poniedziałek, 21 października 2019

Stacja Księżyc (5)


Rozdział 4. Jak poleci człowiek?


Niektórzy Amerykanie całkowicie poważnie zaproponowali:
- Nie potrzebne jest jakieś tam rozpoznanie! Nie trzeba czekać na silniejsze rakiety! Dawajcie, wciśniemy do współczesnej maleńkiej rakiety jednego człowieka i wystrzelimy go na Księżyc. Jeżeli wyśle się go bez bagażu, to już nie będzie to taki duży ładunek i rakieta da radę. Pierwszeństwo będzie amerykańskie!
A co dalej?
- Dalej – powiedzieli autorzy projektu – poślemy mu takimi samymi małymi rakietami posiłki i wsparcie. Będzie w nich wszystko, co potrzebne: żywność, woda, tlen do oddychania, składany domek, książki, gramofon…
- A jeszcze dalej? Jak on wróci do domu?
- Z tym – powiedzieli – nie musimy się spieszyć. Amerykańscy konstruktorzy nie spieszą się z dużymi rakietami. Inżynierom nie spieszy się z ich budową. I tak w czasie trzech lat poślemy naszemu bohaterowi wielką luksusową rakietę z paliwem. I to przy jej pomocy powróci on na Ziemię.
Tak więc drogie dzieci, rozumiecie, że taki projekt nie może być traktowany serio. Wiemy, jak błądziły Pioneery i Rangery – już to wracały z połowy drogi, już to leciały w bezdeń Kosmosu. A przecież rakiety ze wsparciem powinny dolatywać precyzyjnie do Srebrnego Globu. One powinny lądować dokładnie w tym samym miejscu na Księżycu, gdzie znajduje się kosmonauta, wszak nie może za każdą puszką konserw wędrować setek kilometrów![1]
Tak by mu przyszło tachać ze sobą cały zapas i jeść obiad raz na tydzień.
Oczywiście ten projekt anulowano. Nie można się tak znęcać nad człowiekiem.

Aktualnie w Ameryce pracuje się nad drugim projektem lotu człowieka na Księżyc. Projekt ten nazywa się Apollo. Będą zbudowane potężne rakiety nośne – giganty Saturn-5. Wyobraźcie sobie taką machinę! Jej wysokość jak 25-piętrowy dom (111 m), średnica boostera przy ziemi – 10 m. Masa rakiety załadowanej paliwem – 3000 ton! – czyli tyle, co okręt wojenny - niszczyciel. Taka ogromna rakieta jest w stanie dostarczyć na orbitę wokółksiężycową statek kosmiczny wielkości wagonu kolejowego. W nim będą trzej kosmonauci.
Duży statek! Ale do takiego pojazdu nie da się wziąć tyle paliwa, żeby starczyło na lądowanie na Księżycu. Dlatego Amerykanie nie będą lądować nim na Księżycu. Oni zrobią go satelitą Księżyca. Statek będzie orbitował wokół niego. A do zdesantowania ludzi na Planecie Nocy będzie użyty specjalny lądownik – lekka, niewielka rakietka. To w niej dwóch kosmonautów wyląduje na Księżycu.[2]


Tam oni rozejrzą się dookoła siebie, zrobią zdjęcia, pobiorą próbki gruntu, zrobią pomiary temperatury i inne. No i oczywiście wetkną w księżycowy grunt amerykańską flagę. A potem polecą z powrotem na orbitę do swego statku-bazy.
I ten moment jest najsłabszym ogniwem Projektu Apollo.
Rakietowy lądownik powinien „podskoczyć” z Księżyca tak dokładnie, by od razu podlecieć do statku-bazy. Kosmonauci przesiądą się do niej i powrócą nim na Ziemię.
A co się stanie, jak kosmonauci choć trochę pomylą się w obliczeniach? Albo jak dojdzie do minimalnej awarii w mechanizmach? Jednym słowem, jak coś pójdzie nie tak i nie uda się documować do statku-bazy? Co wtedy? Dwóch nieszczęsnych kosmonautów zostanie skazanych na niechybną śmierć!

Nie poszlibyśmy na takie ryzyko. Uważamy, że życie kosmonautów jest droższe od wszystkiego. Należy tak się przygotować, by lecieć na pewniaka.
W teraz wyobraźcie sobie, że przeszło kilkanaście lat. Przez te lata dziesiątki automatów doleciało do Księżyca i bezdźwięcznie spenetrowało jego góry i równiny. Wiele z nich wpadło w szczeliny, utonęło w wydmach z popiołów, rozbiło się o sterczące kamienie. Bez tego się nie obeszło. Ale za to inne wypełniły swe zadania.[3]
Inteligentne maszyny nie spiesząc się rozejrzały się pracowicie potrzaskały swymi obwodami i doniosły nam drogą radiową w swoim języku bip-bip wszystko, co mogły rozpoznać.
One „obsłuchały”, „obejrzały” i „powąchały” księżycowy grunt. Niektóre z nich wystartowały z Księżyca w bezbrzeżny Kosmos i znalazły naszą Ziemię, gdzie bezpiecznie wylądowały na spadochronach. Jak wierne psy położyły nam do nóg garście księżycowego pyłu, odłamki księżycowych kamieni i probówki z księżycowymi gazami.

Za kilkanaście lat i sam człowiek także poleci w pobliże Srebrnego Globu. Obleci ją dookoła nie opuszczając się na jej powierzchnię. Z ciekawością będzie oglądał Księżyc wypatrując przyszłego miejsca do lądowania.
Już opracowano i wyćwiczono wszystkie potrzebne manewry. Kosmonauci nauczyli się np. łączyć w locie dwie rakiety w jedną całość, czy wychodzić w Kosmos w celu przesiadki.
A teraz wyobraźmy sobie, że ten ogrom przygotowań do lotu księżycowego jest już za nami.
I naraz zdarza się coś niewiarygodnego. W szkole zadzwonił telefon.
- Mówią z kosmodromu. W statku kosmicznym nieoczekiwanie zostały wolne miejsca! Możemy zabrać na Księżyc kilkoro odważnych i ciekawych dzieci! Niech się szybko zbierają! Odlot jutro rano!
Tak szybko i nieoczekiwanie dawne marzenie staje się prawdą. Zbieramy się szybko i oto…!


[1] Jako polonicum mogę dodać, że problem ten rozpracowywał już na początku XX wieku nasz rodak – Jerzy Żuławski w powieści „Na Srebrnym Globie” (Kraków 1905).
[2] Tak też się stało w dniu 20.VII.1969 roku, kiedy to statek kosmiczny Apollo-11 (Columbia) + lądownik LEM (Eagle) zbliżyły się do Księżyca, a następnie lądownik Eagle bezpiecznie wylądował na Morzu Spokoju.  
[3] Był to jeden z obiecujących kierunków rozwoju kosmonautyki radzieckiej – badanie i eksploracja Kosmosu przy pomocy automatów, które miały przygotować grunt pod przyszłe osadnictwo i kolonizację planet. Niestety, projekty te upadły wraz z ZSRR…