niedziela, 26 lutego 2017

Kryptonim WUNDERLAND (6)



Rozdział 6: "Der Riese" czyli "Olbrzym"


* "Kto nie wie - ten mówi, kto wie - ten milczy" * Góry Sowie - hitlerowskie Alamogordo? * Rakiety, uran i włoscy inżynierowie w "Der Riese" * Laboratorium pod zamkiem Książ * Dyskoplan startuje z Wrocławia *


O "Der Riese" bezsprzecznie napisano w Polsce naprawdę dużo. Warto tu przypomnieć prawo Burdego: "Kto wie - ten milczy, kto mówi - ten nie wie".* Zagadka "Obrzyma" utrzymuje się od przeszło 50 lat i w tym czasie urosła do rzeczywiście olbrzymich rozmiarów, a my wciąż skazani jesteśmy na domysły, podobnie jak w przypadku innych zagadek, o których mówi niniejsza książka. Dzielimy się tu pewnymi uwagami, które mogą rzucić nieco światła na to, co działo się w tych górach przed pół wiekiem.
Kluczowa kwestia postawiona w tym rozdziale jest prosta: co naprawdę było w Górach Sowich? Bowiem nie wierzymy w pogłoski, jakoby tajemniczy system sztolni i korytarzy pod tymi górami miał rzeczywiście służyć jako kolejne wilcze gniazdo Hitlera (NB obliczyliśmy kiedyś, że - gdyby wierzyć w legendy - tych kwater führer musiałby mieć co najmniej 15 na samym terytorium Polski, co jest oczywistym nonsensem, zważywszy jakie były koszty takich inwestycji, zbyt duże dla znajdującej się w stanie wojny z całym światem Rzeszy). Warto tu również wspomnieć, że kwatera głównodowodzącego w tym miejscu byłaby co najmniej niefunkcjonalna, także dla sieci władzy NSDAP. Wprawdzie obecność supernowoczesnej, jak na tamte czasy, centrali łączności teleksowej z przyłączonymi 30 liniami i bardzo silną radiostacją mogłaby sugerować takie właśnie przeznaczenie, ale gdy weźmiemy pod uwagę zeznania naocznych świadków, którzy bezpośrednio brali udział w budowie oraz w inny sposób zetknęli się z tą sprawą, okazuje się, że nie można tu mówić o żadnym "centrum dowodzenia", lecz o podziemnej fabryce. To powtarza się we wszystkich wypowiedziach. Bajeczka o bunkrze Hitlera była kolejną legendą prostego ludu, cóż bowiem - w jego mniemaniu - mogło być bardziej chronione tajemnicą od samego Wodza.
Poza niezwykle ważną i żywotną dla hitlerowskich interesów fabryką "cudownych broni", w Górach Sowich mogło być zlokalizowane centrum niemieckiego wywiadu, coś w lodzaju stalinowskiej Chodynki i "Akwarium", gdzie miały się spotykać i dokąd miały spływać wywiadowcze informacje ze wszystkich ziem zajętych przez Rzeszę, a także informacje o postępach prac nad bronią jądrową poza jej granicami. W tym kontekście ta cała maszyna informacjozbiorcza staje się zupełnie jasna i zrozumiała.
Jak wykazał w swych książkach Wiktor Suworow alias mjr. GRU Władimir Bohdanowicz Rezun, oba totalitarne reżimy, brunatny i czerwony, wytworzyły niemal identyczne polityczno-wojskowe instytucje służące do utrzymywania brunatnego bądź czerwonego terroru. Resorty wywiadu i kontrwywiadu były niemal identyczne w swych strukturach. Dlatego śmiało możemy twierdzić, że "Der Riese" jest zwierciadlanym odbiciem tego, co znajduje się w Agudzerze i Gorkich - chodzi tu naturalnie o idee, a nie faktyczny stan. Poza tym "Olbrzym" powstał w czasie wojny, zaś Agudzera krótko po niej, gdy Rosjanie wzięli do niewoli wystarczającą liczbę hitlerowskich dowódców i specjalistów. Ten bowiem, któremu nie udało się samemu zemknąć na Zachód lub nie został "ocalony" rękami amerykańskich służb specjalnych, trafiał w sidła NKWD/NKGB i lądował na Syberii lub w Azji Środkowej.
Kompleks "Der Riese" był z całą pewnością podziemną fabryką, bowiem świadkowie opowiadali, że montowano tam maszyny. Jakie? Tego nikt nie wie, ponieważ były one dobrze strzeżone przez SS-manów. Jeden ze świadków, pan Tadeusz Łukawski z Jordanowa opowiadał, że jego towarzysz obozowej niedoli widział na stacji w Głuszycy, na kolejowej lorze coś w kształcie cygara przykrytego plandekami, którego długość wynosiła ok. 12 m. Mogła to być rakieta V-2. Pytanie brzmi: co hitlerowcy chcieli produkować w kompleksie "Der Riese"? Możliwe, że rakieta miała służyć do bliżej nieznanego eksperymentu z głowicami bojowymi, niekoniecznie konwencjonalnymi, lecz atomowymi? Jest to możliwe choćby dlatego, że świadkowie widzieli jakieś małe wagoniki z nieznaną im rudą - być może uranową - które przybywały od strony Karkonoszy. Rudy uranu i toru znajdują się w okolicach Kowar, Janowic, Jeleniej Góry i w samych Górach Sowich. Informacje te potwierdzają również byli funkcjonariusze UB, którzy wykryli w lochach Gór Sowich silne źródła pomieniowania jonizującego, niezależnie od żył i gniazd rud, które znajdują się w tych najstarszych górach Polski, liczących sobie 2 mld lat.
W fascynującej pracy Joanny Lamparskiej pt. "Tajemnice ukrytych skarbów" znajduje się opis "Olbrzyma" i jego peryferii. Książka wymienia siedem kompleksów w porządku od północy ku południowi:
* Jugowice Górne k/Walimia - Jawornik;
* Włodarz;
* Rzeczka k/Rzeczki;
* Soboń k/Zimnej;
* Osówka w Osówce;
* Sokolec k/Sokolca oraz należące także do "Der Riese",
* podziemne przestrzenie pod zamkiem Książ.
Joanna Lamparska pisze, że świadkowie, z którymi rozmawiała na ten temat twierdzili, iż w "Der Riese" badano możliwości technologii jądrowych. Wydaje się, że szło tam o nową broń i choć nikt o tym wtedy głośno nie mówił, to jednak byli tacy, którzy zdawali sobie z tego sprawę.
Wspomniany wcześniej Tadeusz Łukawski twierdził, że Niemcy potrzebowali do procesów technologicznych duże ilości wody, której tam było pod dostatkiem. Więźniom i robotnikom cudzoziemskim przykazano zabezpieczać źródła, bowiem - jak mówili niemieccy nadzorcy i inżynierowie - "woda będzie bardzo potrzebna, gdy skończymy budowę i zaczniemy produkcję". Produkcję czego? - pytamy.
Jednym ze złożonych procesów technologicznych, który wymaga ogromnych ilości wody, jest flotacja rud metali, w tym także uranu i toru. Woda zawiera również izotop wodoru deuter, którego używa się w reaktorach jądrowych jako źródła neutronów lub jako paliwa w reakcjach termojądrowych. Po likwidacji fabryki - a właściwie destylarni - ciężkiej wody w Riukan w Norwegii, czego dokonali norwescy partyzanci w 1943 r. niszcząc elektrolizernię i zatapiając 200 kg tlenku deuteru w wodach jeziora Tinnsjo, budowę kompleksu "Der Riese" nieprzypadkowo rozpoczęto w tym samym roku.
Tlenek deuteru otrzymuje się w wyniku złożonego procesu destylowania wody "zwyczajnej". Przy pomocy wielokrotnej elektrolizy wody odłącza się najpierw "lekki" wodór** 11H. Cięższe izotopy wodoru, deuter - 21H i tryt 31H pozostają. Spala się je w tlenie i otrzymaną w ten sposób mieszaninę wodoru, deuteru i trytu w wodzie ponownie poddaje elektrolizie dopóty, dopóki nie zostanie oddzielony "lekki" wodór. Ciężka i superciężka woda jest używana w reaktorach jako moderator, źródło neutronów i wymiennik ciepła. Takie instalacje z całą pewnością zmieściłyby się w "Der Riese".
A co z uranem? Uzyskanie wybuchowego uranu z rudy uranowej jest problemem nie lada. Wybuchowe izotopy uranu 23392U i 23592U stanowią nikły procent smółki uranowej, czyli mieszaniny tlenków uranu: UO2 z UO3 i U3O8 oraz UO4 x 2H2O. Należy ją zatem wzbogacić, tzn. zwiększyć ilość atomów uranu 233 i 235 poprzez dyfuzję, tj. oddzielenie U-233 i U-235 od U-238 traktując uran najpierw fluorem i uzyskując sześciofluorek uranu, który jest gazem, a następnie oddzielenie 233UF6 i 235UF6 od "niewybuchowego" 238UF6 w wielokondygnacyjnych dyfuzorach. Coś takiego nie zmieściłoby się w "Der Riese". Istnieje jednak inna metoda, oficjalnie odkryta w 1967 roku, która polega na odwirowaniu mieszaniny U-233 i U-235 od zwykłego U-238. Istnieje możliwość, że Niemcy znali tę drugą metodę i stosowali ją w "Der Riese". Sądzimy także, że hitlerowscy uczeni dali sobie radę z problemem, co robić z pozostałym uranem 238. Dziś po prostu przerabiamy go na pluton-239 w reaktorach powielających, zgodnie ze wzorem:
23892U + 10n => alfa => 23992U* => e- => 23993Np* => e- => 23994Pu
natomiast uran 233 można otrzymywać z toru 232:
23290Th + 10n => alfa => 23390Th* => e-=> 23391Pa* => e- => 23392U
czyli... transmutacja pierwiastków, która po niemiecku nazywa się "das schwarze Kunst" ("czarna magia" - przyp. wydaw.). Marzenie alchemików - produkcja energii i materii.**
Jak widać zatem, wszystko polega na odpowiednio czystej, wyflotowanej i przetopionej rudzie uranu i toru oraz źródłach neutronów. Takim źródłem nie musi być wcale ciężka woda. Może nim być także "czerwona rtęć" - słynny i poszukiwany przez służby specjalne całej Europy i Ameryki "red mercury" RM 20/20 o niesamowitym, ale możliwym wzorze chemicznym Hg2Sb2O7 lub Hg2Sb2O6. Podobno jest to niezwykle wydajne źródło neutronów, dzięki któremu można zbudować bombę atomową w walizeczce... Marzenie każdego terrorysty! Wieść niesie, że takich bomb wyprodukowano ponad 200 w ZSRR. Kilka z nich podobno... zginęło.
Tak więc - jak już wspomniano - Niemcy mogli szukać w Górach Sowich możliwości produkcji cieżkiej i superciężkiej wody - tlenków deuteru i trytu, bowiem tamtejsze wody głębinowe, poza występowaniem niewielkich ilości radu i radonu, są bogate w deuter. Ponadto w Sudetach występują złoża rud uranowych i torowych.
Hipoteza, że "Der Riese" pełnił rolę faszystowskiego Almanogordo, wydaje się bardzo możliwa. Pozostaje pytanie, co się stało z maszynami tych kompleksów? Zapewne zostały one rozmontowane i wywiezione do Rzeszy, a reszta, której nie udało się lub nie zdążono rozmontować, wpadła w ręce Armii Czerwonej, która szybciutko wywiozła ją do ZSRR. Tadeusz Łukawski opowiedział nam, że zaraz po wkroczeniu wojsk sowieckich, został przesłuchany przez jakiegoś oficera Armii Czerwonej - niewykluczone, że był to funkcjonariusz GRU lub NKWD, a może nawet SMIERSZ-u. Wypytywał go dokładnie o jego pobyt w "Der Reise", szczególnie interesując się właśnie tymi maszynami, które być może właśnie wyjeżdżały do Agudzery w Gruzji, by z kolei służyć czerwonemu reżimowi.
Wszystko świadczy za tym, że Sowieci mieli swoją wersję alianckiej misji ALSOS i PAPERCLIP w latach ’40, bowiem szczegółowo przepytywali wszystkich, którzy mieli jakiś związek z hitlerowskimi budowlami podziemnymi: robotników przymusowych, więźniów obozów koncentracyjnych i jeńców wojennych, a chodziło im o wykonywany przez nich rodzaj pracy. To oni m.in. stanowili źródło informacji, które pozwoliły na to, że po 1949 roku ZSRR stał się potęgą jądrową, a do końca lat ’50 rakietową.
Tadeusz Łukawski wspomniał o jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie, że zakłady w "Der Riese" były budowane według planów niemieckich i włoskich inżynierów. Jest to ważna informacja, bo pasuje do wiadomości o włoskim inżynierze, specjaliście od turbin gazowych i założycielu zakładów Ansaldo w Mediolanie, Giuseppe Beluzzo vel Alfonso Bellonzo. Włoski badacz Alfredo Lissoni z Mediolanu tak o tym pisał:
"[...] V-7 był tajnym UFO hitlerowców, a zostało ono zbudowane przez trzech Niemców i jednego Włocha. Byli to inżynierowie: Miethe, Habermohl, Schriwer i Alfonso Bellonzo. W książce Franka E. Stragesa, znanego amerykańskiego badacza V-7 w USA, znalazłem błąd. Tym Włochem, który był profesorem faszystowskiej Politechniki Mediolańskiej i w latach 1943-45 zniknął z Mediolanu, był Belluzzo. Ten sam Belluzzo, który powołał do życia koncern Agip Italia i zakłady Ansaldo w Mediolanie. Po 1943 roku Giuseppe Belluzzo (już jako Alfonso Bellonzo) zniknął. Być może w Niemczech lub w Polsce? Zgodnie z tym, co pisał Strangers, Belluzzo pracował z Miethem, Schriewerem i Habermohlem nad projektem V-7 i to jako ekspert w dziedzinie spalinowych i parowych turbin. [...]"
Nie wiemy czy w "Der Riese" de facto pracował on pod nazwiskiem Giuseppe Belluzzo, czy Alfonso Bellonzo, a może używał tam jeszcze innego nazwiska, np. Corrado Riso, zgodnie ze starym jak świat trickiem wszystkich tajnych służb, które na codzień posługują się fałszywą tożsamością?
Włosi często pracowali na wielkich budowach Rzeszy, zarówno w charakterze konstruktorów i nadzorców, jak i wykonawców (ci ostatni rekrutowali się na ogół z niewolników, jeńców wojennych od marszałka Badoglia w 1944 roku). Tadeusz Łukawski spotykał się z nimi i dzięki temu nauczył się trochę włoskiego. Z Włochami spotykał się również nasz drugi świadek, którego poznaliśmy przy innej okazji, ale o tym napiszemy kiedy indziej.
A teraz słów kilka o zamku Książ. Zamek ten jest celem wycieczek wielu turystów zwiedzających Dolny Śląsk. Joanna Lamparska twierdzi, że w wielopiętrowych podziemiach ukryte jest laboratorium broni "V", ba - miały się tam odbywać eksperymenty z użyciem techniki rakietowej do... lotów w Kosmos! Dokładnie tak, jak to proroczo napisał Philipp K. Dick w swej książce "Człowiek z Wysokiego Zamku". Wiadomo, że był on pisarzem-fantastą, ale skąd czerpał swe pomysły? Czy miał jakieś powody ku temu, by wyprawić hitlerowców na Księżyc i Marsa? Być może wiedział coś o tym, co naprawdę działo się w zamku Książ?...
Joanna Lamparska twierdzi z kolei, że w tych podziemnych laboratoriach pracowano nad broniami biologicznymi. Niemieckie eksperymenty z bronią "B" są więcej niż prawdopodobne, ponieważ sojusznicy Niemiec - Japończycy, pracowali nad nią w Mandżurii, a szefem tego przedsięwzięcia był gen. dr. Ishii Siro, który wraz z generałem szenjangskiej Kempeitai (japońskiego odpowiednika Gestapo lub NKWD), niejakim Kanadzawą, przeprowadzał w Harbinie doświadczenia na więźniach politycznych (głównie Chińczykach) i jeńcach wojennych (Amerykanach i Brytyjczykach), wszczepiając im złośliwe i najzłośliwsze szczepy bakterii i wirusów oraz pracując nad wektorami broni biologicznych. Po wojnie obaj uzyskali list żelazny od amerykańskiego generała Douglasa McArthura, dzięki czemu ominął ich proces tokijski.
Niemcy bezsprzecznie pracowali nad wpływem niskich ciśnień na organizm ludzki. Ludzi umieszczano w komorach, z których wypompowywano powietrze, symulując spadek ciśnienia i tlenu w atmosferze w czasie lotów wysokościowych. Podobno niektórzy wytrzymywali "wzlot" na wysokość 14.000 m, choć teoretyczną nieprzekraczalną granicą jest 8.000 m.
Istnieje możliwość, że badano również ochronę biologiczną przeciwko promieniowaniu i ochrony przeciwko wpływowi broni jądrowej. Jak wiadomo, promieniowanie osłabia bariery immunologiczne organizmu, co powoduje różne infekcje. Możliwe, że nad tą problematyką pracowano w Książu, a właściwie pod Książem. "Materiału ludzkiego" było pod dostatkiem: jeńcy wojenni i więźniowie obozu w Rogoźnicy (Gross Rosen), zaś materiału promieniotwórczego też nie brakowało w okolicy: uran w Sudetach i Górach Sowich. Wiemy, że to pytanie retoryczne, ale zadajmy je: czym się różnią "naukowcy" z Rogoźnicy, Książa i "Der Riese" od dr. Mengele? Niczym. Ta sama atmosfera pseudonaukowości przy zupełnym braku moralności w skrzywionej mentalności zbrodniarzy. Jeżeli dr. Mengele był zbrodniarzem przeciwko ludzkości, to kim byli twórcy "Der Riese"?
I jeszcze jednak ciekawostka o Książu. Mówi się, że kiedy Rosjanie wkroczyli do Wrocławia, to tamtejszy Gauleiter Karl Hanke zniknął bez śladu. A oto co pisze o tym Joanna Lamparska:
"5 maja 1945 roku po sowieckim ultimatum nakazującym poddanie miasta (tzw. Festuung Breslau), Hanke zniknął. Isnieje teoria, że Hanke odleciał ostatnim samolotem, który wystartował z lotniska na Placu Grunwaldzkim. Ale niekoniecznie, bo dysponował on również helikopterem, których prototypy budowano w Pradze i Wrocławiu. Tadeusz Słowikowski znalazł świadków, którzy twierdzą, że po ucieczce z Wrocławia Hanke wylądował w... Książu. Helikopter usiadł za zamkowej łące w parku, miał on kulistą kabinkę z poziomym pierścieniem, który się wokół niej obracał. Był on w stanie wzieść się na 12 km przy prędkości 2.000 km/h. Istnieje rysunek tego helikoptera sporządzony przez świadka, który widział jego lądowanie."
Tyle Joanna Lamparska. Wydarzenie to wiąże się z inną ucieczką z innego miasta, a mianowcie z płonącego Berlina, gdzie 1 maja 1954 roku Führer III Rzeszy decyduje się na ucieczkę ze swą małżonką Ewą Braun-Hitler właśnie przy pomocy helikoptera pilotowanego przez Hannę Reitsch. Czy to jednak był helikopter? Nie - to był sławetny dyskoplan V-7.
Proste, prawda? To właśnie dlatego sowieckie GRU, NKWD, NKGB i KGB mimo szaleńczych wprost wysiłków nie mogło znaleźć zwłok Adolfa i jego "Pierwszej Damy III Rzeszy", bo ich tam po prostu nie było!!! Były zwłoki sobowtórów, a nie oryginałów. Co się z nimi stało? Po prostu odlecieli do Festuung Anden w Ameryce Łacińskiej, albo - co jest jeszcze bardziej prawdopodobne - poddali się Amerykanom i uzyskali immunitet w zamian za różne tajemnice III Rzeszy. Nieprzypadkowo Amerykanie zdetonowali swą pierwszą bombę atomową 16 lipca 1945 roku na Jordana de Muerte. Nieprzypadkowo w niektórych rejonach New Mexico na niebie pokazały się latające talerze i nieprzypadkowo jeden z nich rozbił się w okolicach Roswell. To wszystko ma bezpośredni związek z ucieczką Adolfa Hitlera z Berlina 1 maja 1945 roku. Ale o tym potem. Dodamy tylko, że rosyjski pisarz, Leonid Płatow w swej książce "Tajemniczy okręt podwodny" (Warszawa 1974), z niesamowitą intuicją zasugerował, że Hitlera miał wywieźć z Hamburga transoceaniczny U-Boot do Ameryki Południowej. Ten U-Boot miał być zwodowany w Gdyni. Płatow nie mógł napisać, że ten okręt podwodny rzeczywiście przejął pp. Hitlerów na pokład, bo jego książka nigdy nie ukazałaby się drukiem w realiach Rosji sowieckiej. Ucieczka Ewy i Adolfa Hitlerów wyglądała zatem następująco: z Berlina do Hamburga nad pierścieniem wojsk sowieckich i polskich, a później U-bootem do Argentyny, Brazylii lub Paragwaju, gdzie infiltracja niemieckich agentów, V kolumny i proniemieckich lobby osiągnęła kuriozalnie wysoki poziom.Nie mamy konkretnych dowodów, ale poszlak jest dosyć.
Osobiście nie wierzymy, żeby sowieckie służby specjalne "odpuściły" w tej sprawie i dały spokój odkładając ją ad acta. Stalinowi ogromnie zależało, aby ujrzeć na własne oczy trupa człowieka, z którym najpierw zawarł haniebny i wiarołomny pakt wymierzony przeciwko wolności Polski i innych krajów Środkowej Europy, a potem zdradził nagłym napadem wczesnym rankiem 22 czerwca 1941 roku na "zupełnie nieprzygotowany" do obrony Związek Radziecki. Rzeczywiście, wszystko wskazuje na to, że faktycznie, ZSRR nie był przygotowany do wojny obronnej. Tymczasem Armia Czerwona wraz z dywizjami NKWD (aż trzy armie Trzeciego Rzutu Strategicznego) była niemal gotowa do miażdżącego ataku na Niemcy i marszu wyzwoleńczego na całą Europę. Nie ma na to dowodów wprost, bo zostały zniszczone przez komunistów, ale czyż nie są pewnym dowodem działania cenzury, która do ostatka, do listopada 1989 roku (w Polsce) i 1990 roku (w b. Czechosłowacji) walczyła z książkami Wiktora Suworowa i powieściami Toma Clancy’ego. Jak wiele niewygodnej komunistom prawdy musiały one zawierać! A zawierały bardzo dużo, jeśli nie całą prawdę o II wojnie światowej; prawdę, którą przez pół wieku zamazywali hagiografowie Stalina i jego następców.
I to byłoby mniej więcej wszystko, co chcieliśmy powiedzieć o Górach Sowich. Oczywiście jest to tylko jednostronne spojrzenie na problem, ale - jak sądzimy - tych kilka refleksji ludzi, którzy nie są związani z poszukiwaniami skarbów (tych tradycyjnych i tych historycznych), może kiedyś natchnąć prawdziwych eksploratorów do rozwiązania tego historycznego rebusu i wielu innych zagadek, bowiem - jak napisał kiedyś słynny poszukiwacz skarbów i literat, Clive Cussler - "legendy są jak powiązane liny, jedna przechodzi w drugą".
Tak jak przedtem, Góry Sowie są otoczone oparem tajemnicy, a my nie widzimy żadnego rozwiązania tej zagadki, które zadowoliłoby zarówno profesjonalnych historyków, jak i łowców sensacji.
I coś z ostatniej chwili. Niedawno, na wiosnę 1998 roku, część kompleksu podziemnego Gór Sowich - ogółem 2 km korytarzy - udostępniono turystom. Być może w przyszłości uda się udostępnić większość tych kompleksów ludziom i przy okazji uda się dowiedzieć czegoś więcej na temat przeznaczenia tej tytanicznej w skali budowli podziemnej.

-------------------------------
* Gwoli ścisłości powiedzenie to pochodzi od perskiego mistyka Rumiego, zwanego również Maulana Rum, autora słynnego dzieła "Masnavi" i innych pism. Faktycznie jest to jedna z podstawowych zasad mistycznych, którą wyznawali i nadal wyznają wszyscy prawdziwi mistycy. Również ci, którzy byli przed Rumim - to samo zdanie spotyka się bowiem w Upanishadach (np. Bhikha) i innych odwiecznych pismach mistycznych. (przyp. wydaw.)
** Istnieje również możliwość, że niemieccy uczeni pracowali też nad uzyskaniem... antymaterii i wykorzystaniem jej do celów militarnych, ot choćby w postaci bomby "D" (od dezintegracja). Byłoby to możliwe dzięki temu, że niektóre izotopy, jak: 122Sb, 74As, 77Br, 36Cl, 65Zn, 18F, 26Al, 88Y, 56Co, 58Co, 64Cu, 22Na, 48W, 11C i 52Fe w trakcie swego rozpadu emitują pozytony, czyli antyelektrony w procesie rozpadu beta plus. Problem polega jedynie na tym, że w celu uzyskania 1 kg antyelektronów potrzeba energii elektrycznej równej rocznej produkcji wszystkich elektrowni w USA. Wszelako, jak wynika z informacji amerykańskiej grupy badań German Research Project, urządzenia do przetrzymywania antymaterii mogły znajdować się w Turyngii, w dolinie Jonastal. (przyp. R.K.L.)