z Syrią do ziem Izraela w sąsiedztwie Strefy Gazy. W Europie Zachodniej przede wszystkim we Francji, Anglii, Hiszpanii, Portugalii i na dwóch stronach Renu mieli one rozległe włości i majątki ziemskie. A wszystko to w jednym celu – operacjom militarnym na Bliskim Wschodzie, nienasycenie pochłaniającym dobra materialne i finansowe.

Bez szerokiej sieci wsparcia na Zachodzie, Templariusze by szybko znikli po pierwszej przegranej bitwie – przypomina znany brytyjski historyk Malcolm Barber [9] a my musimy przyznać mu rację. Istnieją na to proste, ale bezlitosne obliczenia, z którymi nie można dyskutować: a zatem około roku 1180 rycerz potrzebował 30 łanów ziemi rolnej – co odpowiada powierzchni 300 ha lub 750 ac (akrów), aby był w stanie utrzymać się jako zbrojny konny wojownik. Około roku 1260 już na to potrzebował 150 łanów, czyli sumę 5-krotnie wyższą. A to wszystko szło ręka w rękę z handlowymi cenami koni: w latach 1140-1180 cena tych zwierząt do jazdy wierzchem wzrosła trzykrotnie, a do roku 1220 podskoczyła jeszcze dwukrotnie. [10] Albo jeszcze lepiej obrazuje to następujące porównanie: otóż wyposażenie i wyszkolenie jednego rycerza kosztowało Zakon tyle, ile dzisiaj kosztowałoby niejeden kraj kupno i doposażenie czołgu, do którego porównuje się średniowiecznego rycerza i jego siłę przełamania. [11] Takie koszty na utrzymanie załóg zamkowych i fortecznych oraz obronę ziem zamorskich kładły na finanse Templariuszy takie ciężary, których niejedno państwo nie było w stanie podołać, a niektórym im współczesnym fakt, że majątek Zakonu stale się powiększał dało asumpt do twierdzenia, że było to nadprzyrodzone: 
Bogactwo Rycerzy Świątyni było na tyle wielkie, że pojawiły się pogłoski o tym, że znaleźli oni sposób jak Zamienic ołów w złoto. Jest to prawdą, że w niektórych templariuszowskich zamkach – szczególnie w Oriencie – kwitła alchemia, bowiem na Wschodzie, w świecie arabskim alchemia była bardzo znana i popularna, a kamień filozoficzny [i jego cudowne możliwości] zaciekawił także niektórych Templariuszy wysokiej rangi. [12] 

Jednakże prawda jest taka, że za „alchemią” Templariuszy stoi, jak na swe czasy, rewolucyjny system bankowy, w którym wprowadzono m.in. czeki, listy zastawne, przyjmowanie wkładów oraz w ogóle wprowadzili „templariuszowski bezgotówkowy przepływ pieniądza” – jak dowcipnie nazwał to jeden ze współczesnych autorów.

Umocnione zamki i bastiony ze stałymi załogami wybudowane wzdłuż handlowych i pątniczych szlaków, wiodących w kierunku wschodzącego słońca, wszystkich władców, szlachtę, kupców, krzyżowców i pątników, służyły im jako depozyty złota i innych drogocennych rzeczy. Powszechnie uważało się, że najbezpieczniej jest powierzyć swój majątek templariuszowskiej organizacji, niż nosić przy sobie złoto ryzykując jego utratę w dalekiej podróży. Pieniądze złożone w niektórych z domów zakonnych w Europie mogli podróżni zawsze podjąć po przybyciu do Ziemi Świętej. (I vice-versa.) Wydaje się, że istniejąca pisemna dokumentacja finansowa Templariuszy w ich siedzibach, stanowiąca doskonałe źródło wiedzy o ich depozytach, wpłatach i wypłatach, przywiodła do powszechnej praktyki odbierania pieniędzy z banku przy pomocy czeków. Reputacja Zakonu kwitła dzięki kompetentnym i życzliwym urzędnikom i była ona tak doskonałą, że wkrótce z ich usług korzystały także koronowane głowy Europy. [13]

Jedna z tych koronowanych głów przywiodła Templariuszy także do naszych zachodnich sąsiadów, na dwór czeskiego króla Wacława II (1271-1305), który – jak sądzi czeski historyk František Martin Pelcl (1734-1801) – w roku 1290 postawił na straży swych finansów, jako doradcę królewskiego Bertholda von Gezprensteina [14], przy czym jednak dodaje, że Templariusze działali w Czechach już od roku 1232, w którym to roku zaprosił ich król Wacław I (1205-1253). 

Do dawnych Węgier, templariusze przybyli już w I połowie XII wieku, w czasie panowania króla Gejzy II (1130-1162), a swoją pierwszą siedzibę mieli w ówczesnym Stoličným Belehradzie [dzisiaj Székesfehérvár, Węgry]. W krótkim czasie wznieśli oni dziesiątki klasztorów w całym kraju i uzyskali znaczne wpływy po tym, jak im król Imrich [Emeryk] (1174-1204) potwierdził wszystkie przywileje w 1198 roku. 


II. Zagadkowy kościół w Martinčeku


Dylemat na temat pobytu Zakonu Templariuszy na Słowacji próbował wyjaśnić już w roku 1748 historyk Gabriel Kolinovič-Šenkvický (1668-1770), profesor uniwersytetu w Trnavie. Na pytanie o obecność Templariuszy na Górnych Węgrzech [Horne Uhorsko - tak nazywano Słowację będącą pod panowaniem węgierskim – przyp. tłum.] odpowiadał on jasnym „tak” i to z całkowitą, absolutną pewnością, której dzisiaj możemy mu tylko zazdrościć. [15]  

Znany historyk z XIX wieku Frigyes Pesty (1823-1889) już w roku 1861 wymieniał jako siedziby Templariuszy: Orawę, Piešťany, Bardejov, Martinček, Kalinovo, Blatnicę, Skalkę przy Trenčíne, Sučany, Uhrovec, Hrabkov, Komárno, Ilavu i sam Trenčín. [16] 

Historyk i pisarz, ks. Jonáš Záborský (1812-1876) w swoich monumentalnych „Dejinách kráľostva uhorského“ z roku 1875, które przygotował do druku z podziwu godnym entuzjazmem Timotej Kubiš w roku 2012, opisuje Templariuszy w czasie próby ograniczenia ich władzy na Wegrzech w czasie panowania króla Kolomana, który: położył rękę na ich majątkach i wszystkie je im odebrał. Musiały sie stać rzeczy wielkie, skoro taki bigot jak Koloman się odwołał do takiego postępowania. Jednakże zabrakło mu odwagi i konsekwencji. Templariusze bowiem odwołali się do Rzymu i przywieźli mu papieską bullę na mocy której miał się on nawrócić i oddać im to, co im odebrał. Koloman pochylił z pokorą głowę i wykonał rozkaz apostolski, oddając templariuszom wszystko, co był im zabrał. Był rad, że templariusze nie kazali mu nagrodzić szkód, które ponieśli. Poddał się temu poniżającemu aktowi, by biskup z Pecsu nie nałożył nań kar kościelnych i nie nauczył moresu, gdyby zachciało mu się wywierać jakikolwiek wpływ na mnichów-rycerzy i ich ludzi. [17]

środa, 6 sierpnia 2014

Templariusze... (3)

W walkach Templariusze brali udział wraz z innymi zakonami rycerskimi jakimi byli Joannici i Zakon Niemieckich Rycerzy Najświętszej Marii Panny (popularni Krzyżacy), jako siła uderzeniowa - przełamująca – której zadaniem było właśnie przełamanie nagłym wypadem oddziału ciężkozbrojnej jazdy zwartych szeregów nieprzyjaciela. Reguła Zakonu przewidywała takie właśnie działania i inne manewry bitewne. Dzięki temu wiemy, że Templariusze atakowali w zwartej formacji – i w ten sposób przerywali linie bojowe nieprzyjaciela, które rozdzielali na dwie części, następnie wojownicy wchodzili w środek za nimi – pomiędzy nieprzyjacielskie szeregi. (Zostało to pokazane w filmie „Krzyżacy” Al. Forda – przyp. tłum.) Walczącym templariuszom nie wolno było zaprzestać walki i odstąpić, póki była podniesiona ich chorągiew. I jak długo to było możliwe, schodzili z placu boju jako ostatni i do ostatnich chwili chronili wycofanie się i odwrót swych wojsk.

Siedziba Templariuszy znajdowała się w Jerozolimie, ale zaplecze mieli na kontynencie europejskim. Tak więc biały płaszcz z naszytym nań czerwonym krzyżem, który to znak został im nadany przez papieża Eugeniusza III migotał nie tylko w walkach z Saracenami w Palestynie, ale także w czasie wydarzeń na królewskich dworach ówczesnej Europy Zachodniej. [4] 

Pomiędzy wszystkimi przywilejami, dla Templariuszy była najważniejsza bulla „Omne datum optimum” wydana przez papieża Innocentego II w roku 1139. Templariusze w zasadzie nie musieli płacić podatków czy dziesięciny, a wręcz odwrotnie – mogli oni je pobierać w swych majątkach. Nie podlegali oni ani świeckiej ani kościelnej władzy, z wyjątkiem papieża. Udzielone im ulgi potwierdzały i rozszerzały dwie dalsze bulle: „Milites templi” wydana przez papieża Celestyna II  w roku 1144 i „Militia Dei”, którą w roku 1145 podpisał papież Eugeniusz III. Te wraz z bulla „Omne datum optimum” postawiły fundamenty pod potęgę Zakonu i jego sukces w ówczesnym świecie: Był to jeden z najbardziej godnych uwagi zwrotów w dziejach Średniowiecza, a kto wie czy nie w całych dziejach Europy. [5]

Przed rokiem 1200, Zakon Templariuszy był obecny na całym terytorium śródziemnomorskim: od Północnej Europy do Sycylii, od Anglii do Armenii, gdzie władał setkami twierdz, komandorii, różnych dóbr ziemskich i miejscowości nie podlegających władzy królewskiej:
Zakon stał się w czasie pierwszego półwiecza swej egzystencji na tyle wpływowym, że chociaż jego kwatera główna znajdowała się w Palestynie, to wszędzie w Europie, gdzie miał on swe zamki i swój majątek, stał się szarą eminencją różnych wydarzeń historycznych i miał wazki wpływ na świeckie urzędy. A mógł mieć taki wpływ, bowiem był bogaty, bardzo bogaty, a bogatym był dlatego, że miał wpływy. [6]

Dla efektywnego zarządzania swymi dobrami Zakon podzielił swe ziemie na prowincje, których ilość w zależności od politycznej czy wojskowej sytuacji wahała się między 10 a 12, z czego co najmniej trzy na Bliskim Wschodzie: Jerozolima, Trypolis i Antiochia. Każda prowincja dzieliła się na komendy, jakieś terytorialne jednostki, skąd były opatrzone i bronione zamki, majoraty i inne jednostki ekonomiczne. 

Podczas półwiecza od założenia Zakonu, Templariusze mieli w Oriencie i Europie około 6000 rycerzy i 60.000 pieszych knechtów. Jądro Zakonu stanowili rycerze szlachetnego pochodzenia, którym asystowali bracia służebni. Ci zaś dzielili się na noszących zbroję giermków – armigeri i rzemieślników – famuli. Ich szata była – w odróżnieniu od białych szat rycerstwa – czarna albo brunatna. Dalszą grupą byli wojskowi kapelani, którzy podlegali tylko papieżowi i nosili brązowe habity. Później Templariusze wprowadzili możliwość stowarzyszonego członkostwa dla tych, którzy nie należeli do Zakonu, ale wspierali go finansowo czy militarnie. 

O wewnętrznej organizacji Zakonu wiemy dzięki zachowanemu Statutowi. Został on opublikowany [7] w roku 1886 przez francuskiego historyka Henriego de Curzona (1861-1942), który został opracowany dla bliskowschodniego kontyngentu Templariuszy, a potem zastosowano go w całej Europie. 

Na czele Zakonu stał Wielki Mistrz - Magister Summus. Stanowił on najwyższą władzę Zakonu, ale także za ten Zakon odpowiadał. Mógł on dysponować całym majątkiem Zakonu i była mu powierzona funkcja Opiekuna Majątku Zakonu. Przy każdej kluczowej dla Zakonu sprawie, jaką były sprawy majątkowe, wypowiedzenie wojny, zawarcie pokoju, planowanie wojennej wyprawy, a także przyjęcie nowych członków, Wielki Mistrz był zobowiązany zasięgnąć rady kapituły rycerskiej. I chociaż jego punkt widzenia był respektowany przez wszystkich, to w przypadku głosowania miał on tylko jeden głos, a także jego autonomiczna władza była ograniczona przez ustalenia kapituły, czy konwentu w Jerozolimie. 

W całym tym systemie ograniczenia najwyższej władzy widzą niektórzy autorzy przedwstęp do najwcześniejszych instytucji demokratycznych i nazywają Zakon Templariuszy „małą republiką” – wskazuje na tą właśnie okoliczność czeski historyk Jaroslav Šedivý. Całemu średniowiecznemu europejskiemu społeczeństwu pokazuje pierwiastki tego, które nie są właściwe dla tego społeczeństwa, np. godność Wielkiego Mistrza, która jest ograniczona przez kolektywny organ, albo podział na rycerzy i braci służebnych, przy czym ci ludzie nie są pozbawieni praw jak zwyczajni woje w drużynie jakiegoś pana feudalnego. Taka właśnie strukturą Zakon Templariuszy odróżnia się od mniszych zakonów, ale z drugiej strony wynikało to z konkretnej sytuacji i potrzeb Zakonu w Palestynie, codziennej walki w ochronie i obronie pątników i obronie zdobytych ziem. [8] 

Zastępcą Wielkiego Mistrza był Seneszal, który nosił jego bojowe wyposażenie. Marszałek Zakonu zajmował trzecie miejsce na drabinie służbowej i był on najwyższym dowódcą wojskowym. W XIII wieku Zakon powołał do życia funkcję Perceptora, tj. inspektora, który odpowiadał za Zakon w Europie, a w hierarchii władzy zajmował drugą pozycję. 

Pod tymi głównymi dostojnikami Zakonu stali komandorzy (komturowie), którzy zarządzali jednakowymi jednostkami administracji terenowej Zakonu – komandoriami (komturiami). Do dalszych należeli także: Turcopolier – dowódca lekkiej kawalerii złożonej z mieszczan wytwarzających różne rzeczy na rzecz Zakonu, Podmarszałek Zakonu, który dowodził rzemieślnikami, służącymi i całym personelem pomocniczym; Chorąży Zakonu odpowiedzialny za wyszkolenie i dyscyplinę giermków oraz Infirmar – odpowiadający za zdrowie członków Zakonu. Najliczniejszymi członkami Zakonu byli rycerze i sierżanci. 

wtorek, 5 sierpnia 2014

Templariusze... (2)

I. Obrońcy Ziemi Świętej

Na przełomie lat 1118 i 1119 ośmiu francuskich rycerzy uczestniczących w I Wyprawie Krzyżowej założyło rycerski zakon Templariuszy powołany do obrony świętych miejsc i ochrony udających sie do nich pątników – szczególnie do Jerozolimy. Historia odnotowała, że byli to: Hugues (Hugo) de Payens, jego przyboczny Godefroy de St. Omer, Hugo I. hrabia Szampanii, Andre de Monbard, Archamabaud de Saint-Aignan, Nivard de Mondidier, Godemar i Rossal

Hugues i jego bracia wszak nie przypominali obecnego wyobrażenia rycerzy – wspomina anglo-iryjski historyk i dokumentalista Sean Martin. – W pierwszych latach swojej działalności nie mieli żadnych pieniędzy, nosili odzież, którą dostali w darze, cierpieli z niedostatków nowych bojowników zbawienia. [1]

Myśl by chronić pielgrzymie drogi do Ziemi Świętej bardzo się spodobała królowi Jerozolimy – Balduinowi II (1118-1131), tak że podarował im jako siedzibę znaną twierdzę Omara Kubbat as-Sachra czyli Skalny Dom. Przed stuleciami stała na tym miejscu słynna żydowska świątynia, Templum,  którą na górze Moria w rzeczywistosci wybudował libański budowniczy Hiram z Tyru dla biblijnego króla Salomona. I właśnie tutaj ci ubodzy rycerze Chrystusowej i Salomonowej Świątyni – Templariusze, jak ich wkrótce zaczęto nazywać – wybudowali potężny zamek wraz z podziemnymi stajniami dla 2000 koni, przyłaczajac do tego sąsiednia miejscowość al-Aksa, która także pozostawała w świetym kręgu swiątyni Salomona. W tym czasie było już 300 rycerzy, którzy dowodzili 3000 pieszych, i tak „pojawiła sie pierwsza kolonialna armia na świecie“. [2] 

W roku 1128 Templariuszy zalegalizowano jako mnichów na koncylu w Troyes, a według pierwotnego dokumentu „Liber ad milites templi: De laude novae militae“ („Księga rycerzy Templum: Chwała nowego rycerstwa“) autorstwa cysterskiego patera Bernarda z Clairvaux (1090-1153), później uznanego za świętego, zaczęli oni nabór do zakonu we Francji, Anglii, Hiszpanii i innych krajach Europy. Kierowali się przy tym statutem pierwotnie napisanym po łacinie, który z początkowych 72 artykułów rozrósł się do ponad 700 paragrafów.

Z tekstu dowiadujemy się, że ta elitarna społeczność rycerska miała wiele obowiązków. Zasady życia codziennego wywodziły się z reguły Benedyktynów i zawierał nakaz częstej modlitwy i udział w nabożeństwach. Poza tym oczywiście były tu także nakazy o dbałość koni i uzbrojenia oraz innego sprzętu wojennego. Rycerze musieli stale nosić biały habit, poza czasem pobytu w szpitalu. Ich zbroje i ubiory nie mogły być upiększane żadnymi ozdobami. Dziennie odmawiali 148 razy modlitwę „Ojcze nasz” (!!!). Jedli razem – przy jedzeniu zachowywali milczenie, a była im w tym czasie czytana Biblia. Jedna dziesiąta chleba była przekazywana ubogim. W templariuszowskich świątyniach i siedzibach przez cały czas paliło się światło. 

Templariusze ustanowili dwukrotny czas postu: na Wielkanoc i na Boże Narodzenie, kiedy to każdorazowo pościli przez 40 dni. Wbrew temu częstsze i radykalne poszczenie – jak to miało miejsce w innych zakonach – mieli Templariusze zakazane po to, by mogli oni zdolność bojową. Mieli obowiązek nosić tonsurę i żyć jedynie z najskromniejszym wyposażeniem na znak pokory i ubóstwa. Powinnością Wielkiego Mistrza było w dzień Bożego Ciała umyć nogi 13 ubogim. Potem rozdawał on jedzenie, odzież i jałmużnę. Polowania Templariusze mieli zakazane z wyjątkiem polowań na lwy. Cały majątek był ich wspólną własnością. Nawet osobiste listy były czytane na głos w obecności Wielkiego Mistrza. Starzy, wysłużeni weterani Zakonu mieli swe miejsce w specjalnych domach. 

Do Zakonu mogli być przyjmowani tylko mężczyźni. Rycerze składali śluby całkowitego i ścisłego celibatu, nie mogli się żenić, lub być żonatymi wstępując do Zakonu. Templariuszom nie wolno było pocałować kobiety [Templariusz mógł pocałować jedynie matkę, siostrę i ciotkę, całować innych kobiet nie miał prawa – uwaga tłum.] i nie mogli być spowinowaceni.

Zasadniczą część zajmowały dokładne instrukcje wojskowe. Mówiły one o budowie obozowiska i utrzymywaniu dyscypliny w czasie bitwy. Jasno określały zasady dowodzenia podczas działań wojennych i dokładnie definiowały możliwości rokowań przy porażce.

Tygodniowe odprawy kapituły dokonywały się w rycerskich domach, w których mieszkali co najmniej 4 bracia. Po kazaniu mogli prosić o głos ci, którzy chcieli się dobrowolnie przyznać do naruszenia reguły. O wymiarze kary decydowała kapituła, a winien nie mógł być przy naradzie nad sposobem jego ukarania. Kiedy winę komuś udowodniono, był karany surowiej, niż ten, który się dobrowolnie przyznał. 

Kara za naruszenie reguły sięgała od konieczności spożywania posiłków na podłodze przez cały rok, aż do wykluczenia czy karceru (więzienia). Zakon nigdy nie używał kary śmierci, ani nie torturował przestępców, chociaż to należało do powszechnych praktyk ówczesnego, średniowiecznego wymiaru sprawiedliwości, kiedy nie mógł przelewać krwi w szeregach Zakonu. 

Dyscyplina odgrywała u Templariuszy kluczową rolę. Rycerzowi, który opuścił własne szeregi był odebrany jego płaszcz, a za karę musiał przez cały rok jeść z podłogi razem w psami. Ci, którzy uciekli z pola walki, zostawali wykluczeni z Zakonu, ale nie walczący członkowie Zakonu z jednostek pomocniczych i zabezpieczenia logistycznego tolerowano ucieczkę w sytuacji, kiedy nie mieli jak bądź czym przystąpić do boju. Natomiast ci, którzy przeszli na stronę muzułmanów, byli z Zakonu wykluczeni na zawsze. Wykluczenie czekało także na wodza, który na własna rękę wykonał atak zakończony porażką, wielkimi stratami w ludziach czy sprzęcie. Chorąży zostawał wykluczony w przypadku, kiedy w bitwie pochylił sztandar, co uznawano za znak przegranej. Żelazna dyscyplina była korpusem doktryny wojennej Templariuszy i wzbudzała wielki respekt. Ludziom spoza Zakonu wydawała się aż przesadną.

Prawa Templariuszy były niezwykle twarde nawet w swoim czasie, a ich służba była surowa:
Żołnierz ma sławę, mnich ma spokój. Templariusz zrzekał się z jednego i z drugiego. Łączył on w jedno to, co w obu tych służbach jest najtwardsze: niebezpieczeństwo i wyrzeczenia – napisał romantyczny francuski historyk Jules Michelet (1798-1874). A wszystko to po to, by Templariusze stopniowo stali się autonomicznym wojskowym mocarstwem rozłożonym na dwóch kontynentach, doskonale wykutym mieczem pewnie ujmowanym przez pancerną rękę Zachodu mierzącą w samo serce Wschodu: 
Templariusze byli w Ziemi Świętej niezmiernie ważną i doskonale zorganizowaną siłą zbrojną. Byli naznaczani na eksponowane miejsca pierwszych konfliktów: do awangardy przy ataku i do ariergardy w czasie cofania się – często jednak ich niszczyła nieroztropność i chora rywalizacja dowódców wypraw krzyżowych. W czasie dwóch stuleci templariusze stracili w ten sposób w czasie operacji wojskowych ponad 20.000 członków, a to dlatego, ze za rycerzy zagarniętych w boju do niewoli reguła zakazywała wypłatę okupu. [3]  

Templariusze byli zazwyczaj składową każdej operacji militarnej w Ziemi Świętej a także na Półwyspie Iberyjskim, przy czym często angażowano ich do oblegania miast i twierdz. Przedsiębrali wypady na nieprzyjacielskie terytoria, których celem było zastraszyć przeciwników, spowodować załamanie tamtejszej gospodarki i w ten sposób wzmocnić zdolności obronne własnego terytorium – dzisiaj robią to grupy dywersyjno-rozpoznawcze. Innym zadaniem było postawienie zapory muzułmańskim najazdom i zapewnienie bezpieczeństwa pątnikom oraz karawanom kupieckim, obrona znaczących miejsc i obiektów, brodów i dróg. 

niedziela, 3 sierpnia 2014

Templariusze... (1)

WSTĘP

Legendy i zagadki zawsze podniecały ludzką myśl i fantazję. Nie dziwmy sie zatem, że wracamy do Średniowiecza, który jest dla nas jednym niezbadanym lądem. Chociaż tamtym czasom przypisano przymiotnik „ciemne”, to rycerze mogliby się stać ich jaśniejszą stroną. W tej nietradycyjnej dla nas kombinacji: rycerze-mnisi z narażeniem własnego życia stanęli po stronie bezbronnych i słabych. Ich bohaterskie czyny pozostały do dziś dnia w ludzkiej pamięci przez minione stulecia, i za pośrednictwem legend nie pozwoliły im pokryć się kurzem zapomnienia.

Jedną z tych legend jest także tajemniczy Zakon Templariuszy. Czym nas taj ujęli prawi Rycerze Czerwonego Krzyża? Pomijając wszystkie mity i tajemnice, które ich otaczają - Templariusze nie służyli ziemskim władcom, ale nade wszystko Bogu i zwykłym ludziom. Strzegli podróżujących i słabszych, walczyli za swoja wiarę i honor. Chociaż od początku byli oni wzorem cnót, którymi miał słynąć każdy rycerz. Stali się oni legendami honoru i sławy.

Ubodzy Rycerze Chrystusa i Świątyni Salomona przez całe stulecia wywołują pytania, do odpowiedzi na które jest potrzebna duża dawka fantazji. I tak: gdzie został ukryty bajeczny Skarb Templariuszy? Jak wyglądały ich tajne rytuały? Do tych i jeszcze setek innych możemy dodać dalsze: czy byli Templariusze na naszej słowackiej ziemi? Na to muszą odpowiedzieć systematyczne badania historyczne. Książka, której strony właśnie zaczynacie czytać, pozwala Czytelnikowi spojrzeć na to zagadnienie z nieco innego kąta. No bo któż jest bardziej kompetentnym, by nam o tym opowiedzieć, niż nasi właśni przodkowie? Ich opowieści zawiodą nas do niezwykłych czasów, pomiędzy tajemniczych braci, których na naszej ziemi nazywano Czerwonymi Mnichami. Z lokalnych podań przekazywanych z pokolenia na pokolenie zdmuchnęliśmy kurz i dołączyliśmy je do innych. I tak to Templariusze pokazali się na najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Nieoczekiwanie dlatego, że w dniu dzisiejszym spotykamy się jedynie z ruinami ongi majestatycznych klasztorów i zamków. Z wielu znacznych zabytków nie pozostał nawet kamień na kamieniu. Ale dzięki niezmiernemu bogactwu, jaki pozostawili nam nasi przodkowie w postaci opowieści i relacji, możemy im choć symbolicznie za pośrednictwem tej książki przywrócić życie.

Ta publikacja jest nietradycyjnym przewodnikiem po zapomnianych pomnikach przeszłości. Może nie odpowie nam na wszystkie pytania, ale znowu zaprowadzi nas do naszej historii – z powrotem do korzeni. Poznawanie historii znaczy oddanie czci naszym przodkom. Nie możemy nie doceniać ich opowieści. Być może są one mityczne, ale są immanentną częścią naszych dziejów. Ludowa twórczość jest częścią kulturalnego dziedzictwa prawie taką, jakimi są inne zabytki kultury. Złączeniem tych dwóch bogactw naszej przeszłości stały się legendy, na które mało kto zwracał uwagę. Za pośrednictwem tej książki dostaniemy się także do dawno zapomnianych miejsc, ruin ukrytych w lasach czy do opuszczonych sakralnych zabytków.

Udajemy się zatem do lat dawno minionych, kiedy nasze zamki hardo stały na straży, kiedy kościoły gotyckie przyjmowały tłumy wiernych, kiedy dzisiaj już tylko pamiątki kultury żyły pełnym życiem. Ożywimy czasy ich największej sławy!