środa, 1 marca 2017

Kryptonim WUNDERLAND (8)



Rozdział 8: Wehrmacht na Antarktydzie

* Bursztynowa Komnata i inne sprawy * Jednostki do walki poza kręgiem polarnym w Kowarach * Niemcy zajmują norweski sektor na Antarktydzie * Operation High Jump, czyli amerykańskie dywizje na szóstym kontynencie * Realia serialu "Czterej pancerni i pies" *


Istnieje wiele przesłanek, że w okolicach Kowar uran wydobywało się wcześniej. Najpierw Niemcy wywozili go do siebie, a po ukończonej wojnie zmienił się kierunek wywozu i adresaci. Tylko fakt wydobywania go przy pomocy niewolników pozostał bez zmian. Sowieci rabowali u nas do 1956 roku, a potem doszli do wniosku, że dalsza eksploatacja jest nierentowna i zaczęli eksploatować swoje złoża na Uralu.
Zastanawiamy się nad tym, czy niemieccy uczeni znali technologię, która umożliwiałaby wykorzystywanie izotopów uranu 233 i 238 oraz plutonu 239 w prętach i pastylkach paliwowych w prymitywnych reaktorach jądrowych. Oficjalna odpowiedź brzmi "nie", ale...
Na początku 1997 roku otrzymaliśmy list z Kowar od mgr. Bogdana M., w którym czytamy:

1. Wydobycie uranu. Niemcy kilka lat wydobywali w Kowarach rudę uranową. W latach ’30 przesyłali rudę uranu 238 do dalszego rozpracowania do Berlina-Dahlem. Zaraz po wojnie Rosjanie natknęli się na naładowane rudą wagony z dokumentami spedycyjnymi.
2. Góra Grabowiec. Istnieją tam zatopione pomieszczenia. Wojsko próbowało się tam dostać, ale bezskutecznie. Produkowano tam ciężką wodę.
3. Krzaczyna. Są tam niezbadane podziemia fabryki lotniczej. Na powierzchni pozostało dużo części lotniczych i wiele miedzi, dokładniej mówiąc - cienkich miedzianych rurek i ołowiana płyta o rozmiarach 1 x 1 x 0,2 m. Jedna z podziemnych hal ma kształt Ľ koła o promieniu 120 m.
4. Lokalizacja lotnisk na Kowarskim Grzbiecie i Kowarskiej Przełęczy jest niemożliwa, bo były one porośnięte lasem i kosówką.
5. Grodna. W latach ’70 wojsko znalazło dokumenty o działalności niemieckich służb radionasłuchu. W ruinach zamku była zlokalizowana na niedalekiej łące podziemna komora, ale nie udało się do niej dotrzeć.
6. Przełęcz Karkonoska. Tam także wojsko przeszukało całą okolicę. Znaleziono podziemne korytarze w Borowicach zalane wodą oraz miejsca, gdzie odstrzeliwano skałę na dokończenie Drogi Sudeckiej.
7. Kowarski Grzbiet. Nieco poniżej grzbietu znajdował się przysiółek Forstnauden (dziś Budniki), gdzie dziś są tylko ruiny. [...] Przed wojną postawiono tam dwa domy na solidnych betonowych fundamentach. Nieopodal w lesie znaleziono stal zbrojeniową i worki cementu - być może pozostałość po budowie tych domów. Mam informację, że nocą wychodziły ze wsi straże i włączały wentylatory. Szkoliły się tam grupy dywersyjno-rozpoznawcze. Na szczycie Łysej Góry, koło Budników, przy drodze znajdował się podziemny tunel. Jeszcze w szkole podstawowej moi koledzy chcieli sprzedać hełmy i maski gazowe pochodzące stamtąd. Tunel zasypano w 1965 roku i dziś go już nie można znaleźć.
8. Jeśli idzie o Bursztynową Komnatę, to wierzę wyjaśnieniom o. Klimuszki, że zniszczono ją pod Olsztynem. Jednak, co ciekawe, w Kowarach znaleziono "nieśmiertelnik" niemieckiego żołnierza z numerem obozu jenieckiego koło Olsztyna".
Tyle Bogdan M. Oczywiście, zgadzamy się z jego uwagami. Takie samoloty jakie są nam znane z codziennej obserwacji, nie mogłyby lądować w żadnym miejscu Karkonoszy z wyjątkiem lotnisk Jeleniej Góry. To oczywiste. My jednakże interesujemy się samolotem pionowego startu i lądowania, a taki może siadać byle gdzie, jeżeli ma tylko kawałek równego terenu do dyspozycji.
Co do szkolenia dywersantów, to inne źródła dodają, że w Kowarach były szkolone tylko elitarne jednostki wojskowe. Żeby było ciekawiej, warto dodać, że te jednostki nie były szkolone do walki w rejonach subpolarnych, jakie są np. w Norwegii lub Kanadzie, ale do działań w warunkach polarnych, takich jakie panują w Arktyce i na Antarktydzie. Celem tych szkoleń było opanowanie Szpicbergenu, Wyspy Jana Mayena, Islandii, Grenlandii, wysp Archipelagu Arktycznego Kanady i Arktyki. Oraz, od 1940 roku, polarnych, antarktycznych posiadłości Norwegii. To już nie była robota dla górskich strzelców Gebirgsjägerregimentu gen. Dietla (który szybko opanował Norwegię), lecz dla specjalnych sił przeznaczonych do walk w ekstremalnych warunkach klimatycznych obu biegunów naszej planety.
I tu mała dygresja. Warto się zastanowić jak wyglądałaby wojna, gdyby hitlerowcy zawarli pakt z południowymi republikami ZSRR wymierzony przeciwko Federacji Rosyjskiej. Jak się zdaje, Hitler popełnił duży błąd atakując Związek Radziecki bez uprzedniego przygotowania gruntu w Kazachstanie, Uzbekistanie, Tadżykistanie i in. Posługując się wojskami tych republik przekabaconych na narodowy socjalizm i bazując na ich nienawiści do Stalina, mógłby wziąć Rosję w trzy ognie: od zachodu z Polski, Czechosłowacji, Węgier, Rumunii i Bułgarii via Morze Czarne; od północy z Norwegii i Finlandii (Finowie nie mieli powodów, by kochać Rosjan za 1939 rok) i od południa, ze strony "stanów". Ano, dzięki Bogu, Hitler tego nie zrobił i przegrał kampanię rosyjską.
Ale tymczasem do rzeczy. Na przełomie kwietnia i maja 1940 roku padła Norwegia. Jej władze na czele z królem Olafem wyemigrowały do Anglii, skąd kierowały norweskim ruchem oporu, któremu zawdzięczamy zniszczenie fabryki ciężkiej wody w Rjukan i zatopienie całego jej 200-kilogramowego zapasu w wodach jeziora Tinnsjo (wg. innych źródeł w jeziorze Mjösa). Poza ziemiami królestwa Norwegii, hitlerowcom zachciało się także jego posiadłości antarktycznych. Ich obsadzenie przypadło w udziale specjalnej jednostce dowodzonej przez Alfreda Richtera. Niektórzy badacze tej najciemniejszej zagadki II wojny światowej twierdzą, że wszystko zaczęło się już w 1938 roku, gdy Richter przeleciał nad Ziemią Królowej Maud i ze swego małego samolotu zrzucił na teren Neuschwabenlandu (Nowej Szwabii - jak przemianowała niemiecka propaganda Ziemię Królowej Maud) kilkanaście proporczyków z hitlerowskim Hakenkreuzem. Tym sposobem Niemcy złamali wszystkie umowy międzynarodowe dotyczące podziału Antarktydy. Okupacja tych ziem po zdobyciu Norwegii była już tylko formalnością.
Pierwsze kroki w kierunku kolonizacji Nowej Szwabii i innych części Antarktydy poczyniono w 1941 roku, na co wskazuje istnienie stacji anterktycznej "Oasis" w Oazie Bungera. Dziś znajduje się tam stacja "A.B. Dobrowolski" przejęta od ZSRR w 1959 r. Dziś daremnie byłoby szukać śladów po hitlerowskich polarnikach, bowiem od 1956 roku "gospodarowali" tam Rosjanie i jeżeli były jakieś interesujące ślady działalności Niemców, to zostały one dokładnie zatarte.
Swoją drogą, stacja "Oasis", a potem "A.B. Dobrowolski", znajduje się w czymś, co polarnicy nazywają "oazami", bowiem podobnie jak saharyjskie oazy, zawierają one wodę w stanie wolnym w postaci jeziorek oraz minimalną ilość śniegu i lodu. Właściwie nie wiadomo jak te oazy powstały w caliźnie lodowego pancerza Antarktydy. A może wybito je kiedyś potężnymi eksplozjami jądrowymi? Np. tzw. "Oaza Bungera" została odkryta przez amerykańskiego lotnika o tym nazwisku, który był towarzyszem wyprawy admirała Byrda, nie było jej więc przed 1946 rokiem. Może zatem niektóre z tych oaz powstały wskutek doświadczeń niemieckich z bronią jądrową na Antarktydzie? Taką hipotezę można łatwo udowodnić - wystarczy przejrzeć sejsmogramy z tego okresu w instytutach sejsmologicznych w Durbanie, Johannesburgu czy Punta Arenas. Na sejsmografach wybuch jądrowy pozostawia swój ślad - pojedyńczy wysoki "pik". Znalezienie takiego "pika" świadczyłoby o tym, że w rejonie Antarktydy przeprowadzano we wczesnych latach ’40 testy jądrowe. Być może już to ktoś zrobił, bo od wiosny 1945 roku oficjalnie znane były sejsmiczne efekty wybuchów jądrowych. Może ktoś zadał sobie ten trud i przejrzał te zapisy, wykrył cały szereg "pików", wyciągnął wnioski i...
Bowiem w 1946 roku na Antarktydę została zorganizowana amerykańska ekspedycja admirała Richarda Byrda, która wszelako przypominała bardziej zbrojną wyprawę zdobywczą niż naukowy rejs odkrywczy. Wśród 13 okrętów znajdowały się lodołamacze, lotniskowce, tankowce i jeden okręt podwodny. Jednostki te wiozły 4500 ludzi, w tym 400 naukowców, 15 dużych samolotów, samoloty zwiadowcze dalekiego zasięgu, helikoptery i latające łodzie. Wyprawa odbywała się w ramach zakrojonej na wielką skalę tzw. Operation High Jump, uchwalonej przez Kongres USA, finansowanej przez Waszyngton i realizowanej przez US Navy. Zgodnie z oficjalną propagandą, cele wyprawy do Ziemi Królowej Maud (przypomnijmy - przemianowanej na Neuschawabenland) były całkowicie naukowe. Hmmm... Jeżeli tak było naprawdę, to po co w takim razie potrzebna była Byrdowi cała ta machina wojenna w sile dwóch dywizji piechoty? Co tam Amerykanie robili? I z jakiego powodu - jak twierdzili chilijscy i argentyńscy dziennikarze - mieli znaczne problemy z wejściem na brzegi Antarktydy? Dlaczego admirał Byrd wykonał długi na 2 tys. km marsz przez całą Antarktydę Wschodnią? Kogo tam szukał? Może faszystów?
Poza tym wiadomo, że kryptonimy operacji wojskowych na ogół odzwierciedlają to, co się pod nimi naprawdę ukrywa. Ten "High Jump" nie dawał nam spokoju. Lecz kiedy skojarzyliśmy tę nazwę z dyskoplanami, to wszystko od razu stało się jasne, bowiem w porównaniu do ówczesnych konwencjonalnych samolotów, V-7 potrafił rzeczywiście wykonać wysoki skok.
Być może prawda jest ukryta właśnie tam, bowiem w czasie wojny Niemcy bardzo interesowali się polarnymi obszarami Ziemi. Wspomnijmy choćby wyprawę okrętu podwodnego U-209 pod dowództwem komandora Broddy’ego na wody Bieguna Północnego, która okazała się jednym wielkim niepowodzeniam. Tak wielkim, że teraz ten U-209 leży na dnie Basenu Amundsena lub Makarowa, 4000 m pod tamtejszymi lodami.
Admirał Byrd wrócił z Antarktydy ze znacznymi stratami w ludziach i sprzęcie. Najciekawszym jest to, co oświadczył: "Stany Zjednoczone muszą się przygotować do obrony przed nieprzyjacielem, który dysponuje  o b i e k t a m i   l a t a j ą c y m i   mogącymi zagrozić nam z biegunów naszej planety."* Gerd Burde twierdzi, że adm. Byrd miał na myśli hitlerowskie latające dyski, które (wg. Strangersa) produkowana tam, gdzie uciekli naziści, czyli:
1. Neuschwabenland na Antarktydzie,
2. Półwysep Tajmyr na Syberii - ZSRR,
3. La Pampa w Argentynie,
4. Region Płd. Andów,
5. Taormina na Sycylii,
6. Mediolan we Włoszech,
7. Johannesburg w RPA,
8. Terytorium pomiędzy Bahia Blanca, Cordobą i Salta Chili,
9. Reno w stanie Nevada - USA.
W tych miejscach miały (wg. dr. Strangersa) znajdować się supertejne hitlerowskie bazy latających dysków. Być może tak faktycznie było, ale o tym w zakończeniu - my wracamy do zagadek Kowar i okolic.
Karkonosze są, jak już wspomniano, po prostu naszpikowane sztolniami i szybami jak ser szwajcarski, co zostało spowodowane intensywnym wydobyciem minerałów i poszukiwaniem skarbów od XV wieku. Kopali i ryli, wysadzali w powietrze i rąbali skałę Ślązacy, Polacy, Niemcy, Walonowie, Czesi, Słowacy, Węgrzy, Rosjanie i wielu innych, których fascynowały te niewysokie góry i ich bogactwa oraz tajemnicze i ciemne lasy, które obecnie niszczy cywilizacyjny postęp XX wieku.
Czego szukali? Oczywiście chodziło o złoto, srebro, szlachetne i półszlachetne kamienie. Tymi ostatnimi Natura hojnie obdarzyła Karkonosze, co spowodowało tę ogromną ilość wyrobisk, korytarzy i szybów w okolicach Karpacza, Sobieszowa, Jagniątkowa, Podgórzyna, Szklarskiej Poręby, Piechowic itp. Szukano także rud manganu i molibdenu służących do uszlachetniania stali, no i oczywiście uranu i toru. Na Dolnym Śląsku znajduje się wiele złóż tych pierwiastków w następujących miejscach:
1.
Radoniów k/Gryfowa Śląskiego
U
2.
Kopaniec k/Jeleniej Góry
U, Er
3.
Kowary
U, Th
4.
Kletno k/Stronia Śląskiego
U, Y, Er, Th
5.
Janowice, Rudawy Janowickie
U
6.
Głuszyca, Góry Sowie
U
7.
Bogatynia
Th, Y, Er
8.
Okrzeszyn k/Wałbrzycha
U
9.
Szklarska Poręba
Th, Y, Er
10.
Lubomierz k/Jeleniej Góry
U, Y, Er
11.
Nowa Sól
U
12.
Wambierzyce
U
Wszystkie te złoża zawierają także rad (Ra) i radon (Rn), które są produktami rozpadu uranu i toru. Poza uranem na Dolnym Śląsku znajdują się także i inne minerały, które Niemcy i Rosjanie mogli wydobywać i stosować w technologiach nuklearnych, a mianowicie:
Szmaragdy - czyli Be3Al2(Si6O18) - występujące w Strzegomiu i Ząbkowicach. Stanowią one cenne źródło berylu, pierwiastka niezbędnego do wybudowania reaktora jądrowego. Beryl ma jeszcze jedną właściwość. Otóż podczas bombardowania płytki berylu cząstkami alfa, czyli 24He, emituje on wielką ilość neutronów przydatnych w produkcji bomb neutronowych.
Grafit - czysta, aleotropowa odmiana węgla, która służy jako moderator neutronów w reaktorach jądrowych. Wydobywa się go m.in. w Wałbrzychu.
Cyrkony - ZrSiO4 oraz HfSiO4, zawierające dwa ważne dla atomowej technologii pierwiastki cyrkon i hafn. Używane są do budowy reaktorów jądrowych. Występują w Strzegomiu i Jeleniej Górze.
Granaty - np. Mg3O2(SiO4)3, które mogą zawierać cały szereg pierwiastków użytecznych w technologiach jądrowych. Wydowbywa się je w Strzegomiu, Sobótce, Jordanowie Śląskim, Świdnicy, Strzelinie, Ząbkowicach, Jeleniej Górze, Nowej Rudzie i Kłodzku.
Jak z tego wynika, Dolny Śląsk zawiera niemal wszystkie komponenty broni jądrowych lub składniki służące do budowy reaktorów. Wystarczyło to wydobyć, oczyścić, wzbogacić i rozpocząć produkcję bomb A, H oraz N, a także nośniki tych broni - rakiety V-1, V-2, V-6 i V-7. Dlatego potrzeba było tyle wody do floatacji rud metali i niemetali w "Der Riese" w Górach Sowich. Czy to jeszcze nie jest jasne?
Nawiasem mówiąc, w latach ’70 czyli za czasów Edwarda Gierka, naszemu gensekowi wpadło do głowy skonstruowanie naszej własnej, polskiej bomby wodorowej. Miał się tym zająć komendant Wojskowej Akademii Technicznej gen. dyw. prof. dr. hab. Sylwester Kaliski. Pomysł zarzucono, ale w latach ’70 Polacy - otóż nie Rosjanie, a właśnie Polacy - mieli najlepsze rakiety w Układzie Warszawskim! Najprawdopodobniej sprawa bomby H dla Gierka była czymś ubocznym, a generał Kaliski pracował zapewne nad polskim silnikiem fotonowym czy plazmowym dla statków kosmicznych. Komponenty do tego dzieła miał właśnie na Dolnym Śląsku, co uniezależniało go od dostaw surowców i sprzętu z ZSRR. Sowietów zirytowało to do takiego stopnia, że zamknęli polski poligon rakietowy w Łebie i zamiast polskich, wprowadzili rosyjskie rakiety, zaś gen. Kaliski zginął w niewyjaśnionych okolicznościach, co często się zdarzało w PRL ludziom niewygodnym Moskwie.
Miłośnicy tajemnic Karkonoszy zwrócili naszą uwagę na Dolinę Sowią w okolicy Karpacza. Faktycznie dolina ta jest naprawdę niesamowita, szczególnie wieczorami przy księżycowej pełni, gdy spowija ją atmosfera trudnego do zdefiniowania horroru rodem z opowiadań Levecrafta. Otóż w tej dolinie znajdują się sztolnie wycięte w skale przez Walonów. Widzieliśmy je i wydaje się, że działały tam doskonalsze narzędzia górnicze niż prymitywne dłuta i świdry Walonów z XV, XVI i XVII wieku i silniejsze materiały wybuchowe niż czarny proch.
Czego tam szukano w czasie wojny i po niej? Uranu? Być może, ale choć go nie znaleziono, nie oznacza to, że go tam nie ma. Być może w Sowiej Dolinie ukryto jakieś skarby z czasów wojny? Wystarczyło pod osłoną nocy przynieść drogocenny ładunek z Karpacza do Sowiej Doliny, umieścić w którejś ze sztolni, a następnie zawalić wybuchem oraz zastrzelić współpracowników lub pomocników. Prawda, że proste? Jest to dobrze znana i wiele razy stosowana metoda.
Na Dolnym Śląsku mówi się o wielu miejscach, gdzie skarby chronione są za pomocą gazów bojowych. Sądzimy, że jest to bardzo "gorący" ślad. Dlaczego? Ponieważ potencjalny znalazca nie mógłby swej nowiny przekazać nikomu innemu zgodnie z zasadą, że najlepiej milczy martwy. Skarbów nie muszą bronić siły nadprzyrodzone, wystarczy bowiem zastosować najzupełniej materialne środki w postaci fosgenu, difosgenu, iperytu, tabunu i innych tego typu paskudztw. Po kilku latach znalazca odkryje otwór do sztolni ze skarbami i z radości zapomni o środkach bezpieczeństwa. Wystarczy wtedy kilka wdechów, po czym następuje jęk szoku i bólu, utrata przytomności i śmierć po kilku minutach. Może właśnie dlatego leśne zwierzęta trzymają się z daleka od niektórych obszarów Sudetów? Wyjaśnienie jest proste - one wyczuwają obecność toksycznych preparatów i czającą się śmierć. Jeśli chcemy coś znaleźć, to tylko w takich miejscach, ale trzeba być wyposażonym w cały zestaw ochronny OP-1 i maskę p.gaz. Istnieje nadzieja, że woda w czasie wielkiej powodzi w 1997 roku wytłoczyła gazy trujące z podziemnych komór (co może tłumaczyć jej toksyczność), ale to już tylko nasz domysł. Trzeba zlokalizować takie miejsca i zbadać co się w nich znajduje. Mogłoby to doprowadzić do stworzenia ogólnej metody poszukiwania skrytek z zabezpieczeniami gazowymi, ale to jest robota dla profesjonalistów w rodzaju Mela Fischera, Cliva Cusslera lub naszego Ryszarda Wójcika. My, jako amatorzy, możemy tylko ostrzegać innych amatorów przed takimi niespodziankami, jakich można się spodziewać także na Dolnym Śląsku, w postaci fugasów i granatów gazowych w sztolniach i szybach. A nie są to jedyne "przyjemności i atrakcje", jakie mogą was spotkać.
W sierpniu 1993 roku zwiedziliśmy w Piechowicach tunele wycięte w stoku Sobiesza od strony Cichej Doliny. Wyrąbano je w masie różowego granitu, w której od czasu do czasu błyszczały kryształy kwarcu. Czy jednak rąbano ten granit tylko po to?
Już na pierwszy rzut oka jest oczywiste, że kiedyś wycięto ze zbocza kilkaset metrów sześciennych granitu, a przecież nie mógł to być kamieniołom! Kopalnia kryształu górskiego? Być może, ale co w takim razie robią w dolinie Cichego Potoku dziwne struktury z cegieł, wyglądające jak szyby wentylacyjne? Dziś są wypełnione ziemią i zarosłe krzakami, a jakiemu celowi służyły przed ponad pół wiekiem? Kominy wentylacyjne? A skoro tak, to komu, po co i gdzie dostarczały powietrze? Może zatem ma rację legenda sytuująca "złoty pociąg" gdzieś w zboczu Sobiesza lub pod Cichą Doliną? Zagadka ta jest jeszcze bardziej interesująca dlatego, że właśnie w pobliżu Piechowic może znajdować się klucz do największej tajemnicy nie tylko II wojny światowej, ale również całego XX wieku. Co to takiego? Tą tajemnicą jest UFO.
Na razie jednak rzućmy okiem na tzw. Twierdzę Kłodzką, z której tajemnicami jeden z nas spotkał się w lipcu 1976 roku podczas wycieczki zorganizowanej przez Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Zmechanizowanych im. Tadeusza Kościuszki we Wrocławiu.
Twierdza ta została wybudowana w XVIII wieku, a w czasie II wojny znajdował się tam obóz jeniecki (Stalag VIIIa) oraz ciężkie więzienie dla jeńców wojennych. Tak mówią oficjalne przewodniki.
Jednakże przewodnicy, którzy oprowadzali wycieczki po szlakach Twierdzy mówili nam, że w czasie wojny znajdowała się tam fabryka elektrycznych i elektronicznych podzespołów do rakiet V. Co najciekawsze, te podzespoły wywożono potem do "Der Riese" i do Peenemünde. W fabryce pracowali sowiccy jeńcy wojenni, których Niemcy zamordowali i pochowali na cmentarzu Stalagu VIIIa.
Podziemna fabryka miała się znajdować pod twierdzą i to głęboko, bo gdzieś na 12 kondygnacji. Turystom udostępniono natomiast tylko dwie, a głębszych dziesięć zalano wodą, zaś wejścia do nich Niemcy wysadzili w powietrze. To właśnie tam toczy się m.in. akcja ostatniego odcinka serialu Konrada Nałęckiego "Czterej pancerni i pies".
Autor tej wojennej epopei - według której Konrad Nałęcki zrealizował ten najpopularniejszy serial w PRLu i wolnej już Polsce - płk. Janusz Przymanowski (zmarły w lipcu 1998), pomimo, że sam był zaprzysięgłym komunistą, przedstawił bardzo ważny wątek. W rozdziałach od 11 do 13 tomu II czytamy opowieść o akcji, podczas której załoga czołgu T-34 "Rudy" o numerze taktycznym 102 toczy zwycięski bój z hitlerowskim desantem, którego zadaniem było ewakuować z terenów zajętych przez Polaków i Rosjan kontenery z materiałem rozszczepialnym. Na filmie całe to wydarzenie rozgrywało się w okolicach Gdyni-Babich Dołów i Oksywia (!). Ciekawe czy płk. Przymanowski i Konrad Nałęcki tylko przez przypadek umieścili tam swoich bohaterów? A może było w tym coś więcej? Kręcąc X i XI odcinek "Pancernych" obaj realizatorzy musieli wiedzieć coś więcej niż trąbiła i wbijała nam w głowy peerelowska propaganda.
Po walkach z desantem, który jednak załadował pojemniki na pokład U-boota "Hermenegildy", radzieckie lotnictwo topi U-boota i na tym szczęśliwie kończy się ten sensacyjny epizod. Jest jednak drugie dno tej historii - otóż radziecki generał dokładnie wiedział o jaki ładunek toczy się gra. Powiedział o tym polskiemu dowódcy brygady pancernej, a ten załodze "Rudego". Po akcji "Hermenegilda" załoga ta zostaje wysłana do forsowania Odry, w najgorszy ogień - a nuż polscy czołgiści zginą w boju i prawda o wiedzy sowieckich generałów nigdy nie wypłynie na wierzch? Bo to jest doprawdy ciekawe - oficjalnie mówi się, że Sowieci nic nie wiedzieli o broni jądrowej, nad którą pracowano na Zachodzie, a tu masz... sowiecki generał wie nie tylko o uranie, ale zna również równoważnik trotylowy! Jakaż faux-pas! Okazuje się, że pułkownik Przymanowski przemycił w powieści i filmie prawdę, której ujawnienia tak bali się włodarze Kremla i ich warszawskie podnóżki.
Takich faux-pas jest w tej powieści więcej i dość dużo się mówi o rzeczach, o których czytało się jedynie w podziemnej literaturze sprowadzonej z Zachodu, czy słuchało na falach RWE, Głosu Ameryki lub Svoboda. No bo np. co robił Polak Janek Kos i Gruzin Giszka w Przymorskim Kraju nad brzegami Pacyfiku? Albo jak znalazł się w Rosji Wasyl Selmen alias Olgierd Jarosz, dowódca nr. 1 "Rudego"? A czy nie jest zagadkowa jego śmierć? Wszak Gustlikowi pokazał się on na moment w Spandau, wychodząc z ziemianki sztabu brygady. A może Selmen/Jarosz został po prostu przeniesionu do GRU? Historia wywiadów i kontrwywiadów zna nie takie numery! I tak dalej.
Dlatego na miejscu niektórych oszołomowatych krytyków literackich i filmowych nie wieszałbym psów na Przymanowskim, bo w "Czterech pancernych" powiedział on więcej prawdy niż niejeden historyk po 1989 roku. Janusz Przymanowski był korespondentem wojennym armii Berlinaga, więc widział i słyszał niejedno. Nie mógł wszakże napisać za dużo i zbyt wyraźnie - pisał są książkę przecież w latach ’60.**
Wróćmy jednakże do Dolnego Śląska, gdzie zakłady w Dzierżoniowie, Kłodzku, Świdnicy, Legnicy i Wrocławiu pracowały dla hitlerowskiego programu broni V i fakty te nie są obce badaczom tych spraw. Ci, którzy tam pracowali i przeżyli, po powrocie do domu byli przesłuchiwani przez oficerów NKWD, GRU i Armii Czerwonej. Rosjanie za wszelką cenę chcieli wydrzeć hitlerowcom sekret broni V, bo już wtedy - gdy tylko umilkły salwy II wojny światowej - planowali III wojnę światową. Jej preludium odegrało się w 1946 roku na niebie Szwecji, Norwegii, Danii i Finlandii. Nie słyszeliśmy o "spok-raketerna" nad Islandią, ale wydaje nam się, że w tym przypadku Stalin nie docenił faktu, że wyspa ta może być o wiele bardziej użyteczna do jego planów niż cała reszta Skandynawii.
Twierdza Kłodzka jest jednym z ogniw długiego łańcucha miejsc, w których prowadzono prace nad częściami samolotów, rakiet i dyskoplanów V-7. Te części były potem przewożone do Mimoyeques, Epperleques i innych miejsc, skąd jako pociski leciały na Londyn i Antwerpię - miasta znienawidzone przez oszalałego Führera III Rzeszy. Nikt nie wie, do czego doszłoby, gdyby hitlerowcom udało się skonstruować bomby A,H i N oraz latający z szybkością ponaddźwiękową dysk. Na szczęście dla nas wszystkich - a także i dla samych Niemców - te obłąkańcze plany zostały pokrzyżowane... A właściwie jedynie na jakiś czas odroczone.

--------------------------------------------
* Spójrzmy jak to oświadczenie dziwnie pasuje do reaganowskich "Gwiezdnych Wojen" oraz bushowskiego "Nowego Porządku Świata". (przyp. wydaw.)
** Jest to znany trick pisarzy, którzy co-nieco wiedzą na tematy tabu, ale nie mogą ujawnić prawdy wprost, choć z drugiej strony korci ich, żeby ta prawda wyszła na wierzch. Uciekają się wówczas do pomocy takich środków jak poezja, fantastyka naukowa oraz bajki dla dzieci, wychodząc z założenia, że kto ma do tej prawdy dotrzeć, to prędzej czy później wpadnie mu ona w ręce. (przyp. wydaw.)