środa, 19 kwietnia 2017

Ufologiczne wspominki: Nestorzy i Adepci

Kazimierz Bzowski
Lucjan Znicz-Sawicki
Bronisław Rzepecki
Robert K. F. Leśniakiewicz
Bronisław Rzepecki, Robert Leśniakiewicz i Marian Książek
Koszyce, 2000 rok
Zakopane, Tydzień Wtajemniczeń - Robert Leśniakiewicz, Tomasz Niesporek, Bronisław Rzepecki i Jarosław "Fox Mulder" Krzyżanowski
Wrocław, UFO Forum - Tomasz Niesporek, Robert Leśniakiewicz
Debreczyn, II Międzynarodowa Konferencja Ufologiczna - dr Gabor Tarcali
Debreczyn - Robert Leśniakiewicz i dr Milos Jesensky

 Koszyce 1999
 Koszyce 1999 - Robert Leśniakiewicz i dr Milos Jesensky
Debreczyn - dr Calin Turcu, dr Władimir Tiurin-Awińskij, Zsuzsanna Tarcali, Bronisław Rzepecki, Robert Leśniakiewicz, Gheorghe Mandics
Koszyce, 2000 - Krzysztof Piechota, Robert Leśniakiewicz, Bronisław Rzepecki
Koszyce 1998 - Bronisław Rzepecki, Robert Leśniakiewicz, Krzysztof Piechota, dr Milos Jesensky, Jarosław "Fox Mulder" Krzyżanowski
Biała Podlaska, 1996 - Kazimierz Bzowski i członkowie UFO Video
 Zofia Piepiórka, Robert Leśniakiewicz, Janusz Zagórski, Lucjan Znicz-Sawicki, Bartosz Soczówka, Bronisław Rzepecki, Jarosław "Fox Mulder" Krzyżanowski

 Marian Książek, Krzysztof Drozd, Robert Leśniakiewicz, Bronisław Rzepecki, Anna Milewska
 Mistrz Lucjan Znicz-Sawicki
 Wrocław, UFO Forum
 Wrocław, UFO Forum - Marcin Mioduszewski, Jarosław "Fox Mulder" Krzyżanowski, Robert Leśniakiewicz, Michael Hessemann, Bartosz Soczówka
Robert Leśniakiewicz w czasie realizacji Projektu Tatry na Łysej Polanie


 



wtorek, 18 kwietnia 2017

O UFO w "Granicy"

A teraz pragnę przypomnieć Czytelnikom moje pierwsze artykuliki na temat UFO, które opublikowałem na łamach miesięcznika Wojsk Ochrony Pogranicza "Granica" w latach 1988-89, a więc w czasach, kiedy o UFO zaczęto mówić coraz głośniej w Polsce Ludowej i innych krajach Bloku Wschodniego.  A oto one:













 
I tutaj rzecz ciekawa - wszystkie wysłane do redakcji "Granicy" materiały zostały opublikowane poza jednym. Cenzura nie puściła artykułu na temat obserwacji UFO (być może nawet "Czarnego Księcia") z pokładu wahadłowca Discovery. Ciekawe dlaczego???
 

poniedziałek, 27 marca 2017

Kryptonim WUNDERLAND (25)




Rozdział 25: Spotkania z "Foo-Fighters"

* Zemsta z niebios - "latające fortece" nad Niemcami * 23 listopada 1944 - panika w powietrzu * "Tam gdzie są foo, tam jest i ogień" * Zgłoszeń i meldunków przybywa * UFO w czasie przeciwuderzenia w Ardenach * "Ostatni pilot eskadry foo-fighters" *

 
Jest listopad 1944 roku. Amerykańskie "latające twierdze" zrzuciły w tym miesiącu na terytorium Rzeszy ponad 55.700, a brytyjskie bombowce 53.000 ton bomb. Niemieckie koleje żelazne są już zniszczone, a miasta takie jak Koblencja, Hamm lub Saarbrücken są celami częstych nalotów. Wciąż trwają ataki bombowe wymierzone przeciwko rafineriom naftowym i fabrykom materiałów pędnych. Anglicy nie ustają w bombardowaniu Berlina, Hanoweru, Kolonii i Essen. Amerykańskie naloty dywanowe zmiatają z powierzchni ziemi Drezno i Heinsburg. Systematycznie niszczone są stanowiska odpalania pocisków rakietowych V-2 i odrzutowych V-1.

23 listopada o godzinie 22 por. Eduard Schlueter z 415 Eskadry USAF z bazy w Dijon pilotował swój samolot w kierunku Mainzu. W obserwacji brali udział także porucznicy D.J. Meyers i F. Ringwald z wywiadu lotnictwa A-2. Krótko po skończeniu zwiadu nad skrajem Schwarzwaldu pilot zaczął obserwować Ren. W odległości ok. 20 km od Strasburga por. Ringwald zobaczył przez boczne okno kabiny 10 ognistych kul barwy czerwonej, które leciały z ogromną prędkością w zwartej formacji.

- Chciałbym wiedzieć, co to za światła tam, za tymi pagórkami. Patrzcie! - zawołał do swoich kolegów Ringwald.
- Z pewnością gwiazdy - opowiedział machinalnie pilot zajęty obserwowaniem przyrządów.
- To nie gwiazdy, to jest coś innego.
- Jesteś pewien, że to nie jest jakiś refleks? - zapytał por. Schluter.
- Oczywiście!
Pilot zaczął przyglądać się światłom, które zmierzały ku nim. Bez najmniejszego namysłu zameldował do bazy:
- Mamy tutaj dziesięć niemieckich myśliwców. Wygląda na to, że lecą za nami z ogromną szybkością!
- Coś wam się pochrzaniło, chłopcy. Poza wami nikogo nie ma w powietrzu - odpowiedziała stacja radiolokacyjna.
Zmieszany Donald Meyers spojrzał na ekran pokładowego radaru. I znów za okno. I ponownie na ekran. Na ekranie nie było śladu niemieckich myśliwców.
- No to, do diabła, czym są te czerwone światła? - powiedział wskazując na widoczne obiekty jarzące się w odległości ok. 5 mil od samolotu.

Schlueter zrobił zwrot i ruszył w stronę obiektów. Dziwne kule jakby przewidziały ten manewr i ich światło pociemniało do tego stopnia, że były niemal niewidoczne. Samolot przeleciał już miejsce, gdzie powinny się znajdować, ale załoga niczego nie widziała. Naraz te świetlne kule pojawiły się nieco dalej w formacji wskazującej, że idą do kontrataku. Schlueter odbezpieczył broń pokładową w oczekiwaniu na walkę, ale do niej nie doszło, bo NOLe poleciały szybko w dół, w stronę niemieckiego terytorium. W tej samej chwili system radarowy zaczął wykazywać zakłócenia, więc pilot zawrócił do bazy. Piloci zachowali swe obserwacje dla siebie, bo nie mieli zamiaru ryzykować swych karier wojskowych podejrzani o chorobę psychiczną.

Powyższy epizod posłużył Andrzejowi Zbychowi za punkt wyjścia jednego z odcinków serialu "Stawka większa niż życie". Sugerował w nim, że były to albo wiązki ścieśnionego światła, czyli promieniowanie laserowe, alo nowe niemieckie pojazdy latające. Oczywiście dzielny kapitan Hans Kloss nie dość, że rozwiązał tę zagadkę, ale spowodował, że dywanowy nalot rozniósł na strzępy atrapę fabryki, zaś on sam osobiście wysadził prawdziwą fabrykę w powietrze.

Inaczej zachowali się piloci Henry Giblin i Walter Cleary, którzy nad północną Anglią spotkali się z ogromną pomarańczową kulą. Leciała ona z prędkością tylko 45 km/h na wysokości ok. 500 m nad ich myśliwcem. Oczywiście naziemna stacja radiolokacyjna nie potwierdziła obecności obiektu w sąsiedztwie ich samolotu, ale ich pokładowy radar wysiadł i musieli wrócić do bazy. Tam obaj piloci stali się przedmiotem kpin swoich kolegów, ale dzisiaj wiemy, że byli oni pierwszymi alianckimi lotnikami, którzy spotkali się z fenomenem "foo-fighters".

Określenie to najprawdopodobnie pochodzi z komiksu "Smokey Stover", gdzie często padały słowa: "Where there is a foo, there is a fire", co oznacza: "gdzie jest feu (z franc. ‘ogień’), tam jest pożar". Słowo "foo" można również tłumaczyć jako "fool" - głupiec, aczkolwiek pierwsza wersja wydaje się bardziej prawdopodobna, bowiem słowa "foo" i "feu" wymawia się identycznie. Poza tym były jeszcze inne określenia, jak np. "kraut balls", co w żargonie lotniczym miało oznaczać "zielone głowy" (a właściwie "kapuściane głowy" - połączenie niemieckiego słowa "kraut" - kapusta i angielskiego "balls" - kule, bańki, piłki; "balls" jest slangowym określeniem jąder, ale jako "bańka" oznacza również głowę - przyp. wydaw.). Jak się zdaje, nazwa ta pochodzi od miana nadawanego pilotom, którzy opowiadali o ich istnieniu.

A oto opis następnej pary pilotów z 415 Eskadry, McFallsa i Bakera, który znalazł się potem w archiwach A-2:
"22 grudnia 1944 roku, o godz. 6 rano, opodal Hagenau, na wysokości 3.050 m. przybliżyły się do nas dwa wielkie i jasne światła. Ich kolor był jasnopomarańczowy. Kiedy osiągnęły nasz pułap, przez dwie minuty siedziały nam na ogonie. Obiekty były pilotowane. Następnie oddaliły się od nas, przy czym wydawało się nam, że widzieliśmy wydobywające się z nich płomienie."

Dalszego ciągu informacji nie znamy, bo prawdopodobnie nie przeszedł przez cenzurę wojskową. Być może opisana była tam również reakcja pokładowej aparatury radarowej.

Ci sami piloci lecieli w nocy 24 grudnia nad Nadrenią, gdy ponownie w ich pobliżu pojawiła się gorejąca czerwonym światłem kula. Przybrała ona nagle kształt jakiegoś okrągłego samolotu, który po wykonaniu jakiś karkołomnych manewrów, odleciał gdzieś ku dołowi.

Na następne meldunki nie trzeba było długo czekać. Załoga bombowca, którą zmusiła do lądowania grupa 15 świetlistych kul, zameldowała w dowództwie, że każda z nich wydawała z siebie dziwne światło o zmiennej intensywności. Wydawało się im, że zmiany blasku zależą od prędkości obiektów. W swym meldunku informowali oni, że:
"... w jednej chwili kule się do nas zbliżyły, jedna po drugiej i to tak blisko, że dotykały naszych skrzydeł. Odczuwaliśmy ostry wzrost temperatury. Oczywiście pokładowy radar przestał działać."

Pilot pewnej "latającej fortecy" zameldował, że już nad Wyspami Brytyjskimi napotkał ognistą kulę, która go przez jakiś czas śledziła, tzn. leciała za nim. Kiedy o swej obserwacji opowiedział kolegom, ci go wyśmiali do tego stopnia, że uwierzył iż padł ofiarą przywidzenia. Kiedy jednak w dwa dni później obserwował identyczną ognistą kulę, doszedł do przekonania, że jednak obserwuje realne obiekty. W odległości kilkuset metrów od tajemniczego obiektu dobiegł doń dziwny dźwięk, jakby pochodził od śmiegieł niewidzialnego samolotu. Leciał on dalej swoim kursem i kula oddaliła się od jego samolotu i odleciała. Po chwili zobaczył ją znów na wielkiej wysokości i oddaloną znacznie od niego.

Plotki mówiące, że foo-fighters są jakąś tajemniczą bronią faszystów nasiliły się w drugiej połowie 1944 roku, gdy Niemcy złapali drugi oddech i uruchomili doskonale przygotowaną operację o kryptonimie "Herbstsnebel", której celem było zdobycie Antwerpii przy pomocy potężnego uderzenia pancernej pięści, która zarazem miała oddzieliś od siebie amerykańskie armie Bradley’a i Pattona.

16 grudnia w Ardenach runęła na amerykańskie linie niemiecka ofensywa 10 dywizji pancernych w sile 800 czołgów. Amerykanie byli kompletnie zaskoczeni i nieprzygotowani do obrony, wielu z nich uciekło na sam widok żołnierzy Wehrmachtu, których nikt się nie spodziewał. XII armia gen. Omara Bradley’a została rozdzielona na dwoje i tym sposobem Niemcy uzyskali we froncie głęboki wyłom, którym wtargnęli w głąb zdobytego przez Aliantów terytorium.

Postępy wojsk niemieckich trwały 6 do 8 dni, dopóki Amerykanie nie otrząsnęli się z zaskoczenia. (Bardzo dramatycznie ukazuje to hollywoodzki superfilm "Bitwa o Ardeny" z plejadą gwiazd amerykańskiego kina lat ’70.) Szybko zorganizowali obronę i przygotowali się do kontrataku. Prawdopodobnie dowództwo Aliantów zaczęło brać meldunki o foo-fighters poważnie, podejrzewając, że w Alzacji szykuje się kolejny niemiecki atak mający wesprzeć ofensywę w Ardenach, dlatego sztab polecił meldować o wszystkich obserwacjach dziwnych zjawisk nad tym terenem.

23 grudnia, kiedy polepszyła się pogoda, 9 Armia USAF wykonała 1200 nalotów, a w dniu następnym niemieckie pozycje zaatakowało kolejnych 2000 "latających fortec" należących do 8 Armii USAF pod osłoną 800 myśliwców dalekiego zasięgu. W czasie tej akcji wielu pilotów obserwowało nad Hagen gorejące czerwono i pomarańczowo kule na niebie, które zbliżały się do ich maszyn. Nad Neustadtem widziano natomiast kule koloru żółtego. Kule podlatywały do samolotów, leciały równolegle z nimi i znikały równie nagle jak się pojawiły.

Foo-fighters nie były tylko europejskim fenomenem, bo ich pojawianie się odnotowano także nad Japonią i Pacyfikiem. Np. załoga Liberatora B-24 była eskortowana znad laguny Truk przez dwie czerwono świecące kule przez kilkadziesiąt kilometrów.

12 stycznia 1945 roku, kiedy na północnym skrzydle frontu w Ardenach toczyły się zażarte walki, VII i XVIII Korpusy 1 Armii USA meldują o obserwacjach czerwono świecących latających kul. Żołnierze widywali od jednego do czterech obiektów, ale również zdarzało się widzieć więcej niż cztery. Od połowy stycznia do końca kwietnia 1945 roku na temat foo-fighters zgromadzono spory materiał wywiadowczy, który był analizowany przez dowództwo. Kiedy się jednak okazało, że owe obiekty nie przejawiają żadnych wrogich zamiarów, a tereny, nad którymi je widywano, były zajęte przez Aliantów, śledztwo w tej sprawie umorzono na początku maja 1945 roku. W tym samym czasie odnotowano ostatnią informację o spotkaniu 5 pomarańczowych kul, które leciały w formacji trójkąta, nad wschodnim skrajem Schwarzwaldu.

Musimy poinformować gwoli ścisłości, że na tym historia foo-fighters się bynajmniej nie skończyła, ponieważ Anglicy w latach ’70 i ’80 powołali do życia program badawczy pn. PROJECT PENNINE, którego celem jest badanie dziwnych, czerwonych, żółtych i pomarańczowych kul, zwanych przez nich BOL (Ball of Light) nad Górami Pennine. Rzecz w tym, że takie kule obserwowano tam zawsze, a trzeba nam wiedzieć, że tamte tereny, podobnie jak okolica Babiej Góry, ma mieścić w sobie wejście do podziwmnego państwa Agharti. Ale to już inna historia...


KONIEC

niedziela, 26 marca 2017

Kryptonim WUNDERLAND (24)



Rozdział 24: Powrót astronautów Hitlera

* Po raz pierwszy w historii ludzkości, faszystowski astronauta na orbicie * Okropna wizja - Hitler żyje * Broń rakietowa za życie niewolników * Tajne inspekcje dr. von Brauna *

 
Była to ostatnia noc przed startem. Przygotowania, w które zaangażowano kilkaset osób powoli zbliżały się ku końcowi. Wielkokrotnie sprawdzano wszystkie detale przed podróżą pierwszego astronauty. W tym czasie do bazy wciąż przyjeżdżały czarne mercedesy z dokładnie sprawdzonymi i pieczołowicie dobranymi gośćmi z całej Rzeszy. Delegaci pochodzili nie tylko z Westpreußen i Reichsgau Sudetenland, ale i z Ingermannlandu, Götengen i Memel-Narewu, które powstały jako strefa buforowa pomiędzy Europą a Azją po porażce ZSRR i wyrzucenia Rosjan za Ural.

Wszyscy byli niezmiernie wzruszeni, w tym generalicja i komendanci SS, wysocy urzędnicy państwowi i partyjni, dziennikarze i ekipy filmowe, aż do ostatniego technika i wojskowej załogi bazy, która nigdy nie zbliżyła się do rakiety.

Temu wzruszeniu nie oparł się nawet Heinrich Hölzer. Próbował zachować spokój i równowagę duchową, która po wielomiesięcznym wysiłku pozwoliła mu na zaszczyt zostania pierwszym astronautą. Lekarze przepisali mu przed lotem dziesięciogodzinny wypoczynek, a on go w pełni wykorzystał.

Kiedy rankiem promienie słoneczne zalały całą miejscowość, a wskazówki na zegarze odmierzyły czas wypoczynku, do jego łóżka podszedł lekarz, potrząsnął go delikatnie za ramię i rzekł: "Es ist schon Zeit."

Szybko wstał z pościeli, umył się, ubrał i zjadł śniadanie. Po badaniu lekarskim asystenci zaczęli go ubierać w oliwkowo-zielony skafander, a na głowę włożyli ciężki hełm z hitlerowskim orłem nad oczami. Potem odprowadzili go do samochodu, który podwiózł go do ogromnej wieży rakiety.

Po chwili Hölzer był już na szczycie wieży. Patrząc stamtąd widział w dole lekarzy, techników, a za nimi ogromną masę ludzką ubraną w różne mundury: feldgrau Wehrmachtu, ciemnoniebieskie lotnictwa, czarne, brązowe i khaki. Nad tym wszystkim łopotały krwawo czerwone sztandary ze swastyką na białym kręgu. Jeszcze tylko pozdrowił ten tłum wyciągniętą prawą ręką w hitlerowskim pozdrowieniu i znikł we wnętrzu statku kosmicznego.

Na stanowisku dowodzenia lotem kierował główny konstruktor, którego nazwisko było od początku związane z rozwojem techniki rakietowej. Był to ten, który po powodzeniu kontrofensywy w Ardenach i wyparciu Aliantów z Europy, po Zajęciu Wielkiej Brytanii i atomowym zbombardowaniu Moskwy, zdążył odnowić instytut rakietowy w Peenemünde, a teraz namówił Führera, aby po wojnie zajmował się technikami rakietowymi.

Przed personelem stanowiska dowodzenia i grupą umundurowanych generałów i SS-Brigadeführerów, na wielkim ekranie TV widać było twarz astronauty. Był dzień 10 kwietnia 1959 roku, godzina 8:08. Drei, zwei, eins... start!
Oślepiający błysk i gigantyczny obłok dymu nad betonowym placem. Ogłuszający huk i dudnienie przeciągłego grzmotu, płomień - najpierw ognista kula, potem oślepiająco jasny ognisty słup i rakieta powoli dźwignęła się do góry, a z jej dysz wystrzeliły płomienie. Po paru minutach rakieta stała się świetlnym punktem znikającym w błękicie nieba.

Potężna siła wtłoczyła astronautę w fotel. Nieprzyjemna wibracja zanika, gdy odpada ostatni booster i astronauta na chwilę traci orientację w stanie nieważkości.

Godzina 8:50 - statek kosmiczny przelatuje nad Ameryką Południową, którą astronauta obserwuje przez bulaj. "Alles in Ordnung" - melduje. Tam na dole Japończycy wypalali dżunglę, zaś Niemcy już sięgnęli Wszechświata.
Godzina 9:13 - statek kosmiczny Großdeutschland-1 przelatuje nad Afryką. Większą część tego kontynentu przesłaniają obłoki. Stał się on poligonem doświadczalnym niemieckiej polityki kolonialnej. Z tego kontynentu przed paru laty praktycznie zniknęła czarna rasa wykończona cyklonem B, spalona w krematoriach i przerobiona na szykowne lampy z ludzkiej skóry. Afryka, meldunek z pokładu: "Schade, das es bewolkt ist."

Godzina 9:25 - przygotowanie do lądowania.

Godzina 9:55 - lądowanie.

Jeszcze tego samego dnia w dziennikach dziesiątków stacji radiowych i na czołówkach poczytnego dziennika "Volkischer Beobachter" pojawiła się informacja:
 
"Dzisiaj, 10 kwietnia 1959 roku, o godzinie 9:55 czasu miejscowego, w północno-zachodniej części Reichskommisariatu Ukraine wylądował statek kosmiczny Großdeutschland-1 pilotowany przez SS-Sturmbannführera Heinricha Hölzera po dokonaniu jednego oblotu Ziemi."

Czy to nie paskudna wizja? Hitler żyje, a Europa od Uralu po Atlantyk jest we władaniu III Rzeszy. Nasza krótka historyjka pierwszego lotu człowieka w Kosmos jest jedynie próbą uzmysłowienia tego, co stałoby się, gdyby Niemcy i Japonia wygrały II wojnę światową. Dzięki rozwojowi techniki rakietowej i nuklearnej, III Rzesza mogłaby wysłać w Kosmos swojego pierwszego kosmonautę. Wokół Ziemi latałaby sobie kapsuła statku kosmicznego, ale jaka by ta Ziemia była? Zniewolona i skolonizowana według nazistowskich planów, a jej narody figurowałyby jedynie jako nazwy geograficzne miejsc, gdzie kiedyś żyły lub wegetowały w rezerwatach. Nie zapominajmy myśli, z którą zaczęliśmy tę książkę: wysoka technika w rękach barbarzyńców może tylko zabijać, bowiem barbarzyńca nie potrafi robić niczego innego, jak rozszerzać swoją przestrzeń życiową - jeśli trzeba, to również w Kosmos.

Być może czytelnik poczuje niesmak czytając nasze małe opowiadanie z gatunku politycznego s/f i odbierze je jako mit, który ma za zadanie gloryfikację technicznych umiejętności hitlerowców. Uprzedzamy, że jesteśmy jak najdalej od tego. Ale jeżeli mamy dany problem wyjaśnić, to musimy wziąć pod uwagę, że u początku przenikania człowieka w Kosmos stała technologia, która spowodowała śmierć i cierpienia dziesiątek tysięcy zagłodzonych, chorych, bitych i udręczonych na wszystkie sposoby "rakietowych niewolników" w Nordhausen, Głuszycy, Štčchovicach itp.

Nie zapominajmy, że fascynującą przygodę lotów kosmicznych i lądowania człowieka na Księżycu zawdzięczamy dr. Wehrnerowi von Braunowi, którego faszystowska przeszłość jest po prostu dowiedzionym faktem historycznym. Będąc dyrektorem naukowym projektu V-1 i V-2 musiał on wiedzieć, kto i w jakich warunkach pracował wytwarzając te rakiety, które on przecież projektował.

10 lutego 1962 roku Julius Mader, autor książki "Tajemnica z Huntsville" otrzymał list od byłego więźnia "Mittelwerk Dora" Adama Cabala z Wrocławia, w którym czytamy, co następuje:

"Profesor Wehrner von Braun w czasie wielu odwiedzin w Dorze ani razu nie zaprotestował przeciwko okrutnemu traktowaniu więźniów. Wielkorotnie wchodził do hali 36. ľ jej powierzchni zajmowały sześciometrowe prycze z desek. Na końcu hali, gdzie znajdował się korytarz A, miał miejsce najhaniebniejszy czyn w Dorze. Znajdowało się tam "ambulatorium", w którym konali ludzie dobijani przez ciągłą ciężką pracę i mściwość nadzorców. Leżały tam ludzkie zwłoki jak jedna masa. Profesor von Braun przechodził blisko nich, niemal ich dotykając.
Ludzie umierali tam dziesiątkami [...], zaś prof. von Braun przechodził koło nich nawet nie zwracając ku nim głowy. Nie wierzę w to, że w tych chwilach jego myśli były zajęte przestrzenią międzyplanetarną. Nie wierzę w to, że nie widział tych, którzy umierali w błocie i brudzie. Musiał ich widzieć!"

Wehrner von Braun, który wg. encyklopedii niemieckiej techniki rakietowej, był SS-Gruppenführerem*, przemilczał swe wizyty w "rakietowym piekle" Nordhausen, tak samo jak odwiedziny w "Der Riese", o czym opowiedział nam Tadeusz Łukawski. Milczał, choć mógł złagodzić los więźniów pracujących przy produkcji rakiet. Milczał i potem, kiedy w 1945 roku dwaj żołnierze GIS włożyli do walizki pieczołowicie zabezpieczony przed molami czarny esesowski mundur, gdy wyjeżdżał do Ameryki. Zachował milczenie do swej śmierci w 1976 roku. Dlaczego?

Dopóki będziemy się zajmowali futurystycznymi wynalazkami oraz źródłami, z których się one poczęły, nie możemy zapominać, jakimi zbrodniami przeciw ludzkości były one opłacone i jak złowieszczym celom miały one służyć.

-------------------
* - W rzeczywistości był SS-Sturmbannfuehrerem (majorem)

sobota, 25 marca 2017

Kryptonim WUNDERLAND (23)



Rozdział 23: Operacja "Broken Arrow"

* Jak to się właściwie zaczęło? * Ślady wiodą do Roswell * Na Kremlu słuchają "pozaziemskiej rozmowy" * Operacja "Złamana Strzała" * Niemieckie dyskoplany w Nowym Meksyku? * V-7 - samolot z atomowym napędem * Film Santilliego jest falsyfikatem *

 
Myśl, by połączyć w jedno dwie tak różne rzeczy wpadła jednemu z nas do głowy podczas radiowego wywiadu w kwietniu 1996 roku. W czasie rozmowy z redaktorem doszliśmy do pewnych konkluzji, z których jedna mówiła, że przypadek ufokatastrofy w Roswell mógł być jakąś "zasłoną dymną" akcji dezinformacyjnej amerykańskich służb specjalnych, które miały zabezpieczyć tajność np. katastrofy samolotu bombowego B-29 "Superfortess" z bombą atomową na pokładzie. Jednym z wariantów tej hipotezy było przypuszczenie, że mogła to być katastrofa niemieckiego latającego spodka V-7, który testowano na pobliskim poligonie US Air Force w White Sands.

Nie mamy żadnych dowodów na poparcie tych hipotez, bowiem wydarzenia w Roswell są od pół wieku najpilniej strzeżoną tajemnicą i mają prawdopodobnie związek z najciemniejszą kartą historii Ameryki, którą jest sprawa broni jądrowej. W celu rozwikłania tej tajemnicy musielibyśmy mieć dostęp do tajnych archiwów amerykańskich służb specjalnych, takich jak: CIA, FBI, NSA, Archiwum Kongresu USA, ATIC USAF, a nade wszystko Komisji d/s Energii Jądrowej.

Wszystkim wymienionym tu i niewymienionym służbom udało się z powodzeniem zamazać ślady na całe dziesięciolecia tak skutecznie, że jeszcze w lecie 1985 roku mogliśmy wierzyć w to, co pisali Charles Berlitz i William L. Moore w książce "Wydarzenie w Roswell". Według nich w pewną lipcową noc w 1947 roku, w okolicy bazy lotniczej i miasta Roswell spadł z nieba rażony piorunem najprawdziwszy NOL w kształcie dysku. Został on przewieziony przez wojsko do Edwards AFB w Kalifornii i od tego czasu wszelki ślad po nim zaginął. Nasz bezkrytyczny pogląd na tę sprawę zmienił się po obejrzeniu słynnego filmu "The Roswell Footages" Raya Santilliego, ukazującego sekcję zwłok rzekomej kosmitki znalezionej przy rozbitym UFO w Roswell. Natomiast zmieniliśmy całkowicie zdanie po obejrzeniu następnego prawie dokumentalnego filmu J. Kagana pt. "Roswell". Innymi reperkusjami tego wydarzenia są film science-fiction "Hangar 18" i horror "Z Archiwum X". Ten serial rzeczywiście jest (piszemy te słowa w 1997 roku) przebojem naszych TV, a choć pokazuje półprawdy, to - jak powiedział Göbbels: "największe kłamstwo mija się o włos z prawdą" - jego realizatorom udało się to w stu procentach. Należy zatem powiedzieć jasno i otwarcie, że w Roswell nie doszło do awarii statku kosmicznego Obcych.

Skąd ta pewność? Jakie są na to dowody? Przede wszystkim mówi za siebie historia II wojny światowej, a dokładniej jej końca oraz fakty znane zarówno historykom, jak i fanom ufologii. Zacznijmy od historii.

Jak już wspomniano wcześniej, w 1944 roku, na zajętych terenach Rzeszy intensywnie pracowały wywiady państw sprzymierzonych w koalicji antyhitlerowskiej realizujące misje ALSOS i PAPERCLIP. Grupa ALSOS pracowała nad atomowymi tajemnicami Rzeszy, zaś PAPERCLIP nad technologiami rakietowymi. Dzięki temu w ręce aliantów wpadł cały wyższy techniczny personel HVP z dr. von Braunem i gen. Dornbergerem na czele. W tym samym czasie sowieccy żołnierze przechwycili 5 tys. osób należących do średniego i niskiego personelu technicznego, czyli tych, którzy realizowali plany "największych niemieckich mózgów z Peenemünde". Amerykanie odtransportowali swoich jeńców do White Sands w Nowym Meksyku, natomiast Rosjanie swoich do Kazachstanu oraz - o ile można traktować serio teorie dr. Strangersa - także na płw. Tajmyr, co nawet wygląda dość prawdopodobnie w świetle afery z latającym spodkiem na Szpicbergenie, o której pisał J.O. Braenne. Natomiast ci Niemcy, którzy pracowali nad energią jądrową, znaleźli się w Los Alamos i w Anglii (m.in. w Calder Hall) oraz w gruzińskiej Agudzerze i na atomowych poligonach Nowej Ziemi.

A potem był już tylko wyścig kto pierwszy zbuduje lepszą broń atomową. Pierwszymi, którzy zdetonowali bombę atomową byli Amerykanie, czego dokonali rankiem 16 lipca 1945 roku na Jordana de Muerte. Potem kolej przyszła na bombę wodorową, którą Rosjanie odpalili na Nowej Ziemi. Właśnie tak! - a nie, jak wmawiała nam przez lata propaganda, Amerykanie na atolu Eniwetok, co zniosło z powierzchni Oceanu Spokojnego wysepkę Elugelab. Prawda jest taka, że Amerykanie zdetonowali "urządzenie termonuklearne" o masie 65 ton i mocy 3 MT TNT dnia 1 listopada 1952 roku, natomiast Rosjanie zdetonowali swą bombę wodorową (już bombę, a nie wielotonowe "urządzenie termojądrowe) 12 sierpnia 1953. Ta głowica była lżejsza od amerykańskiego "urządzenia" ponad dziesięciokrotnie. Rosjanie zdetonowali największą superbombę wodorową o mocy 58 - 68 MT TNT na poligonie na Nowej Ziemi w latach ’60.

Wróćmy jednak do lat ’40. W 1946 zatwierdzono status quo ante końca II wojny światowej, dzięki czemu mógł się zacząć eksport komunizmu na Zachód. Czy była to wyliczona gra, czy tylko zaślepienie zachodnich polityków, którzy nie dostrzegali imperialnych ambicji ZSRR? Obserwując wydarzenia ostatniej dekady w tym kraju i reakcję Zachodu, jesteśmy skłonni przyjąć tę drugą alternatywę. Jednakże w opisywanym okresie drugiej połowy lat ’40 było to jedno i drugie. Polityka Albionu poniosła sromotną klęskę w starciu ze sprzedajnością Rooswelta i chytrością Stalina, którzy dogadali się ponad głową Churchilla. Była to gra, w której każdy chwyt był dozwolony, w tym ciosy poniżej pasa. W przeciwieństwie do Rooswelta, który w starciu ze Stalinem wyszedł na głupka, Truman był twardym pragmatykiem i zapragnął nawet monopolu na... kontakty z kosmitami. Truman doskonale sobie zdawał sprawę, do jakiego stopnia Stalin ogłupił Rooswelta, co pozwoliło komunistom na zajęcie Europy Środkowej i umocnienia się w niej, rugując niemal do zera wpływy USA. Dlatego trzeba było wymyślić coś extra.

Dlatego właśnie nadano taki rozgłos obserwacjom latających dysków nad Mt. Rainier Kennetha Arnolda. Arnold widział latające dyski 27 czerwca 1947 roku, a już 2 lipca jeden z nich rozbił się w Roswell. Czy to nie dziwne? Oczywistym jest, że służby specjalne użyły obserwacji Arnolda do swych celów oraz jako odwrócenie uwagi przeciwnika od tajnych operacji kontrwywiadowczych i ochrony amerykańskich badań naukowych. Dlaczego?
W maju 1945 roku z radzieckiej ambasady w Ottawie zbiegł rosyjski szyfrant NKWD Igor Gruzienko. Zabrał ze sobą plik dokumentów, z których wyniakało, że pewni Amerykanie - w tym uczestnicy projektu MANHATTAN - byli na garnuszku rosyjskiego wywiadu ukryci pod kryptonimami: Oppenheimer - "Star"; Fermi - "Editor"; Greenglass - "Callibre" itp. Wywołało to z kolei afery szpiegowskie Rosenbergów, Nunn-May’a, Fuchsa i innych oskarżonych w procesach o atomowe szpiegostwo. Służby specjalne USA były zaangażowane w ochronę swoich laboratoriów naukowych i zakładów produkcyjnych oraz baz wojskowych, do których m.in. należały Roswell, White Sands i Almanogordo. Poza tym, w 1946 roku zaczął pracować reaktor jądrowy prof. Kurczatowa, posługujący się uranem i torem wydobywanym w Polsce, Czechosłowacji, Bułgarii, Węgrzech i na Ukrainie. 

Powstaje pytanie, co mogło spowodować puszczenie w obieg w USA spreparowanej "legendy"? Istnieją trzy możliwe odpowiedzi:

1. Prace nad niewidzialnymi dla radaru samolotami bombowymi w ramach PROJECT RAINBOW, które miały za zadanie bombardowanie ZSRR w ramach planu PINCHER.
2. Katastrofa bombowca B-29 z bombą atomową na pokładzie - czyli pierwsza w historii operacja "Złamana Strzała".
3. Katastrofa prototypu dyskoplanu wybudowanego wg. planów zespołu Schriever-Miethe-Beluzzo-Zimmermann-Schauberger, czyli Wunderwaffe V-7.

Spójrzmy na drugą ewentualność. Jest ona najbardziej prawdopodobna, bo w Roswell stacjonowało 509 Skrzydło Bombowców Strategicznych USAF, mające na stanie 49 samolotów bombowych B-29 "Superfortess" przystosowanych do transportu i zrzutu bomb atomowych. Operacja BROKEN ARROW i poprzedzająca ją katastrofa musiała być utrzymana w tajemnicy przede wszystkim przed własnymi mediami i społeczeństwem, które przecież znały skutki działania tej broni masowego rażenia po Hiroshimie i Nagasaki. Trzeba było również ukryć prawdę przed Kongresem oraz agentami NKWD i GRU. Nie ma lepszej legendy od jeszcze bardziej tajemniczej legendy, a za taką uznało dowództwo USAF relację Arnolda (i innych) o obserwacjach UFO. Relacje te - jak wykazał to Robert Leśniakiewicz w swej pracy "Tryptyk ufologiczny: ufologia a polityka" - zostały wykorzystane nie tylko przez USAF.

Rozważmy teraz możliwość katastrofy dyskoplanu V-7 w okolicy Roswell. Jak wspomniano wcześniej prototyp (lub prototypy) niemieckiego dyskoplanu zostały przewiezione do Nowego Meksyku w ramach misji PAPERCLIP i wypróbowywano je w okolicy White Sands. To miejsce leży niedaleko Los Alamos i Almanogordo, co ma szczególne znaczenie, ponieważ V-7 miał napęd jądrowy. Hipoteza ta wygląda niezwykle, ale wcale nie jest taka nieprawdopodobna jak by się wydawało. Świadczą o tym następujące fakty:

1. Badania nad V-7 miały miejsce na terenach okupowanej Polski, w pobliżu miejsc, gdzie wydobywano uran i tor, czyli w Górach Sowich, Wrocławiu i Gdyni, gdzie dowożono rudę uranową i torową z kopalni wymienionych w poprzednich rozdziałach. W Kowarach testowano także reaktor jądrowy, na co wskazują ołowiane płyty oraz rurki miedziane i z osmo-renu. Te artefakty znajdują się tam do dziś. Coś takiego było również na terenach Protektoratu Czech i Moraw, gdzie centrum badawcze SS znajdowało się w okolicy występowania i wydobycia rud uranowych w Pribramsku, czego już nie można zrzucać na karb przypadku.
2. W modelu N-3 austriacki uczony Schauberger zastosował nadzwyczajny rodzaj napędu na bazie wody jako paliwa (czyżby kontrolowana reakcja termojądrowa?). Silnik ten pozwalał dyskoplanowi na osiąganie nieprawdopodobnej szybkości i wysokości lotu przy ogromnej, fantastycznej manewrowości aparatu latającego. Jak wiadomo, jedynymi urządzeniami energetycznymi pracującymi na bazie wody są właśnie reaktory jądrowe.
3. White Sands Missile Range znajduje się w okolicy Almanogordo i Los Alamos, co jak już wspomniano, stanowi kolejny argument "za" tą hipotezą, bowiem w obu tych miejscach prowadzono prace nad technologiami nuklearnymi.
4. Szczątki rozbitego NOLa zostały szybko przewiezione do Edwards AFB w Kalifornii i Fort Worth AFB w Texasie, gdzie je pieczołowicie ukryto. Rzecz w tym, że obie te bazy posiadają bunkry dekontaminacyjne, w których składuje się "gorące" materiały radioaktywne do czasu obniżenia się ich radioaktywności do mniej szkodliwych rozmiarów.

Tajemnica radioaktywnego napędu jądrowego i jego wykorzystania do przenoszenia ładunków konwencjonalnych lub jądrowych stanowiła nie lada wyzwanie dla służb wywiadowczych - zwłaszcza tych rosyjskich. Czyż nie jest to łatwiejsze wyjaśnienie katastrofy w Roswell, niż tworzenie skomplikowanych scenariuszy i wprowadzanie do akcji Obcych?

Najciekawszym momentem w filmie Kagana jest ukazanie (celowo lub niecelowo) mechanizmu "wycelowanego rykoszetu" (jak to nazwał nestor polskiej ufologii Lucjan Znicz-Sawicki w swych pracach), polegającego na rozsiewaniu plotek i pogłosek różniących się tylko o włos od rzeczywistości. Oprócz jednego, kluczowego faktu, pani kapitan służby medycznej USAF opowiada historię ożywienia kosmity w szpitalu lotnictwa swojemu chłopakowi, a ten powtarza ją w sekrecie - a jakże! - kolejnym osobom, zaklinając się przy tym, że informacja pochodzi z "pewnego i sprawdzonego" źródła. Metoda stara i niewiarygodnie skuteczna, zwłaszcza w demokratycznych społeczeństwach. Opowiastkę o autentycznym UFO, którą Amerykanie jeszcze "wzmocniki" drugą opowiastką o żywym Obcym, miały dojść do Kremla i stanowić ostrzeżenie dla Stalina, który miał pod bronią w Europie 11 milionów ludzi i ogromny apetyt na jej większą część. Udowodnił to w Skandynawii, gdzie wypróbowywał swoje - przepraszamy - poniemieckie, zdobyczne rakiety V-1 i V-2. A miał ich dosyć, bo Armia Czerwona zajęła ich w Niemczech prawie 22 tys. sztuk.

Dlatego Zachód musiał coś zrobić!, aby odpowiedzieć na stalinowskie przedstawienie, mające na celu demonstrację siły. Latający talerz z atomowym napędem plus bomba A lub H. To było właśnie coś extra. V-7 zbiegał się z PROJECT RAINBOW w tej mierze, że był pierwszą konstrukcją typu "stealth", bowiem był niemal niewidzialny dla ówczesnych systemów radiolokacyjnych. Był zatem idealną bronią pierwszego uderzenia, czymś w rodzaju "Czerwonego Października" z powieści Toma Clancy’ego. Sądzimy zatem, że katastrofa w Roswell była genialnym humbugiem wymierzonym w GRU i NKGB.

A teraz spójrzmy na jeszcze inny aspekt tej sprawy i z innego punktu widzenia. Charles Berlitz podaje bardzo ciekawą listę obserwacji NOLi w okolicach Roswell AFB w czerwcu i lipcu 1947 roku, która może ukazywać w jaki sposób technicy z White Sands testowali niemieckie latające spodki i opanowywali technikę lotu V-7:

25 czerwiec - przelot dyskokształtnego obiektu nad Silver City (NM);
26 czerwiec - przelot kulistego obiektu nad Wielkim Kanionem Colorado (Col);
27 czerwiec - przelot dyskoidalnego obiektu nad Tintown/Bisbee na granicy Arizony z Nowym Meksykiem;
27 czerwiec - przelot grupy 8 lub 9 dysków nad Warren (Arizona), zaobserwowany przez mjr. G.B. Wilcoxa;
27 czerwiec - przelot białego dysku nad Pope (NM);
27 czerwiec - przelot dysku nad San Miguel (NM);
27 czerwiec - przelot dysku nad White Sands AFB zaobserwowany przez kpt. E.B. Dethney’a;
28 czerwiec - przelot "ognistej kuli z ogonem" nad Almanogordo AFB zaobserwowany przez kpt. F. Dwyne’a;
29 czerwiec - piloci USAF obserwują NOLa w okolicach Cliff, który podobno wylądował, ale poza dziwnym zapachem niczego niezwykłego tam nie stwierdzono (NM);
29 czerwiec - grupa ekspertów lotniczych USAF pod kierownictwem dr. C.J. Zohna (proszę zwrócić uwagę na niemieckie brzmienie nazwiska) obserwowała srebrny dysk, który wykonywał różne ewolucje nad White Sands Proving Grounds (NM);
29 czerwiec - obserwacja przelotu srebrnego dysku nad Tucumcari (NM);
30 czerwiec - przelot 13 dyskokształtnych obiektów nad Albuquerque (NM);
1 lipiec - przelot białego dysku nad Albuquerque (NM);
1 - 6 lipca -siedem meldunków o obserwacjach UFO nad północnymi terenami Meksyku - od Mexicali do Juarez;
1 lipca - przelot ogromnego dysku nad Phoenix (Arizona);
z 1 na 2 lipca - katastrofa UFO w okolicy Roswell.

"Co zatem widzieli ci ludzie?" - pyta dramatycznie Charles Berlitz i po chwili sam sobie odpowiada: "Oczywiście nie rakiety skonstruowane wg. rakiet V-2, które wypróbowywano w tym czasie na poligonie White Sands, jak to wyjaśniało kilku sceptyków!" Zgadzamy się, że V-2 nie były już żadną nowością, ale niemieckie latające talerze były ostatnim krzykiem techniki. Można z tego wydedukować, że ci, którzy coś o tym wiedzieli, nie powiedzieli nic, zwalając wszystko na kosmitów, zaś ci, którzy widzieli, ale nie wiedzieli, też nic nie mogli powiedzieć, bowiem wtedy właśnie wchodził w modę fenomen UFO i kontakt z pozaziemską cywilizacją był marzeniem świata zmęczonego wojennym szaleństwem.

Zatrzymajmy się na chwilę przy pytaniu czy katastrofa UFO jest w ogóle możliwa? Może to jest pytanie niemądre, ale konkretne. NOLe obserwowano od 1947 roku. Musiały być one zbudowane w oparciu o matematyczne modele niezawodności, co oznacza, że NOL musi sobie dać radę w każdych warunkach i przede wszystkim chronić w przypadku katastrofy swych pasażerów. Według "legendy z Roswell" obok rozbitego dysku znajdowały się martwe ciała humanoidów, które potem przewieziono do Dallas i tam pokrojono, jak to pokazano na filmie Santilliego. Sam dysk był zrobiony z metalu "zapamiętującego kształt", o czym mówi w swym filmie Jeremy Kogan. Dlaczego w takim razie rozbity dysk nie wrócił po katastrofie do swego poprzedniego kształtu, a pozostał z niego rozbity wrak we wnętrzu krateru?

Następna sprawa - skoro NOLe są doskonałymi pojazdami atmosferycznymi (jak udowadnia prof. Jan Pająk w swych pracach), hydrosferycznymi i kosmicznymi, to dlaczego ów nieszczęsny NOL spadł po trafieniu go zwykłym piorunem? ,,,,, Przecież - jak dowiodły materiały filmowe dostarczone przez Hungarian UFO Research Federation z Debreczyna w 1997 roku - NOLe są w stanie wytrzymać uderzenie pioruna. Dziwne, prawda? Nie mówiąc już o tym, że każdy pojazd latający jest klatką Faraday’a i ładunek elektryczny musi spłynąć po jego powierzchni nie robiąc szkody załodze. Takie są prawa fizyki. Przecież tak prymitywny w istocie statek kosmiczny Apollo-11 trafiły w czasie startu cztery pioruny i poza chwilowymi statykami w łączności nic złego się nie stało.

Krótko mówiąc, była to katastrofa samolotu B-29, bądź amerykańskiej wersji dyskoplanu V-7. Jest jeszcze jedna możliwość. Mógł to być latający dysk, aparat szpiegowski wysłany z Grenlandii nad atomowe poligony Nowego Meksyku przez niedobitki hitlerowców ukrywających się w "Bobrowej Tamie" nad brzegami płoni North East Water na Morzu Grenlandzkim.

Spreparowane wyjaśnienie o katastrofie statku Obcych, o czym miały świadczyć znalezione trupy humanoidów, były typowym humbugiem, który działa do dzisiaj. Przykładem jest film Santilliego, którego zadaniem było po raz któryś z rzędu reanimować tę katastrofę. Poza tym te rzeczy przynoszą zyski. Kopia filmu kosztuje 50 $USA, zaś turyści zwiedzający Roswell zostawiają w tym mieście setki tysięcy dolarów rocznie. Kto przy zdrowych zmysłach zarzynałby kurę znoszącą złote jajka? 

Inne miasteczka bez perspektyw pozazdrościły mieszkańcom Roswell sławy i pieniędzy, więc jak grzyby po deszczu zaczęły się mnożyć kolejne ufokatastrofy na terenie Stanów Zjednoczonych: Aztec, Laredo, Phoenix - Roberto Pinotti na łamach mediolańskiego "Mysteri e verita" wyliczył 22 katastrofy na terenie USA. A gdzie reszta świata? W tym kontekście prawdziwości nabierają wydarzenia na Szpicbergenie i w Gdyni, bo nikt, poza garstką autorów biorących nędzne wierszówki na tym nie zarobił.

Film Santilliego miał swoją premierę w 1995 roku, a szumnie zapowiadane dowody na jego autentyczność nie zostały podane do dnia dzisiejszego (18 września 1998), a zatem nadal musimy na nie czekać. Pytanie: jak długo? Ale będziemy czekać, choć wątpimy czy się doczekamy, jeżeli mamy rację.

Wielu Czytelników pyta nas nie bez racji, dlaczego - skoro Niemcy, a potem Amerykanie przechwycili technologię Obcych - po naszym niebie nie latają amerykańskie pojazdy w kształcie talerzy, lecz jakieś UFO? Otóż, nowoczesne technologie amerykańskie mogły powstać z inspiracji technologiami Obcych, ale w swej głównej mierze są one technologiami "ziemskimi". Rzecz w tym, że gros technologii Obcych opiera się na nieznanych nam prawach fizyki, do których cała nasza fizyka klasyczna i relatywistyczna stanowi zaledwie podpunkt do punktu wyjścia. Stąd właśnie ten silny opór uczonych broniących swego zaskorupiałego widzenia świata. UFO są tym, co rozwala wszystkie znane nam pojęcia o przestrzeni i czasie.

Wydaje się, że aby skorzystać z tej technologii, nasza fizyka i inne nauki stosowane muszą dokonać ogromnego skoku, a ten jest na razie niemożliwy ze względu na rewolucyjność tej obcej wiedzy. Na razie mamy z niej okruchy: tranzystory, obwody scalone, nadprzewodniki. Obawiamy się, że sytuacja przedstawia się identycznie jak w powieści braci Strugackich "Piknik na skraju drogi".

Musimy czekać.