wtorek, 7 marca 2017

Kryptonim WUNDERLAND (13)



Rozdział 13: Flugzeugwerke Eger

* Flugzeugwerke Eger, makiety dla bombowców * Sztuczny gaik i osiem pięter pod ziemię * Niemiecki wynalazek - fabryka bez dróg i kolei * Wehrmacht ŠtB i nurkowie * Samolot, który mógł startować z boiska *

 
Wiele wskazuje na to, że zakłady Cheb (Eger) były fantomem dla alianckiego lotnictwa - jak oświadczył dr. Soućkowi były wysoki funkcjonariusz MSW CSRS d/s denazyfikacji kraju (dr. Soućek cytuje je w swej książce pt. "Prżipad Jantarové komnaty"). Martin Andel - pod takim pseudonimem ukrywa się wysoki oficer ŠtB (czyli Służba Bezpieczeństwa byłej Czechosłowacji, odpowiednik KGB) - mówił także o zatrzymaniu obcego agenta w pobliżu ruin niemieckiej fabryki lotniczej w Chebie, zniszczonej w 1944 roku. Od tego czasu funkcjonariusze tej placówki zaczęli dokładnie badać te ruiny, na których widniał jeszcze ogromny szyld: FLUGZEUWERKE EGER GmbH. Kompleks zabudowań fabryki nie był niczym ciekawym. Zbudowano go w 1940 roku i posiadał 8 hal monatażowo-wytwórczych oraz tor kolejowy, który prowadził na lotnisko. Jej dyrektor, Georg Sander, gdzieś uciekł na początku maja 1945 roku. Dokąd - nikt nie wie.

Większość budynków tego zakładu zbudowana została z masywnych elementów budowlanych. Przybyły na miejsce major wojsk inżynieryjnych z Pragi orzekł, że ich filary mogły być obciążone dwudziestokrotnie większym ciężarem niż najmasywniejsze części produkowanych tam samolotów. Taka była przynajmniej jego ekspertyza dla ŠtB. Ciekawym był fakt, że od linii kolejowej wiodła ku zakładom bocznica, którą ktoś zdemontował, a w kilku miejscach zdemolował ładunkami wybuchowymi. Najdziwniejsze jednak, że bocznicę położono dość późno, prawdopodobnie już po nalocie na zakład. Przeszukano teren u końca bocznicy, gdzie znajdował się sztucznie posadzony brzozowy gaik i stała nawpół rozwalona buda. Okolica wyglądała jakby zwieziono na nią kilkaset m3 ziemi, w której posadzono drzewa. Znaleziono nawet miejsca, z których te drzewa były przesadzane.

Okazało się zatem, że zakłady Flugzeuwerke Eger były w istocie jedynie makietą dla alianckich bombowców w celu odciągnięcia ich uwagi od... czegoś innego. Bombardowanie makiety było dla Niemców dowodem na doskonałość kamuflażu oraz na to, że wobec zniszczenia obiektu, nalot już się nie powtórzy. Tym chronionym "czymś" była fabryka - jedna z największych w okupowanej Europie - wryta osiem kondygnacji w ziemię, do której jedno z wejść znajdowało się w sztucznym gaiku. Stąd wyroby miały być wydobywane z podziemi i ładowane na wagony na bocznicy, która prowadziła do linii kolejowej na lotnisko. O jakie wyroby chodziło?

Tory kolejowe były dostosowane do przewozu bardzo dużych i ciężkich przedmiotów o ciężarze jednostkowym do 100 ton (zwykły wagon kolejowy ma nośność 30 - 40 ton). Nie ma takiej lotniczej części lub nawet całego samolotu, który ważyłby 100 ton. A przecież musiało być coś takiego, co latało i miało masę prawie stu ton. Z drugiej strony, żaden samolot nie miał takiego udźwigu, by wziąć taki ładunek. Ostatni niemiecki samolot zdolny do przewożenia wielotonowych ładunków, sześciosilnikowy Me-323 był zniszczony w 1944 roku.

Nie mogły to być rakiety, bowiem one potrzebują nie tylko pola startowego, ale także prowadnicy, urządzeń podających utleniacz i paliwo, bunkrów obsługi, tuneli odprowadzających gazy spalinowe przy starcie itd. Tu natomiast była jedynie betonowa płaszczyzna i nic ponadto. Betonowa płyta dokładnie taka sama jak przy praskiej Avii.

Praca w podziemnej fabryce była ściśle tajna i reżim zachowania tajemnicy był wyższy niż w innych fabrykach, nawet w tych, gdzie pracowali Niemcy najbardziej oddani Hitlerowi. Żaden z nich pod karą śmierci nie mógł opuścić hali, w której pracował. W ostatnich tygodniach wojny, na przełomie kwietnia i maja 1945 roku, Niemcy dokładnie zasypali wejścia do podziemi i szyby wentylacyjne. Część wysadzili w powietrze, zaś resztę zalali wodą, tak samo jak to robili w Polsce. Pod wodą znalazła się ta niewielka część parku maszynowego, której nie zdążono zniszczyć lub wywieźć. Dokąd niektóre rzeczy zostały wywiezione - tego nikt nie wie.

W czasie apogeum zainteresowania podziemnym kompleksem ekipa poszukiwawcza znalazła zwitek dokumentów, z których wynikało, że produkowano tam zwyczajne części do zwyczajnych samolotów znanych wtedy typów. Później jednak stwierdzono, że były one dość nieudolnie wykonanym falsyfikatem, zupełnie jakby fałszerzom zabrakło czasu. Przeszukiwanie ruin fabryki niczego nie przyniosło nowego. Dziś, po kilkudziesięciu latach melioracji i prac wojsk inżynieryjnych nie można już dokładnie wytyczyć obszaru fabryki. Pod koniec lat 40-tych próbowano osuszyć podziemia, ale okazało się to niemożliwe i woda uparcie stoi w ruinach. Przywieziona tam ekipa nurków narażała swe życie w ciemnej toni, bo ich skafandry co rusz zaplątywały się w szczątkach maszyn i rwały o ostre krawędzie stropów. Wszystko to przy widoczności równej zeru. Kiedy w końcu doszło do nieszczęśliwego wypadku, odpowiedni urząd (czyt. szefostwo ŠtB) doprowadził do ukończenia akcji i pirotechnicznej "sanacji" obiektu.

A oto co pisze dr. Ludvik Soućek: Nie tylko sądzę, ale do końca twierdzę, że ostatnim miejscem, do którego Schriewer i Habermohl przewieźli swój prototyp był Cheb/Eger. Według mnie wyglądało to następująco: Kiedy zaczęły się bombardowania otrzymali rozkaz przewiezienia prototypu w bezpieczne miejsce. Ich latające talerze były montowane w Pradze z części robionych w Chebie. Jak już powiedziałem, nadziemną część fabryki pozostawiono w ruinie, aby Alianci byli pewni, że ją zniszczyli. Ciężkie części latających talerzy wywożono stamtąd i montowano w hangarze. Tego się nie dało zrobić w podziemiach, bo pojazd miał średnicę 45 m. Wydaje się, że jeden z konstruktorów wyjechał w czasie nalotu do Chebu/Egeru, by tam wszystko przygotować na przylot prototypu latającego talerza. Oznaczało to ewakuację wszystkich z pobliża miejskiego lotniska, przegonienie ewentualnych zwiadowców i zamaskowanie miejsca. Tymczasem drugi konstruktor przygotowywał wszystko do przelotu. To nie był żaden ćwiczebny czy doświadczalny lot, bo takie loty mieli oni dawno za sobą. Po zachodzie słońca okolica fabryki została dokładnie oczyszczona z ludzi, a robotników zamknięto w hali. Habermohl mógł startować. Do tego ładnego obrazka tylko jedno mi nie chce pasować - rodzaj napędu. Wciąż nie daje mi spokoju pytanie - dlaczego pracownicy Avii nie słyszeli pracy silników? Przecież tylko ten betonowy plac mógł służyć do startu pionowzlotów, a znajdował się on tuż przy zakładach Avii."