niedziela, 26 marca 2017

Kryptonim WUNDERLAND (24)



Rozdział 24: Powrót astronautów Hitlera

* Po raz pierwszy w historii ludzkości, faszystowski astronauta na orbicie * Okropna wizja - Hitler żyje * Broń rakietowa za życie niewolników * Tajne inspekcje dr. von Brauna *

 
Była to ostatnia noc przed startem. Przygotowania, w które zaangażowano kilkaset osób powoli zbliżały się ku końcowi. Wielkokrotnie sprawdzano wszystkie detale przed podróżą pierwszego astronauty. W tym czasie do bazy wciąż przyjeżdżały czarne mercedesy z dokładnie sprawdzonymi i pieczołowicie dobranymi gośćmi z całej Rzeszy. Delegaci pochodzili nie tylko z Westpreußen i Reichsgau Sudetenland, ale i z Ingermannlandu, Götengen i Memel-Narewu, które powstały jako strefa buforowa pomiędzy Europą a Azją po porażce ZSRR i wyrzucenia Rosjan za Ural.

Wszyscy byli niezmiernie wzruszeni, w tym generalicja i komendanci SS, wysocy urzędnicy państwowi i partyjni, dziennikarze i ekipy filmowe, aż do ostatniego technika i wojskowej załogi bazy, która nigdy nie zbliżyła się do rakiety.

Temu wzruszeniu nie oparł się nawet Heinrich Hölzer. Próbował zachować spokój i równowagę duchową, która po wielomiesięcznym wysiłku pozwoliła mu na zaszczyt zostania pierwszym astronautą. Lekarze przepisali mu przed lotem dziesięciogodzinny wypoczynek, a on go w pełni wykorzystał.

Kiedy rankiem promienie słoneczne zalały całą miejscowość, a wskazówki na zegarze odmierzyły czas wypoczynku, do jego łóżka podszedł lekarz, potrząsnął go delikatnie za ramię i rzekł: "Es ist schon Zeit."

Szybko wstał z pościeli, umył się, ubrał i zjadł śniadanie. Po badaniu lekarskim asystenci zaczęli go ubierać w oliwkowo-zielony skafander, a na głowę włożyli ciężki hełm z hitlerowskim orłem nad oczami. Potem odprowadzili go do samochodu, który podwiózł go do ogromnej wieży rakiety.

Po chwili Hölzer był już na szczycie wieży. Patrząc stamtąd widział w dole lekarzy, techników, a za nimi ogromną masę ludzką ubraną w różne mundury: feldgrau Wehrmachtu, ciemnoniebieskie lotnictwa, czarne, brązowe i khaki. Nad tym wszystkim łopotały krwawo czerwone sztandary ze swastyką na białym kręgu. Jeszcze tylko pozdrowił ten tłum wyciągniętą prawą ręką w hitlerowskim pozdrowieniu i znikł we wnętrzu statku kosmicznego.

Na stanowisku dowodzenia lotem kierował główny konstruktor, którego nazwisko było od początku związane z rozwojem techniki rakietowej. Był to ten, który po powodzeniu kontrofensywy w Ardenach i wyparciu Aliantów z Europy, po Zajęciu Wielkiej Brytanii i atomowym zbombardowaniu Moskwy, zdążył odnowić instytut rakietowy w Peenemünde, a teraz namówił Führera, aby po wojnie zajmował się technikami rakietowymi.

Przed personelem stanowiska dowodzenia i grupą umundurowanych generałów i SS-Brigadeführerów, na wielkim ekranie TV widać było twarz astronauty. Był dzień 10 kwietnia 1959 roku, godzina 8:08. Drei, zwei, eins... start!
Oślepiający błysk i gigantyczny obłok dymu nad betonowym placem. Ogłuszający huk i dudnienie przeciągłego grzmotu, płomień - najpierw ognista kula, potem oślepiająco jasny ognisty słup i rakieta powoli dźwignęła się do góry, a z jej dysz wystrzeliły płomienie. Po paru minutach rakieta stała się świetlnym punktem znikającym w błękicie nieba.

Potężna siła wtłoczyła astronautę w fotel. Nieprzyjemna wibracja zanika, gdy odpada ostatni booster i astronauta na chwilę traci orientację w stanie nieważkości.

Godzina 8:50 - statek kosmiczny przelatuje nad Ameryką Południową, którą astronauta obserwuje przez bulaj. "Alles in Ordnung" - melduje. Tam na dole Japończycy wypalali dżunglę, zaś Niemcy już sięgnęli Wszechświata.
Godzina 9:13 - statek kosmiczny Großdeutschland-1 przelatuje nad Afryką. Większą część tego kontynentu przesłaniają obłoki. Stał się on poligonem doświadczalnym niemieckiej polityki kolonialnej. Z tego kontynentu przed paru laty praktycznie zniknęła czarna rasa wykończona cyklonem B, spalona w krematoriach i przerobiona na szykowne lampy z ludzkiej skóry. Afryka, meldunek z pokładu: "Schade, das es bewolkt ist."

Godzina 9:25 - przygotowanie do lądowania.

Godzina 9:55 - lądowanie.

Jeszcze tego samego dnia w dziennikach dziesiątków stacji radiowych i na czołówkach poczytnego dziennika "Volkischer Beobachter" pojawiła się informacja:
 
"Dzisiaj, 10 kwietnia 1959 roku, o godzinie 9:55 czasu miejscowego, w północno-zachodniej części Reichskommisariatu Ukraine wylądował statek kosmiczny Großdeutschland-1 pilotowany przez SS-Sturmbannführera Heinricha Hölzera po dokonaniu jednego oblotu Ziemi."

Czy to nie paskudna wizja? Hitler żyje, a Europa od Uralu po Atlantyk jest we władaniu III Rzeszy. Nasza krótka historyjka pierwszego lotu człowieka w Kosmos jest jedynie próbą uzmysłowienia tego, co stałoby się, gdyby Niemcy i Japonia wygrały II wojnę światową. Dzięki rozwojowi techniki rakietowej i nuklearnej, III Rzesza mogłaby wysłać w Kosmos swojego pierwszego kosmonautę. Wokół Ziemi latałaby sobie kapsuła statku kosmicznego, ale jaka by ta Ziemia była? Zniewolona i skolonizowana według nazistowskich planów, a jej narody figurowałyby jedynie jako nazwy geograficzne miejsc, gdzie kiedyś żyły lub wegetowały w rezerwatach. Nie zapominajmy myśli, z którą zaczęliśmy tę książkę: wysoka technika w rękach barbarzyńców może tylko zabijać, bowiem barbarzyńca nie potrafi robić niczego innego, jak rozszerzać swoją przestrzeń życiową - jeśli trzeba, to również w Kosmos.

Być może czytelnik poczuje niesmak czytając nasze małe opowiadanie z gatunku politycznego s/f i odbierze je jako mit, który ma za zadanie gloryfikację technicznych umiejętności hitlerowców. Uprzedzamy, że jesteśmy jak najdalej od tego. Ale jeżeli mamy dany problem wyjaśnić, to musimy wziąć pod uwagę, że u początku przenikania człowieka w Kosmos stała technologia, która spowodowała śmierć i cierpienia dziesiątek tysięcy zagłodzonych, chorych, bitych i udręczonych na wszystkie sposoby "rakietowych niewolników" w Nordhausen, Głuszycy, Štčchovicach itp.

Nie zapominajmy, że fascynującą przygodę lotów kosmicznych i lądowania człowieka na Księżycu zawdzięczamy dr. Wehrnerowi von Braunowi, którego faszystowska przeszłość jest po prostu dowiedzionym faktem historycznym. Będąc dyrektorem naukowym projektu V-1 i V-2 musiał on wiedzieć, kto i w jakich warunkach pracował wytwarzając te rakiety, które on przecież projektował.

10 lutego 1962 roku Julius Mader, autor książki "Tajemnica z Huntsville" otrzymał list od byłego więźnia "Mittelwerk Dora" Adama Cabala z Wrocławia, w którym czytamy, co następuje:

"Profesor Wehrner von Braun w czasie wielu odwiedzin w Dorze ani razu nie zaprotestował przeciwko okrutnemu traktowaniu więźniów. Wielkorotnie wchodził do hali 36. ľ jej powierzchni zajmowały sześciometrowe prycze z desek. Na końcu hali, gdzie znajdował się korytarz A, miał miejsce najhaniebniejszy czyn w Dorze. Znajdowało się tam "ambulatorium", w którym konali ludzie dobijani przez ciągłą ciężką pracę i mściwość nadzorców. Leżały tam ludzkie zwłoki jak jedna masa. Profesor von Braun przechodził blisko nich, niemal ich dotykając.
Ludzie umierali tam dziesiątkami [...], zaś prof. von Braun przechodził koło nich nawet nie zwracając ku nim głowy. Nie wierzę w to, że w tych chwilach jego myśli były zajęte przestrzenią międzyplanetarną. Nie wierzę w to, że nie widział tych, którzy umierali w błocie i brudzie. Musiał ich widzieć!"

Wehrner von Braun, który wg. encyklopedii niemieckiej techniki rakietowej, był SS-Gruppenführerem*, przemilczał swe wizyty w "rakietowym piekle" Nordhausen, tak samo jak odwiedziny w "Der Riese", o czym opowiedział nam Tadeusz Łukawski. Milczał, choć mógł złagodzić los więźniów pracujących przy produkcji rakiet. Milczał i potem, kiedy w 1945 roku dwaj żołnierze GIS włożyli do walizki pieczołowicie zabezpieczony przed molami czarny esesowski mundur, gdy wyjeżdżał do Ameryki. Zachował milczenie do swej śmierci w 1976 roku. Dlaczego?

Dopóki będziemy się zajmowali futurystycznymi wynalazkami oraz źródłami, z których się one poczęły, nie możemy zapominać, jakimi zbrodniami przeciw ludzkości były one opłacone i jak złowieszczym celom miały one służyć.

-------------------
* - W rzeczywistości był SS-Sturmbannfuehrerem (majorem)