sobota, 4 marca 2017

Kryptonim WUNDERLAND (11)



Rozdział 11: U-Booty w "Krainie Cudów"

* Ostatni U-Boot wychodzi na ocean * Wunderland - Kraina Cudów * Wielką Północną Drogą Morską do Japonii? * Kto zaopatrywał antarktyczne bazy niemieckie? * Ufokatastrofa na Szpicbergenie * Atomowe popioły Nowej Ziemi *


Pierwszy ślad - ten japoński - przyszedł nam do głowy po obejrzeniu filmu Franka Beyera i Knuta Bösera w koprodukcji niemiecko-polsko-australijsko-japońskiej (sic!) pt. "Ostatni U-Boot" z roku 1993. Jego akcja zaczyna się 15 kwietnia 1945 roku, a kończy około 10 maja tego samego roku.

Na pokład okrętu podwodnego okrętują się ważni faszystowscy bonzowie: niejaki dr. Rohner, fanatyczny enesdeapowiec sędzia Beck, generał Mallenberg, a najcenniejszym ładunkiem okrętu jest dwie tony uranu, surowca potrzebnego do produkcji paliwa jądrowego. Ten ładunek i plany broni V eskortują dwaj oficerowie cesarskiej floty, komandorowie Kimura i Tatsumi. Niemiecki dowódca U-Boota, Korwettenkapitän Gerber dostaje rozkaz przepłynięcia swym okrętem typu XXVIa z maksymalną prędkością do Japonii. To trochę przypomina "Inkarnację" Leonarda i podobnie się kończy, prawie tak samo jak "Podwodny wróg" Roberta Wise’a z 1967 roku, a może nawet bardziej, bo U-Boot w beznadziejnej sytuacji poddaje się sprzymierzonym, amerykańskiemu niszczycielowi, uprzednio topiąc brytyjski niszczyciel celną torpedą. Trudno w tej chwili powiedzieć w jakiej mierze film oparto o fakty autentyczne, a może jest to tylko fikcja obrazująca co byłoby gdyby... Nie było to jednak niemożliwe, ponieważ Japonia walczyła aż do końca sierpnia, a kapitulację podpisano 2 września 1945 roku - wszystkie operacje na lądzie, morzu i w powietrzu do tej daty możemy zatem uważać za wojenne. Podejrzewamy, że to, co pokazali twórcy "Ostatniego U-Boota" nie musi być akurat prawdziwe, a U-835 nie musiał płynąć do Japonii, lecz do niemieckich baz na Antarktydzie, do wspomnianego wcześniej Neuschwabenlandu, aby można było tam dalej toczyć prace nad bombą A (i nie tylko) lub nad udoskonaleniem dyskoplanu V-7. Jest jeszcze jedna możliwość: być może U-835 wiózł na Antarktydę paliwo jądrowe dla V-7, które się już tam znajdowały. Takie scenario nie jest niemożliwe.

Drugim śladem jest rzekoma wyprawa okrętu podwodnego U-209 pod dowództwem Korwettenkapitana Broddy do mitycznej Agharty, do której wejście miało się znajdować na Biegunie Północnym. Myśl godna samego Führera i jego obłąkańczych wierzeń na temat zamieszkałych we wnętrzu Ziemi nordykach. O różnych podziemnych krainach pisali słynni pisarze parający się science fiction: E.A. Poe, H. Lovecraft, M. Obruczew, Brinsley Le Poer-Trench oraz F.A. Ossendowski. Dzisiaj widzimy, że to wszystko wygląda inaczej, ale wtedy, w latach trzydziestych każda fantazja była dozwolona, zaś Hitler wierzył w te bajania jak człowiek, który lecąc w przepaść wierzy, że skały na dnie zmiękną, gdy uderzy w nie jego ciało.

Kiedy Hitler odprawiał w rejs kapitana Broddę, wierzył, że znajdzie on u celu podróży Ariów, którzy przy pomocy swej techniki wojennej pomogą "Największemu Ze Wszystkich Ariów" zniszczyć Rosjan i Azjatów ze wschodu oraz Aliantów z Zachodu i stać się władcą całego świata.

Jednakże Brodda nie znalazł żadnego Aria i znaleźć ich nie mógł, bo ich tam po prostu nie było. Jest całkiem prawdopodobne, że wrak jego U-Boota spoczywa gdzieś w trzykilometrowej głębi Północnego Oceanu Lodowatego. Tak sądziliśmy dotychczas.

A może jednak Adolf Hitler nie był tak głupio łatwowiernym, żeby wierzyć tym wszystkim bredniom, którymi karmił się do czasu napisania "Mein Kampf"? Może kapitan Heinrich Brodda miał do wykonania trudne, ale wykonalne zadanie, w którym szło nie o hipotetycznych Ariów lub legendarnych Agartyjczyków, lecz o to, w jaki sposób przewieźć do Japonii uran i plany broni odwetowych? Za tym twierdzeniem może przemawiać fakt, że nastąpiło to w 1943 roku, a nie w 1945, kiedy Hitler musiał sobie już zdawać sprawę z przegranej. Już w sierpniu 1942 roku Hitler wydał rozkaz rozpoczęcia operacji Kriegsmarine pod kryptonimem "Wunderland", czyli Kraina Cudów. Oficjalnie chodziło o zablokowanie rosyjskich portów przyjmujących statki i okręty z Ameryki i blokadę Wielkiej Północnej Drogi Morskiej. Przy okazji na lody Oceanu Arktycznego wysadzono meteorologów, których zadaniem było meldować do Rzeszy stan pogody, co miało pomóc w zamknięciu żywotnej drogi morskiej Rosjan i zaważyć na losach wojny.

Nazwa operacji - ów "Wunderland" - nie dawała nam spokoju. Dlaczego właśnie "Kraina Cudów", czy może "czarów"? Dlaczego nie jakiś "Morski Lew" czy "Kałamarnica"? Czyżby rzeczywiście chodziło o mityczny ląd Ariów na Hyperborejach?

A zatem, czy Heinrich Brodda i jego U-209 dopłynęli do jakiegoś celu pod lodami Bieguna Północnego? Jest to bardzo wątpliwe, ponieważ teoretycznie przekraczało ówczesne możliwości techniczne. Nie jest jednak całkowiecie niemożliwe i jeśli Broddzie udało się uniknąć strzaskania przez arktyczne lody oraz rosyjskich torped, to być może jego U-Boot przeszedł... Być może przeszedł nie Wielką Drogą Północną, ale przejściem północno-zachodnim, tzw. szlakiem Frobishera z Morza Baffina na Morze Beauforta, a potem na południe ku Cieśninie Beringa i dalej do Japonii.

Załóżmy więc, że jednak przeszli do Japonii i od 1943 roku Japończycy zaczęli pracować nad swymi Wunderwaffen. I faktycznie, Japończycy poza bronią biologiczną gen. dr. Ishi Shiro, pracowali także nad bronią atomową. Jest to potwierdzony fakt.* Cała prawda wyjdzie na jaw nie wcześniej niż po otwarciu tokijskich i waszyngtońskich archiwów.

Posiłkując się wyborną monografią Jerzego Lipińskiego pt. "Druga wojna światowa na morzu", spróbowaliśmy odnaleźć jeszcze inne, nietypowe operacje U-Bootów wymierzone przeciwko USA, w rodzaju wcześniej omówionej operacji "Seewolf". Wprawdzie nie udało nam się znaleźć informacji o akcjach "wilczych stad", ale zaciekawił nas inny fakt - a mianowicie przekazania do ZSRR i USA niektórych U-Bootów, podczas gdy inne zostały po prostu zatopione. Wstępnie założyliśmy, że okręty podwodne przekazane Aliantom, miały jakieś specjalne właściwości. Na przykład dziwny jest los niemieckiego U-Boota U-511, który po rakietowych testach na Bałtyku został w 1943 roku przekazany Japończykom i aż do końca wojny pływał pod cesarską flagą boskiego Tenno jako Ro-500, aby w końcu dostać się w ręce Aliantów. Były również jednak liczne przypadki "dzielenia się łupami wojennymi" już po wojnie, podczas których pewne przejęte jednostki trafiały do USA, zaś inne do W.Brytanii i ZSRR.**

Dodać należy, że zaiste zastanawiającym jest fakt obecności niektórych podwodnych okrętów niemieckich (a także japońskich) w zupełnie nieoczekiwanych miejscach, gdzie praktycznie nic się ciekawego nie działo, np. w okolicach bezludnych lagun Oceanii oraz w podejrzanej bliskości obu biegunów.

A co się, według Lipskiego, stało z Broddą i jego U-209 - może paść pytanie. Podaje on, że U-209 został prawdopodobnie zatopiony po 9 maja 1943 roku i znowu prawdopodobnie został uznany oficjalnie za zatopiony w 10 dni później. Miały go rzekomo posłać na dno dwie brytyjskie fregaty: HMS "Jed" i HMS "Sennen" na płd. wch. od Grenlandii. Samo określenie "prawdopodobnie" jest niewystarczające, aby uznać U-209 za zniszczony. Jednakże termin "pradopodobnie" mógł zostać wykorzystany przez Niemców jako wygodny kamuflaż - przecież okręt, którego oficjalnie nie było mógł być tym podwodnym "Latającym Holendrem", o którym pisał Płatow, i wykorzystanym do celów, o których wspomniano przed chwilą.

Wydaje się, że pod koniec wojny niemieckie U-Booty i japońskie sensuikany pływały często do Ameryki Południowej i na Antarktydę i gdyby dobrze poszukać, to znalazło by się nieco ich wraków wokół Szóstego Kontynentu. Te okręty były zupełnie nowym typem okrętów podwodnych. To były prawdziwie oceaniczne jednostki, które - jak na tamte czasy - charakteryzowały się zupełnie niesamowitymi osiągami i technicznymi parametrami. Na przykład, niemiecki podwodny tankowiec typu XIV mógł wziąć na pokład 342 tony ładunku i przewieźć go na odległość 17.200 km, zaś typ XX mógł zabrać rekordową ilość 800 ton i płynąć 24.300 km - teoretycznie mogły więc przerzucać na Antarktydę ludzi i materiały do budowy antarktycznych baz V-7 i zaopatrywać je we wszystko czego tylko potrzebowały, póki nie zniszczył ich adm. Byrd w 1946 roku.

Powróćmy jeszcze na północny Atlantyk, do operacji "Wunderland", która mogła mieć jeszcze inny cel. Tak wielka ilość stacji meteo mogła służyć Niemcom do wypracowania dokładnych map pogody w rejonie arktycznym i przygotowania inwazji nie tylko na ZSRR, ale również na USA i Kanadę z kierunku najzupełniej niespodziewanego, tzn. z Bieguna Północnego. Plan to pozornie szalony, ale przy niemieckiej precyzyjności i pedanterii oraz doskonałej organizacji, mógł być zrealizowany. Arktyka jest naprawdę "krainą czarów" - światem milionów ton lodu powoli krążącego wokół bieguna, na straszliwie zimnym Oceanie Lodowatym, z fenomenami przyrody i cudami żywej przyrody, które mówią o prawdziwej wyjątkowości tego obszaru naszej Ziemi. Symptomatyczne jest również cytowane wcześniej twierdzenie Byrda oraz obawy amerykańskich polityków, którzy obawiali się ataku ze strony biegunów. Instrumentem, który doskonale się do takiego ataku nadawał, był ekstraszybki i ładowny supersamolot-dyskoplan V-7.

Jeden z prototypów dyskoplanu V-7 miał się podobno rozbić na Szpicbergenie, co - jak dowodził tego O.J. Braenne - było jedynie kaczką dziennikarską. Ten jego dowód oparty był na fakcie, że w Norwegii nie było bazy lotniczej położonej blisko Szpicbergenu, która posiadałaby samoloty odrzutowe mogące tam dolecieć, krążyć przez godzinę i powrócić bez tankowania. Rzeczywiście, ani w Tromso, ani w Hammarfest takich maszyn nie było, natomiast mogły tam być (i były) latające łodzie typu PBY "Catalina", "Martin Mariner" czy "Navy Mariner" oraz "Sunderlandy" ZOPu, które mogły bardzo długo utrzymywać się w powietrzu i pokonanie trasy Hammerfest - Szpicbergen, godzinne kołowanie i lot z powrotem to nic nadzwyczajnego. Właśnie to świadczy za realnością tej "ufokatastrofy" V-7 prawdopodobnie uszkodzonego przez atomowy wybuch przeprowadzony przez Rosjan na Nowej Ziemi. Był to rok 1952, a w ciągu samego tylko lipca Rosjanie przeprowadzili tam około pół setki prób broni termojądrowej, aby następnie zamienić to miejsce w latach ’60 w atomowy śmietnik, na którym składowano (wtedy) niewiarygodną ilość 17.000 ton radioaktywnych odpadów.

A zatem, rozbity na Szpicbergenie dysk mógł być albo rosyjskim, albo amerykańskim pojazdem wzorowanym na V-7. Braenne pisał, że był on uszkodzony wybuchem nuklearnym na Bikini. Kulą w płot - zważywszy chociażby różnice w odległościach pomiędzy Szpicbergenem a Nową Ziemią oraz Szpicbergenem a Bikini i innymi amerykańskimi poligonami.

Problem istnienia V-7 wciąż pozostaje otwarty, i - jak się wydaje - pojawiają się wciąż nowe fakty potwierdzające hipotezę, która stała się tematem przewodnim tej książki.

Przenieśmy się teraz na twardy ląd ku ziemiom Czech, Moraw i Słowacji, gdzie czekają na nas dalsze dowody na to, że niemieckie tajne bronie produkowano również w Czechach i na Słowacji. Tam też przeprowadzano próby tych broni.

-----------------------------------------------------
* Tzn. tak przynajmniej twierdzą od lat Amerykanie, aby załagodzić głosy światowej opinii publicznej i utulić sumienie, nadwątlone bestialskim aktem zrzucenia bomb A na Hiroshimę i Nagasaki, zupełnie niezrozumiałym w momencie, gdy wojna oficjalnie została zakończona. Takich aktów "dla dobra ludzkości" Stany Zjednoczone uczyniły w swej historii sporo, m.in. ostatnio w Jugosławii oraz wcześniej na Bliskim Wschodzie. (przyp. wydaw.).
** Autorzy cytują tu długie listy niemieckich U-Bootów zaginionych, zatopionych lub wziętych do niewoli na morzach i oceanach całego globu, my jednak, gwoli oszczędności miejsca odsyłamy Czytelnika do wspomnianej monografii Jerzego Lipskiego. (przyp. wydaw.).