piątek, 17 marca 2017

Kryptonim WUNDERLAND (19)



Rozdział 19: Czeski Roswell II i inne incydenty

* Touzim, 12 grudnia 1944 roku - czeskie Roswell II * Ogromny "sterowiec" w Blovicich * Z Protektoratu na Słowację * Obserwacja słowackiego pilota * Dyskoplan nad Koszycami? *



W kwietniu 1995 roku, dzięki uprzejmości dr. Luboša Šafarika dostaliśmy wycinek z lokalnej gazety wychodzącej w Touzimi, która w krótkim artykule opisała pewne dziwne wydarzenie.

12 grudnia 1944 roku, na północny zachód od miasteczka Touzim doszło do kilku silnych wybuchów, których fale uderzeniowe spowodowały nieznaczne szkody w budynkach. Świadkowie wspominali, że tuż przed wybuchami nie było widać ani słychać żadnego samolotu, ani nie ogłoszono alarmu lotniczego. Dalej napisano, że na miejscu eksplozji znaleziono kratery tak wielkie jak po bombach. Co jednak najciekawsze, na miejscu "nalotu" nie znaleziono żadnych odłamków bomb lotniczych lub szczątków samolotu poza kilkoma płaskimi kawałkami lekkiego, białego metalu o dziwnej strukturze. Oficjalne orzeczenie organów policji i wojska mówiło o amerykańskim nalocie i bombardowaniu, jednakże ani Amerykanie, ani inni Alianci nigdy nie przyznali się do tego. W opisywanym okresie lotnictwo alianckie nie przeprowadzało żadnych operacji nad północnymi Czechami. Istnieje natomiast informacja, że jeszcze w 1991 roku można było znaleźć odłamki zagadkowych "bomb" w jednym z kraterów przy drodze do Útvinu.

Jeżeli w ten grudniowy dzień 1944 roku nie było nalotu i bombardowania, to co to było? Czyżby te kawałki niezwykle lekkiego metalu pochodziły z samolotu nieznanej konstrukcji, np. z dyskoplanu V-7?

Kiedy uświadomimy sobie, że termin tej katastrofy nie jest zbytnio odległy w czasie od daty pierwszego doświadczalnego lotu latającego dysku N-1 w okolicach Pragi, to hipoteza, że to właśnie któryś z niemieckich doświadczalnych dyskoplanów V-7 uległ tam awarii nie jest taki znowu absurdalny. Tę hipotezę mogą również potwierdzać obserwacje NOLi w połowie lat ’40 nad Czechami i Słowacją, a ich wyjaśnienie automatycznie kojarzy się z obecnością tajnych broni na tamtych terenach.

Jeden z najdziwniejszych przypadków opisał świadek, pan František Panaš. A oto jego relacja:

Zdarzyło się to w 1944 roku, wojna miała się ku końcowi, a samoloty sprzymierzonych osiągnęły absolutną przewagę w przestrzeni powietrznej Czechosłowacji. W tym czasie miałem 18 lat i mieszkałem z rodzicami w Blovicach koło Plzna. Kiedy w 1964 roku po raz pierwszy przeczytałem informację o UFO, natychmiast przypomniało mi się wydarzenie sprzed 20 laty.
Było późne, letnie popołudnie, gdy nad lasem zwanym Kamensko ujrzałem na wysokości jakiś 5 km lśniący na tle niebieskiego nieba przedmiot o kształcie cygara. Pomyślałem od razu, że to niemiecki sterowiec - brakowało mu jednak gondoli, silników i stabilizatorów. Długość obiektu wynosiła jakieś 100-150 m, a średnica ok. 50 m.
(Nie mógł to być zatem - jeśli w ogóle był - zbyt duży sterowiec, ponieważ sterowce niemieckie typu Shüttler-Lanza i Luftkreuzer Zeppelin o konstrukcji szkieletowej miały długość rzędu 200 m.)
Ten "sterowiec" był oświetlony zachodzącym słońcem i jego strona zwrócona do promieni słonecznych lśniła jak srebro (w latach ’30 zarówno Niemcy, jak i Brytyjczycy oraz Amerykanie próbowali budować sterowce z cienkiej folii aluminiowej), zaś po stronie odsłonecznej obiekt miał barwę ciemniejącego nieba, ale był doskonale widoczny. Po niebie płynął jak obłok, ale nie był to obłok. Pod obiektem było coś dziwnego, jaskrawo świecącego, wyglądającego jak kabina. Obiekt był bezgłośny. Wyglądało na to, że opada powoli w dół. Był prawie wieczór, sądziłem więc, że zmiany barw obiektu są spowodowane grą słonecznego światła. Pamiętam, że były tam kolory czerwony i żółty.
To trwało ok. 7 minut, po czym obiekt zaczął się szybko wznosić, aby w końcu zniknąć w błękicie nieba. Całe zjawisko trwało jakieś 15 minut.

Czy był to naprawdę sterowiec? Niemcy nie używali sterowców w czasie działań wojennych ze względu na ich nieodporność na pociski zwykłe i rakietowe. W latach ’30 Niemcy przeprowadzili misję szpiegowską nad terenami Czechosłowacji przy pomocy sterowca po uprzednim wywarciu nacisku na rząd tego kraju. 15 maja 1934 roku granicę przeleciał sterowiec typu "Zeppelin" o długości 238 m. w kierunku Waldsassenn-Cheb, w czasie lotu fotografując m.in. zakłady Škody. Jaki byłby jednak cel lotu sterowca nad własnymi (wtedy) terenami i bez ubezpieczenia? Świadek dodaje od siebie:

Długo mi to wydarzenie chodziło po głowie. Czyżby Niemcy zamierzali wprowadzić do walk powietrznych sterowce? Odrzuciłem jednak tę myśl, bo przecież alianckie samoloty mogły z powodzeniem zestrzelić te latające giganty. A więc nie był to ani sterowiec, ani balon. Chmura? Z chmurą tego się też nie dało w żaden sposób porównać. I tak doszedłem wreszcie do wniosku, że to mogło być tylko UFO.

W latach ’60 redakcja czasopisma "Letectvi+Kosmonautika" otrzymała list, który później na jego łamach cytowali autorzy Götz i Tikowský. A oto jego treść:

Droga Redakcjo, przeżyłem następującą przygodę w pobliżu Rohatki u Hodonina w sierpniu lub wrześniu 1944 roku. Wracałem z babcią z pola, była 9 wieczorem i dość już ciemno, kiedy nad górą w kierunku Ratiškovic pojawiła się czerwona kula i z dużą prędkością leciała w kierunku Skalici na Słowacji. Przelot trwał kilka sekund i doskonale go pamiętam. Lot był po linii prostej, intensywność i barwa światła się nie zmieniała, światło było ciągle jasnoczerwone o średnicy dwukrotnie większej od Księżyca w pełni. Leciało ono zupełnie bezgłośnie. Lot był niesamowity i wywarł na mnie niezwykłe wrażenie. Pamiętam to dokładnie, choć byłem wtedy małym chłopcem. (J.S. z Hodonina)

Bardzo wygodną hipotezą jest przypuszczenie, że Niemcy mogli wpaść na pomysł korzystania ze sterowca jako latającego dźwigu. Można było w ten sposób przenosić ciężary do 400 ton, a więc również i doświadczalne dyskoplany V-7. Sterowiec mógł służyć do wydźwignięcia dyskoplanu do granic stratosfery, na wysokość ok. 20 km, a potem dysk korzystał już z własnego napędu i wynosił się na LEO 100-150 km nad Ziemię, nad przedproże Kosmosu. Do tego teamtu powrócimy jeszcze w następnych rozdziałach. Na razie powróćmy do relacji o dziwnych obiektach latających z lat wojny.

Inny świadek, pan Jiżi Maruška z Turnova opisuje kolejne dziwne wydarzenie z tamtych lat:

Było to w czasie wojny. Matka zawołała mnie do okna. Podszedłem i ujrzałem dziwne, podługowate ciało błyszczące w słońcu i z widocznymi okienkami. Obiekt ten wisiał przez 5 minut nad jednym miejscem, potem z tyłu wystrzelił mu niebieskawy kłąb gazu lub dymu i przedmiot ten odleciał lotem poziomym, całkowicie bezgłośnie.

Jeszcze lepiej udokumentowane są obserwacje NOLi nad środkową Słowacją, głównie dlatego, że ich autorem jest były pilot myśliwski Daniel Lazarik. Opisy jego przypadków od razu kojarzą się z niemieckimi próbami, których przedmiotem były dyskoplany. Niektóre z tych relacji cytujemy w pełnym brzmieniu:

26 sierpnia 1941 roku zaobserwowaliśmy w okolicach Hontianskych Nemec, w wiosce Depov i nad potokiem Štiavnicka, około godziny 15.30 nieznany obiekt latający, za którym znajdowała się długa aerodynamiczna turbulencja wypełniona plazmą. Po kilku minutach fala uderzeniowa dosięgła powierzchni ziemi na szerokości ok. 50 m.
Jesienią 1941 roku uczniowie klasy I szkoły w Krupinie zaobserwowali na wschód od szczytu góry Tanistavár grupę NOLi kolistego kształtu. Ja sam widziałem grupę 4 lub 5 lśniących metalicznie obiektów lecących na pn-wsch. Po kilku minutach usłyszeliśmy kilka (co najmniej 5) silnych eksplozji od strony tych obiektów.
23 maja 1942 roku, o godzinie 21.30, na wschód od 19oE i jakiś 15o nad horyzontem zauważyłem obiekt świecący fioletowo-czerwonym światłem. Przy końcu plazmatycznego ognia spowodowanego promieniowaniem cieplnym obiektu, coś błysnęło najpierw dwukrotnie, potem trzykrotnie, czterokrotnie i pięciokrotnie. Pomiędzy błyskami obiekt świecił ciemnożółtym światłem.
W czasie świąt Bożego Narodzenia obserwowaliśmy z kościoła we wsi Devicie lot obiektu, który pozostawiał za sobą długi, ognisty ślad.
W czerwcu 1947 roku, wraz z grupą ludzi z restauracji przy Dobszinskiej Lodowej Jaskini widziałem przelot kulistego obiektu na wysokości 20o nad zachodnim horyzontem. Wytwarzał on jonizację gazów i ognisty ogon.
23 października 1947 roku, z drogi nr. 66 ok 700 m na wschód od miejscowości Devicie, 20o nad płd-zach horyzontem zaobserwowałem lecący obiekt, który sygnalizował błyskami w sekwencji 2, 3, 4 i 5 błysków poprzedzonych i rozdzielonych ciemnożółtym światłem.

Z innych doniesień wiadomo, że w tym samym mniej więcej czasie grupa 10 świadków zaobserwowała nad wsią Máliniec przelot 6 dysków w formacji trzy na trzy (dwukrotna formacja "as trefl") lecące po sobie w odstępie ok. 10 min.

Niemniej ciekawą jest sprawa przelotu w okolicach Koszyc na Słowacji dyskokształtnego obiektu, który pozostawiał za sobą zasłonę dymną i płomienie, zupełnie tak, jakby faktycznie narodził się w niemieckich zakładach V-7. A oto jak wyglądał ten przelot:

We wrześniu 1956 roku, świadek, 26-letni Ondrej Pahuly z Vyšného Opatského pasł stado 10 krów należących do jego dziadka. W czasie wojny służył on w armii węgierskiej, za co potem siedział w łagrze w Stalinovie i pracował w kopalniach węgla kamiennego w Donbasie. Była piękna jesienna pogoda, godzina 17, słońce powoli skłaniało się ku zachodowi. Nagle świadek zauważył na niebie nad Hidasnémeti ciemny punkt. Po chwili zmienił się on w szybko przybliżający się krążek. NOL leciał nad Košice nad szosą do Seni i zaczął szybko tracić wysokość. Okazało się wkrótce, że był to obiekt o kształcie dysku szaroczarnej barwy. Wydawał on dźwięk podobny do stłumionego buczenia. W jego górnej części znajdowała się kabina, a obok niej jakieś reflektory (a może broń), zaś spodnia część była sferycznie wklęsła. Świadek dodaje, że obiekt wynurzał się z gęstego czarnego dymu, który pojawiał się za nim, dopóki NOL nie zniknął. Jednocześnie z dymem, spoza krawędzi dysku wydobywał się strumień rozżarzonych gazów w kształcie płomieni czerwonej barwy, od czasu do czasu pobłyskujących żółto na odległość ok. 50 m.
W tylnej części dysku znajdowała się jakaś konstrukcja, a w okolicach "wydechu" NOL był jakby okopcony od spalin i tryskającego gazu. NOL leciał płynnie i przybliżył się na tyle, że miał pozorną wielkość podwójnych drzwi.
Obiekt stale tracił wysokość na swej trajektorii nad Haniskiem i Šebastovcami, potem zmienił kurs na Barcu i zrobił kółko nad dzisiejszym lotniskiem wojskowym, następnie na wysokości 200-250 m odleciał w stronę Turniańskich Podhradi.
Słońce nadal świeciło, gdy dysk wziął ponownie kurs na węgierską granicę, a jego kabina raziła świadka w oczy refleksem promieni słonecznych. W chwilę potem dysk zniknął na południu.

Uważnemu czytelnikowi nie uszło uwagi, że w trakcie opisów obserwacji NOLi pominęliśmy maj 1945 roku i od razu przeskoczyliśmy do wydarzeń, które rozegrały się w rok później, kiedy to tereny III Rzeszy podzielono na cztery okupacyjne strefy. Były to zatem czasy, kiedy o niemieckich latających talerzach nie mogło być mowy. Na pozór, ponieważ nasza robocza hipoteza zakłada, że tuż po wojnie niemieckie dyskoplany były wykorzystywane przez Związek Radziecki. Jesteśmy przekonani, że zostały one przechwycone przez NKWD i testowane - a nawet udoskonalane - gdzieś hen daleko, w bezkresach Syberii po to, aby w razie czego mogły skutecznie służyć jako psychologiczny straszak dla wszystkich tych, którzy mieliby ochotę przeciwstawiać się "jedynej słusznej ideologii Kraju Rad". Puste słowa? Otóż nie, bowiem tak się niebawem stało podczas tzw. "skandynawskiego lata rakietowego ‘46". O tym jednak dalej.