czwartek, 23 lutego 2017

Kryptonim WUNDERLAND (4)



Rozdział 4: Zagadki Trójmiasta

* Wilkommen in Gotenhafen-Hexelground! * Żołnierze Wehrmachtu wychodzą po pięciu latach z podziemi * Niewiarygodne wydarzenie: latający dysk na gdyńskiej plaży 18 lipca 1943 roku *

Na wschód od terenów, o których pisaliśmy w poprzednim rozdziale, rozciąga się tajemnicze Pomorze Gdańskie. Ten rozdział zatytułowaliśmy "Tajemnice Trójmiasta", bowiem najwięcej zagadek wydarzyło się i jest w okolicach miast Gdańsk, Sopot i Gdynia.
Kiedy w kwietniu 1997 r. uczestniliśmy w specjalistycznej konferencji ufologicznej w Gdyni, mieliśmy przyjemność spotkać się z badaczami, którzy zajmują się zagadkami Trójmiasta. Opowiedzieli nam kilka niezwykłych historii. Zdecydowana większość z nich dotyczy terenów na północ od Gdyni, w kierunku Władysławowa, gdzie znajdowały się rakietowe poligony SS, których szefem był SS-Obergruppenführer Otto Mazuw. Ale o nim później. Zacznijmy od pierwszej tajemniczej miejscowości, Gdyni - Babie Doły, czyli od miejsca zwanego w czasie wojny Gotenhafen-Hexelground, w którym tuż po zakończeniu działań na terenie Polski, 3 października 1939 roku zaczęto budowę kompleksu Ośrodka Badań Uzbrojenia Kriegsmarine pod wyżej wymienioną nazwą.
Przede wszystkim badano tam i pracowano nad rozwojem broni podwodnej i torpedowej z różnymi rodzajami napędu. To właśnie o tym ośrodku pisał w swej świetnej powieści "Inkarnacja" Leonard, który kazał jej bohaterom wypłynąć w piracki rejs najnowocześniejszym U-Bootem "Elektra" z Gdyni na Pacyfik. Ten U-Boot typu XXV napędzany turbinami Walthera i naszpikowany dalszymi cudeńkami hitlerowskiej techniki miał za zadanie topić wszystko, co mu się nawinęło pod wyrzutnie torpedowe i lufy dział.
Ten podziemny kompleks jest do dnia dzisiejszego jednym wielkim labiryntem zagadek. Wedle różnych plotek i niepewnych opowieści w 1950 r. wyszły z niego trzy (wg. innego źródła tylko jedna) wynędzniałe postacie ludzkie. Byli to żołnierze Wehrmachtu, którzy przez pięć lat tam się ukrywali. W obecnych czasach, zgodnie z relacjami prasowymi i meldunkami policyjnymi, w lochach i korytarzach kompleksu odbywają się satanistyczne czarne msze, na co wskazuje tematyka grafitti, którymi upstrzone są ściany. Część kompleksu przysiadła po wojnie armia, w części są jakieś magazyny. Co tam  n a p r a w d ę   jest, tego nikt nie wie poza sztabowcami. Istnieje domniemanie, że w czasie wojny Niemcy pracowali tam nad swymi Wunderwaffen, ale jeszcze bardziej jest możliwe, że była tam rafineria boru, berylu, hafnu, indu oraz uranu i toru, bowiem cztery pierwsze pierwiastki można uzyskać z piasków bałtyckich, zaś dwa następne ze złóż w okolicach Ełku, Bielska Podlaskiego, Pasłęka i Krynicy Morskiej. Są to złoża żyłowe lub egzogeniczne zawierające poza uranem także cyrkon, ytr, wanad, molibden, neodym oraz erb. Wszystkie tu wymienione pierwiastki są używane w technice jądrowej.
W czasie spotkania z paniami Benitą Cempel i Zofią E. Piepiórką w dniu 15 marca 1997 r. pojawił się ciekawy aspekt tej problematyki, a mianowicie - kompleks ten do dziś emituje jakieś szkodliwe promieniowanie i być może do dziś jest tam coś ukryte, co może stanowić zagrożenie dla istot żywych. Możliwe, że znajduje się tam jakiś arsenał broni chemicznych, bądź niewykorzystane zasoby rudy uranowej lub torowej. Znamy w wodach Bałtyku wiele miejsc, gdzie po wojnie zatopiono zasoby broni chemicznej i bojowych środków trujących.
Jest także możliwe, że Niemcy pracowali nad wykorzystaniem energii jądrowej w celu uzyskania z niej elektryczności właśnie w Gdyni. A może usiłowano uzyskać złoto drogą reakcji jądrowych? Produkcja złota na skalę przemysłową za pomocą tej metody, to wcale nie taki głupi pomysł, jakby się z pozoru wydawało. Do tego tematu powrócimy jeszcze przy omawianiu niemieckich prac w Górach Sowich. Co się zaś tyczy problemów energetycznych III Rzeszy, to nie powinniśmy zapominać, że pod koniec wojny gnębił ją właśnie głód elektryczności, bowiem Rosjanie przecięli życiodajne rurociągi naftowe z zagłębi Ploesti (Rumunia), a resztę odcięli Alianci zachodni, co znalazło swój wyraz w czasie słynnej "bitwy o wyłom" w Ardenach pod koniec 1944 roku, gdy wspaniałe i praktycznie niezwyciężone w otwartych starciach niemieckie czołgi, stanęły bezradne z powodu braku diesla, którego Amerykanie mieli po dziurki w nosie. Dlatego Niemcom pozostawała energia jądrowa, o której wiedzieli i planowali jej użycie, a jedynym co stało na przeszkodzie był brak czasu. W Babich Dołach mógł istnieć instytut badawczy zajmujący się energetyką jądrową, działający pod przykrywką placówki d/s uzbrojenia Kriegsmarine.
Struktura podziemnej bazy Gotenhafen-Hexelground jest na oko podobna do innego podziemnego kompleksu badań jądrowych usytuowanego w Górach Sowich. Jest to bardzo konkretny argument za wspomnianą hipotezą. Gdyby bowiem szło tylko o badania rakietowe - jak np. w Peenemünde, to Niemcy nie wchodziliby aż tak głęboko w ziemię.
Alternatywne teorie mówią, że ta baza służyła za podwodny port dla okrętow podwodnych - tajną bazę U-Bootów, za system schronów dla pracowników Gestapo, czy wreszcie - dziwcie się ludzie! - podziemną... katedrę. Prawdę znali jedynie oficerowie baz lotniczo-morskich w Oksywiu i Babich Dołach, ale ci - co też jest dziwne - niczego nie mówili. Dlaczego?
Jest jeszcze jedna możliwość. Jak już wspomnieliśmy, niektóre pierwiastki służące w technologiach jądrowych można uzyskiwać z wody i piasku morskiego. Są to cyrkon, hafn. bor, beryl, mangan, molibden, lit i ind. Znajdują się one nie tylko w morskiej wodzie i piasku, ale także w górach Dolnego Śląska i w Tatrach. Problem polega na tym, że do tej pory nikt nie brał poważnie takiej możliwości i szuka się bardzo wydajnych rud tych pierwiastków, choć wiemy dobrze, iż Niemcy byli i są mistrzami w uzyskiwaniu pierwiastków z niskoprocentowych rud, którą to umiejętność opanowali do perfekcji właśnie w czasie obu wojen, a szczególnie w ciągu dwóch ostatnich lat II wojny. Są oni mistrzami erzatzów. Według naszego zdania, tą właśnie możliwością powinni się poważnie zająć nasi specjaliści, zanim uprzedzą nas inne narodowości.
W toku dalszych rozważań na temat tajemniczych broni III Rzeszy należy również wspomnieć o poligonie SS we Władysławowie (Grossendorf), o którym pisał w swych pracach polski specjalista od niemieckich tajnych broni i pisarz w jednej osobie, Michał Wojewódzki. Informacja przez niego podana jest krótka i zagadkowa. Wynika z niej, że dowodził tym poligonem SS-Obergruppenführer Otto Mazuw. To jednak wie każdy...
I cóż w tym dziwnego? Nic poza tym, że o ile Peenemünde było do dyspozycji Wehrmachtu i Luftwaffe, to poligon we Władysławowie podlegał tylko i wyłącznie kompetencji SS. To znaczy, że faceci w czarnych mundurach i z trupią główką na czapkach wypróbowywali tam coś extra - coś, co nie mogło być dostępne dla oczu zwykłych śmiertelników i czego musiały chronić doborowe i elitarne jednostki bezpieczeństwa wewnętrznego. I po trzecie - jak wiemy z innych źródeł - była to ta jednostka SS, która zajmowała się badaniami nad dyskoplanami. A więc ślad w tym przypadku jest wyjątkowo ciepły...
Nowe światło na ten problem rzuciło nieoczekiwane zeznanie byłego więźnia gdyńskiej filii KL Stutthof, ukrywającego się pod pseudonimem S. Theau, który podał swą relację już po wojnie. Pamiętał on, że w pierwszą niedzielę po 14 lipca 1943 roku szedł plażą w kierunku Babich Dołów, gdy naraz ujrzał coś bardzo dziwnego. Pomiędzy trzema wydmami leżał zaryty częściowo w piachu jakiś obły przedmiot o barwie błyszczącego aluminium.
Zaskoczony Francuz, który patrzył na to ze szczytu wydmy, nie był w stanie rozpoznać kształtu tego obiektu, a potem dotarło do niego, że to był dysk. Jego jeden bok był wbity w wydmę i jakaś ludzka postać przykucnięta przy nim odgarniała rękami piasek, który widocznie uniemożliwiał lot tego dziwnego obiektu. Świadek był przeświadczony, że widzi niemiecki samolot, który musiał awaryjnie lądować w czasie lotu doświadczalnego. Po chwili osoba odkopująca pojazd odwróciła się i ku swemu zdumieniu Theau stwierdził, że była to kobieta. Była ubrana w dziwny, ściśle przylegający do ciała strój, jaki wtedy nie był w modzie.
I tutaj mała dygresja. Otóż zarówno świadek, jak i Jean Sider, który podał nam tę relację, zwrócili uwagę na dziwność stroju pilotki. Teraz już wiemy, że pilot samolotu naddźwiękowego musi być ubrany w ściśle przylegający do ciała kombinezon, bowiem przy przyspieszeniu wynoszącym 5 i więcej g każde załamanie, fałda lub szew odzieży wbiłby się w ciało pilota. Mamy zatem dowód, że dyskoplan ten latał z prędkością wyższą od 1 Ma i z przyspieszeniami powyżej 5 g. Świadek porównał strój kobiety do kombinezonu nurka, który widział na filmie Jacquesa Y. Cousteau.
Kobieta była postawną blondynką i jej jasne włosy spływały aż na ramiona, Jej wzrost wynosił ok. 175 cm, jej cera była jasna, ale oczy trochę skośne. Kiwnęła na niego, a Francuz podszedł bliżej. Wtedy zauważył, że jest przepasana paskiem z klamrą i obuta w buty z cholewkami do połowy łydek. Jej dłonie miały długie palce z krótkimi paznokciami. Odezwała się doń w jakimś nieznanym mu języku, a z gestykulacji wynikało, że żąda od niego pomocy przy odkopywaniu części obiektu zasypanej piaskiem.
Zatrzymajmy się na chwilę przy tym szczególe. Kobieta przemówiła do niego w nieznanym języku. Czy to nie była może ruszczyzna? Nie możemy nie wziąć pod uwagę tej możliwości, bowiem rysopis tej kobiety zjawiskowo przypomina te postawne, ruskie krasawice z filmów Eisensteina. Długie, jasne włosy, szerokie ramiona, wzrost - wszystko to wskazuje na dziewczynę ze wschodu Europy. Także jasna cera i lekko skośne oczy - tak charakterystyczne dla Rosjan!*
Tak więc, świadek zabrał się do roboty i w kilka minut pojazd był odkopany. W czasie pracy Theau dokładnie przyjrzał się mu, stwierdzając, że nie był on nitowany lub spawany, a jego powierzchnia była gładka. Nie miał żadnych oznaczeń, które mogłyby wskazywać na jego pochodzenie. Talerz miał 6 m średnicy i 2 m wysokości. Kształt przypominał dwie połączone krawędziami miednice. W górnej części znajdowało się 4 lub 6 okienek. Nie było widać żadnego luku lub włazu. Na spojeniu obu "miednic" znajdowały się dwa ciemniejsze pierścienie oddzielone od siebie czarną linią.
Po odkopaniu zasypanej części, pilotka gestem nakazała Francuzowi oddalenie się, zaś sama weszła do pojazdu. Położyła obie dłonie na powierzchni, w której ukazał się otwór, przez który weszła do wewnątrz. Potem otwór zamknął się i znikł. Następnie rozległ się wibrujący dźwięk, a ciemna linia pomiędzy pierścieniami zabłysła. Oba pierścienie zaczęły wirować przeciwbieżnie, a pojazd powoli uniósł się pionowo w górę i odleciał poziomo w kierunku północnym z takim przyspieszeniem, że świadek stwierdził, iż pojazd był szybszy od najszybszego ówczesnego myśliwca.
Theau był przekonany, że spotkał się z najsłynniejszą niemiecką pilotką-oblatywaczką, kpt. pilot Hanną Reitsch**, której zdjęcia zdobiły okładki wszystkich magazynów. Pod koniec lat ’50 doszedł on natomiast do wniosku, że to było jednak bliskie spotkanie trzeciego rodzaju. Najprawdopodobniej dlatego, że owa pilotka była podobna do odwiedzającej George’a Adamskiego pięknej Plejadanki, Semjase...
Skomentujmy to krótko. Gdyby nieznana kobieta była rzeczywiście kpt. Reitsch, to oznaczałoby to, że Niemcy pracowali nad modelem dyskoplanu i latali na nim już połowie roku 1943. A jeśli to nie była ona, to pozostaje nam jeszcze wersja "komsomołki" wykonującej szpiegowską misję dla GRU czy NKWD do ekstratajnych terenów prób broni V. Podejrzenie, że to mógł być szpiegowski aparat jest więcej niż prawdopodobne, bowiem nie miał on żadnych oznakowań, które sugerowałyby jego przynależność państwową.
Oczywiście nie zapominajmy również, że mogłoby to być "zwyczajne" bliskie spotkanie ze "zwyczajnym" UFO, co oznaczałoby, że faszystów obserwowała na ich poligonach jakaś agentura Obcych! A czemu nie? Jest to godne uwagi, zwłaszcza kiedy pomyślimy, jak głęboko mogła przeniknąć ICH agentura wywiadowcza do hitlerowskiem machiny terroru. Mamy również prawo zakładać, że ONI przeniknęli także do służb specjalnych innych państw - protagonistów tej i następnej, zimnej wojny - Wielkiej Brytanii, ZSRR i USA.
Jak się wydaje, długo przyjdzie nam poczekać na odpowiedź. Do tych zagadnień jeszcze powrócimy w końcowym rozdziale tej książki. ONI mogli być jakimiś "agentami wpływu", nie mieszającymi się w wojenne wydarzenia, za to pełniącymi funkcje obserwatorów, którzy interweniowali w bieg historii w białych rękawiczkach, delikatnie, dyskretnie, ale nadzwyczaj skutecznie... 

----------------------------
* Dotyczy to bardziej obywateli ZSRR z środkowo i wschodnio-azjatyckich republik.
** Żeby było ciekawiej, to zgodnie z książką Hanny Reitsch pt. "Fliegen - Mein Leben", urodziła się ona i wychowała w Jeleniej Górze. Fakt, że nieopodal leży lotnisko szybowcowe usytuowane w okolicach Jeżowa Sudeckiego i Czernicy, gdzie Niemcy w 1937 roku przechwycili UFO, niewątpliwie miał wpływ na jej zainteresowania.