środa, 22 marca 2017

Kryptonim WUNDERLAND (22)



Rozdział 22: Es kommt der Tag!

* Śladem Wikingów * Niemieckie ekspedycje na północ * Bunkier Hitlera za kołem polarnym? * Es kommt der Tag! * Akcja "Vinnetou": Speer chce uciec na Grenlandię * Powietrzny most do Arktyki *

 
Wróćmy do rozkazu Grossadmirała Dönitza z 1 maja 1945 roku, znalezionego w zbombardowanym Królewcu*, wspominającego o Bobrowej Tamie. Podejrzewamy, że kryptonimy wojskowe oddają w jakimś stopniu rzeczywistość, dlatego nazwa Bobrowa Tama sugeruje, że ów schron Hitlera ma związek z wodą. Następną przesłanką potwierdzającą tę tezę mógłby być fakt jego wybudowania przez marynarkę wojenną. Kto wie, czy nie był to schron, do którego wejście znajduje się poniżej powierzchni wody - zupełnie jak w budowlach bobrów? Taki schron byłby rzeczywiście niewykrywalny dla nikogo - no, może poza wywiadem, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Czy zatem ta Bobrowa Tama była we wnętrzu jakiejś nadmorskiej góry, do której można się było dostać jedynie podwodnym wejściem, np. na pokładzie U-Boota?

Następnym słowem-kluczem jest "Armorika", która występuje w łacińskim tekście pergaminu. Z analizy zachowanych dawnych map można wyciągnąć wniosek, że mowa jest o Grenlandii, która była również zwana Małą Brytanią. "Armorika" kojarzy się z grenlandzkim kościołem św. Armora, który był pierwszym misjonarzem na Grenlandii. W niektórych archiwalnych dokumentach Watykanu Grenlandię nazywa się Armorica. Tę samą nazwę spotykamy w korespondencji pomiędzy królową Elżbietą I a Lordem Essex, której przedmiotem był zamiar zdobycia Grenlandii po odejściu większości islandzkich osadników, którzy zaczęli stamtąd migrować w 1410 roku.

Grenlandzka kolonia przetrwala cztery stulecia. Od 1261 roku, gdy Grenlandia stała się bastionem Norwegii, norweskie karakki i drakkary kursowały z towarami pomiędzy oboma lądami. Przywoziły one z Norwegii zboże, za które kupowano skóry niedźwiedzi, fok, morsów oraz ich kły i inne miejscowe towary. W XIV w. norweski handel skierował się na południe i połączenie Grenlandii z metropolią zostało przerwane, a jej brzegi były tylko od czasu do czasu odwiedzane przez zbłąkanych wielorybników. Królowa Małgorzata wydała zakaz rejsów do kolonii na Grenlandii. To wszystko spowodowało, że straciła ona rację bytu i jej mieszkańcy zaczęli się wynosić już w początkach XV wieku. Jej ostateczny koniec nastąpił w wyniku jakiejś nieznanej zarazy i ataków Eskimosów.

Data exodusu kolonistów z Grenlandii pasuje do czasu, kiedy przodkowie Jana de Vincey przywieźli do Anglii tabliczkę, którą rozbił jego ojciec.

Nie jest zupełnie jasne dlaczego Anglicy chcieli zdobyć Grenlandię. Powszechnie sądzi się, że miało to nastąpić z inspiracji słynnego kabalisty, maga, alchemika i nekromanty, dr. Johna Dee (Deviusa), żyjącego w latach 1527-1608, który należał do najoryginalniejszych i najbardziej niezwykłych postaci czasów elżbietańskich. NB ma on zapisaną także czeską i polską kartę w życiorysie, bowiem przebywał przez jakiś czas w Pradze i Krakowie. Otóż dr. Dee przepowiedział ponoć Lordowi Essex, że jeżeli zdobędzie Grenlandię, to pozyska sobie rękę królowej Elżbiety I, a z nią także i tron. Essex poczynił przygotowania do tej wyprawy, zgromadził sprzęt i ludzi, ale królowa nie wyraziła zgody.

Co jeszcze może przemawiać za tym, że elita hitlerowska zamierzała schronić się na - albo raczej pod - Grenlandię? Przypomnijmy sobie opisane w poprzednim rozdziale polarne wyprawy i treningi przeprowadzane w Karkonoszach przez doktorów Herdemertena i Knoespela, zainteresowanie Göringa i OKL lodami Arktyki oraz fragment przemówienia Dönitza o ukryciu dla Hitlera. Na tej podstawie wiele wskazuje na to, że tę Bobrową Tamę wybudowano gdzieś na grenlandzkim wybrzeżu Atlantyku pomiędzy Paamiut (Frederikshab) a Ittoqqortoormiit (Scoresbysund).

Patrząc na mapę Grenlandii widzimy, że na tej skutej lodem ziemi występuje sporo nazw niemieckobrzmiących na północno-wschodnim wybrzeżu, co wskazuje na szczególne zainteresowanie Niemców tamtymi terenami. Nazwy takie, jak: Hans Egede, Moltke, Biering, Tauser i in. do dziś wskazują trasy, którymi szły niemieckie ekspedycje. Zebrane podczas nich informacje naukowe, zostały wykorzystane pod koniec lat ’30 do niewiadomych celów. 

To właśnie niemieckie wyprawy z przełomu XIX i XX w. znalazły dowody normańskiego osadnictwa na Ziemi Peary’ego na północnym wschodzie Grenlandii. Było to interesujące odkrycie, bowiem oficjalna historia tego regionu głosiła, że Wikingowie budowali swe osady tylko na południowych i zachodnich brzegach wyspy. Niemcy znaleźli ślady osadnictwa w miejscach, gdzie sprzyjał temu mikroklimat. Znaleziono tam także pokłady węgla, który jednak nie był węglem sensu stricto, lecz czymś pomiędzy kaustobiolitem a lignitem.

Czyżby zatem, po okresie zapomnienia, odkrycia ekspedycji niemieckich zostały reaktywowane przez ekspertów z Kriegsmarine, którzy poszukiwali miejsca dla Bobrowej Tamy? Jak to się jednak ma do owej tajemniczej kamiennej tabliczki i pergaminów po łacinie i w języku staroangielskim znalezionych w Królewcu? Puśćmy wodze fantazji i przyjrzyjmy się następującemu scenariuszowi.

Jak powszechnie wiadomo, Wikingowie przedsiębrali swe łupieskie wyprawy wzdłuż wybrzeży Europy. Niektóre duńskie plemiona napadały na jej zachodnie brzegi, a później przez Cieśninę Gibraltarską przenikały na Morze Śródziemne, docierając aż do Konstantynopola i Morza Czarnego. Stamtąd wracały Wołgą i Donem, a potem Wisłą do siebie. Wikingowie wstępowali w służbę wschodnich władców i tam się nieco cywilizowali. Wyprawy te opisywał F.T. Bengtsson w "Rudym Ormie". Być może, że któryś z nich zdobył gdzieś na Wschodzie tę kamienną tabliczkę i przywiózł ją jako łup wojenny do domu, np. na Grenlandię. Stamtąd zaś tabliczka mogła być przywieziona przez przodków Johna de Vincey, którzy mogli być uczestnikami jakiejś wyprawy angielskiej, albo - co bardziej prawdopodobne - emigrantami z pustoszejącej zwolna Grenlandii.

Jak twierdzi dr. Ludvik Soucek, kryjówki ostatnich hitlerowskich Nibelungów należy szukać gdzieś na wybrzeżu Ziemi Peary’ego, w północnej części Grenlandii. Właśnie to stwierdzenie ukazuje cały geniusz i głęboką wiedzę, a przede wszystkim nieprawdopodobną intuicję badawczą dr. Soucka. Bowiem dopiero po zakończeniu zimnej wojny okazało się, że Ziemia Peary’ego jest całkowicie wolna od lodów i co więcej, przylegające do niej Morze Grenlandzkie również. Znajduje się tam wielka, całoroczna płonia wiatrowa, otoczona lodami stałego paku arktycznego. Dostać się do niej można tylko nad lub pod wodą. Stanowiło to najpilniej strzeżoną tajemnicę wojskową, bowiem płonie idealnie nadawały się do przeprowadzenia ataku rakietowego na terytorium USA lub ZSRR z pokładu atomowego rakietowego okrętu podwodnego "boomera". A zatem, to tu właśnie miał dotrzeć komandor Brodda na U-209 z rozkazu samego Führera, a nie do wnętrza Ziemi. Bo to właśnie w tym miejscu mieszkały kiedyś naprawdę germańskie plemiona Normanów-Wikingów. Rejs U-209 odbył się naprawdę i naprawdę odkryto płonię u wybrzeży Ziemi Peary’ego, gdzie wybudowano Bobrową Tamę. Ujawnienie tej płoni wyjaśniło nam wszystko.

Jak to mogło się stać? A oto jak to widzi dr. Soucek:

Okres pierwszy: Niemcy zaczęli budować Bobrową Tamę jako niezdobytą twierdzę dla Adolfa Hitlera i strategiczną bazę dla U-Bootów z rakietami na pokładzie, którymi miano zaatakować amerykańskie wybrzeża. Miała być tam również stacja meteorologiczna. Personel był szkolony w PVG w czeskich Karkonoszach.
Okres drugi: Rozpoczyna się on w 1944 roku. Personel Bobrowej Tamy nie mógł być pewien, że po dramatycznych zmianach na europejskim teatrze wojennym dostanie rakiety dalekiego zasięgu z głowicami atomowymi z "Der Riese" w Górach Sowich, za pomocą których miał zostać przeprowadzony atomowy atak na Amerykę Północną. Bobrowa Tama miała służyć nie jako baza strategicznego lotnictwa i rakiet jądrowych, ale jako depozyt zrabowanych przez hitlerowców dzieł sztuki, złota i kosztowności w Europie, a także jako depozyt dokumentacji technicznej, w tym również dyskoplanu V-7. W ostatnich dniach wojny, przy pomocy okrętów podwodnych ze specjalnymi załogami, zaczęto do płn-wsch. Grenlandii wysyłać wszystko, co miało dla Niemców jakąkolwiek wartość.
Okres trzeci: Już po wojnie Bobrowa Tama służyła jako doskonały schron dla niemieckich prominentnych działaczy narodowosocjalistycznych, esesmanów, pracowników SD, Gestapo i innych zbrodniczych organizacji. Ewakuowano ich z Rzeszy przy pomocy U-Bootów i V-7. Cudowne bronie, oceaniczne okręty podwodne dorównujące japońskim Junsenom, podwodne wyrzutnie rakietowe "Urzel" i dyskoplany - to były asy, które faszystowska enklawa przygotowywała do ostatecznej bitwy: Ragnarök, zmierzchu bogów i Valhalli. Przypuszczamy, że wszystkie te maszyny ukazywały się pod koniec lat ’40 wszędzie tam, gdzie toczyły się wojny, a współcześnie latają nad poligonami atomowymi i we wszystkich miejscach, gdzie posługują się energią jądrową. "Es kommt der Tag" - hitlerowcy po prostu czekali również i po wojnie na przyjście tego wielkiego dnia, szukając sposobu jak uzyskać broń jądrową, aby dokonać prowokacji, w której byli mistrzami. Prowokacja ta w czasie zimnej wojny doprowadziłaby do "gorącej" wojny pomiędzy Zachodem a Wschodem - i to o wiele straszniejszej niż II wojna światowa. To byłby ten ich "Tag".

Dziś, kiedy od tamtych wydarzeń upłynęło pół wieku wiemy, że im się to nie udało. Hitler, Bormann i inni są już dziś tylko trupami bez względu na to czy udało im się ujść z płonącego Berlina, czy nie. Tysiącletnia Rzesza, która rozciągała się na całą Europę i część Afryki legła w gruzach. Również Bobrowa Tama nie odegrała swej złowieszczej roli. Okręty podwodne czekające w jakiejś podmorskiej jaskini już dawno przerdzewiały i poszły na dno, a resztki rakietowego dysku rozwlokły północne zawieje. Ruiny bazy upodobniły ją do skał tej najbardziej niegościnnej ze wszystkich ziem świata. Dramatyczny to obraz.

Kto widział zaledwie zdjęcia wnętrza Kancelarii Rzeszy ze ścianami wyłożonymi ciężkimi płytami porfiru lub marmurów, olbrzymimi drzwiami i kandelabrami, to będzie sobie w stanie wyobrazić wraz z dr. Souckiem ostatnie schronienie faszyzmu, które jednocześnie stało się jego grobem: marmurowe ściany, żelazne kandelabry, wielki orzeł ze swastyką i dębowym wieńcem, rozpadające się freski, hakenkreuze na czerwonych pasach ścian, kobierce i gobeliny. I papier, tony papieru rozsypane po podłodze miotane lodowatym wiatrem z szybów wentylacyjnych.

I zapomnielibyśmy o tym najokropniejszym - o dziesiątkach martwych ciał ścielących się na podłodze tak, jak ich zastała śmierć w czasie ostatniej walki. Cóż za obraz! Jakże pasuje do obłędnej, wagnerowskiej muzyki! Jakie otoczenie dla Zygfryda, Lohengrina i innych bohaterów nordyckich legend.
Doskonale sobie zdajemy sprawę, że idziemy po cienkim lodzie historycznej fikcji, ale przecież są dowody na to, że istniały plany ewakuacji faszystowskich bonzów odzwierciedlone np. w korespondencji ministra uzbrojenia Alberta Speera (pseudonim "Old Shatterhand") do dowódcy jednostki Luftwaffe do zadań specjalnych KG-200 ppłk. Wernera Baumbacha (pseudonim "Vinnetou").

Jak uważa niemiecki historyk Günter W. Gellermann, nie jest dziś jasne, który z nich wpadł na pomysł ucieczki z Rzeszy drogą powietrzną. Był to pomysł, który był przedmiotem ich rozmowy i wymiany teleksów od 11 marca do początku kwietnia 1945 roku.

Od połowy marca oficerowie sztabu jednostki KG-200 zatrzymali się na lotnisku w Travenmünde, od którego na południe znajduje się małe jeziorko. Na jego powierzchni - ku wielkiemu zdziwieniu personelu lotniska - wylądowała latająca łódź Blohm und Voss BV-222. Ppłk. Baumbach na odprawie sztabu jednostki oznajmia, że wraz z Albertem Seerem chce odlecieć jeszcze przed upadkiem Rzeszy do jakiegoś opuszczonego fiordu północnej Norwegii, a potem dalej, na Grenlandię. Inne zeznania wymieniały Alaskę lub Zatokę Hudsona.

Podpułkownik dał swoim podwładnym czas do namysłu i decyzji czy przyłączą się do niego. Dowodem realności tego pomysłu były lądujące na lotnisku samoloty od Speera z uzbrojeniem, żywnością, zimową odzieżą, nartami, saniami, radiostacjami, sprzętem łowieckim i rybackim, materiałami pędnymi itd. Ładowane było to wszystko do przestronnego wnętrza latającej łodzi. Następnie Baumbach wysłał mjr. Beergera do właściciela statku w Hamburgu w celu omówienia z nim wynajęcia trawlera arktycznego na rejs z resztą zapasów do płn. Norwegii. Armator Kaufmann był poinformowany o tych planach i przyrzekł, że załatwi co trzeba i przyłączy się do nich. Przygotowania ukończono, ale z niewiadomych powodów Speer wciąż zwlekał. Tymczasem, w godzinach wieczornych dnia 30 marca, nad jeziorem przeleciało skrzydło nieprzyjacielskich Lightningów i ogniem z kaemów rozwaliło latającą łódź na płonące strzępy. Dlatego Baumbach rozkazał ppłk. Lenschowi z Travenmünde, aby na podstawie rozkazu Grossadmirała przysłał mu ostatni egzemplarz latającej łodzi BV-222 w okolice Flensburga z najwyższym stopniem pilności.

Jednocześnie na północ poleciał Junkers Ju-290 z kpt. Meyerem - dowód na to, że nadal liczono się z możliwością ucieczki. BV-222 nie dotarł na miejsce. Dr. Gellermann cytuje notatkę z dnia 3 maja 1945 roku, gdzie wyraźnie napięty Speer pisze: "Latająca łódź miała tu już być, Baumbach jest bezskutecznie poszukiwany przez Storcha".

Poszukiwany Ju-290 wylądował w Travenmünde, ale był postrzelany przez alianckie pościgowce. I tak właśnie skończyła się "zabawa w Vinnetou"... Nie mamy żadnych dowodów na to, że jakimś niemieckim prominentom powiodła się ucieczka drogą powietrzną na trasie Rzesza - płn. Norwegia - Grenlandia.

Jeżeli powyższa hipoteza jest prawdziwa - a wiele przemawia za jej prawdziwością; np. rejs U-209 i istnienie płoni North East Water u wybrzeży Ziemi Peary’ego, o której szefostwo Kriegsmarine i Hitler musieli wiedzieć - to wiadomy był strategiczny cel działań wojennych III Rzeszy, a mianowicie Ameryka Północna. Potwierdzają to nie tylko informacje o obserwacjach UFO (bardzo podobnych do V-7) nad obszarami Ameryki, ale mamy również dowody materialne w postaci szczątków niemieckiego latającego talerza. Mamy tu na myśli wydarzenie znane pod nazwą KATASTROFA W ROSWELL w 1947 roku. Skrywa ona - jak dalej zobaczymy - bardzo ciekawe aspekty, które są niezwykle istotne dla naszych rozważań. Ale o tym w następnym rozdziale.

---------------------------------------------
* Warto wspomnieć, że Królewiec odegrał swoją rolę w niemieckim programie rakietowym, bo właśnie tam, na Mierzei Kurońskiej przeprowadzano eksperymentalne loty rakiety HW-2 na paliwo stałe, zaś słynny "Raport z Królewca" stał się obok "Raportu z Oslo" dokumentem podstawowym w brytyjskiej akcji wymierzonej przeciwko niemieckim broniom V.