poniedziałek, 27 marca 2017

Kryptonim WUNDERLAND (25)




Rozdział 25: Spotkania z "Foo-Fighters"

* Zemsta z niebios - "latające fortece" nad Niemcami * 23 listopada 1944 - panika w powietrzu * "Tam gdzie są foo, tam jest i ogień" * Zgłoszeń i meldunków przybywa * UFO w czasie przeciwuderzenia w Ardenach * "Ostatni pilot eskadry foo-fighters" *

 
Jest listopad 1944 roku. Amerykańskie "latające twierdze" zrzuciły w tym miesiącu na terytorium Rzeszy ponad 55.700, a brytyjskie bombowce 53.000 ton bomb. Niemieckie koleje żelazne są już zniszczone, a miasta takie jak Koblencja, Hamm lub Saarbrücken są celami częstych nalotów. Wciąż trwają ataki bombowe wymierzone przeciwko rafineriom naftowym i fabrykom materiałów pędnych. Anglicy nie ustają w bombardowaniu Berlina, Hanoweru, Kolonii i Essen. Amerykańskie naloty dywanowe zmiatają z powierzchni ziemi Drezno i Heinsburg. Systematycznie niszczone są stanowiska odpalania pocisków rakietowych V-2 i odrzutowych V-1.

23 listopada o godzinie 22 por. Eduard Schlueter z 415 Eskadry USAF z bazy w Dijon pilotował swój samolot w kierunku Mainzu. W obserwacji brali udział także porucznicy D.J. Meyers i F. Ringwald z wywiadu lotnictwa A-2. Krótko po skończeniu zwiadu nad skrajem Schwarzwaldu pilot zaczął obserwować Ren. W odległości ok. 20 km od Strasburga por. Ringwald zobaczył przez boczne okno kabiny 10 ognistych kul barwy czerwonej, które leciały z ogromną prędkością w zwartej formacji.

- Chciałbym wiedzieć, co to za światła tam, za tymi pagórkami. Patrzcie! - zawołał do swoich kolegów Ringwald.
- Z pewnością gwiazdy - opowiedział machinalnie pilot zajęty obserwowaniem przyrządów.
- To nie gwiazdy, to jest coś innego.
- Jesteś pewien, że to nie jest jakiś refleks? - zapytał por. Schluter.
- Oczywiście!
Pilot zaczął przyglądać się światłom, które zmierzały ku nim. Bez najmniejszego namysłu zameldował do bazy:
- Mamy tutaj dziesięć niemieckich myśliwców. Wygląda na to, że lecą za nami z ogromną szybkością!
- Coś wam się pochrzaniło, chłopcy. Poza wami nikogo nie ma w powietrzu - odpowiedziała stacja radiolokacyjna.
Zmieszany Donald Meyers spojrzał na ekran pokładowego radaru. I znów za okno. I ponownie na ekran. Na ekranie nie było śladu niemieckich myśliwców.
- No to, do diabła, czym są te czerwone światła? - powiedział wskazując na widoczne obiekty jarzące się w odległości ok. 5 mil od samolotu.

Schlueter zrobił zwrot i ruszył w stronę obiektów. Dziwne kule jakby przewidziały ten manewr i ich światło pociemniało do tego stopnia, że były niemal niewidoczne. Samolot przeleciał już miejsce, gdzie powinny się znajdować, ale załoga niczego nie widziała. Naraz te świetlne kule pojawiły się nieco dalej w formacji wskazującej, że idą do kontrataku. Schlueter odbezpieczył broń pokładową w oczekiwaniu na walkę, ale do niej nie doszło, bo NOLe poleciały szybko w dół, w stronę niemieckiego terytorium. W tej samej chwili system radarowy zaczął wykazywać zakłócenia, więc pilot zawrócił do bazy. Piloci zachowali swe obserwacje dla siebie, bo nie mieli zamiaru ryzykować swych karier wojskowych podejrzani o chorobę psychiczną.

Powyższy epizod posłużył Andrzejowi Zbychowi za punkt wyjścia jednego z odcinków serialu "Stawka większa niż życie". Sugerował w nim, że były to albo wiązki ścieśnionego światła, czyli promieniowanie laserowe, alo nowe niemieckie pojazdy latające. Oczywiście dzielny kapitan Hans Kloss nie dość, że rozwiązał tę zagadkę, ale spowodował, że dywanowy nalot rozniósł na strzępy atrapę fabryki, zaś on sam osobiście wysadził prawdziwą fabrykę w powietrze.

Inaczej zachowali się piloci Henry Giblin i Walter Cleary, którzy nad północną Anglią spotkali się z ogromną pomarańczową kulą. Leciała ona z prędkością tylko 45 km/h na wysokości ok. 500 m nad ich myśliwcem. Oczywiście naziemna stacja radiolokacyjna nie potwierdziła obecności obiektu w sąsiedztwie ich samolotu, ale ich pokładowy radar wysiadł i musieli wrócić do bazy. Tam obaj piloci stali się przedmiotem kpin swoich kolegów, ale dzisiaj wiemy, że byli oni pierwszymi alianckimi lotnikami, którzy spotkali się z fenomenem "foo-fighters".

Określenie to najprawdopodobnie pochodzi z komiksu "Smokey Stover", gdzie często padały słowa: "Where there is a foo, there is a fire", co oznacza: "gdzie jest feu (z franc. ‘ogień’), tam jest pożar". Słowo "foo" można również tłumaczyć jako "fool" - głupiec, aczkolwiek pierwsza wersja wydaje się bardziej prawdopodobna, bowiem słowa "foo" i "feu" wymawia się identycznie. Poza tym były jeszcze inne określenia, jak np. "kraut balls", co w żargonie lotniczym miało oznaczać "zielone głowy" (a właściwie "kapuściane głowy" - połączenie niemieckiego słowa "kraut" - kapusta i angielskiego "balls" - kule, bańki, piłki; "balls" jest slangowym określeniem jąder, ale jako "bańka" oznacza również głowę - przyp. wydaw.). Jak się zdaje, nazwa ta pochodzi od miana nadawanego pilotom, którzy opowiadali o ich istnieniu.

A oto opis następnej pary pilotów z 415 Eskadry, McFallsa i Bakera, który znalazł się potem w archiwach A-2:
"22 grudnia 1944 roku, o godz. 6 rano, opodal Hagenau, na wysokości 3.050 m. przybliżyły się do nas dwa wielkie i jasne światła. Ich kolor był jasnopomarańczowy. Kiedy osiągnęły nasz pułap, przez dwie minuty siedziały nam na ogonie. Obiekty były pilotowane. Następnie oddaliły się od nas, przy czym wydawało się nam, że widzieliśmy wydobywające się z nich płomienie."

Dalszego ciągu informacji nie znamy, bo prawdopodobnie nie przeszedł przez cenzurę wojskową. Być może opisana była tam również reakcja pokładowej aparatury radarowej.

Ci sami piloci lecieli w nocy 24 grudnia nad Nadrenią, gdy ponownie w ich pobliżu pojawiła się gorejąca czerwonym światłem kula. Przybrała ona nagle kształt jakiegoś okrągłego samolotu, który po wykonaniu jakiś karkołomnych manewrów, odleciał gdzieś ku dołowi.

Na następne meldunki nie trzeba było długo czekać. Załoga bombowca, którą zmusiła do lądowania grupa 15 świetlistych kul, zameldowała w dowództwie, że każda z nich wydawała z siebie dziwne światło o zmiennej intensywności. Wydawało się im, że zmiany blasku zależą od prędkości obiektów. W swym meldunku informowali oni, że:
"... w jednej chwili kule się do nas zbliżyły, jedna po drugiej i to tak blisko, że dotykały naszych skrzydeł. Odczuwaliśmy ostry wzrost temperatury. Oczywiście pokładowy radar przestał działać."

Pilot pewnej "latającej fortecy" zameldował, że już nad Wyspami Brytyjskimi napotkał ognistą kulę, która go przez jakiś czas śledziła, tzn. leciała za nim. Kiedy o swej obserwacji opowiedział kolegom, ci go wyśmiali do tego stopnia, że uwierzył iż padł ofiarą przywidzenia. Kiedy jednak w dwa dni później obserwował identyczną ognistą kulę, doszedł do przekonania, że jednak obserwuje realne obiekty. W odległości kilkuset metrów od tajemniczego obiektu dobiegł doń dziwny dźwięk, jakby pochodził od śmiegieł niewidzialnego samolotu. Leciał on dalej swoim kursem i kula oddaliła się od jego samolotu i odleciała. Po chwili zobaczył ją znów na wielkiej wysokości i oddaloną znacznie od niego.

Plotki mówiące, że foo-fighters są jakąś tajemniczą bronią faszystów nasiliły się w drugiej połowie 1944 roku, gdy Niemcy złapali drugi oddech i uruchomili doskonale przygotowaną operację o kryptonimie "Herbstsnebel", której celem było zdobycie Antwerpii przy pomocy potężnego uderzenia pancernej pięści, która zarazem miała oddzieliś od siebie amerykańskie armie Bradley’a i Pattona.

16 grudnia w Ardenach runęła na amerykańskie linie niemiecka ofensywa 10 dywizji pancernych w sile 800 czołgów. Amerykanie byli kompletnie zaskoczeni i nieprzygotowani do obrony, wielu z nich uciekło na sam widok żołnierzy Wehrmachtu, których nikt się nie spodziewał. XII armia gen. Omara Bradley’a została rozdzielona na dwoje i tym sposobem Niemcy uzyskali we froncie głęboki wyłom, którym wtargnęli w głąb zdobytego przez Aliantów terytorium.

Postępy wojsk niemieckich trwały 6 do 8 dni, dopóki Amerykanie nie otrząsnęli się z zaskoczenia. (Bardzo dramatycznie ukazuje to hollywoodzki superfilm "Bitwa o Ardeny" z plejadą gwiazd amerykańskiego kina lat ’70.) Szybko zorganizowali obronę i przygotowali się do kontrataku. Prawdopodobnie dowództwo Aliantów zaczęło brać meldunki o foo-fighters poważnie, podejrzewając, że w Alzacji szykuje się kolejny niemiecki atak mający wesprzeć ofensywę w Ardenach, dlatego sztab polecił meldować o wszystkich obserwacjach dziwnych zjawisk nad tym terenem.

23 grudnia, kiedy polepszyła się pogoda, 9 Armia USAF wykonała 1200 nalotów, a w dniu następnym niemieckie pozycje zaatakowało kolejnych 2000 "latających fortec" należących do 8 Armii USAF pod osłoną 800 myśliwców dalekiego zasięgu. W czasie tej akcji wielu pilotów obserwowało nad Hagen gorejące czerwono i pomarańczowo kule na niebie, które zbliżały się do ich maszyn. Nad Neustadtem widziano natomiast kule koloru żółtego. Kule podlatywały do samolotów, leciały równolegle z nimi i znikały równie nagle jak się pojawiły.

Foo-fighters nie były tylko europejskim fenomenem, bo ich pojawianie się odnotowano także nad Japonią i Pacyfikiem. Np. załoga Liberatora B-24 była eskortowana znad laguny Truk przez dwie czerwono świecące kule przez kilkadziesiąt kilometrów.

12 stycznia 1945 roku, kiedy na północnym skrzydle frontu w Ardenach toczyły się zażarte walki, VII i XVIII Korpusy 1 Armii USA meldują o obserwacjach czerwono świecących latających kul. Żołnierze widywali od jednego do czterech obiektów, ale również zdarzało się widzieć więcej niż cztery. Od połowy stycznia do końca kwietnia 1945 roku na temat foo-fighters zgromadzono spory materiał wywiadowczy, który był analizowany przez dowództwo. Kiedy się jednak okazało, że owe obiekty nie przejawiają żadnych wrogich zamiarów, a tereny, nad którymi je widywano, były zajęte przez Aliantów, śledztwo w tej sprawie umorzono na początku maja 1945 roku. W tym samym czasie odnotowano ostatnią informację o spotkaniu 5 pomarańczowych kul, które leciały w formacji trójkąta, nad wschodnim skrajem Schwarzwaldu.

Musimy poinformować gwoli ścisłości, że na tym historia foo-fighters się bynajmniej nie skończyła, ponieważ Anglicy w latach ’70 i ’80 powołali do życia program badawczy pn. PROJECT PENNINE, którego celem jest badanie dziwnych, czerwonych, żółtych i pomarańczowych kul, zwanych przez nich BOL (Ball of Light) nad Górami Pennine. Rzecz w tym, że takie kule obserwowano tam zawsze, a trzeba nam wiedzieć, że tamte tereny, podobnie jak okolica Babiej Góry, ma mieścić w sobie wejście do podziwmnego państwa Agharti. Ale to już inna historia...


KONIEC