sobota, 25 marca 2017

Kryptonim WUNDERLAND (23)



Rozdział 23: Operacja "Broken Arrow"

* Jak to się właściwie zaczęło? * Ślady wiodą do Roswell * Na Kremlu słuchają "pozaziemskiej rozmowy" * Operacja "Złamana Strzała" * Niemieckie dyskoplany w Nowym Meksyku? * V-7 - samolot z atomowym napędem * Film Santilliego jest falsyfikatem *

 
Myśl, by połączyć w jedno dwie tak różne rzeczy wpadła jednemu z nas do głowy podczas radiowego wywiadu w kwietniu 1996 roku. W czasie rozmowy z redaktorem doszliśmy do pewnych konkluzji, z których jedna mówiła, że przypadek ufokatastrofy w Roswell mógł być jakąś "zasłoną dymną" akcji dezinformacyjnej amerykańskich służb specjalnych, które miały zabezpieczyć tajność np. katastrofy samolotu bombowego B-29 "Superfortess" z bombą atomową na pokładzie. Jednym z wariantów tej hipotezy było przypuszczenie, że mogła to być katastrofa niemieckiego latającego spodka V-7, który testowano na pobliskim poligonie US Air Force w White Sands.

Nie mamy żadnych dowodów na poparcie tych hipotez, bowiem wydarzenia w Roswell są od pół wieku najpilniej strzeżoną tajemnicą i mają prawdopodobnie związek z najciemniejszą kartą historii Ameryki, którą jest sprawa broni jądrowej. W celu rozwikłania tej tajemnicy musielibyśmy mieć dostęp do tajnych archiwów amerykańskich służb specjalnych, takich jak: CIA, FBI, NSA, Archiwum Kongresu USA, ATIC USAF, a nade wszystko Komisji d/s Energii Jądrowej.

Wszystkim wymienionym tu i niewymienionym służbom udało się z powodzeniem zamazać ślady na całe dziesięciolecia tak skutecznie, że jeszcze w lecie 1985 roku mogliśmy wierzyć w to, co pisali Charles Berlitz i William L. Moore w książce "Wydarzenie w Roswell". Według nich w pewną lipcową noc w 1947 roku, w okolicy bazy lotniczej i miasta Roswell spadł z nieba rażony piorunem najprawdziwszy NOL w kształcie dysku. Został on przewieziony przez wojsko do Edwards AFB w Kalifornii i od tego czasu wszelki ślad po nim zaginął. Nasz bezkrytyczny pogląd na tę sprawę zmienił się po obejrzeniu słynnego filmu "The Roswell Footages" Raya Santilliego, ukazującego sekcję zwłok rzekomej kosmitki znalezionej przy rozbitym UFO w Roswell. Natomiast zmieniliśmy całkowicie zdanie po obejrzeniu następnego prawie dokumentalnego filmu J. Kagana pt. "Roswell". Innymi reperkusjami tego wydarzenia są film science-fiction "Hangar 18" i horror "Z Archiwum X". Ten serial rzeczywiście jest (piszemy te słowa w 1997 roku) przebojem naszych TV, a choć pokazuje półprawdy, to - jak powiedział Göbbels: "największe kłamstwo mija się o włos z prawdą" - jego realizatorom udało się to w stu procentach. Należy zatem powiedzieć jasno i otwarcie, że w Roswell nie doszło do awarii statku kosmicznego Obcych.

Skąd ta pewność? Jakie są na to dowody? Przede wszystkim mówi za siebie historia II wojny światowej, a dokładniej jej końca oraz fakty znane zarówno historykom, jak i fanom ufologii. Zacznijmy od historii.

Jak już wspomniano wcześniej, w 1944 roku, na zajętych terenach Rzeszy intensywnie pracowały wywiady państw sprzymierzonych w koalicji antyhitlerowskiej realizujące misje ALSOS i PAPERCLIP. Grupa ALSOS pracowała nad atomowymi tajemnicami Rzeszy, zaś PAPERCLIP nad technologiami rakietowymi. Dzięki temu w ręce aliantów wpadł cały wyższy techniczny personel HVP z dr. von Braunem i gen. Dornbergerem na czele. W tym samym czasie sowieccy żołnierze przechwycili 5 tys. osób należących do średniego i niskiego personelu technicznego, czyli tych, którzy realizowali plany "największych niemieckich mózgów z Peenemünde". Amerykanie odtransportowali swoich jeńców do White Sands w Nowym Meksyku, natomiast Rosjanie swoich do Kazachstanu oraz - o ile można traktować serio teorie dr. Strangersa - także na płw. Tajmyr, co nawet wygląda dość prawdopodobnie w świetle afery z latającym spodkiem na Szpicbergenie, o której pisał J.O. Braenne. Natomiast ci Niemcy, którzy pracowali nad energią jądrową, znaleźli się w Los Alamos i w Anglii (m.in. w Calder Hall) oraz w gruzińskiej Agudzerze i na atomowych poligonach Nowej Ziemi.

A potem był już tylko wyścig kto pierwszy zbuduje lepszą broń atomową. Pierwszymi, którzy zdetonowali bombę atomową byli Amerykanie, czego dokonali rankiem 16 lipca 1945 roku na Jordana de Muerte. Potem kolej przyszła na bombę wodorową, którą Rosjanie odpalili na Nowej Ziemi. Właśnie tak! - a nie, jak wmawiała nam przez lata propaganda, Amerykanie na atolu Eniwetok, co zniosło z powierzchni Oceanu Spokojnego wysepkę Elugelab. Prawda jest taka, że Amerykanie zdetonowali "urządzenie termonuklearne" o masie 65 ton i mocy 3 MT TNT dnia 1 listopada 1952 roku, natomiast Rosjanie zdetonowali swą bombę wodorową (już bombę, a nie wielotonowe "urządzenie termojądrowe) 12 sierpnia 1953. Ta głowica była lżejsza od amerykańskiego "urządzenia" ponad dziesięciokrotnie. Rosjanie zdetonowali największą superbombę wodorową o mocy 58 - 68 MT TNT na poligonie na Nowej Ziemi w latach ’60.

Wróćmy jednak do lat ’40. W 1946 zatwierdzono status quo ante końca II wojny światowej, dzięki czemu mógł się zacząć eksport komunizmu na Zachód. Czy była to wyliczona gra, czy tylko zaślepienie zachodnich polityków, którzy nie dostrzegali imperialnych ambicji ZSRR? Obserwując wydarzenia ostatniej dekady w tym kraju i reakcję Zachodu, jesteśmy skłonni przyjąć tę drugą alternatywę. Jednakże w opisywanym okresie drugiej połowy lat ’40 było to jedno i drugie. Polityka Albionu poniosła sromotną klęskę w starciu ze sprzedajnością Rooswelta i chytrością Stalina, którzy dogadali się ponad głową Churchilla. Była to gra, w której każdy chwyt był dozwolony, w tym ciosy poniżej pasa. W przeciwieństwie do Rooswelta, który w starciu ze Stalinem wyszedł na głupka, Truman był twardym pragmatykiem i zapragnął nawet monopolu na... kontakty z kosmitami. Truman doskonale sobie zdawał sprawę, do jakiego stopnia Stalin ogłupił Rooswelta, co pozwoliło komunistom na zajęcie Europy Środkowej i umocnienia się w niej, rugując niemal do zera wpływy USA. Dlatego trzeba było wymyślić coś extra.

Dlatego właśnie nadano taki rozgłos obserwacjom latających dysków nad Mt. Rainier Kennetha Arnolda. Arnold widział latające dyski 27 czerwca 1947 roku, a już 2 lipca jeden z nich rozbił się w Roswell. Czy to nie dziwne? Oczywistym jest, że służby specjalne użyły obserwacji Arnolda do swych celów oraz jako odwrócenie uwagi przeciwnika od tajnych operacji kontrwywiadowczych i ochrony amerykańskich badań naukowych. Dlaczego?
W maju 1945 roku z radzieckiej ambasady w Ottawie zbiegł rosyjski szyfrant NKWD Igor Gruzienko. Zabrał ze sobą plik dokumentów, z których wyniakało, że pewni Amerykanie - w tym uczestnicy projektu MANHATTAN - byli na garnuszku rosyjskiego wywiadu ukryci pod kryptonimami: Oppenheimer - "Star"; Fermi - "Editor"; Greenglass - "Callibre" itp. Wywołało to z kolei afery szpiegowskie Rosenbergów, Nunn-May’a, Fuchsa i innych oskarżonych w procesach o atomowe szpiegostwo. Służby specjalne USA były zaangażowane w ochronę swoich laboratoriów naukowych i zakładów produkcyjnych oraz baz wojskowych, do których m.in. należały Roswell, White Sands i Almanogordo. Poza tym, w 1946 roku zaczął pracować reaktor jądrowy prof. Kurczatowa, posługujący się uranem i torem wydobywanym w Polsce, Czechosłowacji, Bułgarii, Węgrzech i na Ukrainie. 

Powstaje pytanie, co mogło spowodować puszczenie w obieg w USA spreparowanej "legendy"? Istnieją trzy możliwe odpowiedzi:

1. Prace nad niewidzialnymi dla radaru samolotami bombowymi w ramach PROJECT RAINBOW, które miały za zadanie bombardowanie ZSRR w ramach planu PINCHER.
2. Katastrofa bombowca B-29 z bombą atomową na pokładzie - czyli pierwsza w historii operacja "Złamana Strzała".
3. Katastrofa prototypu dyskoplanu wybudowanego wg. planów zespołu Schriever-Miethe-Beluzzo-Zimmermann-Schauberger, czyli Wunderwaffe V-7.

Spójrzmy na drugą ewentualność. Jest ona najbardziej prawdopodobna, bo w Roswell stacjonowało 509 Skrzydło Bombowców Strategicznych USAF, mające na stanie 49 samolotów bombowych B-29 "Superfortess" przystosowanych do transportu i zrzutu bomb atomowych. Operacja BROKEN ARROW i poprzedzająca ją katastrofa musiała być utrzymana w tajemnicy przede wszystkim przed własnymi mediami i społeczeństwem, które przecież znały skutki działania tej broni masowego rażenia po Hiroshimie i Nagasaki. Trzeba było również ukryć prawdę przed Kongresem oraz agentami NKWD i GRU. Nie ma lepszej legendy od jeszcze bardziej tajemniczej legendy, a za taką uznało dowództwo USAF relację Arnolda (i innych) o obserwacjach UFO. Relacje te - jak wykazał to Robert Leśniakiewicz w swej pracy "Tryptyk ufologiczny: ufologia a polityka" - zostały wykorzystane nie tylko przez USAF.

Rozważmy teraz możliwość katastrofy dyskoplanu V-7 w okolicy Roswell. Jak wspomniano wcześniej prototyp (lub prototypy) niemieckiego dyskoplanu zostały przewiezione do Nowego Meksyku w ramach misji PAPERCLIP i wypróbowywano je w okolicy White Sands. To miejsce leży niedaleko Los Alamos i Almanogordo, co ma szczególne znaczenie, ponieważ V-7 miał napęd jądrowy. Hipoteza ta wygląda niezwykle, ale wcale nie jest taka nieprawdopodobna jak by się wydawało. Świadczą o tym następujące fakty:

1. Badania nad V-7 miały miejsce na terenach okupowanej Polski, w pobliżu miejsc, gdzie wydobywano uran i tor, czyli w Górach Sowich, Wrocławiu i Gdyni, gdzie dowożono rudę uranową i torową z kopalni wymienionych w poprzednich rozdziałach. W Kowarach testowano także reaktor jądrowy, na co wskazują ołowiane płyty oraz rurki miedziane i z osmo-renu. Te artefakty znajdują się tam do dziś. Coś takiego było również na terenach Protektoratu Czech i Moraw, gdzie centrum badawcze SS znajdowało się w okolicy występowania i wydobycia rud uranowych w Pribramsku, czego już nie można zrzucać na karb przypadku.
2. W modelu N-3 austriacki uczony Schauberger zastosował nadzwyczajny rodzaj napędu na bazie wody jako paliwa (czyżby kontrolowana reakcja termojądrowa?). Silnik ten pozwalał dyskoplanowi na osiąganie nieprawdopodobnej szybkości i wysokości lotu przy ogromnej, fantastycznej manewrowości aparatu latającego. Jak wiadomo, jedynymi urządzeniami energetycznymi pracującymi na bazie wody są właśnie reaktory jądrowe.
3. White Sands Missile Range znajduje się w okolicy Almanogordo i Los Alamos, co jak już wspomniano, stanowi kolejny argument "za" tą hipotezą, bowiem w obu tych miejscach prowadzono prace nad technologiami nuklearnymi.
4. Szczątki rozbitego NOLa zostały szybko przewiezione do Edwards AFB w Kalifornii i Fort Worth AFB w Texasie, gdzie je pieczołowicie ukryto. Rzecz w tym, że obie te bazy posiadają bunkry dekontaminacyjne, w których składuje się "gorące" materiały radioaktywne do czasu obniżenia się ich radioaktywności do mniej szkodliwych rozmiarów.

Tajemnica radioaktywnego napędu jądrowego i jego wykorzystania do przenoszenia ładunków konwencjonalnych lub jądrowych stanowiła nie lada wyzwanie dla służb wywiadowczych - zwłaszcza tych rosyjskich. Czyż nie jest to łatwiejsze wyjaśnienie katastrofy w Roswell, niż tworzenie skomplikowanych scenariuszy i wprowadzanie do akcji Obcych?

Najciekawszym momentem w filmie Kagana jest ukazanie (celowo lub niecelowo) mechanizmu "wycelowanego rykoszetu" (jak to nazwał nestor polskiej ufologii Lucjan Znicz-Sawicki w swych pracach), polegającego na rozsiewaniu plotek i pogłosek różniących się tylko o włos od rzeczywistości. Oprócz jednego, kluczowego faktu, pani kapitan służby medycznej USAF opowiada historię ożywienia kosmity w szpitalu lotnictwa swojemu chłopakowi, a ten powtarza ją w sekrecie - a jakże! - kolejnym osobom, zaklinając się przy tym, że informacja pochodzi z "pewnego i sprawdzonego" źródła. Metoda stara i niewiarygodnie skuteczna, zwłaszcza w demokratycznych społeczeństwach. Opowiastkę o autentycznym UFO, którą Amerykanie jeszcze "wzmocniki" drugą opowiastką o żywym Obcym, miały dojść do Kremla i stanowić ostrzeżenie dla Stalina, który miał pod bronią w Europie 11 milionów ludzi i ogromny apetyt na jej większą część. Udowodnił to w Skandynawii, gdzie wypróbowywał swoje - przepraszamy - poniemieckie, zdobyczne rakiety V-1 i V-2. A miał ich dosyć, bo Armia Czerwona zajęła ich w Niemczech prawie 22 tys. sztuk.

Dlatego Zachód musiał coś zrobić!, aby odpowiedzieć na stalinowskie przedstawienie, mające na celu demonstrację siły. Latający talerz z atomowym napędem plus bomba A lub H. To było właśnie coś extra. V-7 zbiegał się z PROJECT RAINBOW w tej mierze, że był pierwszą konstrukcją typu "stealth", bowiem był niemal niewidzialny dla ówczesnych systemów radiolokacyjnych. Był zatem idealną bronią pierwszego uderzenia, czymś w rodzaju "Czerwonego Października" z powieści Toma Clancy’ego. Sądzimy zatem, że katastrofa w Roswell była genialnym humbugiem wymierzonym w GRU i NKGB.

A teraz spójrzmy na jeszcze inny aspekt tej sprawy i z innego punktu widzenia. Charles Berlitz podaje bardzo ciekawą listę obserwacji NOLi w okolicach Roswell AFB w czerwcu i lipcu 1947 roku, która może ukazywać w jaki sposób technicy z White Sands testowali niemieckie latające spodki i opanowywali technikę lotu V-7:

25 czerwiec - przelot dyskokształtnego obiektu nad Silver City (NM);
26 czerwiec - przelot kulistego obiektu nad Wielkim Kanionem Colorado (Col);
27 czerwiec - przelot dyskoidalnego obiektu nad Tintown/Bisbee na granicy Arizony z Nowym Meksykiem;
27 czerwiec - przelot grupy 8 lub 9 dysków nad Warren (Arizona), zaobserwowany przez mjr. G.B. Wilcoxa;
27 czerwiec - przelot białego dysku nad Pope (NM);
27 czerwiec - przelot dysku nad San Miguel (NM);
27 czerwiec - przelot dysku nad White Sands AFB zaobserwowany przez kpt. E.B. Dethney’a;
28 czerwiec - przelot "ognistej kuli z ogonem" nad Almanogordo AFB zaobserwowany przez kpt. F. Dwyne’a;
29 czerwiec - piloci USAF obserwują NOLa w okolicach Cliff, który podobno wylądował, ale poza dziwnym zapachem niczego niezwykłego tam nie stwierdzono (NM);
29 czerwiec - grupa ekspertów lotniczych USAF pod kierownictwem dr. C.J. Zohna (proszę zwrócić uwagę na niemieckie brzmienie nazwiska) obserwowała srebrny dysk, który wykonywał różne ewolucje nad White Sands Proving Grounds (NM);
29 czerwiec - obserwacja przelotu srebrnego dysku nad Tucumcari (NM);
30 czerwiec - przelot 13 dyskokształtnych obiektów nad Albuquerque (NM);
1 lipiec - przelot białego dysku nad Albuquerque (NM);
1 - 6 lipca -siedem meldunków o obserwacjach UFO nad północnymi terenami Meksyku - od Mexicali do Juarez;
1 lipca - przelot ogromnego dysku nad Phoenix (Arizona);
z 1 na 2 lipca - katastrofa UFO w okolicy Roswell.

"Co zatem widzieli ci ludzie?" - pyta dramatycznie Charles Berlitz i po chwili sam sobie odpowiada: "Oczywiście nie rakiety skonstruowane wg. rakiet V-2, które wypróbowywano w tym czasie na poligonie White Sands, jak to wyjaśniało kilku sceptyków!" Zgadzamy się, że V-2 nie były już żadną nowością, ale niemieckie latające talerze były ostatnim krzykiem techniki. Można z tego wydedukować, że ci, którzy coś o tym wiedzieli, nie powiedzieli nic, zwalając wszystko na kosmitów, zaś ci, którzy widzieli, ale nie wiedzieli, też nic nie mogli powiedzieć, bowiem wtedy właśnie wchodził w modę fenomen UFO i kontakt z pozaziemską cywilizacją był marzeniem świata zmęczonego wojennym szaleństwem.

Zatrzymajmy się na chwilę przy pytaniu czy katastrofa UFO jest w ogóle możliwa? Może to jest pytanie niemądre, ale konkretne. NOLe obserwowano od 1947 roku. Musiały być one zbudowane w oparciu o matematyczne modele niezawodności, co oznacza, że NOL musi sobie dać radę w każdych warunkach i przede wszystkim chronić w przypadku katastrofy swych pasażerów. Według "legendy z Roswell" obok rozbitego dysku znajdowały się martwe ciała humanoidów, które potem przewieziono do Dallas i tam pokrojono, jak to pokazano na filmie Santilliego. Sam dysk był zrobiony z metalu "zapamiętującego kształt", o czym mówi w swym filmie Jeremy Kogan. Dlaczego w takim razie rozbity dysk nie wrócił po katastrofie do swego poprzedniego kształtu, a pozostał z niego rozbity wrak we wnętrzu krateru?

Następna sprawa - skoro NOLe są doskonałymi pojazdami atmosferycznymi (jak udowadnia prof. Jan Pająk w swych pracach), hydrosferycznymi i kosmicznymi, to dlaczego ów nieszczęsny NOL spadł po trafieniu go zwykłym piorunem? ,,,,, Przecież - jak dowiodły materiały filmowe dostarczone przez Hungarian UFO Research Federation z Debreczyna w 1997 roku - NOLe są w stanie wytrzymać uderzenie pioruna. Dziwne, prawda? Nie mówiąc już o tym, że każdy pojazd latający jest klatką Faraday’a i ładunek elektryczny musi spłynąć po jego powierzchni nie robiąc szkody załodze. Takie są prawa fizyki. Przecież tak prymitywny w istocie statek kosmiczny Apollo-11 trafiły w czasie startu cztery pioruny i poza chwilowymi statykami w łączności nic złego się nie stało.

Krótko mówiąc, była to katastrofa samolotu B-29, bądź amerykańskiej wersji dyskoplanu V-7. Jest jeszcze jedna możliwość. Mógł to być latający dysk, aparat szpiegowski wysłany z Grenlandii nad atomowe poligony Nowego Meksyku przez niedobitki hitlerowców ukrywających się w "Bobrowej Tamie" nad brzegami płoni North East Water na Morzu Grenlandzkim.

Spreparowane wyjaśnienie o katastrofie statku Obcych, o czym miały świadczyć znalezione trupy humanoidów, były typowym humbugiem, który działa do dzisiaj. Przykładem jest film Santilliego, którego zadaniem było po raz któryś z rzędu reanimować tę katastrofę. Poza tym te rzeczy przynoszą zyski. Kopia filmu kosztuje 50 $USA, zaś turyści zwiedzający Roswell zostawiają w tym mieście setki tysięcy dolarów rocznie. Kto przy zdrowych zmysłach zarzynałby kurę znoszącą złote jajka? 

Inne miasteczka bez perspektyw pozazdrościły mieszkańcom Roswell sławy i pieniędzy, więc jak grzyby po deszczu zaczęły się mnożyć kolejne ufokatastrofy na terenie Stanów Zjednoczonych: Aztec, Laredo, Phoenix - Roberto Pinotti na łamach mediolańskiego "Mysteri e verita" wyliczył 22 katastrofy na terenie USA. A gdzie reszta świata? W tym kontekście prawdziwości nabierają wydarzenia na Szpicbergenie i w Gdyni, bo nikt, poza garstką autorów biorących nędzne wierszówki na tym nie zarobił.

Film Santilliego miał swoją premierę w 1995 roku, a szumnie zapowiadane dowody na jego autentyczność nie zostały podane do dnia dzisiejszego (18 września 1998), a zatem nadal musimy na nie czekać. Pytanie: jak długo? Ale będziemy czekać, choć wątpimy czy się doczekamy, jeżeli mamy rację.

Wielu Czytelników pyta nas nie bez racji, dlaczego - skoro Niemcy, a potem Amerykanie przechwycili technologię Obcych - po naszym niebie nie latają amerykańskie pojazdy w kształcie talerzy, lecz jakieś UFO? Otóż, nowoczesne technologie amerykańskie mogły powstać z inspiracji technologiami Obcych, ale w swej głównej mierze są one technologiami "ziemskimi". Rzecz w tym, że gros technologii Obcych opiera się na nieznanych nam prawach fizyki, do których cała nasza fizyka klasyczna i relatywistyczna stanowi zaledwie podpunkt do punktu wyjścia. Stąd właśnie ten silny opór uczonych broniących swego zaskorupiałego widzenia świata. UFO są tym, co rozwala wszystkie znane nam pojęcia o przestrzeni i czasie.

Wydaje się, że aby skorzystać z tej technologii, nasza fizyka i inne nauki stosowane muszą dokonać ogromnego skoku, a ten jest na razie niemożliwy ze względu na rewolucyjność tej obcej wiedzy. Na razie mamy z niej okruchy: tranzystory, obwody scalone, nadprzewodniki. Obawiamy się, że sytuacja przedstawia się identycznie jak w powieści braci Strugackich "Piknik na skraju drogi".

Musimy czekać.