sobota, 18 lutego 2017

Kryptonim WUNDERLAND (2)



Rozdział 2: Koniec Wilczego Stada

* Tajemnica U-511 * "Seewolf" * Wilcze stado atakuje z głębin oceanu * Superdziała na wyspie Wolin * Hitlerowskie dyskoplany z referatu Jurija Stroganowa * Latające talerze nad Świnoujściem *

Rozdział ten zaczniemy pytaniem żywcem przeniesionym z teleturniejów i telewizyjnych quizów: Co nam mówi nazwisko kapitana marynarki (U-Bootwaffe) Fritza Steihofa? Prawdę powiedziawszy, bardzo mało. Był on jednym z dowódców U-Bootów Kriegsmarine III Rzeszy. Dowodził okrętem podwodnym o numerze taktycznym U-511, standartowym U-Bootem typu XVII. Tak było do czerwca 1942 roku.
W połowie czerwca tego roku - dokładnej daty nie podaje żadne źródło - z pokładu zanurzonego na głębokość 25 m. U-511 odpalono salwę pocisków rakietowych. Rakiety te przeleciały z miejsca odpalenia trzy km. i zwaliły się do wody. Tak to właśnie narodziła się rakieta "Urzel", "Ursel", czy "Ursula" - jak ją nazywa Leonid Płatow w książce pt. "Tajemniczy okręt podwodny" (Warszawa 1974).
Czym była tajemnicza "Urzel"? Była to hybryda, tandem dwóch pocisków rakietowych: V-2 będącego boosterem dla głowicy, którą był pocisk V-1. Ta ostatnia zaopatrzona była w ładunek konwencjonalnego materiału wybuchowego, który in spe miał być zastąpiony materiałem jądrowym. Czy to właśnie nad tym pracowali eksperci w Górach Sowich? A może w torpedowni i podziemiach kopleksu Gotenhafen-Hexelground Stettin, gdzie na jeziorze Dąbie znajduje się niemal identyczna budowla torpedowni, jakiej ruiny znajdują się na Zatoce Puckiej...?
Co wiemy o tych morskich poligonach Kriegsmarine na Zatokach Gdańskiej i Pomorskiej? Przede wszystkim to, że znajdowały się one w okolicach kompleksu HVP i poligonu rakietowego SS we Władysławowie, a także poligonów rakietowych w Ustce, Łebie (ostatnio znaleziono tam resztki wyrzutni rakietowych, które dowodzą tego, że to właśnie z Łeby odpalano rakiety w stronę Szwecji i innych krajów skandynawskich w czasie "rakietowego lata ‘46" - jak podały niektóre agencje prasowe i stacje TV w lipcu 1998 r.), na wyspach Rudden i Greifswalder Oie. Rakiety "Urzel" miały pokazać swoją przydatność w czasie najbardziej spektakularnej w zamyśle misji U-Bootwaffe, znanej pod kryptonimem "Seewolf", której celem było ostrzelanie rakietami V Nowego Jorku - miasta szczególnie znienawidzonego przez Grossadmirała Karla von Dönitza. Dzięki doskonałej pracy wywiadu US Navy i technicznemu sztabowi tzw. Tenth Fleet - czyli X Floty (nie chodziło tu bynajmniej o flotę sensu stricto, a o grupę stacji nasłuchowych "huff-duff", wspartą kolektywem dekryptażystów i kryptologów, matematyków i najprymitywniejszych komputerów, którą dowodził szef wywiadu wojskowego USA, admirał Knowles), udało się przechwycić i zatopić 5 z 7 U-Bootów ze stada, które składało się z następujących jednostek: U-518, U-805, U-858, U-880, U-881, U-1235 i U-546. Oficjalnie na pokładach tych U-Bootów nie było żadnych Wunderwaffen, ale... członkowie załóg 44 okrętów, które przechwytywały je na Atlantyku twierdzą, że trafiane pociskami U-Booty eksplodowały z hukiem o wiele silniejszym niż w przypadku "zwykłych" okrętów podwodnych. A to oznacza, że na ich pokładach rakiety "Urzel" z całą pewnością były.
Jak już wspomniano, Amerykanie przechwycili dwa U-Booty z tego wilczego stada, bo załogi ich poddały się Amerykanom. Było już po połowie maja 1945 r. i wojna w Europie się skończyła. Kto wie czy te okręty podwodne nie były przeznaczone do walk na Dalekim Wschodzie i Pacyfiku? Tam walki trwały do 2 września 1945 r., czyli do dnia podpisania przez japońską delegację w Manilii aktu bezwarunkowej kapitulacji, a do tego czasu każdy okręt podwodny był Japończykom potrzebny jak sól ziemi, do budowania obrony przed amerykańską inwazją na wyspy japońskie. Kto wie czy nie są prawdziwe pogłoski, że już po kapitulacji Japonii jacyś japońscy inżynierowie prowadzili dalej swoje prace na którymś z odległych atoli Pacyfiku, gdzie nie dotarło jeszcze argusowe oko protoplasty CIA - JIC. Nie istniał jeszcze zwiad satelitarny, a zwiad lotniczy też pozostawiał wiele do życzenia. Zwiad lotniczy zdał egzamin na europejskim teatrze działań wojennych, dawał sobie nieźle radę na przestrzeniach trzech oceanów, ale co innego poszukiwanie grupy okrętów przeciwnika, a co innego poszukiwanie bazy na jakimś zapadłym atolu wśród bezkresu Pacyfiku. To są dwie różne sprawy! Dostawę ludzi i sprzętu do takiej bazy mogły zapewnić tylko hitlerowskie U-Booty i japońskie Sensuikany.
Istnieje możliwość, że nieudolnie przeprowadzone operacje "Elster" i "Seewolf" były działaniem opóźniającym i odciągającym uwagę Amerykanów od czegoś innego, co rozgrywało się w innej części Wszechoceanu... Ale o tym później.
Kolejnym "polskim śladem" w sprawie hitlerowskich WuWa (jak skrótowo mówili o tym sami Niemcy), jest kompleks działobitni V-3 na wyspie Wolin. V-3 były superdziałami o małym w sumie kalibrze - wszystkiego 152 mm, czyli 6 cali (gdzie tam im do "Large Maxa" [380mm] czy "Dicke Berte" [420mm]), ale za to z rekordowo długą lufą - 127 metrów! Kudy im do "Małego i Wielkiego Babilonu" Saddama, których lufy miały kaliber 500 i 1000mm, ale ich długość wynosiła zaledwie 100 m. Nawiasem mówiąc, Arabowie chyba nawet nie wiedzą, że myśl, która zainspirowała ich do stworzenia obu tych superdział mogących ostrzeliwać terytorium Izraela i razić sztuczne satelity Ziemi latające na LEO (a mamy dowody na to, że amerykańskie satelity wywiadowcze były trafiane takimi pociskami), powstała właśnie tu, nad naszym siwym Bałtykiem w latach ’30. (Ta myśl niekoniecznie musiała się zrodzić w arabskich głowach, lecz mogła przyjść do Iraku via ZSRR - przyp. ed.).
"Hochdrückpumpe" miała mieć zasięg powyżej 200 km. i mało brakowało, by Niemcy nie zalali z francuskiego brzegu Kanału La Manche lawiną pocisków o kalibrze 6 cali i długości 3 m Londynu i okolic. Napisaliśmy celowo "Londynu i okolic", bowiem z powodu gładkości luf i niestabilności długich pocisków w locie do celu, działa V-3 miały rozrzut aż... 20 km na dystansie 180 - 200 km! Niosły one ładunek pół tony TNT, który mógł rozwalić każdy dom. I tutaj mamy nasze ufologiczne polonicum. Mianowicie, w 1947 r. Kazimierz Bzowski wraz z kolegami z wojska znalazł cały skład takich pocisków zatopionych w okolicy Wisełki na wyspie Wolin nieopodal brzegu. Pociski te wydobyto i wywieziono do ZSRR. Kazimierz Bzowski jest obecnie znanym polskim ufologiem.
Rzeczone działobitnie znajdują się na południowym stoku Borowej Góry leżącej pomiędzy Lubinem a Karnocicami. Pociski odpalano w kierunku Bałtyku i poligonu wojskowego w okolicach Gryfina. Podobno pociski odpalane na Bałtyk przelatywały nad Międzyzdrojami (kilka z nich wydobyto tuż po wojnie z przyległego do miasta akwenu), zaś te, które nie wpadły w wodę, leciały w kierunku dalekich red Świnoujścia, czyli ok. 25 km od działa. Te, które leciały w kierunku Gryfina, miały do pokonania 65 km i padały na poligon w okolicach miasta.
Hitlerowskie próby dokonywane w pobliżu Międzyzdrojów zaowocowały potem wybudowaniem potężnego kompleksu wyrzutni V-3 we francuskiej miejscowości Mimoyeques, co stanowiło ogromne zagrożenie dla Wielkiej Brytanii. Stanowiska "Tausendfüßlera" zniszczono dywanowymi nalotami z użyciem 5-tonowych bomb burzących "cook", znanych jako "bomby trzęsienia ziemi" (Quake-Bomb), które rozniosły niestężony jeszcze beton konstrukcji działobitni, dosłownie go rozchlapując. W podobny sposób Alianci unieszkodliwili wyrzutnie V-2 w nieodległym miasteczku Epperleque.
Rosyjski autor Borys Apołłonowicz Szurinow w swej monografii pt. "Paradoks XX wieka" (Moskwa 1991), powołując się na tekst Charlesa Garreau w "L’Historie" nr. 368 z 1977 r., pisze że: "w laboratoriach Szczecina (Dąbia), Peenemünde, Dortmundu i Essen, grupa niemieckich naukowców rozpoczęła pracę nad dyskokształtnym helikopterem F-7. 17 maja 1944 r. F-7 wykonał swój pierwszy lot. Maszyna miała kształt dysku o średnicy 21 m."
Kiedy rozpoczęto te prace? B.A. Szurinow twierdzi, że było to w maju 1943 r, kiedy Alianci zrzucali tysiące ton bomb na Zagłębie Ruhry i Saary, a Hitler wydał rozkaz do rozpoczęcia operacji "Cytadela" na froncie wschodnim. Zapamiętajmy sobie tę datę, bowiem jest ona znacząca - właśnie wtedy rozpoczęto działalność mającą na celu produkcję WuWa już na skalę przemysłową.
Jak się zdaje, B.A. Szurinow łączy ze sobą dwie informacje - a mianowicie informację o tzw. MODELU N-1 (DM-1 wg. red. Wróbla) z informacją o MODELU N-3 (DM-3) V-7, tak jak to wynika z pracy Jurija Stroganowa i dr. Franka Strangesa.
Jurij Stroganow pisze, że hitlerowcy skonstuowali m.in. "latające maszyny w kształcie dysku o nazwie MODEL N-1 ‘Skrzydlate koło’. Model ten był testowany w okolicach Pragi Czeskiej. Jego konstruktorami byli inżynierowie Schriewer i Habermohl. Był to pierwszy samolot pionowego startu i lądowania. Skonstruowano go na bazie koła o dużej średnicy, obracającego się wokół kabiny, z której regulowano pochyleniem łopatek turbiny, obracających się na jego obwodzie. Odpowiednio regulując kąt natarcia łopatek, można było uzyskać siłę nośną i postępowy ruch maszyny. N-1 był napędzany silnikami odrzutowymi. [...] MODEL N-2 był samolotem pionowego startu i lądowania, rozwiniętym wariantem MODELU N-1. [...] MODEL N-2 osiągał prędkość rzędu 1200 km/h. MODEL N-3 ‘Dysk Bellonzo’ miał dwie wersje o średnicach 38 i 68 m. Napędzany był bezpłomiennym i bezdymnym silnikiem, skonstuowanym przez austriackiego inżyniera, dr. Victora Schaubergera. Silnik potrzebował do pracy jedynie wody i powietrza. Głównym efektem jego działania był ukierunkowany wychuch (jak w silniku rakietowym - przyp. RKL), który generował antymagnetyczne pole, dzięki czemu pojazd lewitował w polu magnetycznym Ziemi. Na obwodzie znajdowało się 12 silników odrzutowych, które pełniły dwie role: chroniły główny silnik lewitacyjny i nadawały całej konstrukcji ruch postępowy. 19 lutego 1945 r. ‘Dysk Bellonzo’ wykonał swój pierwszy i ostatni lot doświadczalny. Piloci osiągnęli w czasie 3 min. lotu pułap 15.000 m. przy prędkości 2.200 km/h."
Sądzimy, że choć cała rzecz nie jest całkowicie jasna, to jednak na uwagę zasługuje jeden fakt. Po zakończeniu wojny, wiosną 1947 r., doszło do bliskiego spotkania z UFO na plaży w Świnoujściu (wtedy jeszcze Swinemünde). Nieznany sowiecki żołnierz, o którym wiadomo jedynie, że nazywał się Fiodor Fiodorowicz, otrzymał od świadka opis następującego wydarzenia:

"Pozdrawiam Was Fiodorze Fiodorowiczu!
Zadaliście mi 11 pytań, na które odpowiadam jak potrafię najlepiej. Te talerze widziało mnóstwo ludzi. Było to na wiosnę 1947 r. - kiedy, nie pamiętam dokładnie - w Niemczech, w Swinemünde, na brzegu Morza Bałryckiego w odległości 400 - 500 m. Pomiędzy 10 a 11 przed południem było ciepło i przyjemnie, na morzu sztil. Latało tam wiele talerzy. Ponad nimi znajdował się większy obiekt, przypominający oponę do Gaza-51. Obiekty podnosiły się w górę pionowo, a potem powoli odlatywały horyzontalnie na pełne morze. Były białe jak duraluminium i odbijały światło jak lustro. Większe trzymały się na wysokości 150 - 200 m nad ziemią i zniżały się ku niej. Niektóre były nawet o 2 m. ode mnie! Jednego z nich chciałem nawet przebić bagnetem, ale mi się to nie udało. Dwa talerze poleciały nad baterię plot., zawisły nad nią w powietrzu, kolebiąc się z boku na bok. Potem małe talerze podleciały do większych i wszystkie oddaliły się powoli. Nie udało mi się dopaść żadnego z nich. [...] Myślę, że powinniście się skontaktować z ówczesnym dowódcą, majorem Bielajewem. Mówił nam, że to Amerykanie fotografowali nasze stanowiska ogniowe i okręty podwodne naszego północnego skraju obrony. Inni zaś mówili, że na lotniskowcu ‘Graf Zeppelin’ doszło do eksplozji jakiegoś urządzenia, ściśle tajnego, a wiadomo było, że jest on zatopiony. (‘Graf Zeppelin’ został zatopiony w porcie w Hamburgu przez Aliantów w czasie jedneg z rajdów bombowych w kwietniu 1945 r. - przyp. RKL). Barwa tych obiektów była podobna do tego pokrętła z radia ‘Meridian’, zaś na krawędzi były punkty. Talerze leciały od morza na południe (tzn. nad wyspę Uznam/Usedom i dalej w kierunku Zalewu Szczecińskiego - przyp. RKL), a w tym czasie coś się działo w naszej SON (Stancja Orudijnoj Nawodki - stacja namiarów artyleryjskich - przyp. RKL). Kiedy było już po wszystkim, zaczęli od nas zbierać zeznania i dali nam do podpisania papier o zachowaniu wszystkiego w najgłębszej tajemnicy. Potem odetaszowano mnie do Bałtijskiej (Piławy) i nic nikomu nie mówiłem."

Cóż to może znaczyć? Dlaczego Pozaziemianie interesowali się sowieckimi umocnieniami na wybrzeżu Bałtyku? Jest również całkiem możliwe, że nie byli to żadni Obcy, lecz Rosjanie, którzy trenowali się w prowadzeniu niemieckich dyskoplanów V-7 na własne baterie przeciwlotnicze. A czemużby nie? Przecież dystans pomiędzy Świnoujściem a HVP Peenemünde wynosi zaledwie 35 km w linii prostej. Przecież to nie Amerykanie, Anglicy czy Kanadyjczycy, a właśnie Sowieci okupowali wschodnie landy Niemiec, w tym Uznam/Usedom i HVP! To oni właśnie wywieźli do ZSRR laboratoria wraz z całym 5-tysięcznym personelem średniego i niższego personelu technicznego pracującego tam do ostatniej chwili.