wtorek, 28 lutego 2017

Kryptonim WUNDERLAND (7)



Rozdział 7: Hexenplatz, polskie Roswell 2 i niemieckie UFO w Karkonoszach

* Channeling z cywilizacją Aldebarana? * Rakietowi i jądrowi specjaliści spotykają się w Czernicy * Tajna wizyta dr. von Brauna * Co Niemcy znaleźli na Dolnym Śląsku? * Zagadki Karkonoszy *


Wciąż nie dawało nam spokoju pytanie, skąd i od kogo faszyści uzyskali technologię, która umożliwiła im konstrukcję takich aparatów latających? Gerd Burde w swym filmie ma na to odpowiedź. Twierdzi on mianowicie, że hitlerowskie media nawiązały parapsychiczny kontakt z pozaziemską cywilizacją Aldebarańczyków i od nich właśnie Niemcy otrzymali informacje dotyczące konstrukcji latających dysków.
Trzeba przyznać, że to hipoteza kusząca, ale przecież... Jakoś nam się nie chce wierzyć, żeby jakakolwiek istota zasługująca na miano rozumnej chciała przyczynić się do krwawej łaźni jaką uczyniono Europie i reszcie świata. Nie wydaje nam się zatem, by tą drogą hitlerowcy uzyskali dostęp do jakiejś obcej technologii. Mimo to, pozostaje faktem, że taką technologią dysponowali. Jak do tego doszło? Jak się wydaje, znane jest miejsce, gdzie to się odbyło.
Mieszkaniec Czernicy koło Jeleniej Góry, pan M.M., w czasie majowych posiedzeń w Zakopanem u znanego mistyka, piramidologa i literata Jerzego Łataka, opowiedział nam w 1993 roku o pewnym miejscu w Górach Kaczawskich, zwanym "za Niemca" Hexenplatz, czyli "plac czarownic". Nazwa ta dziwnie kojarzy się z Hexelground koło Gdyni. Ciekawostką tamtego miejsca jest fakt pojawiania się NOLi od XV wieku.
Nas natomiast zainteresowało, że Hexenplatz należał do majątku rodziców Ewy Braun - kochanki, a potem żony Adolfa Hitlera. Były tam także domy wczasowe należące do RSHA. Powyższe informacje nie są jeszcze dostatecznie zweryfikowane - zajmuje się tym znany legnicki ufolog, Jarosław Krzyżanowski i jego ekipa z "Kontaktu".
Jerzy Gracz w swym artykule twierdzi, że w lecie 1937 roku na ów majątek spadła z nieba, zataczając się i kolebiąc w powietrzu, dziwna świetlista kula. Spadła ona i rozbiła się, przy czym okazało się, że nie była to kula, lecz dysk. Potem, w 1938 roku, do Jeleniej Góry przybyli najwybitniejsi niemieccy fizycy jądrowi: Heisenberg, von Laue i Hahn. Niestety, nie udało nam się sprawdzić tej informacji, zaś od mjr. mgr. Stanisława Siorka również nie uzyskaliśmy potwierdzenia, choć nie wykluczył on możliwości takiego wydarzenia. Według niego, Niemcy byli mistrzami kamuflażu i utrzymywania tajemnic; z drugiej strony zaś, takie wydarzenie jak spotkanie kilku fizyków w kurorcie nie powinno było budzić niczyjego zdziwienia i mogło przejść niezauważone.
Kilkakrotnie cytowany Tadeusz Łukawski opowiadał swego czasu, że do "Der Riese" przybyli razu pewnego wysocy oficerowie Wehrmachtu i SS. Wśród nich był również sam SS-Gruppenführer dr. Wehrner von Braun. To było coś, do czego von Braun nie przyznał się nigdy swym mocodawcom z USA. Okazuje się jednak, że był on w "Der Riese" i to z całą świtą. Skąd Tadeusz Łukawski o tym wiedział? Otóż jednemu z oficerów wypadły z teczki papiery i rozwiał je przeciąg. Tadeusz Łukawski podniósł potem jeden z nich - był on napisany gotykiem, a na górze znajdowała się pieczęć z nazwą Peenemünde.
A oto następna zagadka. Hexenplatz jest miejscem, gdzie bardzo często obserwuje się NOLe. Obiekty te obserwowało się najczęściej w okolicach baz wojskowych i składowisk broni rakietowo-jądrowej Północnej Grupy Wojsk Radzieckich rozlokowanych w Polce po II wojnie światowej. Wiemy, że tego rodzaju instalacje znajdują się w centrum uwagi kogoś, kto te NOLe przysyła. Co dziwne, po odejściu wojsk rosyjskich we wrześniu 1993 roku, NOLe wciąż pojawiają się nad tym terenem. Nie jest wykluczone, że częste loty Obcych mają związek z katastrofalnymi powodziami w latach 1997 i 1998 i zniszczeniem gleby na tym obszarze, ale nie wydaje nam się, żeby to była jedyna przyczyna ich zainteresowania.
A zatem, jest zupełnie możliwe, iż w rejonie Czernicy spadło w latach ’30 coś, co później rozpracowywano w "Der Riese". To znalezione "coś" nie mogło być przewiezione przez terytorium Rzeszy, aby nie narazić obywateli niemieckich na niebezpieczeństwo. Trzeba było zatem zbudować laboratoria badawcze i całe zaplecze niedaleko miejsca katastrofy.
Poza tym, w owym czasie Dolny Śląsk był niemal totalnie zgermanizowany, co gwarantowało całkowite bezpieczeństwo i tajność tych inwestycji. Rosjanie i Amerykanie nie byli w stanie posłać tam jakiejkolwiek grupy dywersyjnej, bo zostałaby ona natychmiast zdemaskowana, otoczona i zlikwidowana. Tak właśnie po wojnie polskie UB, WOP i KBW rozprawiło się z post-hitlerowskim Wehrwolfem. Także zmasowany nalot nie mógłby mieć miejsca, bo bombowce musiałyby przelecieć co najmniej 2 tys. km, po drodze przebijając się przez liczne systemy niemieckiej obrony przeciwlotniczej. A była to bardzo dobra obrona jeszcze w 1944 roku. Jednym słowem, powtórzenie nalotu 600 bombowców na Peenemünde nie wchodziło w rachubę w przypadku Gór Sowich czy Kaczawskich. Wydaje się zatem, że na Dolnym Śląsku działo się coś, co nie mogło ujrzeć światła dziennego przed jakimś bliżej nieokreślonym "dniem D".
W latach 1991 i 1993 szukając śladów NOLi w Kotlinie Jeleniogórskiej i Karkonoszach, spotkaliśmy się z dwojgiem mieszkańców Karpacza: panią mgr. Ewą Katarzyną T. i mgr. Witoldem Sz., którzy zgłosili nam swoje obserwacje UFO w rejonie Karpacza i Doliny Sowiej. Podczas rozmowy dowiedzieliśmy się o krążących po Karkonoszach plotkach i pogłoskach na temat tajnego niemieckiego lotniska dla helikopterów położonego gdzieś na Przełęczy Karkonoskiej. Te niemieckie pionowzloty miały być hangarowane w ogromnych halach wykutych w skałach. Brzmi to prawdopodobnie, ale z drugiej strony trudno przypuścić, że te hale mogą się znajdować we wnętrzu Małego Szyszaka, Tępego Szczytu czy Smogorni. Jednocześnie wydaje się, że dla startów i lądowań V-7, siodło Karkonoskiej Przełęczy jest miejscem wprost idealnym. Dyskoplan był próbowany nad morzem, musiał przechodzić również próby w górach. Karkonosze pasują do tego celu, bo nie są wysokie, a na dodatek mają dobrze rozwiniętą sieć dróg. Poza tym, w Karkonoszach znajduje się jeszcze coś, co z pewnego punktu widzenia jest szalenie ważne - tam w latach ’40 znajdowała się... stacja polarna. O tym, co mają wspólnego V-7 z polarnikami, opowiemy w następnych rozdziałach.
Karkonosze skrywają wiele tajemnic - m.in. tajemnicę "złotego pociągu" (podobno na jego ślad natrafiono w rejonie Piechowic), tajemnicę "skarbu Wrocławia" (poszukiwanego od 1945 roku) i innych pomniejszych skarbów, które niemieccy żołnierze uciekający na zachód skrywali przed hordami Rosjan. Jesteśmy przekonani, że ów "skarb Wrocławia" był niczym innym, jak dokumentacją inż. Miethego z zakładów na Psim Polu - i kto wie czy nie ma w nim także... artefaktów pozaziemskiego pochodzenia?
Skąd te przypuszczenia? A stąd, że gdyby ktoś chciał coś ukryć, to Karkonosze ze swym podziemnym światem sztolni i szybów stwarzają idealne warunki do chowania czegokolwiek - od skrzynki z kosztownościami do "złotego pociągu" lub Bursztynowej Komnaty. Karkonosze są podziurawione jak szwajcarski ser. Trzeba tylko skarb włożyć do szybu lub sztolni i odpalić przy wejściu mały ładunek wybuchowy. Potem ktoś mógłby tego szukać do śmierci.
W Karkonoszach istnieją dwa miejsca, gdzie mógłby być ukryty "skarb Wrocławia": Biały Jar na obszarze masywu Śnieżki i stoki Sobiesza lub Ostrosza między Sobieszowem a Piechowicami. Słynny poszukiwacz skarbów i odkrywca Ryszard Wójcik właśnie tam umiejscawia tunel, w którym Niemcy ukryli "złoty pociąg", zawalając jego wejście wybuchem. Pomiar teleradiestetyczny potwierdza hipotezę, że znajduje się on w obrzeżu Doliny Cichej, opodal ruin starej huty.
Legendy karkonoskie wskazują miejsce schowania "skarbu wrocławskiego" także w paśmie Pogórza Łomnickiego, na szczytach Witoszy lub Grodnej. A. Sulmanowska, S. Stolarczyk oraz wspomniana J. Lamparska zasadniczo nie wykluczają tej lokalizacji, ale na podstawie relacji ludzi, którzy byli tu krótko przed i po agonii III Rzeszy, nie są w stanie powiedzieć niczego konkretnego. Wszyscy zeznający "coś widzieli", ale co? Warto byłoby dokonać sondażu przy pomocy mikroładunków wybuchowych w poszukiwaniu podziemnych pustek. Mikrosejsmika może wykazać dokładne położenie podziemnych przestrzeni i wszelkich innych zmian ciągłości gleby czy skały.
Zaproponowaliśmy mjr. SB  mgr. Stanisławowi Siorkowi z Wrocławia dokonanie dokładnej analizy zdjęć lotniczych i kosmicznych Kotliny Jeleniogórskiej i innych ciekawych i "skarbonośnych" miejsc Dolnego Śląska wykonanych przez amerykańskie LANDSATy i francuskie SPOTy. Można na tych zdjęciach wykryć anomalia o rozmiarach 80x80 m (LANDSAT) lub nawet 30x30 (SPOT). Zdjęcia te udostępnia w internecie firma Microsoft. Mjr. Siorek przypuszczał, że CIA już to wcześniej zrobiła, stąd jej zainteresowanie zamkiem Książ, który nb. w 1997 roku chciał kupić popowy piosenkarz Michael Jackson. Jak dotąd do tej transakcji nie doszło.
Interesującą jest także informacja, że Książ łączy z Górami Sowimi podziemny tunel. Czy taki tunel mógł również łączyć Książ z Karkonoszami? Nie zapominajmy o tym, że Niemcy byli doskonałymi konstruktorami i ich budowle do dziś spełniają swoją rolę przeciwstawiając się niszczącemu działaniu czasu. Dlatego jesteśmy niemal pewni, że prędzej czy później skarby Sudetów wyjdą na światło dzienne.
Nic dziwnego, że po wojnie obszar Karkonoszy był penetrowany przez zachodnie wywiady od CIA i BND aż po SDECE i MI-6. Czego ci smutni panowie szukali? Uranu? Skarbów? Dzieł sztuki?
Oczywiście, nie. Podejrzewamy, że poszukiwali "serca" dyskoplanu V-7, jego jądrowego (lub nawet termojądrowego) silnika. Amerykanie mieli uranu i toru dosyć u siebie. Rosjanie eksploatowali uran przede wszystkim w tzw. krajach demokracji ludowej i doprowadzili do tego, że już w latach ’50 eksploatacja polskich pokładów tego pierwiastka stała się nieopłacalna.
Nuklearny napęd V-7. Bingo! Własnie o to chodziło. Aby latający dysk mógł rozwinąć prędkość 2000 km/h i więcej, aby w kilka sekund osiągnąć pułap 12 km i unieść payload rzędu 5 ton, trzeba mieć silnik całkiem nowej generacji. Silnik ten wynalazł dr. V. Schauberger i jego planów nie oddał nikomu - nawet za cenę 3 mln. ówczesnych dolarów.
To właśnie dlatego zachodnie wywiady czesały te góry. Nie interesowało ich złoto, uran czy dyslokacja wojsk sowieckich. Chodziło o genialne wynalazki uczonych III Rzeszy, które Rosjanie wywieźli na Syberię, podobnie jak wrocławskie laboratorium i zakłady inż. Miethego oraz fabryki produkujące dla potrzeb Luftwaffe w innych miastach, w których stanęła grabieżcza stopa czerwonoarmisty. Stalinowi już wtedy marzyła się III wojna światowa, a marzenie to było aktualne w ZSRR aż do roku 1989 - do upadku sowieckiego kolosa i rozpadu Układu Warszawskiego.