wtorek, 28 lutego 2017

Kryptonim WUNDERLAND (7)



Rozdział 7: Hexenplatz, polskie Roswell 2 i niemieckie UFO w Karkonoszach

* Channeling z cywilizacją Aldebarana? * Rakietowi i jądrowi specjaliści spotykają się w Czernicy * Tajna wizyta dr. von Brauna * Co Niemcy znaleźli na Dolnym Śląsku? * Zagadki Karkonoszy *


Wciąż nie dawało nam spokoju pytanie, skąd i od kogo faszyści uzyskali technologię, która umożliwiła im konstrukcję takich aparatów latających? Gerd Burde w swym filmie ma na to odpowiedź. Twierdzi on mianowicie, że hitlerowskie media nawiązały parapsychiczny kontakt z pozaziemską cywilizacją Aldebarańczyków i od nich właśnie Niemcy otrzymali informacje dotyczące konstrukcji latających dysków.
Trzeba przyznać, że to hipoteza kusząca, ale przecież... Jakoś nam się nie chce wierzyć, żeby jakakolwiek istota zasługująca na miano rozumnej chciała przyczynić się do krwawej łaźni jaką uczyniono Europie i reszcie świata. Nie wydaje nam się zatem, by tą drogą hitlerowcy uzyskali dostęp do jakiejś obcej technologii. Mimo to, pozostaje faktem, że taką technologią dysponowali. Jak do tego doszło? Jak się wydaje, znane jest miejsce, gdzie to się odbyło.
Mieszkaniec Czernicy koło Jeleniej Góry, pan M.M., w czasie majowych posiedzeń w Zakopanem u znanego mistyka, piramidologa i literata Jerzego Łataka, opowiedział nam w 1993 roku o pewnym miejscu w Górach Kaczawskich, zwanym "za Niemca" Hexenplatz, czyli "plac czarownic". Nazwa ta dziwnie kojarzy się z Hexelground koło Gdyni. Ciekawostką tamtego miejsca jest fakt pojawiania się NOLi od XV wieku.
Nas natomiast zainteresowało, że Hexenplatz należał do majątku rodziców Ewy Braun - kochanki, a potem żony Adolfa Hitlera. Były tam także domy wczasowe należące do RSHA. Powyższe informacje nie są jeszcze dostatecznie zweryfikowane - zajmuje się tym znany legnicki ufolog, Jarosław Krzyżanowski i jego ekipa z "Kontaktu".
Jerzy Gracz w swym artykule twierdzi, że w lecie 1937 roku na ów majątek spadła z nieba, zataczając się i kolebiąc w powietrzu, dziwna świetlista kula. Spadła ona i rozbiła się, przy czym okazało się, że nie była to kula, lecz dysk. Potem, w 1938 roku, do Jeleniej Góry przybyli najwybitniejsi niemieccy fizycy jądrowi: Heisenberg, von Laue i Hahn. Niestety, nie udało nam się sprawdzić tej informacji, zaś od mjr. mgr. Stanisława Siorka również nie uzyskaliśmy potwierdzenia, choć nie wykluczył on możliwości takiego wydarzenia. Według niego, Niemcy byli mistrzami kamuflażu i utrzymywania tajemnic; z drugiej strony zaś, takie wydarzenie jak spotkanie kilku fizyków w kurorcie nie powinno było budzić niczyjego zdziwienia i mogło przejść niezauważone.
Kilkakrotnie cytowany Tadeusz Łukawski opowiadał swego czasu, że do "Der Riese" przybyli razu pewnego wysocy oficerowie Wehrmachtu i SS. Wśród nich był również sam SS-Gruppenführer dr. Wehrner von Braun. To było coś, do czego von Braun nie przyznał się nigdy swym mocodawcom z USA. Okazuje się jednak, że był on w "Der Riese" i to z całą świtą. Skąd Tadeusz Łukawski o tym wiedział? Otóż jednemu z oficerów wypadły z teczki papiery i rozwiał je przeciąg. Tadeusz Łukawski podniósł potem jeden z nich - był on napisany gotykiem, a na górze znajdowała się pieczęć z nazwą Peenemünde.
A oto następna zagadka. Hexenplatz jest miejscem, gdzie bardzo często obserwuje się NOLe. Obiekty te obserwowało się najczęściej w okolicach baz wojskowych i składowisk broni rakietowo-jądrowej Północnej Grupy Wojsk Radzieckich rozlokowanych w Polce po II wojnie światowej. Wiemy, że tego rodzaju instalacje znajdują się w centrum uwagi kogoś, kto te NOLe przysyła. Co dziwne, po odejściu wojsk rosyjskich we wrześniu 1993 roku, NOLe wciąż pojawiają się nad tym terenem. Nie jest wykluczone, że częste loty Obcych mają związek z katastrofalnymi powodziami w latach 1997 i 1998 i zniszczeniem gleby na tym obszarze, ale nie wydaje nam się, żeby to była jedyna przyczyna ich zainteresowania.
A zatem, jest zupełnie możliwe, iż w rejonie Czernicy spadło w latach ’30 coś, co później rozpracowywano w "Der Riese". To znalezione "coś" nie mogło być przewiezione przez terytorium Rzeszy, aby nie narazić obywateli niemieckich na niebezpieczeństwo. Trzeba było zatem zbudować laboratoria badawcze i całe zaplecze niedaleko miejsca katastrofy.
Poza tym, w owym czasie Dolny Śląsk był niemal totalnie zgermanizowany, co gwarantowało całkowite bezpieczeństwo i tajność tych inwestycji. Rosjanie i Amerykanie nie byli w stanie posłać tam jakiejkolwiek grupy dywersyjnej, bo zostałaby ona natychmiast zdemaskowana, otoczona i zlikwidowana. Tak właśnie po wojnie polskie UB, WOP i KBW rozprawiło się z post-hitlerowskim Wehrwolfem. Także zmasowany nalot nie mógłby mieć miejsca, bo bombowce musiałyby przelecieć co najmniej 2 tys. km, po drodze przebijając się przez liczne systemy niemieckiej obrony przeciwlotniczej. A była to bardzo dobra obrona jeszcze w 1944 roku. Jednym słowem, powtórzenie nalotu 600 bombowców na Peenemünde nie wchodziło w rachubę w przypadku Gór Sowich czy Kaczawskich. Wydaje się zatem, że na Dolnym Śląsku działo się coś, co nie mogło ujrzeć światła dziennego przed jakimś bliżej nieokreślonym "dniem D".
W latach 1991 i 1993 szukając śladów NOLi w Kotlinie Jeleniogórskiej i Karkonoszach, spotkaliśmy się z dwojgiem mieszkańców Karpacza: panią mgr. Ewą Katarzyną T. i mgr. Witoldem Sz., którzy zgłosili nam swoje obserwacje UFO w rejonie Karpacza i Doliny Sowiej. Podczas rozmowy dowiedzieliśmy się o krążących po Karkonoszach plotkach i pogłoskach na temat tajnego niemieckiego lotniska dla helikopterów położonego gdzieś na Przełęczy Karkonoskiej. Te niemieckie pionowzloty miały być hangarowane w ogromnych halach wykutych w skałach. Brzmi to prawdopodobnie, ale z drugiej strony trudno przypuścić, że te hale mogą się znajdować we wnętrzu Małego Szyszaka, Tępego Szczytu czy Smogorni. Jednocześnie wydaje się, że dla startów i lądowań V-7, siodło Karkonoskiej Przełęczy jest miejscem wprost idealnym. Dyskoplan był próbowany nad morzem, musiał przechodzić również próby w górach. Karkonosze pasują do tego celu, bo nie są wysokie, a na dodatek mają dobrze rozwiniętą sieć dróg. Poza tym, w Karkonoszach znajduje się jeszcze coś, co z pewnego punktu widzenia jest szalenie ważne - tam w latach ’40 znajdowała się... stacja polarna. O tym, co mają wspólnego V-7 z polarnikami, opowiemy w następnych rozdziałach.
Karkonosze skrywają wiele tajemnic - m.in. tajemnicę "złotego pociągu" (podobno na jego ślad natrafiono w rejonie Piechowic), tajemnicę "skarbu Wrocławia" (poszukiwanego od 1945 roku) i innych pomniejszych skarbów, które niemieccy żołnierze uciekający na zachód skrywali przed hordami Rosjan. Jesteśmy przekonani, że ów "skarb Wrocławia" był niczym innym, jak dokumentacją inż. Miethego z zakładów na Psim Polu - i kto wie czy nie ma w nim także... artefaktów pozaziemskiego pochodzenia?
Skąd te przypuszczenia? A stąd, że gdyby ktoś chciał coś ukryć, to Karkonosze ze swym podziemnym światem sztolni i szybów stwarzają idealne warunki do chowania czegokolwiek - od skrzynki z kosztownościami do "złotego pociągu" lub Bursztynowej Komnaty. Karkonosze są podziurawione jak szwajcarski ser. Trzeba tylko skarb włożyć do szybu lub sztolni i odpalić przy wejściu mały ładunek wybuchowy. Potem ktoś mógłby tego szukać do śmierci.
W Karkonoszach istnieją dwa miejsca, gdzie mógłby być ukryty "skarb Wrocławia": Biały Jar na obszarze masywu Śnieżki i stoki Sobiesza lub Ostrosza między Sobieszowem a Piechowicami. Słynny poszukiwacz skarbów i odkrywca Ryszard Wójcik właśnie tam umiejscawia tunel, w którym Niemcy ukryli "złoty pociąg", zawalając jego wejście wybuchem. Pomiar teleradiestetyczny potwierdza hipotezę, że znajduje się on w obrzeżu Doliny Cichej, opodal ruin starej huty.
Legendy karkonoskie wskazują miejsce schowania "skarbu wrocławskiego" także w paśmie Pogórza Łomnickiego, na szczytach Witoszy lub Grodnej. A. Sulmanowska, S. Stolarczyk oraz wspomniana J. Lamparska zasadniczo nie wykluczają tej lokalizacji, ale na podstawie relacji ludzi, którzy byli tu krótko przed i po agonii III Rzeszy, nie są w stanie powiedzieć niczego konkretnego. Wszyscy zeznający "coś widzieli", ale co? Warto byłoby dokonać sondażu przy pomocy mikroładunków wybuchowych w poszukiwaniu podziemnych pustek. Mikrosejsmika może wykazać dokładne położenie podziemnych przestrzeni i wszelkich innych zmian ciągłości gleby czy skały.
Zaproponowaliśmy mjr. SB  mgr. Stanisławowi Siorkowi z Wrocławia dokonanie dokładnej analizy zdjęć lotniczych i kosmicznych Kotliny Jeleniogórskiej i innych ciekawych i "skarbonośnych" miejsc Dolnego Śląska wykonanych przez amerykańskie LANDSATy i francuskie SPOTy. Można na tych zdjęciach wykryć anomalia o rozmiarach 80x80 m (LANDSAT) lub nawet 30x30 (SPOT). Zdjęcia te udostępnia w internecie firma Microsoft. Mjr. Siorek przypuszczał, że CIA już to wcześniej zrobiła, stąd jej zainteresowanie zamkiem Książ, który nb. w 1997 roku chciał kupić popowy piosenkarz Michael Jackson. Jak dotąd do tej transakcji nie doszło.
Interesującą jest także informacja, że Książ łączy z Górami Sowimi podziemny tunel. Czy taki tunel mógł również łączyć Książ z Karkonoszami? Nie zapominajmy o tym, że Niemcy byli doskonałymi konstruktorami i ich budowle do dziś spełniają swoją rolę przeciwstawiając się niszczącemu działaniu czasu. Dlatego jesteśmy niemal pewni, że prędzej czy później skarby Sudetów wyjdą na światło dzienne.
Nic dziwnego, że po wojnie obszar Karkonoszy był penetrowany przez zachodnie wywiady od CIA i BND aż po SDECE i MI-6. Czego ci smutni panowie szukali? Uranu? Skarbów? Dzieł sztuki?
Oczywiście, nie. Podejrzewamy, że poszukiwali "serca" dyskoplanu V-7, jego jądrowego (lub nawet termojądrowego) silnika. Amerykanie mieli uranu i toru dosyć u siebie. Rosjanie eksploatowali uran przede wszystkim w tzw. krajach demokracji ludowej i doprowadzili do tego, że już w latach ’50 eksploatacja polskich pokładów tego pierwiastka stała się nieopłacalna.
Nuklearny napęd V-7. Bingo! Własnie o to chodziło. Aby latający dysk mógł rozwinąć prędkość 2000 km/h i więcej, aby w kilka sekund osiągnąć pułap 12 km i unieść payload rzędu 5 ton, trzeba mieć silnik całkiem nowej generacji. Silnik ten wynalazł dr. V. Schauberger i jego planów nie oddał nikomu - nawet za cenę 3 mln. ówczesnych dolarów.
To właśnie dlatego zachodnie wywiady czesały te góry. Nie interesowało ich złoto, uran czy dyslokacja wojsk sowieckich. Chodziło o genialne wynalazki uczonych III Rzeszy, które Rosjanie wywieźli na Syberię, podobnie jak wrocławskie laboratorium i zakłady inż. Miethego oraz fabryki produkujące dla potrzeb Luftwaffe w innych miastach, w których stanęła grabieżcza stopa czerwonoarmisty. Stalinowi już wtedy marzyła się III wojna światowa, a marzenie to było aktualne w ZSRR aż do roku 1989 - do upadku sowieckiego kolosa i rozpadu Układu Warszawskiego.

niedziela, 26 lutego 2017

Kryptonim WUNDERLAND (6)



Rozdział 6: "Der Riese" czyli "Olbrzym"


* "Kto nie wie - ten mówi, kto wie - ten milczy" * Góry Sowie - hitlerowskie Alamogordo? * Rakiety, uran i włoscy inżynierowie w "Der Riese" * Laboratorium pod zamkiem Książ * Dyskoplan startuje z Wrocławia *


O "Der Riese" bezsprzecznie napisano w Polsce naprawdę dużo. Warto tu przypomnieć prawo Burdego: "Kto wie - ten milczy, kto mówi - ten nie wie".* Zagadka "Obrzyma" utrzymuje się od przeszło 50 lat i w tym czasie urosła do rzeczywiście olbrzymich rozmiarów, a my wciąż skazani jesteśmy na domysły, podobnie jak w przypadku innych zagadek, o których mówi niniejsza książka. Dzielimy się tu pewnymi uwagami, które mogą rzucić nieco światła na to, co działo się w tych górach przed pół wiekiem.
Kluczowa kwestia postawiona w tym rozdziale jest prosta: co naprawdę było w Górach Sowich? Bowiem nie wierzymy w pogłoski, jakoby tajemniczy system sztolni i korytarzy pod tymi górami miał rzeczywiście służyć jako kolejne wilcze gniazdo Hitlera (NB obliczyliśmy kiedyś, że - gdyby wierzyć w legendy - tych kwater führer musiałby mieć co najmniej 15 na samym terytorium Polski, co jest oczywistym nonsensem, zważywszy jakie były koszty takich inwestycji, zbyt duże dla znajdującej się w stanie wojny z całym światem Rzeszy). Warto tu również wspomnieć, że kwatera głównodowodzącego w tym miejscu byłaby co najmniej niefunkcjonalna, także dla sieci władzy NSDAP. Wprawdzie obecność supernowoczesnej, jak na tamte czasy, centrali łączności teleksowej z przyłączonymi 30 liniami i bardzo silną radiostacją mogłaby sugerować takie właśnie przeznaczenie, ale gdy weźmiemy pod uwagę zeznania naocznych świadków, którzy bezpośrednio brali udział w budowie oraz w inny sposób zetknęli się z tą sprawą, okazuje się, że nie można tu mówić o żadnym "centrum dowodzenia", lecz o podziemnej fabryce. To powtarza się we wszystkich wypowiedziach. Bajeczka o bunkrze Hitlera była kolejną legendą prostego ludu, cóż bowiem - w jego mniemaniu - mogło być bardziej chronione tajemnicą od samego Wodza.
Poza niezwykle ważną i żywotną dla hitlerowskich interesów fabryką "cudownych broni", w Górach Sowich mogło być zlokalizowane centrum niemieckiego wywiadu, coś w lodzaju stalinowskiej Chodynki i "Akwarium", gdzie miały się spotykać i dokąd miały spływać wywiadowcze informacje ze wszystkich ziem zajętych przez Rzeszę, a także informacje o postępach prac nad bronią jądrową poza jej granicami. W tym kontekście ta cała maszyna informacjozbiorcza staje się zupełnie jasna i zrozumiała.
Jak wykazał w swych książkach Wiktor Suworow alias mjr. GRU Władimir Bohdanowicz Rezun, oba totalitarne reżimy, brunatny i czerwony, wytworzyły niemal identyczne polityczno-wojskowe instytucje służące do utrzymywania brunatnego bądź czerwonego terroru. Resorty wywiadu i kontrwywiadu były niemal identyczne w swych strukturach. Dlatego śmiało możemy twierdzić, że "Der Riese" jest zwierciadlanym odbiciem tego, co znajduje się w Agudzerze i Gorkich - chodzi tu naturalnie o idee, a nie faktyczny stan. Poza tym "Olbrzym" powstał w czasie wojny, zaś Agudzera krótko po niej, gdy Rosjanie wzięli do niewoli wystarczającą liczbę hitlerowskich dowódców i specjalistów. Ten bowiem, któremu nie udało się samemu zemknąć na Zachód lub nie został "ocalony" rękami amerykańskich służb specjalnych, trafiał w sidła NKWD/NKGB i lądował na Syberii lub w Azji Środkowej.
Kompleks "Der Riese" był z całą pewnością podziemną fabryką, bowiem świadkowie opowiadali, że montowano tam maszyny. Jakie? Tego nikt nie wie, ponieważ były one dobrze strzeżone przez SS-manów. Jeden ze świadków, pan Tadeusz Łukawski z Jordanowa opowiadał, że jego towarzysz obozowej niedoli widział na stacji w Głuszycy, na kolejowej lorze coś w kształcie cygara przykrytego plandekami, którego długość wynosiła ok. 12 m. Mogła to być rakieta V-2. Pytanie brzmi: co hitlerowcy chcieli produkować w kompleksie "Der Riese"? Możliwe, że rakieta miała służyć do bliżej nieznanego eksperymentu z głowicami bojowymi, niekoniecznie konwencjonalnymi, lecz atomowymi? Jest to możliwe choćby dlatego, że świadkowie widzieli jakieś małe wagoniki z nieznaną im rudą - być może uranową - które przybywały od strony Karkonoszy. Rudy uranu i toru znajdują się w okolicach Kowar, Janowic, Jeleniej Góry i w samych Górach Sowich. Informacje te potwierdzają również byli funkcjonariusze UB, którzy wykryli w lochach Gór Sowich silne źródła pomieniowania jonizującego, niezależnie od żył i gniazd rud, które znajdują się w tych najstarszych górach Polski, liczących sobie 2 mld lat.
W fascynującej pracy Joanny Lamparskiej pt. "Tajemnice ukrytych skarbów" znajduje się opis "Olbrzyma" i jego peryferii. Książka wymienia siedem kompleksów w porządku od północy ku południowi:
* Jugowice Górne k/Walimia - Jawornik;
* Włodarz;
* Rzeczka k/Rzeczki;
* Soboń k/Zimnej;
* Osówka w Osówce;
* Sokolec k/Sokolca oraz należące także do "Der Riese",
* podziemne przestrzenie pod zamkiem Książ.
Joanna Lamparska pisze, że świadkowie, z którymi rozmawiała na ten temat twierdzili, iż w "Der Riese" badano możliwości technologii jądrowych. Wydaje się, że szło tam o nową broń i choć nikt o tym wtedy głośno nie mówił, to jednak byli tacy, którzy zdawali sobie z tego sprawę.
Wspomniany wcześniej Tadeusz Łukawski twierdził, że Niemcy potrzebowali do procesów technologicznych duże ilości wody, której tam było pod dostatkiem. Więźniom i robotnikom cudzoziemskim przykazano zabezpieczać źródła, bowiem - jak mówili niemieccy nadzorcy i inżynierowie - "woda będzie bardzo potrzebna, gdy skończymy budowę i zaczniemy produkcję". Produkcję czego? - pytamy.
Jednym ze złożonych procesów technologicznych, który wymaga ogromnych ilości wody, jest flotacja rud metali, w tym także uranu i toru. Woda zawiera również izotop wodoru deuter, którego używa się w reaktorach jądrowych jako źródła neutronów lub jako paliwa w reakcjach termojądrowych. Po likwidacji fabryki - a właściwie destylarni - ciężkiej wody w Riukan w Norwegii, czego dokonali norwescy partyzanci w 1943 r. niszcząc elektrolizernię i zatapiając 200 kg tlenku deuteru w wodach jeziora Tinnsjo, budowę kompleksu "Der Riese" nieprzypadkowo rozpoczęto w tym samym roku.
Tlenek deuteru otrzymuje się w wyniku złożonego procesu destylowania wody "zwyczajnej". Przy pomocy wielokrotnej elektrolizy wody odłącza się najpierw "lekki" wodór** 11H. Cięższe izotopy wodoru, deuter - 21H i tryt 31H pozostają. Spala się je w tlenie i otrzymaną w ten sposób mieszaninę wodoru, deuteru i trytu w wodzie ponownie poddaje elektrolizie dopóty, dopóki nie zostanie oddzielony "lekki" wodór. Ciężka i superciężka woda jest używana w reaktorach jako moderator, źródło neutronów i wymiennik ciepła. Takie instalacje z całą pewnością zmieściłyby się w "Der Riese".
A co z uranem? Uzyskanie wybuchowego uranu z rudy uranowej jest problemem nie lada. Wybuchowe izotopy uranu 23392U i 23592U stanowią nikły procent smółki uranowej, czyli mieszaniny tlenków uranu: UO2 z UO3 i U3O8 oraz UO4 x 2H2O. Należy ją zatem wzbogacić, tzn. zwiększyć ilość atomów uranu 233 i 235 poprzez dyfuzję, tj. oddzielenie U-233 i U-235 od U-238 traktując uran najpierw fluorem i uzyskując sześciofluorek uranu, który jest gazem, a następnie oddzielenie 233UF6 i 235UF6 od "niewybuchowego" 238UF6 w wielokondygnacyjnych dyfuzorach. Coś takiego nie zmieściłoby się w "Der Riese". Istnieje jednak inna metoda, oficjalnie odkryta w 1967 roku, która polega na odwirowaniu mieszaniny U-233 i U-235 od zwykłego U-238. Istnieje możliwość, że Niemcy znali tę drugą metodę i stosowali ją w "Der Riese". Sądzimy także, że hitlerowscy uczeni dali sobie radę z problemem, co robić z pozostałym uranem 238. Dziś po prostu przerabiamy go na pluton-239 w reaktorach powielających, zgodnie ze wzorem:
23892U + 10n => alfa => 23992U* => e- => 23993Np* => e- => 23994Pu
natomiast uran 233 można otrzymywać z toru 232:
23290Th + 10n => alfa => 23390Th* => e-=> 23391Pa* => e- => 23392U
czyli... transmutacja pierwiastków, która po niemiecku nazywa się "das schwarze Kunst" ("czarna magia" - przyp. wydaw.). Marzenie alchemików - produkcja energii i materii.**
Jak widać zatem, wszystko polega na odpowiednio czystej, wyflotowanej i przetopionej rudzie uranu i toru oraz źródłach neutronów. Takim źródłem nie musi być wcale ciężka woda. Może nim być także "czerwona rtęć" - słynny i poszukiwany przez służby specjalne całej Europy i Ameryki "red mercury" RM 20/20 o niesamowitym, ale możliwym wzorze chemicznym Hg2Sb2O7 lub Hg2Sb2O6. Podobno jest to niezwykle wydajne źródło neutronów, dzięki któremu można zbudować bombę atomową w walizeczce... Marzenie każdego terrorysty! Wieść niesie, że takich bomb wyprodukowano ponad 200 w ZSRR. Kilka z nich podobno... zginęło.
Tak więc - jak już wspomniano - Niemcy mogli szukać w Górach Sowich możliwości produkcji cieżkiej i superciężkiej wody - tlenków deuteru i trytu, bowiem tamtejsze wody głębinowe, poza występowaniem niewielkich ilości radu i radonu, są bogate w deuter. Ponadto w Sudetach występują złoża rud uranowych i torowych.
Hipoteza, że "Der Riese" pełnił rolę faszystowskiego Almanogordo, wydaje się bardzo możliwa. Pozostaje pytanie, co się stało z maszynami tych kompleksów? Zapewne zostały one rozmontowane i wywiezione do Rzeszy, a reszta, której nie udało się lub nie zdążono rozmontować, wpadła w ręce Armii Czerwonej, która szybciutko wywiozła ją do ZSRR. Tadeusz Łukawski opowiedział nam, że zaraz po wkroczeniu wojsk sowieckich, został przesłuchany przez jakiegoś oficera Armii Czerwonej - niewykluczone, że był to funkcjonariusz GRU lub NKWD, a może nawet SMIERSZ-u. Wypytywał go dokładnie o jego pobyt w "Der Reise", szczególnie interesując się właśnie tymi maszynami, które być może właśnie wyjeżdżały do Agudzery w Gruzji, by z kolei służyć czerwonemu reżimowi.
Wszystko świadczy za tym, że Sowieci mieli swoją wersję alianckiej misji ALSOS i PAPERCLIP w latach ’40, bowiem szczegółowo przepytywali wszystkich, którzy mieli jakiś związek z hitlerowskimi budowlami podziemnymi: robotników przymusowych, więźniów obozów koncentracyjnych i jeńców wojennych, a chodziło im o wykonywany przez nich rodzaj pracy. To oni m.in. stanowili źródło informacji, które pozwoliły na to, że po 1949 roku ZSRR stał się potęgą jądrową, a do końca lat ’50 rakietową.
Tadeusz Łukawski wspomniał o jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie, że zakłady w "Der Riese" były budowane według planów niemieckich i włoskich inżynierów. Jest to ważna informacja, bo pasuje do wiadomości o włoskim inżynierze, specjaliście od turbin gazowych i założycielu zakładów Ansaldo w Mediolanie, Giuseppe Beluzzo vel Alfonso Bellonzo. Włoski badacz Alfredo Lissoni z Mediolanu tak o tym pisał:
"[...] V-7 był tajnym UFO hitlerowców, a zostało ono zbudowane przez trzech Niemców i jednego Włocha. Byli to inżynierowie: Miethe, Habermohl, Schriwer i Alfonso Bellonzo. W książce Franka E. Stragesa, znanego amerykańskiego badacza V-7 w USA, znalazłem błąd. Tym Włochem, który był profesorem faszystowskiej Politechniki Mediolańskiej i w latach 1943-45 zniknął z Mediolanu, był Belluzzo. Ten sam Belluzzo, który powołał do życia koncern Agip Italia i zakłady Ansaldo w Mediolanie. Po 1943 roku Giuseppe Belluzzo (już jako Alfonso Bellonzo) zniknął. Być może w Niemczech lub w Polsce? Zgodnie z tym, co pisał Strangers, Belluzzo pracował z Miethem, Schriewerem i Habermohlem nad projektem V-7 i to jako ekspert w dziedzinie spalinowych i parowych turbin. [...]"
Nie wiemy czy w "Der Riese" de facto pracował on pod nazwiskiem Giuseppe Belluzzo, czy Alfonso Bellonzo, a może używał tam jeszcze innego nazwiska, np. Corrado Riso, zgodnie ze starym jak świat trickiem wszystkich tajnych służb, które na codzień posługują się fałszywą tożsamością?
Włosi często pracowali na wielkich budowach Rzeszy, zarówno w charakterze konstruktorów i nadzorców, jak i wykonawców (ci ostatni rekrutowali się na ogół z niewolników, jeńców wojennych od marszałka Badoglia w 1944 roku). Tadeusz Łukawski spotykał się z nimi i dzięki temu nauczył się trochę włoskiego. Z Włochami spotykał się również nasz drugi świadek, którego poznaliśmy przy innej okazji, ale o tym napiszemy kiedy indziej.
A teraz słów kilka o zamku Książ. Zamek ten jest celem wycieczek wielu turystów zwiedzających Dolny Śląsk. Joanna Lamparska twierdzi, że w wielopiętrowych podziemiach ukryte jest laboratorium broni "V", ba - miały się tam odbywać eksperymenty z użyciem techniki rakietowej do... lotów w Kosmos! Dokładnie tak, jak to proroczo napisał Philipp K. Dick w swej książce "Człowiek z Wysokiego Zamku". Wiadomo, że był on pisarzem-fantastą, ale skąd czerpał swe pomysły? Czy miał jakieś powody ku temu, by wyprawić hitlerowców na Księżyc i Marsa? Być może wiedział coś o tym, co naprawdę działo się w zamku Książ?...
Joanna Lamparska twierdzi z kolei, że w tych podziemnych laboratoriach pracowano nad broniami biologicznymi. Niemieckie eksperymenty z bronią "B" są więcej niż prawdopodobne, ponieważ sojusznicy Niemiec - Japończycy, pracowali nad nią w Mandżurii, a szefem tego przedsięwzięcia był gen. dr. Ishii Siro, który wraz z generałem szenjangskiej Kempeitai (japońskiego odpowiednika Gestapo lub NKWD), niejakim Kanadzawą, przeprowadzał w Harbinie doświadczenia na więźniach politycznych (głównie Chińczykach) i jeńcach wojennych (Amerykanach i Brytyjczykach), wszczepiając im złośliwe i najzłośliwsze szczepy bakterii i wirusów oraz pracując nad wektorami broni biologicznych. Po wojnie obaj uzyskali list żelazny od amerykańskiego generała Douglasa McArthura, dzięki czemu ominął ich proces tokijski.
Niemcy bezsprzecznie pracowali nad wpływem niskich ciśnień na organizm ludzki. Ludzi umieszczano w komorach, z których wypompowywano powietrze, symulując spadek ciśnienia i tlenu w atmosferze w czasie lotów wysokościowych. Podobno niektórzy wytrzymywali "wzlot" na wysokość 14.000 m, choć teoretyczną nieprzekraczalną granicą jest 8.000 m.
Istnieje możliwość, że badano również ochronę biologiczną przeciwko promieniowaniu i ochrony przeciwko wpływowi broni jądrowej. Jak wiadomo, promieniowanie osłabia bariery immunologiczne organizmu, co powoduje różne infekcje. Możliwe, że nad tą problematyką pracowano w Książu, a właściwie pod Książem. "Materiału ludzkiego" było pod dostatkiem: jeńcy wojenni i więźniowie obozu w Rogoźnicy (Gross Rosen), zaś materiału promieniotwórczego też nie brakowało w okolicy: uran w Sudetach i Górach Sowich. Wiemy, że to pytanie retoryczne, ale zadajmy je: czym się różnią "naukowcy" z Rogoźnicy, Książa i "Der Riese" od dr. Mengele? Niczym. Ta sama atmosfera pseudonaukowości przy zupełnym braku moralności w skrzywionej mentalności zbrodniarzy. Jeżeli dr. Mengele był zbrodniarzem przeciwko ludzkości, to kim byli twórcy "Der Riese"?
I jeszcze jednak ciekawostka o Książu. Mówi się, że kiedy Rosjanie wkroczyli do Wrocławia, to tamtejszy Gauleiter Karl Hanke zniknął bez śladu. A oto co pisze o tym Joanna Lamparska:
"5 maja 1945 roku po sowieckim ultimatum nakazującym poddanie miasta (tzw. Festuung Breslau), Hanke zniknął. Isnieje teoria, że Hanke odleciał ostatnim samolotem, który wystartował z lotniska na Placu Grunwaldzkim. Ale niekoniecznie, bo dysponował on również helikopterem, których prototypy budowano w Pradze i Wrocławiu. Tadeusz Słowikowski znalazł świadków, którzy twierdzą, że po ucieczce z Wrocławia Hanke wylądował w... Książu. Helikopter usiadł za zamkowej łące w parku, miał on kulistą kabinkę z poziomym pierścieniem, który się wokół niej obracał. Był on w stanie wzieść się na 12 km przy prędkości 2.000 km/h. Istnieje rysunek tego helikoptera sporządzony przez świadka, który widział jego lądowanie."
Tyle Joanna Lamparska. Wydarzenie to wiąże się z inną ucieczką z innego miasta, a mianowcie z płonącego Berlina, gdzie 1 maja 1954 roku Führer III Rzeszy decyduje się na ucieczkę ze swą małżonką Ewą Braun-Hitler właśnie przy pomocy helikoptera pilotowanego przez Hannę Reitsch. Czy to jednak był helikopter? Nie - to był sławetny dyskoplan V-7.
Proste, prawda? To właśnie dlatego sowieckie GRU, NKWD, NKGB i KGB mimo szaleńczych wprost wysiłków nie mogło znaleźć zwłok Adolfa i jego "Pierwszej Damy III Rzeszy", bo ich tam po prostu nie było!!! Były zwłoki sobowtórów, a nie oryginałów. Co się z nimi stało? Po prostu odlecieli do Festuung Anden w Ameryce Łacińskiej, albo - co jest jeszcze bardziej prawdopodobne - poddali się Amerykanom i uzyskali immunitet w zamian za różne tajemnice III Rzeszy. Nieprzypadkowo Amerykanie zdetonowali swą pierwszą bombę atomową 16 lipca 1945 roku na Jordana de Muerte. Nieprzypadkowo w niektórych rejonach New Mexico na niebie pokazały się latające talerze i nieprzypadkowo jeden z nich rozbił się w okolicach Roswell. To wszystko ma bezpośredni związek z ucieczką Adolfa Hitlera z Berlina 1 maja 1945 roku. Ale o tym potem. Dodamy tylko, że rosyjski pisarz, Leonid Płatow w swej książce "Tajemniczy okręt podwodny" (Warszawa 1974), z niesamowitą intuicją zasugerował, że Hitlera miał wywieźć z Hamburga transoceaniczny U-Boot do Ameryki Południowej. Ten U-Boot miał być zwodowany w Gdyni. Płatow nie mógł napisać, że ten okręt podwodny rzeczywiście przejął pp. Hitlerów na pokład, bo jego książka nigdy nie ukazałaby się drukiem w realiach Rosji sowieckiej. Ucieczka Ewy i Adolfa Hitlerów wyglądała zatem następująco: z Berlina do Hamburga nad pierścieniem wojsk sowieckich i polskich, a później U-bootem do Argentyny, Brazylii lub Paragwaju, gdzie infiltracja niemieckich agentów, V kolumny i proniemieckich lobby osiągnęła kuriozalnie wysoki poziom.Nie mamy konkretnych dowodów, ale poszlak jest dosyć.
Osobiście nie wierzymy, żeby sowieckie służby specjalne "odpuściły" w tej sprawie i dały spokój odkładając ją ad acta. Stalinowi ogromnie zależało, aby ujrzeć na własne oczy trupa człowieka, z którym najpierw zawarł haniebny i wiarołomny pakt wymierzony przeciwko wolności Polski i innych krajów Środkowej Europy, a potem zdradził nagłym napadem wczesnym rankiem 22 czerwca 1941 roku na "zupełnie nieprzygotowany" do obrony Związek Radziecki. Rzeczywiście, wszystko wskazuje na to, że faktycznie, ZSRR nie był przygotowany do wojny obronnej. Tymczasem Armia Czerwona wraz z dywizjami NKWD (aż trzy armie Trzeciego Rzutu Strategicznego) była niemal gotowa do miażdżącego ataku na Niemcy i marszu wyzwoleńczego na całą Europę. Nie ma na to dowodów wprost, bo zostały zniszczone przez komunistów, ale czyż nie są pewnym dowodem działania cenzury, która do ostatka, do listopada 1989 roku (w Polsce) i 1990 roku (w b. Czechosłowacji) walczyła z książkami Wiktora Suworowa i powieściami Toma Clancy’ego. Jak wiele niewygodnej komunistom prawdy musiały one zawierać! A zawierały bardzo dużo, jeśli nie całą prawdę o II wojnie światowej; prawdę, którą przez pół wieku zamazywali hagiografowie Stalina i jego następców.
I to byłoby mniej więcej wszystko, co chcieliśmy powiedzieć o Górach Sowich. Oczywiście jest to tylko jednostronne spojrzenie na problem, ale - jak sądzimy - tych kilka refleksji ludzi, którzy nie są związani z poszukiwaniami skarbów (tych tradycyjnych i tych historycznych), może kiedyś natchnąć prawdziwych eksploratorów do rozwiązania tego historycznego rebusu i wielu innych zagadek, bowiem - jak napisał kiedyś słynny poszukiwacz skarbów i literat, Clive Cussler - "legendy są jak powiązane liny, jedna przechodzi w drugą".
Tak jak przedtem, Góry Sowie są otoczone oparem tajemnicy, a my nie widzimy żadnego rozwiązania tej zagadki, które zadowoliłoby zarówno profesjonalnych historyków, jak i łowców sensacji.
I coś z ostatniej chwili. Niedawno, na wiosnę 1998 roku, część kompleksu podziemnego Gór Sowich - ogółem 2 km korytarzy - udostępniono turystom. Być może w przyszłości uda się udostępnić większość tych kompleksów ludziom i przy okazji uda się dowiedzieć czegoś więcej na temat przeznaczenia tej tytanicznej w skali budowli podziemnej.

-------------------------------
* Gwoli ścisłości powiedzenie to pochodzi od perskiego mistyka Rumiego, zwanego również Maulana Rum, autora słynnego dzieła "Masnavi" i innych pism. Faktycznie jest to jedna z podstawowych zasad mistycznych, którą wyznawali i nadal wyznają wszyscy prawdziwi mistycy. Również ci, którzy byli przed Rumim - to samo zdanie spotyka się bowiem w Upanishadach (np. Bhikha) i innych odwiecznych pismach mistycznych. (przyp. wydaw.)
** Istnieje również możliwość, że niemieccy uczeni pracowali też nad uzyskaniem... antymaterii i wykorzystaniem jej do celów militarnych, ot choćby w postaci bomby "D" (od dezintegracja). Byłoby to możliwe dzięki temu, że niektóre izotopy, jak: 122Sb, 74As, 77Br, 36Cl, 65Zn, 18F, 26Al, 88Y, 56Co, 58Co, 64Cu, 22Na, 48W, 11C i 52Fe w trakcie swego rozpadu emitują pozytony, czyli antyelektrony w procesie rozpadu beta plus. Problem polega jedynie na tym, że w celu uzyskania 1 kg antyelektronów potrzeba energii elektrycznej równej rocznej produkcji wszystkich elektrowni w USA. Wszelako, jak wynika z informacji amerykańskiej grupy badań German Research Project, urządzenia do przetrzymywania antymaterii mogły znajdować się w Turyngii, w dolinie Jonastal. (przyp. R.K.L.)

sobota, 25 lutego 2017

Kryptonim WUNDERLAND (5)



Rozdział 5: Port w Gdyni - polskie Roswell?


* Konferencja w Gdańsku * Szokujący referat Bronisława Rzepeckiego * Na scenę wchodzą japońscy filmowcy * Ufokatastrofa w Gdyni w 1959 r. * Nieznany humanoid na plaży * Znaleziono ciało Kosmity! *

 
W niedzielę 12 października 1997 roku obaj wzięliśmy udział w międzynarodowym sympozjum pn. "UFO MARATHON - 50 YEARS OF THE CONTEMPORARY ERA OF UFO", zorganizowanym w Gdańsku z okazji 50 rocznicy pierwszej obserwacji UFO.
W czasie wystąpienia najsłynniejszego polskiego badacza paranormalnych zjawisk, koordynatora krakowaskiej Grupy Badań NOL, naszego kolegi i przyjaciela Bronisława Rzepeckiego, sala wykładowa pękała w szwach.
Jak poinformował nas prelegent, w dniach 23 i 24 listopada 1996 roku ekipa japońskich filmowców nakręciła film dokumentalny o katastrofie NOLa w Gdyni, która miała miejsce 21 stycznia 1959 roku, w 14 lat po wojnie. W tym dniu, ok. godziny 5 nad ranem do ówczesnego Basenu IV (obecnie Basen J. Piułsudskiego) spadł jakiś płomienny obiekt. Tej nocy na Bałtyku szalał sztorm i wiatr dochodził do 8 st. B. W porcie na nocnej zmianie pracowało kilkadziesiąt osób. Oddajmy głos jednej z nich, panu Janowi Roczyńskiemu, który opisał to wydarzenie przed kamerami japońskiej telewizji w następujący sposób:
"Była środa lub czwartek. Pracowaliśmy przy statku m/s 'Dąbrowski'. To nadleciało znad gdyńskiej plaży nad składy i magazyny, bardzo nisko, wydając gwizd i grzmot, jakby tarły o siebie dwa płaty metalu. Kierowało się ku kanałowi i spadło do wody przy Nabrzeżu Polskim. Obiekt miał kształt jaja i wielką prędkość. Wszystko trwało chwilę. To wydarzyło się ok. 5 nad ranem, kiedy było jeszcze ciemno. Statek zachybotał się od silnie wzburzonej wody. Więcej już niczego nie widziałem. Wkrótce przyszli ludzie z marynarki wojennej i wojska. Rozstawili wartowników i przeszukiwali basen. Coś wyłowili, jak się potem dowiedziałem. To nie jest żadna bajka - tam coś rzeczywiście było..."
Innym świadkiem był inż. Alojzy Data, który o tym tajemniczym przedmiocie z morskiego dna powiedział:
"Wyglądało to jak walcowate naczynie z folii. Wypełniała je jakaś ciecz różowej barwy, która była o wiele cięższa od wody. Nasze laboratorium bardzo się obawiało otworzyć to naczynie, bowiem po wojnie dno morskie było usłane różnym świństwem i sądziliśmy, że to może być iperyt lub fosgen. Problem rozwiązał się na koniec w prosty sposób. Po pewnym czasie przyszedł do nas funkcjonariusz UB, który to znalezisko zabrał i od tego czasu ślad po nim zaginął."
Hmm... - zupełnie jak z "Archiwum X". I tu mała dygresja - czy tą różową cieczą nie mogła być tzw. "czerwona rtęć"? Do tego problemu jeszcze wrócimy.
Bronisław Rzepecki kontynuował dalszy ciąg tej historii, opowiadając jak w kilka dni po tej katastrofie wartownicy strzegący portu wojennego w Gdyni zatrzymali na plaży przed dowództwem MW czołgającego się humanoida o sześciu palacach u rąk i nóg, który był ranny i poparzony. Został on przewieziony do szpitala MW na Polankach w Gdańsku-Oliwie.
Ten trop podjęli i postanowili zbadać japońscy filmowcy - niestety, w żadnym z archiwów służby zdrowia w Gdańsku, Sopocie i Gdyni nie znaleziono o takim "pacjencie" nawet najmniejszej wzmianki, co nas w końcu nie dziwi... Japończykom udało się jednak zrobić wywiad z oficerem lotnictwa, który potwierdził w swej utajnionej pracy fakt znalezienia i hospitalizowania humanoida.
W książce Bronisława Rzepeckiego pt. "Bliskie spotkania z UFO w Polsce", na str. 125 możemy przeczytać, że Arthur Shutlewood, znany na Zachodzie autor książek o UFO, podał następującą informację:
"Antoni Szachnowski, prezes anglo-polskiego Klubu Badaczy UFO, usłyszał w czasie rozmowy w Londynie tę historię od Polaka, uciekiniera z Gdyni, który pracował w jednym z tamtejszych szpitali. Nieznana istota czołgała się po plaży i była w stanie kompletnego wyczerpania. Po zatrzymaniu została przewieziona do szpitala na obserwację. [...] Była ona ubrana w jednoczęściowy kombinezon, który uniemożliwiał fotografowi zrobienie zdjęcia (?). W końcu udało się zdjąć jej ten strój przy pomocy nożyc do blachy i wtedy się okazało, że był on wykonany z bardzo odpornego materiału. Na napięstku istota miała jakąś bransoletę, po zdjęciu której zmarła. Po pewnym czasie przyjechała lodówka (samochód chłodnia) i zwłoki istoty zabrano do jednego z moskiewskich instytutów."*
Po takim zakończeniu tych niezwykłych wydarzeń musimy zadać pytanie, czy po upływie tylu lat możemy się jeszcze czegoś nowego dowiedzieć? Bronisław Rzepecki twierdzi, że być może zwłoki Obcego pozostały w kraju gdzieś w lodówkach któregoś z wojskowych szpitali Trójmiasta, a może nawet ten humanoid jeszcze żyje i znajduje się w rękach naszych wojskowych? Nasz "człowiek w Tokio" - Paweł Kamiński - twierdzi, że do tokijskiej centrali NHK zgłosili się byli pracownicy KGB z ofertą sprzedaży filmu ukazującego ni mniej ni więcej jak... sekcję zwłok humanoida z Gdyni!**
Oczywiście, taki film może być równie dobrze falsyfikatem, jak w przypadku filmu lansowanego przez Raya Santillego, ukazującego sekcję zwłok humanoida z Roswell. Takich "dowodów rzeczowych" jest wiele, jak chociażby plagiaty Sołomona Szulmana zawarte w pracy "Innopłanetianie nad Rossijej"; "wpadka Hesemanna", któremu niejaki Walery Uwarow wcisnął zdjęcia przedstawiające dekorację do polskiego filmu "Na Srebrnym Globie" w reżyserii Jerzego Żuławskiego, jako zdjęcia autentycznego NOLa na Kaukazie; a także ostatnia, kolejna sensacja w postaci relacji tegoż Uwarowa o tajemniczych budowlach na Syberii brzmiących bardzo nieziemsko.
Jakie z tego wnioski? Na pewno należy w czasie zbierania informacji patrzeć ludziom na ręce w myśl zasady: "wierz ludziom i ich sprawdzaj".
Wracając jeszcze na chwilę do Gdyni, tego polskiego Roswell, które wszelako nie zyskało takiej popularności jak amerykańskie, możemy śmiało powiedzieć, że UFO pokazują się często tam, gdzie występuje zagrożenie losów naszej planety i jej mieszkańców. Tak było w przypadku powodzi w 1997 roku oraz kataklizmów w Kotlinie Kłodzkiej i okolicach Limanowej w 1998 r. Można zatem założyć, że w okolicach Gdyni znajduje się coś, co może stanowić zagrożenie dla naszej egzystencji i to coś jest pod stałą obserwacją Obcych, o czym świadczą liczne obserwcje NOLi w pobliżu Trójmiasta. (Zainteresowanych odsyłamy do materiałów IV Ogólnopolskiego Kongresu Ufologicznego w Gdyni w czerwcu 1998 r. - przyp. R.K.L.)
Zanim zamkniemy ten rozdział, chcielibyśmy powiedzieć coś-niecoś na temat podziemnego kompleksu Kamiennej Góry i naturalnych jaskiń pomiędzy Gdynią a Puckiem. Te podziemne przestrzenie były w latach ’40 adaptowane przez Niemców. W jakim celu - tego nikt nie wie. Jedno jest pewne - badacze tajemnic Trójmiasta tam właśnie lokalizują częste obserwacje NOLi i tam je częstokroć fotografowano, a nawet raz sfilmowano kamerą video w biały dzień. O czym to świadczy?
Być może o tym, że w czasie wojny Niemcy pracowali nad czymś, co mogło zagrozić także i Obcym? Dlatego ten obszar jest tak dokładnie i pilnie strzeżony przez załogi latających dysków, czy - jak kto woli - maszyn informacjozbiorczych, co już próbowaliśmy wykazać w ramach PROJEKTU TATRY (w przygotowaniu - przyp. wydaw.) Te maszyny miałyby za zadanie wskazywać charakter i stopień ekologicznego zagrożenia, a z tego wynika już prosty wniosek, że Niemcy pracowali nad jakąś superbronią, którą mieli zamiar użyć na północnoeuropejskim teatrze działań wojennych. Kiedy na te wszystkie informacje spojrzymy przez pryzmat wiadomości uzyskanych w czasie PROJEKTU TATRY i trwającego PROJEKTU BAŁTYK, możemy śmiało założyć, że faszyści wpadli na trop niezwykłej (nie-ziemskiej) technologii jądrowej, którą badali na obszarze Trójmiasta. Stawiamy hipotezę, że Niemcy dostali do rąk gotowy radioartefakt i nie musieli rozpracowywać teoretycznie podstaw działania tego "urządzenia" - że takim eufemizmem nazwiemy bomby A, H lub N - mogli natomiast i mieli zamiar uruchomić ich produkcję na skalę przemysłową. Podkreślamy - produkcję!
Gdzie? Odpowiedź brzmi: pół tysiąca kilometrów na południowy zachód od Trójmiasta, na Dolnym Śląsku, w Górach Sowich, Kaczawskich i w Karkonoszach.

--------------------------------------------------------------
*  Informacja ta wydaje się być wątpliwa ze względu na źródło, niemniej jednak trzeba ją wziąć pod uwagę w tej sprawie. 
** W lutym 1999 r. Wiktoria Leśniakiewicz, opierając się o materiały Bronisława Rzepeckiego i Roberta Leśniakiewicza, doszła do wniosku, że w incydencie gdyńskim brały udział dwie istoty, a nie jedna. Jedną z nich znaleziono na plaży miejskiej i zabrano do szpitala Marynarki Wojennej, gdzie przebywa do dziś, natomiast druga została znaleziona na spłachetku plaży przy kapitanacie portu wojennego i ta istota została przewieziona do ZSRR, gdzie dokonano jej sekcji zwłok w jednym z instytutów medycznych KGB. To właśnie z tej sekcji sporządzono film zaoferowany telewizji NHK. (przyp. R.K.L.)