wtorek, 12 sierpnia 2014

Templariusze... (6)

III. Skarb pod rycerskim nagrobkiem 


Obraz ówczesnego Liptowa, na którego terytorium będziemy prowadzić nasze badania, tak opisuje jeden z klasyków XIX-wiecznego klasyka słowackiej literatury:
Kiedy jedziesz drogą z Liptowskiej do Rużomberku, ujrzysz z jednej strony przepiękny krajobraz dolin liptowskich – pisze Ján Kalinčiak w swej powieści „Mnich” – Zobaczysz tam osamotniony, stojący na wzniesieniu kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych, w którym powracający ze zwycięskiej wyprawy przeciwko Turkom, król Polski Jan III Sobieski wysłuchał mszy świętej, tam też wygląda jak z tajemnego ukrycia biały dach Szczawnicy i rozsiane tu i ówdzie wioski pomiędzy czystymi polami, zielonymi łąkami, białymi skałami jak panienka otoczona ich wianuszkiem. Zobaczysz tam po drugiej stronie Wagu – który jak srebrzysta wstęga dzieli Liptów na dwie połowy kłaniającego się swymi zielonkawymi wodami wierchom, kochankom swoim, ziemi liptowskiej coś szepcącego – i tutaj od Liskovej stromo wspinającą się wyżynę, która teraz nad zamkową i Wagiem wisi, ale za dawnych czasów wodami Wagu była obmywana. Wierch ten, tą wyżynę do dziś dnia ludność okoliczna Mnichem nazywa i nadaje tym mianem tajemniczości pełnej i choć nie powie więcej o tym i nie odpowie na pytanie, to coś tutaj stać ważnego się musiało i prawi, że ta góra nazywana jest Mnichem, a to od skały nieopodal Wagu nad zamkową się wznoszącej i w ziemi tak osadzonej, że pomyślałbyś, że to człowiek olbrzymi aż do piersi w niej zakopany. Tak więc milczą ludzie na temat pochodzenia imion z własnej wyobraźni się wywodzących, a przecież zachowują oni w nazwach i wyrazach ślady starodawnych podań. [31]

Sugestywny opis Kalinčaka jest jednak twórczą reminiscencją podania, które nam w swym dziele zachował Damian Fuxhoffer: 
Jak patrzymy ponad głazy na wierchu Mnicha, które pozostały po  zagładzie tamecznego templariuszowskiego klasztoru i ku któremu wiodła droga od rzeki Wag do południowej części tegoż wierchu, z której dostarczana była woda do klasztoru, zbadamy ślady onejże drogi (…) Z tego klasztoru nie pozostał nawet kamień na kamieniu, kiedy to okrutnemu biegowi czasu poddały się wszystkie budowle Zakonu, które były zniszczone do fundamentów… [32] 

I legendy mówią o tajnym podziemnym korytarzu pomiędzy klasztorem a zamkiem Likava (który też należał do Templariuszy) i o wozie załadowanym do pełna skrzyniami ze skarbami, które miały być gdzieś tam zakopane, o czym czytamy w starszej literaturze:
Klasztor przy Martinčeku (nieopodal Rużemberoku) stał na szczycie Mnicha prawdopodobnie „Na prievlači”. W nim zmarł w roku 1230 podczas wizytacji (oczywiście nienaturalną śmiercią) Mistrz Templariuszy Gottfried z/von/de Herberstein. Po zlikwidowaniu Zakonu w roku 1312 został on porzucony na pastwę losu, a budynek – w głównej mierze drewniany – szybko znikł, tak że do dziś dnia nie ma po nim ani śladu. Na polach, które znajdują się na jego miejscu, które później przemieniono na pastwiska, wyorywano kamienie ze śladami zaprawy murarskiej, które do dziś dnia znajdują się na miedzach. Wspomniana droga, która stromo pięła się po południowym stoku Mnicha, jest już dzisiaj niewidoczna. Sama góra Mních otrzymała swoją nazwę od tychże rycerzy-zakonników. [33]  

Celem naszego podróżowania poprzez historię będzie wieś Ludrova rozmieszczona na skraju ludnego Rużomberku, a dokładniej w jej części zwanej Kúty. Po raz pierwszy ją wspomniano na piśmie w roku 1332 jako sacerdos Omni Sanctorum, a przez lud nazwaną lapidarnie – Na Pustce (Pustyni). Wokół dzisiaj pustego kościoła, wedle tradycji, miała znajdować się wieś, której mieszkańcy uciekli przed tatarskimi wypadami (1241-1242) w góry i już nie powrócili. Trudno jest uwierzyć w tą informację, bowiem wieś istniejąca co najmniej 700 lat miała przy spisie ludności w roku 1828 już tylko dwa domy i 12 mieszkańców, zaś dzisiaj nie mieszka tam już nikt. 

I to właśnie tutaj – według starszych słowackich historyków – miał zostać pochowany Johannes Gottfried von Herberstein [34] wysoki dostojnik Zakonu Świątyni, który w czasie swej wizytacji na Węgrzech w 1230 roku nagle zmarł w zagadkowych okolicznościach w templariuszowskim klasztorze na górze Mnich. To stwierdzenie uczonego liptowskiego księdza i historyka-dziejopisa Štefana N. Hýroša (1813-1888) komentują współcześni autorzy, tacy jak: Maria Andersson, Branislaw Močáry, Peter Svrček jn., czy Jozef Vandák w ten sposób:
Według Štefana Nikolaja Hýroša, który dotarł do opisu dokumentów, które z styryjskiej hrabiowskiej rodziny Herbersteinów uzyskał rużomberski ksiądz dziekan, proboszcz Jakub Šeliga (był on dziekanem w latach 1794-1804), w tym miejscu w roku 1230 zmarł templariuszowski wizytator Johann Gottfried von Herberstein. Według legendy, podczas swej podróży, dowiedział się, że zbóje napadli na kupców. Wraz z małą grupą rycerzy udał się kupcom na pomoc. Padł w walce z przeważającymi siłami. Przed śmiercią poprosił, by go pochowano w najbliższym kamiennej świątyni, którym miał się okazać kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych we wsi Kút[y]. Štefan Nikolaj Hýroš pisze, że von Herberstein miał być pochowany w srebrnej trumnie, a jego nagrobny kamień z wyrytymi na nim literami miał znajdować się w kościółku. Jako pierwszy list od rodziny Herbersteinów w porozumieniu z Jakubem Šeligą opublikował Damian Fuxhoffer w swoim dziele „Monasteriologia regni Hungariae“. Daniel Rapant uznał informację od rodziny Herbersteinów jako prawdziwą i wiarygodną ze względu na jej zbieżność z miejscem i czasem (peripheria Liptoviensis, Mons Mnich, s. Martinus i inne), Jozef Kútnik-Šmálov nie zgadza się z jego stwierdzeniami, a to dlatego, że dokument wspomina słowacką nazwę góry Mnich (Mons Mnich) przy czym w dokumentach z XIII i XIV wieku miejscowe nazwy pokazują się w innojęzycznych przekładach – w przypadku wierchu Mních miałoby chodzić o nazwy Remetehyg albo Heremitorium. [35] Wbrew polemicznemu charakterowi tych i podobnych twierdzeń, które rozpalają wyobraźnię wszelkich „detektywów przeszłości”, już przez całe dziesięciolecia przyczyniają się do tego, że genius loci tego miejsca wpływa na odwiedzających je jeszcze bardziej inspirująco. Niczego nie pozostawiono tutaj przypadkowi – chodziło o to, że w czasie budowy kościoła baczono na to, by jedność architektury religijnej i duchowego wpływu na człowieka wiązała się z dedykacją tego obiektu sakralnego danemu świętemu i dlatego właśnie tak starannie wybierano miejsce ich budowy. Jest charakterystycznym, że z tych czasów nie zachowały się (poza grubymi, niedokładnymi szkicami i rysunkami) żadne plany tych świątyń – rysunki techniczne kreśliło się wprost na ziemi za pomocą miarek i sznurków, które były liniałem, kątomierzem i cyrklem o dużych rozmiarach jednocześnie. A to wszystko chyba dlatego, plan budowy jest rezultatem rozumowej kalkulacji, który oddala architekta od terenu, boż prawdziwy mistrz służył geniusowi locii i podporządkowywał mu swe dzieło. W ostatecznym rozrachunku oznacza to, że kiedy w kościele zmienia się przez przebudowy proporcje albo rozmiary, to jako świątynia w duchowym znaczeniu tego słowa, staje się zupełnie zniszczoną i przestaje nią być. Na szczęście nie jest tak w przypadku ludrovskiego kościoła Wszystkich Świętych, który wbrew swemu opuszczeniu zachował swoją pierwotną formę z początku XIII stulecia.