wtorek, 21 marca 2017

Kryptonim WUNDERLAND (21)



Rozdział 21: Polarna stacja w... Karkonoszach

* Poszukiwania w Królewcu * Sejf w podziemiach zamku Wildenhof * Admirał Dönitz chroni średniowieczne pergaminy * Kriegsmarine buduje schron dla Hitlera * Ponowne poszukiwania w Karkonoszach * Stacja polarna na ziemi czeskiej? *

 
Mało kto dziś zdaje sobie sprawę, że opisana w poprzednim rozdziale sytuacja mogła doprowadzić do wybuchu otwartego, "gorącego" konfliktu pomiędzy aliantami zachodnimi a ZSRR. Stalin miał w tamtym czasie pod bronią 11 milionów żołnierzy w Europie i w każdej chwili mógł mieć drugie albo trzecie tyle. Truman miał bomby atomowe, ale w przypadku ich masowego użycia doszłoby do tego, co opisali w swych powieściach fantastycznych Nevil Shute ("Ostatni brzeg"), Walter M. Miller Jn. ("Kantyczka dla Leibowitza"), John Wyndham ("Poczwarki" i "Dzień tryfidów"), czy w końcu nasz Marek Baraniecki ("Głowa Kassandry"). Od maja 1945 roku w Europie rozpoczęła się - obok euforii końca wojny - dekada strachu przed NIEZNANYM, bo - jak już tu kilkakrotnie wspomniano - Stalinowi marzyła się III wojna światowa i spełnienie się słów "Międzynarodówki": "...gdy związek nasz bratni ogarnie ludzki ród!" A co by to oznaczało możemy sobie tylko niejasno wyobrażać.

Po poszukiwaniu dalszych ponurych tajemnic III Rzeszy na terenach Polski i Czech, przenieśmy się teraz do byłych Prus Wschodnich, do Królewca (dawniej Königsberga, dziś Kaliningradu), gdzie 6 kwietnia 1945 roku po długotrwałym przygotowaniu ogniowym lotnictwa bombowego i artylerii, wojska 3 Frontu Białoruskiego przystąpiły do ostatecznego szturmu miasta. Na 35 tys. Niemców, którzy przygotowywali się do długiej obrony w systemie fortyfikacji wybudowanych jeszcze w XIX wieku, runęły pociski artyleryjskie, cztery armie i 2,5 tys. samolotów. W powodzi bomb lotniczych i artyleryjskich granatów spadających z nieba, miasto zamieniło się w gorejącą pochodnię.

Niemieckie pozycje były rozczłonkowane, okopy zasypane, umocnienia zburzone i całe kompanie zostały pochowane żywcem w ruinach. Cały system łączności był zniszczony, podobnie jak składy amunicji. Chmury dymu ogarnęły tych, którzy to przeżyli. Ulice były usłane szczątkami spalonych aut, ruinami domów, trupami ludzi i innych istot żywych..." - wspomina świadek tych wydarzeń. Roj Miedwiediew opowiadał anegdotę, że podobno Stalin wydał rozkaz zabraniający bombardowania królewieckiego ZOO i wzięcia żywcem największego w Europie hipopotama, który się tam znajdował. Rozkaz wykonano i hipcia ujęto bez użycia ciężkiej broni.

Resztki obrońców, które przeżyły to piekło i usiłowały się przedostać na zachód, zostały zmasakrowane na rozkaz radzieckich dowódców. To przesądziło o kapitulacji i 9 kwietnia 1945 roku Królewiec padł, co zatwierdził swym podpisem gen. Lasch, zaś niezwyciężona Armia Czerwona zabrała się za systematyczne grabienie miasta. Żołdacy zachowywali się jak bestie uwolnione z pęt. A oto, co pisze dalej świadek tych wydarzeń:

Żołnierze wyrzucali przez okna instrumenty muzyczne, naczynia kuchenne, obrazy i chińską porcelanę. [...] Pijani żołdacy zataczali się po ulicach i strzelali do wszystkiego, co się poruszało. Próbowali jeździć na rowerach, ale nie mogąc utrzymać równowagi padali do rowów. Płaczące kobiety i dziewczyny były wywlekane z domów, a po ulicach biegały zagubione dzieci poszukujące rodziców. Wiało grozą."

Po masakrze niemieckich żołnierzy i oficerów w zamku Wildenhof dowodzącemu niemiecką DZ "Windhund", gen. von Schwerinowi ukazała się grupa oficerów NKWD i pancerna szafa. W jej środku znajdowały się jakieś dokumenty i listy, a także pancerna skrzynka, która skupiła uwagę enkawudystów.

Kiedy technicy otworzyli ją, wypadły z niej bardzo dziwne przedmioty: jakaś kamienna tabliczka pokryta dziwnymi znakami, dwa kawałki gęsto zapisanego pergaminu zniszczone wiekiem i ich fotokopie. Były one lepsze od oryginału.

Na dnie skrzyneczki znajdował się rozkaz podpisany przez Grossadmirała Karla von Dönitza, namiestnika Hitlera od 1 maja 1945 roku. Polecał on wywiezienie zawartości skrzyneczki do jakiejś tajemniczej kryjówki pod kryptonimem "Bobrowa tama" i pokryty był pieczęciami o treści: GEHEIME REICHSACHE oraz klauzulą "najpilniej strzeżona tajemnica Rzeszy szczególnego znaczenia".

Dokładna analiza przedmiotu nie przyniosła żadnych wyników. Tabliczka została wykonana z obsydianu (szkło wulkaniczne) i pokryta dziwnymi znakami wyrytymi w rządkach pionowych w stosunku do jej dłuższego boku, jak w językach Dalekiego Wschodu. W górnej jej części znajdowały się trójkąty umieszczone podstawami ku obwodowi. Płytka była kiedyś rozbita, ale ją sklejono. Teksty na pergaminach były tej samej treści z tym, że jeden z nich był w języku staroangielskim, a drugi w średniowiecznej łacinie. Ten bardziej uszkodzony zaczynał się od słów: "Thys relike ys a ryghte...", zaś drugi, łaciński, brzmiał:

Ista reliquia est valde mysticum et myrificum opus, quod, quod majores mei ax Armorica, scilietet Brittania Minore, secum convehebant, et quidam sanctus clericus semper patri meo in manu ferebat quod penitus illud destruert, affirmans quod esset ab ipso Sathana conflatum prestigiosa et diabolica arte, quare pater meus cenfregit illud in duas partes, quas quidam ego Johannes de Vincento salvas servavi et adaptavi sicut apparet die Lune proximo post festum beate Marie Virginis anni gratie MCCCCXLV."

W przekładzie na polski brzmi to tak: "Ta relikwia (pamiątka) jest bardzo tajemniczym i podziwu godnym dziełem, które moi przodkowie przynieśli swego czasu z Armoryki, to znaczy z Małej Brytanii (Płw. Bretoński), a pewien święty kapłan memu ojcu polecił, aby ją zupełnie zniszczył, twierdząc, iż pochodzi ona od samego Szatana, który stworzył ją czarami i diabelskim sposobem, przeto mój ojciec rozbił ją na dwie części. Ale ja, Jan de Vincent, zachowałem obie te części nienaruszone i spoiłem je z powrotem w jedność. Było to w poniedziałek, po święcie Marii Panny, AD 1445."

Rosjanie potraktowali to jak pozostałe 100 tys. dzieł sztuki, które zdobyli na Niemcach, zabierając tę tabliczkę do Moskwy lub Leningradu. Nas interesuje jednak pytanie, gdzie miała się znajdować ta "Bobrowa Tama"? Zapewne admirał Dönitz mógłby rzucić trochę światła w tej sprawie, ponieważ to on był autorem rozkazu. Był on też autorem pewnego przemówienia, którego jeden z fragmentów brzmiał tak: "Die deutsche Kriegsmarine ist stoltz. Sie baute für ihren Führer und Reichskanzler Adolf Hitler einen absolut uneinnehmbaren Versteck, wo er vor allen seinen Feinden sicher sein wird." W tłumaczeniu na polski brzmi to następująco: "Niemiecka marynarka wojenna może być dumna. Wybudowała ona dla naszego wodza i kanclerza Rzeszy, Adolfa Hitlera, absolutnie niedostępny schron, który będzie zabezpieczał przed wszelkimi wrogami."

Fragmenty mowy Dönitza pojawiły się we wszystkich niemieckich dzienniekach w tym w organie NSDAP "Volkischer Beobachter", ale zacytowane tu słowa przytoczył jedynie "Stürmer". W tydzień później nastał tam nowy redaktor naczelny, a po starym wszelki ślad zaginął. Skąd my to znamy?

Spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, jaki to schron mogła zafundować Hitlerowi jego Kriegsmarine? Może było to coś w rodzaju przystani kapitana Nemo z powieści Juliusza Verne’a "20 tys. mil podmorskiej żeglugi" pod wyspą Lincolna? A może chodziło o coś innego? Jeśli tak, to gdzie mógł się taki schron znajdować?

Dr. Soucek już na początku lat ’70 wystąpił z sugestią, że taka baza mogła znajdować się gdzieś na dalekiej północy. Proponuje on, aby szukać tej "Bobrowej Tamy" na wschodnim wybrzeżu Grenlandii.

Preludium do takiego dziwacznego wyjaśnienia tej zagadki były - według dr. Soucka - dziwne wydarzenia na Zlatem návrši w czeskich Karkonoszach, czyli w tajemniczym łańcuchu górskim, gdzie niejednokrotnie widziano latające dyski zmierzające ku polskiej stronie granicy. Nam zaś daje do myślenia zeznanie pewnego autochtona, który twierdzi, że po czeskiej stronie Karkonoszy pojawiła się w 1939 roku grupa niemieckich ekspertów. Jej kierownikowi, dr. Herdemertenowi, tak tam się spodobało, że zajął dla swej grupy wysokogórskie schronisko "Jestrabi bouda", a całą okolicę otoczyło wojsko, broniące dostępu obcym osobom. Ciekawe również, że samo nazwisko naukowca brzmi nie niemiecko, ale skandynawsko.

Według wspomnień okolicznych mieszkańców, dr. Herdemerten długo tam nie zabawił i wkrótce zastąpił go dr. Hans Knoespel. Jego hobby była ornitologia - miejscowi ze zdziwieniem obserwowali jak Niemcy wnosili do schroniska jakieś ptaki w klatkach, które wyglądały jak białe sokoły. Niemcy sprowadzili również i zaprzęgali do sań dziwne, kudłate psy i uczyli je ciągnąć je po śniegu.

Na wiosnę 1940 roku żołnierze odeszli, ale w zimie pojawili się znowu z ptakami, psami i sankami. I tak było do wiosny 1945 roku. Wojna się powoli kończyła i po odejściu niemieckiej jednostki pozostał w Zlatem návrši tylko niejaki Anton Pohoschaly, który przekazał bazę pododdziałowi czeskich żołnierzy, którzy tam przyjechali terenowym jeepem.

Jeszcze w kilka dziesięcioleci po wojnie na Zlatem návrši turyści mogli spotkać ślady dziwnej, niemieckiej aktywności. Dr. Soucek, który był tam pod koniec lat ’60 zidentyfikował u pewnego górala poniemiecką czapkę polarnika, które jak się okazuje były na stanie Wehrmachtu. A żeby było jeszcze ciekawiej, na czapce zachowała się celuloidowa plakietka z drobnym napisem, który można było od biedy odczytać: PO-LA-RE VER-SUCHS-STA... Brakowało kilku liter, ale to i tak pozwala odtworzyć całość, która z pewnością brzmiała: POLARE VERSUCHSTATION GOLDHOHE (polarna stacja badawcza Złoty Wierch). Złoty Wierch jest szczytem położonym pomiędzy Harrachovem a Špindlerúv Mlýnem na grzbiecie Krkonoša.

Wydaje się, że to wyjaśnia bardzo wiele, a zwłaszcza w związku ze śmiercią dr. Herdemertena, o której czescy mieszkańcy tamtych stron mętnie wspominali. Jego nazwisko było dość znane wśród niemieckich naukowców. W 1938 roku pod auspicjami i egidą Reichsmarschala Hermanna Göringa zorganizował niemiecką ekspedycję polarną do zachodniej Grenlandii. Tam studiował w Umanaku roślinność, zwierzęta i Eskimosów. Zgromadził setki opisów zaobserwowanych zjawisk i po powrocie do Rzeszy otrzymał od Reichsmarschala nowe zadanie: utworzyć na terenie Rzeszy obóz treningowy dla następnych wypraw. Tam miał on pracować nad możliwością adaptacji ludzi i zwierząt do twardych, surowych warunków klimatycznych Arktyki (a w perspektywie również Antarktydy). Reszta znana - dr. Herdemartenowi bardziej spodobały się Karkonosze niż Alpy Bawarskie.

Później zastąpił go na stanowisku dr. Knoespel, który jako zoolog uczestniczył w wyprawie do Umanaku. I tak właśnie zrodził się pomysł założenia sieci stacji meteo na Grenlandii, a że Grenlandia jest "kuźnią pogody" dla całego kontynentu europejskiego, więc owe stacje pracowały przede wszystkim dla Kriegsmarine i Luftwaffe.

Pierwszą taką próbą był rejs trawlera grenlandzkiego "Sachsen", który przez kilka miesięcy krążył między lodami Morza Grenlandzkiego i trzy razy dziennie wysyłał meldunki meteorologiczne. Po jego rejsie zakończonym sukcesem, niemieckie dowództwo zapragnęło mieć stację na stałym lądzie, co powierzono dr. Knoespelowi. Ten w ramach akcji o kryptonimie "Knoespe" wylądował w 1941 roku wraz z czterema ludźmi z pokładu U-Boota w zatoce Liliefjord na Szpicbergenie, ok. 1100 km na południe od Bieguna Północnego. I tym razem przedsięwzięcie absolwentów obozu treningowego w Karkonoszach uwieńczyło powodzenie, ale zakończyła je śmierć dr. Knoespela w czerwcu 1944 roku, w czasie kiedy po jego grupę przypłynął U-Boot. Doktor zginął w nieszczęśliwym wypadku podczas rozminowywania terenu wokół bazy. Rozminowywanie było w zasadzie zacieraniem śladów po prowadzonej działalności. Ale stacja na Szpicbergenie przydała się raz jeszcze w grudniu 1944 roku podczas słynnej "bitwy o wyłom" w Ardenach, gdy Niemcy wbili potężny pancerny klin swych superczołgów Königstiger pomiędzy armie Pattona i Bradley’a. Wykorzystali wtedy pogodę, którą przepowiedziano dzięki pomiarom stacji szpicbergeńskiej.

Niewiele wiemy o wojennych działaniach w Antarktyce, z wyjątkiem tego, co czytamy u Liversidhe’a w jego "The Third Front". Podaje on tam, że Amerykanie zniszczyli jedną z wielu niemieckich stacji meteorologicznych na Grenlandii.

Wydawałoby się, że w tym miejscu kończy się historia PVG. Jednakże wciąż bez odpowiedzi pozostało niepokojące pytanie, które przedłużyło nasze poszukiwania ad fontes. O jakim schronie dla Hitlera mówił Dönitz i co to wszystko ma wspólnego z jakimś łacińskim pergaminem, Karkonoszami, Grenlandią i hitlerowskim dyskoplanem?!